P7050494

Czy państwo może osaczyć człowieka? Czy może pełnić taką rolę jaką pełni psychopata w horrorze albo filmie kryminalnym? Czy można państwo obsadzić w takiej roli? Chyba tak, bo często czujemy liźnięcie leku przed bezosobowym państwem. Dwa lata temu napisałem mini powieść o osaczaniu, łamaniu człowieka przez państwo. Na kanwie historii, które mi opowiadano i własnych doświadczeń starałem się zmierzyć z tym poczuciem bezradności i lęku, które wzbudza bezkarna, nieograniczona władza. Zapłaciłem za ten tekst o strachu, prowokacji i zdradzie depresją – pewnie dlatego nigdy go już później nie poprawiałem ani nie uzupełniałem. Po prostu bałem się znów w nim zanurzyć. Dziś kilka fragmentów z tej powieści.

…Wracał do domu zmagając się z przeszywającym wiatrem, który przyniosła ze sobą odwilż. Zamyślony nie zwrócił uwagi na zaparkowany na poboczu, nieznany samochód. Nagle błysk, krótkie mrugnięcie reflektorów jak perskie oko puszczone w kierunku ciemnego lasu. Po chwili odpowiedź spod ściany niewidocznych drzew. Zalśniły z daleka światła drugiego, stojącego w mroku samochodu. To był tylko moment, krótka chwila po której droga znów zatonęła w ciemności. Ale ten krótki błysk był znakiem, że go znaleźli. Mrugnęli – byli, czekali. Przywitali go. Kpiąco błyskając rzucili – Cześć, Witaj, Jesteśmy… . Znaleźliśmy cię, wkrótce się znów zobaczymy….”

( … )

…Wstał i trzęsąc się z zimna wypatrywał samochodów stojących przy drodze. Wokół pusto, psy spały spokojnie. Może nocne mruganie świateł to tylko złudzenie pijanego mózgu – pocieszał się patrząc na las. Może to żarty romansujących nocami dzieciaków? Chciał w to wierzyć, więc wyglądał raz po raz na uśpioną drogę, lecz cierń lęku wbity pod sercem ciągle kłuł niepokojąco….”

( … )

…Pomachał jej na pożegnanie, to był miły spacer. Zapomniał się na chwilę. Dopiero skrzynka z wystającymi ze szpary kopertami przypomniała mu o ostrożności. Zerknął na drogę – pusto. Zmęczone gonitwą psy jak zwykle przepychały się do furtki nie zwracając uwagi na to co się dookoła dzieje. Szkoda czasu na listy i wezwania, przecież i tak nie odpisze, nie pójdzie. Machinalnie przerzucił kolorowe koperty do kubła. Słomka tkwiła w drzwiach tam gdzie ją rano upchnął, więc spokojnie nacisnął klamkę….”

( … )

…Nadbiegły psy. Podekscytowane, skakały do rąk zwracając na siebie uwagę. Najwyraźniej chciały mu coś pokazać. Chwilę miotały się wokół ognia a potem pobiegły na łąkę, w kierunku sosen za którymi krył się płot oddzielający gospodarstwo od lasu. Przecisnął się przez drapiące, sosnowe gałęzie i ruszył w ślad za ujadaniem wzdłuż ogrodzenia. Za graniczną sosną siatkę rozcięto na całej wysokości. Napięte druty rozszerzyły szparę pozwalając swobodnie przecisnąć się na drugą stronę dorosłemu mężczyźnie. Ktoś zadał sobie wiele trudu – siatkę upleciono z twardych, stalowych drutów. Równe ślady cięcia wskazywały, że użył ciężkich nożyc. To nie cążki do obcinania paznokci – nie nosi się takich nożyc w kieszeniach marynarki. Ten kto pruł musiał się więc do włamania wcześniej przygotować, znaleźć to ukryte miejsce, wybrać narzędzie i rękawice, bo latem siatkę wysmarował gęstym, wżerającym się w skórę smarem grafitowym. Na ściółce ani śladu butów, ani przewróconego kamienia, złamanej gałązki. „Zrobili to dziś” – myślał. Pewnie spłoszył ich wracając wcześniej z lasu. A może na razie tylko rozpruli siatkę licząc, że tego nie zauważy? Może chcą wejść przez zniszczony płot nocą? Może nie pasuje im podjeżdżać nad ranem samochodami, tłuc w drzwi i budzić wrzaskami sąsiadów? Czy to zresztą ważne. Istotne było, że znalazł przejście, które z wysiłkiem wycięli i pokrzyżował im plany. Zamierzali to ukryć, lecz nic z tego nie wyszło. Z szopy przyniósł nożyce, kombinerki i ciężki kłąb drutu kolczastego. Potem, kalecząc palce, fastrygował siatkę kolczastym drutem. Zszywał ją jak pęknięte na dupie spodnie. Gdy spiął wszystkie oczka, przeciągnął drut na górny brzeg siatki i obwinął go kłującymi pętlami. Gdy skończył drutowanie, odszedł kilka kroków i ocenił robotę. „Pięknie” – pomyślał. „Zupełnie jak w koncentracyjnym obozie….”

( … )

…Szczeniak leżał lekko przysypany porannym śniegiem. Gdyby nie brązowe łaty nie odróżniałby się od czystej bieli pokrywającej jak wykrochmalona pościel śpiący jeszcze ogród. Obok niego przywarowała suka. Chyba była przy nim gdy zdychał, bo nie zauważył jej śladów na świeżym śniegu. Podniosła łeb i dotknęła zimnym, wilgotnym nosem jego palców. Pogłaskał ją, popatrzył w brązowe ślepia. Nie rozumiała co się stało. Nie mogła pojąć dlaczego ten biało-rudy podrostek, którego wyniańczyła i nauczyła jak przetrwać w lesie leży w bezruchu pachnąc śmiercią. Dlaczego nie biega jak każdego dnia obszczekując przejeżdżające ciężarówki? Miała puste oczy. „To dobrze” – pomyślał. „Przynajmniej ta śmierć jej nie męczy”. Klęknął przy psie, szczeniak miał zamglone ślepia. Sprawiał wrażenie, że patrzy gdzieś w dal, przed siebie. Jeszcze nie stężał i przelewał się przez ręce, gdy go podniósł. W kudłach osłaniających białe kły zastygły pęcherzyki białej piany. Nie wyglądało na to by, pies miał bolesny koniec, raczej zasnął odurzony mocną dawką narkotyku. Ktoś, trując go nocą, nie chciał by wył i rzęził konając. Ktoś nie chciał, by agonia psa go obudziła. Przytulił szczeniaka jakby był żywy, tak jak przytulał go bawiąc się z nim w trawie. Uścisnął go mocno na pożegnanie. Kundel był zbyt ufny. Jego matka ocalała, bo nie wierzyła obcym, nawet gdy starali się głaskać i przerzucać przez płot pachnące smakołyki. Przeżyła dlatego, że nie jadła z cudzej ręki.

Postanowił pochować go tam gdzie im było najlepiej. Wybrał miejsce na łące, przy ognisku. Pies tężał na mrozie zasypywany płatkami śniegu. Ostrożnie ułożył go na boku, pyskiem w kierunku drzew. Chciał by tego ranka, gdy kopał mu grób, pies mógł po raz ostatni spoglądać na las. Zlodowaciała ziemia nie poddawała się szpadlowi. Spocił się, zadyszał, znów rozbolała go stopa. Nadeszła rezygnacja odbierająca siły. „Co im pies zawinił, czemu go otruli …?” Beznadziejne pytania, na które odpowiedzi były oczywiste. Zaklął czując kurczące żołądek liźnięcie nienawiści. Bluznął z głębi serca. Znał ludzi, wiedział do jakiej podłości są zdolni, ale zabicie psa dotknęło go swym okrucieństwem. „Co innego wiedzieć” – myślał – „a co innego poczuć na własnej skórze”. Nie miał już sił by zmagać się ze zmarzliną, więc zebrał kilka obłamanych przez wiatr gałęzi i między rozgarniętym śniegiem rozpalił ogień. Później skulony czekał z przytuloną do nóg suką aż żar ogniska roztopi zlodowaciałą ziemię i pozwoli mu wykopać dół. Śnieg ciągle padał zasypując zamarzającego szczeniaka….”

( … )

…Huk podkutych butów, bluzg – jak świder pod zmrużone powieki wbiło się światło latarek. Zimne, wyłamujące zęby żelazo w ustach. Smak smaru i krwi. Zbudził się gdy wyłamywali drzwi. Kilka chwil wcześniej zatłukli sukę. Rozespana, półprzytomna z jazgotem rzuciła się ku przyczajonym przy ścianach domu ciemnym postaciom. Kopniak trafił ją wprost w wilgotny nos i ogłuszył nagłym błyskiem bólu. Potoczyła się pod orzech jak bezkształtny kłąb sierści. Tam, na zaspie dosięgła ją pałka. Raz, drugi, trzeci… , znieruchomiała z pyskiem w aureoli ciemnej krwi. To przespał – otworzył oczy dopiero gdy wyrwane z zawiasów drzwi głucho grzmotnęły o kamienną posadzkę. Potem już tylko stukot podkutych butów, błysk latarek i zimny dotyk stali wbijającej się w rozgorączkowaną twarz. I wrzask, niekończący się bluzg gdy zwalali go z łóżka na podłogę i skuwali wykręcone do tyłu ręce. To było jak tandetny sen, jak kryminalna fabuła puszczana ludziom do kolacji ku pokrzepieniu drżących ze strachu serc. To było jak codzienny telewizyjny spektakl, jak zdjęcia z pierwszych stron szmatławych gazet. Kątem oka patrzył jak miotają się po domu rozwalając meble, tratując wszystko co staje im na drodze. I ciągły bluzg, łomot butów, brzęk rozbijanego szkła. Czarno – czarne buty, czarne mundury, czarne kominiarki. Gdy sprawdzili już pokoje i przetrząsnęli kąty rozdzwoniły się telefony. Krótkie hasła, krótkie meldunki. Już po robocie – zrozumiał ze strzępów zdań – już spokojniej. Adrenalinę wiszącą w powietrzu wywiewało przez rozbite drzwi w mroźną noc. Teraz kamera, włączyli żarówki wzmacniając światło latarkami. Czuł, że go filmują: brudne stopy, kostkę owiniętą pożółkłym bandażem, oszczane gacie i rozgrzebane łóżko. Wyszło nie tak jak trzeba, więc kopniak w obrzmiałą nogę a gdy skulił się z bólu powtórka. Potem, gdy zdjęcia ich zadowoliły, rozkuli go, pozwolili się ubrać i masować do woli obolałe od kajdanek przeguby. A oni zsunęli z twarzy kominiarki, pokazali spocone twarze i zmęczeni, metr po metrze, rozwalać zaczęli mieszkanie. Niewiele gadali, to dla nich nie była pierwszyzna. Już nie budzili strachu, patrzył na nich jak na brygadę facetów nawykłych do codziennej, brudnej roboty. Patrzył jak się kręcą, słuchał głuchego stukotu spadających się z półek książek, trzasku odrywanych framug i desek. Nagle brzęk fiolek i buteleczek – to poleciała na podłogę zawartość szuflady z lekami. I nagły krzyk, wezwanie – coś znaleźli. Znów załomotały na podłodze ciężkie bojowe buty. A potem na powrót kamera filmująca coś rozłożonego na pokrytym ceratą stole. „O tym mi chciała powiedzieć, gdy wymykała się nocą do domu” – pomyślał. Tego się nie spodziewał. Poczuł lęk – sądził, że ona tylko donosi.

Za oknem już jasno, minęła trzecia godzina rewizji. Przez szybę obserwował martwego psa i myślał, że jest sam, że nikt już z nim nie pozostał. Ale gdzieś, w głębi duszy, tkwił w nim jeszcze nocny sen. Jeszcze grzały go strzępy obrazów piasku, fal i słońca. Myślał o śnie, odtwarzał go. Starał się zapamiętać nocną wizję, bo wiedział iż tylko ona pozwoli mu przeżyć nadchodzące, trudne miesiące. Mężczyźni kończyli swą pracę, zbierali broń, nasuwali na twarze wełniane, bandyckie czapeczki. Znów wykręcone do tyłu ręce i chłodny ucisk kajdanek. Gdy zgięli go w pół poczuł nagły ból ramion. Zwiotczał. Jeszcze kurtka na głowę i ślepy, nieporadny bieg po lodzie do stojącego za furtką samochodu z usłużnie otwartymi drzwiami. Powtórka – znów zdjęcia nie wyszły. A później jeszcze jedna. „Kurwa, kiepski ze mnie aktor” – myślał gdy wywlekali go po raz trzeci z domu….”

( … )

…Pusto, bezruch, wieś jak wymarła. Ludzie zamknięci, zabarykadowani w domach czekali aż konwój samochodów z przyciemnianymi szybami odjedzie pozostawiając po sobie mgiełkę sinych spalin snujących się nad ziemią w mroźnym powietrzu. Tylko czasem drgały w oknach firanki świadcząc o tym, że ktoś patrzy i zapamiętuje niespodziewaną wizytę ludzi z miasta Doświadczali kolejny raz dotyku państwa – tak przecież w historii już bywało i doświadczenia te uczyły ich nieufności. Stały spektakl, zmieniały się tylko samochody – najpierw wojskowe gaziki i ciężarówki, potem wołgi, polonezy a teraz wypasione zachodnie fury. A w zmieniających się markach samochodów przyjeżdżali wciąż tacy sami młodzi i silni faceci różniący się od siebie tylko mundurami – po wojnie wojskowo – zielonymi, później milicyjnie – niebieskimi a teraz policyjnie – czarnymi….”

Archiwum internetu pełne jest filmów z zatrzymań i rewizji. Większość bohaterów tych spektakularnych akcji sprzed kilku lat jest na wolności – sądy odrzuciły sfabrykowane przez państwo zarzuty. Nie ma sensu do tych historii wracać i przypominać ludzkiego upokorzenia. Więc dla ilustracji filmowej tekstu wciąż aktualna, państwowa reklamówka.

http://www.youtube.com/watch?v=_-KaOg5blmw&feature=related