P8120036

29 lipca 2009, port w deszczu

Fisterra tonie w deszczu, buro sine chmury zakryły szczyty okalających zatokę wzgórz. Piszę w hostellu, bo nie chce mi się biec w zacinającym deszczu do najbliższego baru. Od nieszczelnego okna piździ atlantyckie wietrzysko. Odziedziczyłem ten pokój po Ralfie, który wyjechał z rana. W dole dachy rybackich chałup pokryte zielonkawym od mchu eternitem. Niżej port z kołyszącymi się na falach łódkami przypominającymi łupinki po laskowych orzechach. (…)W wiadomości z Polski nuta wyrzutu, że mnie mnie tam nie ma. Niezrozumiała nuta, bo czując nadchodzącą śmierć bliskiej mi osoby proponowałem, że zostanę – poczekam z podróżą. Co z tego, że proponowałem skoro mnie nie słuchano. To paradoksalne – język, mowa nie służą już do komunikacji. Słowa nic nie znaczą, bo nie są słuchane. Dialog staje się tylko monologiem wsłuchanych w samych siebie ludzi. Słowa nic nie znaczą, język nic nie przekazuje, umowy nie obowiązują. Gdy idę przez Hiszpanię układam w głowie zdania, metafory, opisy tego co widzę i czuję. A potem zapisuję je przy barowym stoliku. Już nie umiem inaczej posługiwać się polskim językiem. Mam wrażenie, że gdy mówię po polsku do spotkanych po drodze rodaków mówię do ich pleców, mówię do ściany. Łapię się na tym, że rozmawiam z nimi za pomocą ułożonych wcześniej tekstów, które opublikowałem na blogu albo schowałem zapobiegliwie w czeluściach komputerowej pamięci. Cholera, wierzę tylko w to co napisane po polsku, tylko w to co widzę na ekranie komputera. To konkret, słowo mówione rozpływa się jak targane wiatrem chmury nad portem. Jest niczym bo ludzie przestali się nawzajem słuchać. …”

3 sierpnia, Ina

Dziś pożegnałem Inę. Przed południem odjechała z dworca w Santiago na lotnisko. Pierwszy lot do Madrytu, drugi do Berlina. Pożegnanie na pozór oschłe, bo nadrabialiśmy minami. Życie nauczyło nas nie okazywać uczuć. Ale to taki nawyk, maska na twarzy i nonszalancja w oczach. Za dużo się jednak zdarzyło byśmy w to uwierzyli. Więc cmok, cmok i schowała się w autobusie za przyciemnioną szybą. Postałem chwilę, machnąłem ręką i znów kurwa w drogę.

Knajpa w Fisterra kilka dni temu. Śniadanie – Ina nad grzanką, ja nad zupą rybną. Smaruje tę grzankę masłem i mówi do mnie – „W powieściach taka historia, którą mamy za sobą kończy się morderstwem, małżeństwem albo szaleństwem. Co zrobimy ?” – pyta patrząc na mnie mądrymi, zielonymi oczami. Uśmiecham się – przecież to jasne co zrobimy. Nie jesteśmy mordercami a blizny po małżeńskich obrączkach jeszcze się nie zagoiły i bolą jak cholera. ( … ) Znów ma złe sny, znów przytulam. Nie wiem czemu śpimy jak dwie ściśnięte sardynki na wąskim łóżku. Przecież wykupiliśmy dwa wyra – jesteśmy oboje wygodni. Nie wiem czemu śpimy na tej niewygodnej tratwie, czemu na niej jemy i palimy patrząc sobie w oczy. (…) Knajpa przy lotnisku, camino tędy biegnie. Dałem sobie w kość, koszulka mokra od śmierdzącego potu. Sączę piwo i myślę, czy zadeptać te kilka dni czy zachować w pamięci. Mówiła – „Mamy tylko trzy piękne dni – później będzie katastrofa, która cholernie zaboli”. Choć wiem, że ma rację pytam – „Dla czego?”. „Bo tak jest zwykle” – odpowiada i ma rację. Ostrożna Niemka, obolała Niemka. Ostrożny Polak, obolały Polak. Myślę jak ułożyć sobie w sercu te trzy dni a nad głową przelatują z hukiem samoloty lecące do Madrytu. Małe są – kilkanaście miejsc. Jak ona ułoży w tym ścisku swoje długie, obolałe nogi? Kurwa, ciężko mi to pisać….”

4 sierpnia, pod prąd

Arzua, bar bez nazwy – trzecia po południu. Doszedłem tu pod prąd co znaczy w odwrotnym niż wszyscy kierunku. To nawet zabawne i sympatyczne – budzę spore zainteresowanie. Ktoś mnie poucza, że idę odwrotnie, ktoś inny pyta dokąd idę. Są też pytania praktyczne – o najbliższy bar lub albergue. Ale na ogół widzę zdziwienie w oczach Niemców i Anglosasów. No i czuję wsparcie Hiszpanów, którzy nie zadają idiotycznych pytań, bo wiedzą, że trzeba swoje przejść – nawet w odwrotnym kierunku…”

22 sierpnia, kartka okolicznościowa

Tak jak pisałem, według moich wyliczeń przeszedłem już 1 500 kilometrów. Los chciał, ze dzisiejszy jubileusz spędzam w wyjątkowo pięknym miejscu. Miejscowość nazywa się La Isla a schronisko za jedyne 5 euro mieści się tuż przy plaży. Za mną pasmo górskie o nazwie Sierra de Sueve przez które przemknąłem rankiem. Tak wiec przed nosem mam Atlantyk a za sobą wysokie niebieskawo – zielone góry o których szczyty zaczepiają przemykające po niebie białe obłoki. Pogodę tez mam jubileuszowa – wczoraj przestało padać i w końcu zza oparów mgły wyjrzało słońce. Od rana idę z Albertem – 67 letnim facetem – i z nim obchodzę ten swój kilometrowy sukces. Albert jest Niemcem, członkiem społeczności, która przegrała wojnę a po klęsce potrafiła się tak zorganizować i zmobilizować by przekuć przegrana na zwycięstwo. Albert za swoja ciężka prace przy odbudowie Niemiec ma porządna opiekę lekarska i emeryturę, która pozwala mu wałęsać się po Europie na starość. Zresztą, jak mówi, gdyby przestał się ruszać to by umarł. Rozumiem go bo tez “trwając” w Polsce miałem przeczucie, ze zdechnę za chwile. Tak wiec doszliśmy tu wspólnie popijając piwo i ciesząc się moim sukcesem.

Dziś na blogu znalazłem ciekawy list (…) [ fragmenty odpowiedzi na list] … Panie, skoro tak niepokoi Pana moja wędrówka po prostu nie czytaj Pan kartek. Pisze to choć moja rada nie ma dla Pana znaczenia. Pan będzie je czytał czekając na moja klęskę. Pan będzie je czytał dzień po dniu czekając na mój upadek. Tylko po to by powiedzieć -”A nie mówiłem!”. Pan na ten moment czeka i ja to rozumiem, bo to jest takie czysto polskie.(…) Dziękuje Panu za list. Wzmocnił Pan we mnie determinacje by iść dalej. Nic tak nie wzmaga we mnie chęci wędrówki – byle dalej od Polski – jak takie listy. Ale najpierw przejdę się po plaży, rozgrzeję słońcem plecy, wymoczę nogi. Potem z Albertem skoczymy na piwo, bo dziś ważny dla mnie dzień. Albert swoje przeszedł wiec to rozumie….”

27 sierpnia, dom

Polanca – jęzor ziemi ograniczony z jednej strony krajowa autostrada a z drugiej lokalnymi drogami. Pośrodku tego jęzora sterczące jak pryszcz albergue. Ma wielkość przystanka autobusowego zbudowanego z granitowych głazów. Siedzę na plastikowym krześle, lachy schną na sznurku i patrze na “zona industrial” bo tak nazwano te jałowa ziemie. Na wprost magazyn “Disna Import s.l – muebles teka”. Pustki przed “muebles”, bo po cholerę komu meble skoro nie sprzedają się mieszkania. Po prawej opustoszałe magazyny “Cuevas” – tu tez nie widać ruchu. Miedzy nimi “Bar Quin”. Dziwny bar w którym nie można siedzieć i pic. Za to po zastukaniu kołatka w drzwi dostaje się w cenie 1 euro puszkę piwa “Canaveral” opakowana w szary papier. Bar? To raczej swojska, domowa melina. Zasypiam w słońcu. Miedzy kamieniami ścian schroniska przemykają jaszczurki. Upodobały sobie te zalana asfaltem i cementem ziemie. Lubię je jak jak moje siostry mrówki. Tez jestem jaszczurką i mrówka zarazem szukająca miejsca dla siebie w słońcu, oparach benzyny i cieple plastiku. To przecież dziś mój dom, moja “casa”. … .”

1 września, moje siostry pluskwy

Wypiłem wapno, zjadłem. Oczy się zamykają. Potem krótki, ale podły sen o kraju. Już drugi raz odkąd gryzą mnie pluskwy. Topię się w pocie, coś gadam po polsku. Stara Włoszka, która dowlokła się tu pół godziny po mnie uspokaja, chwyta za rękę. Wyrywam się, wyłażę z tego pieprzonego schroniska i siadam na rozgrzanych słońcem schodach. Naprzeciw Niemcy – chrzanią coś o polityce. Zaciągam się głęboko papierosem i myślę – „Mój Boże, tyle kilometrów przeszedłem i nie zadeptałem wspomnień. Znów do mnie wracają jak pluskwy. Wraca ten upiorny świat o którym chciałem zapomnieć. Naiwny byłem – już pod koniec drogi On rzucił na mnie pluskwy. Zaśmiał się z mojej naiwności”. Noszę w sobie pluskwy zdrady i oszustwa. Noszę w sobie pluskwy naiwności. Noszę w sobie przeszłość, która swędzi mnie jak pokryte strupami krosty. Przypomina mi o sobie. Chciałbym o tym zapomnieć, spróbować coś nowego zacząć. Ale jak skoro się nie oczyściłem? Nie jestem jeszcze gotowy by spróbować od nowa. On mi to mówi rzucając na mnie garściami pluskwy. Jestem bezradny – pozostało mi tylko iść dalej. On mi o tym nie daje zapomnieć szpecąc czerwonymi syfami skórę….”