P9140398

4 września 2009,“Te quierro Mucho”

Bilbao, knajpa przy dworcu. Gdy otworzyłem korespondencję znalazłem list od dziewczyny, której kilka tygodni temu poświęciłem tekst. Mój tekst się spodobał – to dla mnie satysfakcja, bo jest to dowodem, że piszę prawdziwie o ludziach i Hiszpanii. Ale napisała też kilkanaście zdań o sobie, o dokonanych od czasu naszej rozmowy wyborach życiowych. To było kilkanaście mocnych i pięknych zdań o szczęściu. Siła tych kilkunastu zdań sprawiła, że opis Bilbao i politycznych problemów Basków stał się nagle dla mnie niewiele znaczący. Pisała ten list sercem – aż skrzył się od emocji. Chciałbym doznać stanu, który pozwala wyzwalać z siebie takie jasne myśli. Przeczytałem i napisałem kilka zdań odpowiedzi – myślę, że dość zdawkowych i ogólnych, bo skrępowany byłem jej nagłym obnażeniem uczuć. Mam 50 lat i życie nauczyło mnie ukrywać co czuję – moje wybory życiowe są niestety wciąż marną polską kalkulacją. Nawet tu, w Hiszpanii zamiast żyć księguję i kalkuluję w stetryczałym mózgu jakieś bzdury bez znaczenia.

Gdy przytłoczony energią listu zgasiłem ekran komputera ze starego telewizora wiszącego w rogu knajpy zabrzmiało „Te quierro Mucho”. To piosenka, która towarzyszy mi w drodze od samej Sevilli. W gruncie rzeczy to zwykły, sentymentalny kawałek o miłości, który jednak ma w sobie niesamowitą emocjonalną siłę. Popatrzyłem na ten bar – przytułek dla ludzi w drodze, samotnych kobiet, starych baskijskich mężczyzn, których nuda wygania z domów i wyleniałych psów plączących się pod nogami. I było tak jak zwykle gdy słychać tę piosenkę – kciuki mężczyzn z plecakami przestały niezgrabnie wystukiwać sms-y na które i tak nikt nie odpowie, ucichły śmiechy kobiet a zamyślone oczy zwróciły się w stronę migoczącego ekranu. „Te quierro Mucho” jest prawdziwe – znów wyzwoliło znów w tych ludziach nadzieję. Pomyślałem, że ta piosenka jest jak list, który dostałem….”

8 września, cienka biała linia

…Czasem czynię sobie wyrzuty, że krytycznie piszę o Polsce, Polakach i społeczeństwie, które tworzą. Powinienem będąc tu mieć te sprawy w dupie. No ale jak można pisać dobrze a nawet zmilczeć po takim incydencie jak dzisiejszy ( San Sebastian – ucieczka polskich turystów na dźwięk polskiego języka). To jest dopiero paranoja – uciekać na dźwięk swojego własnego języka. No ale tę alergię na własną mowę i ludzi mówiących po Polsku przecież przywieźli tu właśnie z Polski. Tam się tego nauczyli. Tam mówiąc po polsku czuli się zagrożeni przez mówiących po polsku. Język budzący strach – nic dodać, nic ująć…”

10 września, interior

Piszę tę kartkę nocą. Z balkonu pokoju widzę rozświetlone miasto. Dalej Pireneje i mroczna francuska granica. Do tego wymarłego przed kilkoma godzinami hostellu sporo ludzi na nocną libację przyjechało. Piją gdzieś piętro niżej, słyszę głosy, lecz nic nie rozumiem, bo mówią w eusqerra. Ale jest bezpiecznie – właściciel spuścił z łańcuchów psy, które krążą wokół knajpy. Mądre są – pstryknąłem z balkonu niedopałkiem i nawet nie zaszczekały. Nastrojowo tu jest – ściany obite błękitną glazurą, nad łóżkiem rycina atlantyckiego klifu i sztych z żebraczką pt. „Insidro Nonell” w tonacji rozpaczy Muncha. A obok odbita płytka – chyba ktoś też w rozpaczy walił głową w ścianę. ( … ) Mówił mi francuski hostalejro w schronisku w Irun – „Po co chcesz iść tą drogą. Nikt tamtędy nie idzie – wracaj lepiej do domu”. Faktycznie, jak sprawdziłem w księdze gości tego albergue, tylko ja wybrałem „interior” jako cel swojej podróży….”

13 września, San Adrian

Widok mnie obezwładnia – biała kamienna ścieżka pnąca się ku górze a na jej końcu tunel przebijający się pod stromymi skałami. Wejście częściowo ograniczone kamiennym murem, z boku łukowata brama – na tyle szeroka by zmieściło się w niej przepędzane przez góry bydło. Wchodzę do środka i w mroku widzę niską, długą kaplicę. To właśnie jest San Adrian. Wewnątrz mroczno i wilgotnie. Drewniany Chrystus zwisający z krzyża stężały w górskim zimnie. Obezwładnia mnie magia tego miejsca. Chwilę stoję zamyślony w kamiennym tunelu. Cisza – jakby czas się zatrzymał. To granica na której stoję. To jakiś znak, jestem tego pewien. To jasna myśl, decyzja. Więc przechodzę na drugą stronę, wynurzam się na słońce.

Później schodzę w dół po wyślizganych przez wędrowców kamieniach i myślę o Beatrix, Baskijce z którą przebijałem się przez góry na Ruta de La Plata. Kiedyś powiedziała – „Odkąd idę przestałam do krwi obgryzać paznokcie”. Moje dłonie też nie drżą od wielu tygodni, nie budzi mnie ból spiętego stresem kręgosłupa. Nie budzi mnie strach. To czego się bałem stało się nieistotne, to jakaś stara historia bez znaczenia. To co było dramatyczne stało się po prostu śmieszne. Może to złe słowo – stało się groteskowe. Więc chyba czas wracać do Polski i kolejny raz zmierzyć się z tą groteską – z państwem, systemem i ogłupiałymi ludźmi. Chyba pora podpalić jakieś lonty, wystrzelić fajerwerki, zakłócić cmentarny spokój anarchistyczną fiestą….”

16 września, początek ewakuacji

Piszę ten tekst w kawiarni obok dworca autobusowego w Vitoria Gasteiz – sporego i ciekawego baskijskiego miasta. Dotarłem tu z Estebaliz po dwóch godzinach paskudnego marszu w deszczu, tak więc tradycyjnie już suszę na sobie ubranie i buty. Kupiłem bilet do Barcelony na 15.15 i myślę, że dotrę tam nad ranem. A potem zobaczymy co dalej….”

16 września, pomnik

W jednym z miast, które mijałem idąc z Santiago do Fisterra na skwerze postawiono pomnik Emigranta. Facet z węzełkiem na kiju idzie przed siebie. Za nim ściana. Za ścianą zapłakana kobieta tuli do siebie dzieciaka. W ścianie okrągły otwór przez który wychyla się drugi dzieciak i rozpaczliwie łapie idącego ojca za pasek, zatrzymuje go. Biedna Galicja zawsze dostarczała bogatej Europie rzeszy emigrantów. Również stąd wypływał strumień ludzi szukających pieniędzy i szczęścia w Ameryce Południowej. Trudno się więc dziwić, że zamówiono u rzeźbiarza dzieło na taki właśnie temat. Pomnik jest zarazem symboliczny jak i realistyczny, bo pod gusta mieszkańców tego miasta w którym muchy z nudów zasypiają w locie. „Trochę to płytkie i infantylne” – pomyślałem robiąc w biegu fotkę. ( … ) Szedłem wówczas z Iną. Gorąco było więc została z tyłu. Gdy po kilku godzinach spotkaliśmy się w schronisku spytała czy widziałem pomnik. „Jasne, że widziałem” – odparłem –„Pomnik jak pomnik, co z tego?”. „A widziałeś jego nogi?” – zwróciła mi uwagę – „Ten pomnik jest o tobie”. Żachnąłem się. Przecież nie jestem facetem, którego bieda wygania z kraju. Żadna baba za mną nie płacze i dzieciaki też nie wyją z rozpaczy. Tym razem Ina wzruszyła ramionami – „Jego nogi to język, którym się posługujesz. To język w którym piszesz. To obraz świata, który widzisz i o którym myślisz gdy układasz zdania”. Ina się o mnie troszczyła. Liczyłem się z jej zdaniem, dlatego wróciłem wieczorem na skwer z pomnikiem. Gdy spojrzałem na nogi Emigranta zauważyłem, że od kolan w dół są koszmarnymi korzeniami. Facet szedł wyrywając swoje własne korzenie. Był jak powalone drzewo, którego karpy wiatr historii wyrwał z ziemi. To pomnik o jakiejś formie samobójstwa, samookaleczenia. Ina miała rację, nieistotna była płacząca baba i dzieciaki – istotne były wyrywane korzenie czyli język. Istotny jest kod którym opisuje się świat. Ważny jest język w którym się myśli i pisze. To coś głębszego niż okolicznościowe ględzenie i przegadywanie jakiś idiotycznych spraw. Język to historia człowieka, jego osobowości i uczuć – język to właściwie jedyny dorobek życia. Nawet śni się obrazami, które opisuje język. Dlatego ten facet od kolan w dół był tak tragiczny. Pstryknąłem drugą fotkę nóg – korzeni, mam ją w swoim archiwum. To ważne zdjęcie – pamiątka po mądrej Niemce, która mi dobrze życzyła….”

17 września, Barcelona

…Nad ranem ciasna poczekalnia, bo zamknęli halę dworca. Ludzie śpią pokotem na podłodze. Tektura cieszy się tu powodzeniem, wybrano chyba wszystko ze śmietników. Facet mnie opierdolił, bo mu na tę tekturę niechcący nadepnąłem – taki czyścioch. Niesamowity klimat – głośników zawieszonych pod sufitem tej klitki gra uspokajająca symfoniczna muzyka. To jest artystyczny pomysł – symfonia nad człowieczym dnem, które tworzy ta maleńka poczekalnia. Są tu ludzie, którym po prostu spóźniły się autobusy, są czarni jak heban emigranci afrykańscy i ci którym w życiu nie poszło. Naprzeciw mnie dziewczyna z maniakalnym uporem piłuje paznokcie przerywając to zajęcie tylko po to by zmiętą, zebraną z podłogi serwetką wycierać nerwowo z twarzy nieistniejący brud. Ale nikt nie zwraca na to uwagi, każdy męczy się z sennością. Ludzie są słabi, ziewają, kulą się – brak im siły. „Cholera, tylko dwie godziny do rana i otworzą bar z gorzko, słodką kawą” – marzę. Nie mogę spać, czuwam skulony na plecaku….”

23 września, lokomotyw dym

Trzeci dzień w Polsce. Dużo jem, dużo śpię … . Wypoczywam po hiszpańskim marszu. Ale w sumie niewiele się zmieniło, dalej jestem w podróży. Znów wałęsam się po mieście patrząc ciekawie na ludzi, sklepowe szyldy, podbijane tynki odsłaniające stare niemieckie napisy, psie gówna pod nogami – na wszystko co tworzy akurat teraz świat wokół mnie. Znów z kawiarnianego ogródka pod ratuszem łapię sieć i wysyłam kartki. Do tego cienkie, czeskie piwo, które rozjaśnia myśli. Niewiele mówię, tak jak w Hiszpanii. Nie chce mi się rozmawiać o byle czym. Starczy – „dzień dobry”, „proszę”, „dziękuję”, „ile płacę”. Przecież gdy piszę nie mówię. By pisać wystarczy tylko patrzeć i słuchać. To życie jak za szklaną szybą kawiarni przez którą obserwuje się przechodniów zajętych swoimi sprawami. Więc chodzę i patrzę a potem jem i śpię. No i myślę jak to krótko i jasno opisać. To dobra, dająca dystans perspektywa. Patrząc w ten sposób widzę obcy kraj i obce miasto, w którym dziś jestem a jutro może mnie już nie będzie. …”

Ilustracja muzyczna – „Te quierro Mucho” w wykonaniu Alby Molina i Andrea Lutza

http://www.youtube.com/watch?v=S2ueuPIrwpM&feature=related