P8160064

Costa da Morte czyli Wybrzeże Śmierci – tak nazywa się postrzępiony, klifowy brzeg Galicji. Ten niezwykły pas lądu ciągnie się od La Coruna do przylądka Finisterre – najbardziej na zachód wysuniętego miejsca Hiszpanii, który swą nazwę zawdzięcza Rzymianom. Gdy dotarli tu około 140 roku przed naszą erą. zobaczyli dokoła tylko wodę i uznali, że to kraniec świata czyli finis terrae. Rzeczywiście, kiedy stoi się na samym krańcu cypla wystającego z wody na kilkadziesiąt metrów z trzech stron widać tylko stalowoszary ocean – posępny i niezmierzony.

Nazwa Costa da Morte podobno wiąże się z nieszczęściami dotykającymi zbieraczki pąkli – morskich skorupiaków. W dawnych czasach zajęciem tym trudniły się głównie kobiety. Z powodu silnych porywów wiatru i nagle pojawiających się „znikąd” fal, dochodziło często do wypadków. Złośliwe fale zmywały miłośniczki pąkli w otchłań oceanu i stąd nazwa „Wybrzeże Śmierci”. Obecnie kobiety nie zajmują się już niebezpiecznym zbieractwem skorupiaków. Pąkle są hodowane w specjalnych przybrzeżnych farmach, które przypominają stada powiązanych ze sobą tratw.

Zła sława tego wybrzeża wiąże się też z licznymi morskimi katastrofami. Na klifie natknąć się można na dziesiątki, setki białych, kamiennych krzyży. Przez lata o zdradzieckie skały roztrzaskało się wiele statków. Krzyże to pamiątki tych tragedii. Galicyjski brzeg jest dla nich niebezpiecznym rejonem. Skały, silne prądy, porywiste wiatry i mgła sprawiają, że nawiguje się tu trudno. Oprócz krzyży znakiem rozpoznawczym tego wybrzeża są latarnie morskie. Oddalone od siebie o nie więcej niż 20 mil wskazują statkom drogę. Linia brzegowa jest tu postrzępiona, fale oceanu rozbijają się z łoskotem o skaliste cyple. Oczywiście współcześnie katastrof morskich jest mniej. Pełne zakamarków wybrzeże stało się natomiast rajem dla przemytników. To jedna z głównych dróg dostarczania na europejski rynek kokainy z Ameryki Łacińskiej jak również nielegalnych emigrantów z Afryki. Myślę, że Costa da Morte z racji tego procederu jest pokaźnym źródłem dochodów dla mieszkańców Galicji.

Miałem okazję dwukrotnie być na Wybrzeżu Śmierci. Ubiegłoroczny marsz do Finsterre opisałem dość dokładnie na blogu. Dziś więc kartka sprzed kilku lat – dotarłem wtedy do Muros, niewielkiego portu atlantyckiego. Krótka wizyta w Muros była finałem mojego pierwszego camino.

„ ….Mgła. Autobus przebijał się przez jej mleczne kłęby. Zaparowane szyby oddzielały go od świata, więc drzemał usypiany warkotem silnika. Wóz czasem stawał, by zabrać w podróż machających na poboczach ludzi. Czasem zwalniał i trąbiąc przeraźliwie płoszył idące asfaltem stada krów. W autobusie wiejskie nastroje. Wszyscy tu się znali, witali wylewnie i nie mogli się nasycić rozmowami prowadzonymi od przystanku do przystanku. Powoli zjeżdżali coraz niżej krętą drogą prowadzącą wzdłuż delty rzeki wpływającej leniwie do oceanu. Chwilami budził się, przecierał zamglone okno i wypatrywał portu, ale za szybą przesuwały się tylko wzgórza porośnięte gęstym lasem. Między wzgórzami rzeka wymościła sobie koryto. Jej ujście łączyło się niedostrzegalnie z wąską i krętą zatoką morską. Tylko olbrzymie głazy leżące na jej brzegach, ciemne od wilgoci i oblepione glonami, były przypomnieniem nocnego przypływu oceanu. Gdzieniegdzie przycumowane łódki tkwiły w bezruchu na nieruchomej, jak pokrytej olejem, tafli wody. Cmentarzysko łódek – pomyślał . Przypominały stare samochody porzucone przez właścicieli na peryferiach miast. Zmurszałe łodzie, z obłażącą na drewnianych burtach farbą, napisami ledwie widocznymi pod warstwą morskiego planktonu, dogorywały napełnione do połowy wodą, zaryte dziobami w nadbrzeżnym mule. Mgła otulała litościwie wraki rozkładające się latami w cichym plusku fal. Wybrzeże śmierci, koniec świata. Trudno się dziwić, że tak nazwano ten dziki i posępny atlantycki brzeg. Mgła odpłynęła, więc autobus pędząc nadrabiał czas – ścinał niezliczone zakręty wijącej się między skalnymi usypiskami drogi. W dole zauważył pierwsze plaże, właściwie wąskie paski piachu, jak złote rogaliki wciśnięte między nadbrzeżne głazy. Zapachniało portem, tą dziwną wonią morza, mokrego piasku, gnijących ryb i wodorostów. Mocny zapach oceanu wtłoczył się do wnętrza autobusu. Delta rzeki przechodziła w zatokę.

Wyskoczył przy opustoszałym nabrzeżu. Przed oczami ocean, a za plecami ciche i opustoszałe miasto. Muros jeszcze spało przedłużającym się zimowym snem. Muros drzemało w oczekiwaniu na letników, którzy w wakacje zapełnią plaże, knajpy i bary portowe. Wśród skrzeczenia mew ruszył wprost przed siebie nabrzeżem przechodzącym w falochron wcinający się głęboko w ocean. Szedł kamienną drogą jakby zapragnął wejść w głąb Atlantyku. Daleko na horyzoncie kłębiły się deszczowe chmury przypominające rozpływającą się we mgle, wzniesioną wysoko w niebo, kolejną linię brzegu. Było cicho, woda ledwie chlupotała między głazami, z których usypano kamienną ostrogę chroniącą port przed sztormem. Z południowego krańca zatoki, turkocząc silnikiem, płynęła łajba rybacka. Przecinała powoli nieruchomą taflę wody, pozostawiając za sobą rozchodzące się na boki fale. Śmieszna łódka, jak dziecinna zabawka ze sterówką wystającą wysoko nad pokład, płynęła na granicy szarej wody, mgły i chmur przesuwających się w powolnym tempie ku brzegowi. Zmierzała do portu. Po chwili wzbudzone przez nią fale dotarły do falochronu i z cichym pluskiem znikły między skalnymi blokami. Stanął na końcu ostrogi. Dalej już nie mógł pójść, dalej był tylko ocean. To był koniec jego drogi. Gdy stał patrząc na spokojny Atlantyk, z nagła się rozpadało. Przelotna ulewa trwała raptem kilka chwil. To było tak, jakby ktoś z wysoka machnął potężnym kropidłem i poświęcił ocean. Krople zmarszczyły powierzchnię wody, zadudniły o plecak i ze szmerem uderzyły w kamienne bloki. Poczuł zimno wędrujące po grzbiecie, zadrżał. Czas było wracać do miasta, ledwie majaczącego w oddali. Czas było wracać do bielejących na tle zielonego lasu domów.

Za portem rozciągały się szare i puste plaże, wąskie płachetki piasku porozdzielane przystaniami i stromo opadającymi ku wodzie zboczami wzgórz. Przysiadł na kamieniach falochronu, zdjął buty, przywiązał je sznurówkami do plecaka i wysoko ponad kolana, podwinął nogawki spodni. Morska woda chłodziła wygrzane nogi. Szedł mokrym piaskiem, wzdłuż linii załamujących się fal. Czasem brodził głębiej mocząc nogawki, potem znów wychodził na piach przypatrując się odbiciom swoich stóp, których spokojnie rozlewająca się woda długo nie mogła zatrzeć. Przed sezonem nikt jeszcze plaż nie sprzątał. Zimowe sztormy pozostawiły na nich osad kolorowych opakowań, drewniane skrzynki zaryte głęboko w piasek, porozrzucane boje i kłęby sznurów od rybackich sieci. Wędrował wzdłuż tej oceanicznej rupieciarni omijając ostrożnie pokłady muszli i gnijące ryby, na które czatowały krążące nad jego głową mewy. Wokół cisza, pustka i samotność. Smutek unosił się nad tą zaniedbaną plażą, jak nad wszystkim co stworzyła natura, a człowiek oszpecił pozostawiając ślady swej obecności. Po ludziach pozostały tylko śmieci, zasypane piaskiem schody do miasta i skrzypiące, naderwane przez fale, deski przystani. Szedł zamyślony. Nie liczył kroków, nie mierzył czasu i nie patrzył już na plan. Przecież nie miał się gdzie spieszyć. Za ostatnią przystanią zatrzymał się przy roztrzaskanym przez sztorm i przysypanym piachem szkielecie łodzi. Zrzucił plecak i usiadł wtulony w deski burty. Skulił się, dłonie ukryłi głęboko w rękawach swetra, szukał w sobie ciepła. Nadeszło znużenie i niedostrzegalnie odpłynął na granicę snu i jawy. Dźwięki wokół zaczęły dzielić się na frakcje – oddzielnie plusk fal, pisk ptaków, szelest osypującego się wokoło piasku. Przez skrzeczenie mew przebił się cichy odgłos dzwonków. I wtedy go ujrzał. Jakub przyszedł z oddali, jak zawsze boso i z rozwianymi połami długiego płaszcza. Spotkałem cię jednak – pomyślał. On, swoim zwyczajem, kucnął i muszlą zaczął rysować na piachu znaki. Chyba nie były ważne, bo pozwalał wodzie zmazywać to co narysował….”

Na ilustracji filmowej Costa da Morte

http://www.youtube.com/watch?v=dEQEPrtn6wY