P7280922

15 lipca 2009 roku, polskie akcenty

…Poranna depresja. Obudziłem się wcześnie a tu szaro – buro wokół. Od okna ciągnie chłód, mięśnie i gnaty bolą. Wokół chrapiący hiszpańscy rowerzyści. Baskijka wyszła wcześniej – marudziła wczoraj wieczorem, że chce iść do Ourense a to cały dzień drogi. W końcu wkurzony zdecydowanie odmówiłem. Zaczęło mnie już męczyć jej tempo (życia?), jakby miała jakiś wewnętrzny niedosyt, czarną dziurę którą chciałaby zapełnić wariackim marszem albo skrętami palonymi bez opamiętania. Tak więc wymieniliśmy internetowe adresy i adios.

Ina też z rana rozespana. Poczekałem na nią dusząc się pierwszymi fajkami i do baru. Jedna, druga kawa niewiele pomogły. Wokół faceci półprzytomni, bo dopiero co zwlekli się z łóżek, do roboty nie chce im się iść, więc stoją w milczeniu i patrzą ponuro w głąb kieliszków. Jednym słowem podły ranek.

Później było już lepiej, bo zza chmur wyjrzało słońce. Z Iną idzie się relaksująco – nie tyle wybijane nogami kilometry ją obchodzą co raczej świat wokół niej. Kobieta jak nie z tego świata – figura modelki, ciężkie marszowe buty i mimo problemów jakiś wewnętrzny luz. No i rozbrajająco dziecinna buzia. Gwiżdże na psy, zagaduje babcie dłubiące w ogródkach, zagląda w różne kąty. A akurat dziś ciekawe rzeczy zauważaliśmy. Od Vilar de Barrio zaczęła się galicyjska „strefa” spichlerzy wspartych na kamiennych nogach. Skończyła się natomiast bieda gryząca w oczy wysoko w górach…. „

17 lipca, fado i tango – słodycz Galicji

„ … Mam za sobą piękną noc. Najpierw włóczęga po starym mieście – tu przekąska, gdzie indziej kieliszek wina. A godzinę przed północą koncert pod kościelną bramą. Trzy godziny przesiedziałem na parapecie kawiarnianego okna słuchając muzyki. W programie tylko argentyńskie tanga i portugalskie fado, bo oba te kraje są dla Galicjan drugą ojczyzną. Mała scena ustawiona w zaułku, kilka rzędów krzeseł dla publiczności i restauracyjne stoliki. I mnóstwo ludzi żywiołowo reagujących na muzykę. Koncert bez żadnego efekciarstwa – kilka reflektorów, fortepian, gitara, akordeon i wokalistka swym śpiewem wyciskająca łzy z oczu. Jeszcze para tancerzy splecionych w tangu. Muszę przyznać, że dawno nie doznałem takiej dawki słodyczy, melancholii i romantyzmu. No i erotyzmu bo tango i fado to miłość. Ina się kompletnie rozkleiła, siedzący obok mnie facet o wyglądzie nożownika miał łzy w oczach no bo trudno być twardym kiedy się człowiek topi się w takiej miłosnej esencji. ( … )

Rano zaspaliśmy i obudziła nas dopiero sprzątaczka schroniska – czarna, sroga kobieta. Więc plecaki na grzbiety i na ulicę. Poszukiwania pokoju w hostellach bezowocne – wszędzie komplety gości albo ceny horrendalne. Stanęła mi przed oczami czarna wizja 20 kilometrów pod górę do najbliższego albergue. Ale jak to się mówi – chcieć to móc. Hostalejro dał się przekonać, że musimy nocować w Ourense jeszcze jedną noc. Ina zatrzepotała rzęsami, Ralf wykazał zdolności negocjacyjne a ja … . Chyba ruszyło go to, że idę aż z Sevilli. Więc śpimy w Ourense znów za 3 euro….”

18 lipca, Se vende

„ … Jakoś bezboleśnie mi przeszły dzisiejsze 23 (4) kilometry. Podejście tylko jedno do Castro de Beiro – fakt, że wysoko, ale wczołgałem się z Iną jakoś tę górkę. Aby się nie krępować swoim sapaniem rozdzieliliśmy się jak dwie mrówki i pomalutku pokonaliśmy przełęcz(?). Po drodze ślicznie – zielone i zadbane wioski. Przystrzyżone żywopłoty i pięknie prowadzone uprawy winorośli. Parkany zacienione krzewami, podwórka osłonięte dachami z zielonych liści. Na pozór sielanka, którą zakłócają tylko budzące niepokój i wątpliwości napisy „se vende tel …” . Gęsto się od nich zrobiło tuż przed Ourense i nie wisiały na starych galicyjskich ruinach, lecz na nowych, dopiero co wykończonych domach. W Ourense też kłują w oczy plakaty z napisami : „na sprzedaż, likwidacja, wyprzedaż okazyjna”. Okna niektórych knajp zabite deskami, drzwi omotane łańcuchami spiętymi masywnymi kłódkami. „Se vende” – „Na sprzedaż”. Kto wie za iloma z tych napisów kryją się ludzkie dramaty? Jakieś ludzkie złudzenia, że można osiągnąć szczęście na kredyt? ( … ) Sprawców kryzysu nie często spotykam. Są skryci jak piranie w akwarium za przyciemnionymi szybami korporacyjnych biur. Czasem wpada do baru jakiś mężczyzna w błękitnej koszuli, ciemnych spodniach i wyglansowanych butach. Ułożone „na mokro” włosy i rozbiegane oczy. No i komórka dzwoniąca nieustannie jak na trwogę. Śmiać mi się chce, bo znam takich z Polski – to sprzedawcy lichwiarskich kredytów, zbędnych przedmiotów, złudzeń bogatej starości lub leczenia za darmo. Ale jakoś tych złodziei mniej tu widać niż w Polsce – podobnie jak żebraków. Hiszpania jest realna i twardo stoi na ziemi. „Więc o czym on tak nerwowo gada?” – myślę patrząc chodzi zaaferowany po barze z wciśniętym w ucho telefonem. O czym tu mówić skoro rynek nieruchomości w Hiszpanii stoi a ludzkie majątki tracą na wartości. Może rozmawia z kimś z Polski? Może tam jeszcze zostało coś do rozkradzenia? Może jego podwładni – też w błękitnych koszulach – z Warszawy, Wrocławia, Gdańska mają nowy pomysł jak okraść biedaków z ostatnich groszy? Może „darmowa pożyczka” lub „pomnożenie majątku na starość”. Katolicka polska jest łatwowierna – religia dyktuje wiarę w cuda. Może w Polsce się uda zarobić na kwartalną premię? Ci polscy chłopcy przecież zrobią wszystko bez mrugnięcia okiem. Sprzedadzą własną matkę mówiąc, że to dla dobra rodziny. Śmiać mi się chce gdy patrzę jak hiszpański złodziej z korporacji dzwoni do swoich kumpli. Nie dają mi spokoju napisy„Se Vende” – „Na sprzedaż”. Wszystko na sprzedaż, nawet ludzka godność i marzenia….”

19 lipca, Szymborska czyli językowe przypadki

…Ranek w Monasterio de Oseira. Z kilku barów czynny jest tylko jeden. Zrzucamy z Iną plecaki. „Piwo, cola” – co można więcej chcieć o takiej godzinie. Przy barowej ladzie dwóch zmęczonych życiem facetów. Ina jest ładna, więc odrywają wzrok od szklanek z piwem. „Skąd jesteście?” – rzucają. „Alemania, Polonia” – mruczy Ina na odczepnego. Piwo rozluźnia żołądek, więc proszę jeszcze o chorizo wiszące w pętach nad barem. Facet na drewnianym talerzy kroi kiełbasę na plasterki. Do tego grube kromki chleba. „Kurcze kwaśny” – myślę żując spieczoną skórkę. Jak polski – na żytniej mące. Gość z barowego stołka patrzy na mnie przekrwionymi oczami: „Wielki polski poeta?” – pyta łamaną angielszczyzną. „Trzszczszrzsz?” – kurwa znów nic nie rozumiem. „Słowacki?” – myślę, przecież to słowo tak szeleści. Gość znów swoje – „Trzszczszrzsz?”. Męczy go to nazwisko. I nagle myśl iskrzy mi w głowie – „Szymborska!!!”. Trafiłem, aż podskoczył z radości. „Nobel”. Jasne – „Nobel”, trzaskamy sobie grabę. Wychodzi i mówi, że za chwilę wróci. Ina znika w kiblu, bo się spociła i musi zmienić koszulkę. Gość zjawia po minucie i daje nam piękne, drewniane krzyżyki na szyję. Jestem zażenowany – chcę płacić, lecz Ina trąca mnie stopą. To prezent za Szymborską – Ina zwykle lepiej wyczuwa sytuację.

Monasteiro zamknięte. I dobrze, bo nie mam chęci tracić czasu na łażeniu po budowanym przez 800 lat klasztorze. Krążymy po dziedzińcu pstrykając bez opamiętania fotki. Z boku monastyru cmentarz – kilka grobów „cywilnych” a z tyłu groby zakonników. Jednakowe kamienne krzyże jak na wojskowym cmentarzu. Większość stara, świadczy o tym mech obrastający kamień. Czytam napisy: „Josph German, Hose German, Jakub German …”. „Czyżby bracia?” – zadaję sobie pytanie. Ina też jest zdziwiona, ale co tam – przed nami jeszcze kawał drogi i nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Wychodzimy z doliny, znów kilkadziesiąt metrów pod górę. „German, German, ….” – natrętnie wraca obraz cmentarza. Na szczycie wzgórza czekam na Inę. Jak zwykle chce dobrze wypaść na finiszu, więc idzie wyprostowana wstrzymując przyśpieszony oddech. „Ina” – pytam.”Przecież gdyby byli z Niemiec to na nagrobku napisano by Aleman”. Chwilę myśli zwijając w palcach skręta. „To ich nazwisko – takie przybrali wchodząc do monasteru”. „Jasne” – myślę. „Joseph Niemiec, Jose Niemiec, Jakub Niemiec … . To po prostu zupełnie nowe życie – jakby się na nowo urodzili, bez rodziny, dzieci …”. Przed zarośniętymi mchem krzyżami nie było kwiatów, lampek. Nowe samotne życie, samotna śmierć – jakaś swoja własna wybrana droga. Przytłacza mnie ten wymiar wolności….”

22 lipca,“o galego une”

…Taberna da Ponte, okna zalane deszczem – strumyki wody spływają jak łzy po policzkach. ( … ). Ciasno od facetów, są już na niezłym fleku więc podśpiewują na całego w galego. W dłoniach kieliszki z mocnym alkoholem, na głowach kaszkiety z daszkiem jak w Portugalii. Ktoś tłucze strzałkami w tarczę, ktoś inny traci moniaki na automacie do gry. Za barem rządzi Ona. Kocia, trójkątna twarz, tlenione blond włosy do ramion, zgarbiony nos i niesamowite czarne oczy. No i zęby białe, drapieżne. Ma na sobie czerwoną bluzkę spod której wystaje czarne ramiączko stanika. Spodnie też czarne, opięte na okrągłym tyłku. I wypukły brzuszek – nic tylko przytulić do niego policzek i słuchać co się w środku dzieje. Kobiety tu nie są lalkowato piękne – one są intrygujące jak korzenny zapach perfum snujący się za nimi po ulicach. Nie mogę od Niej oczu oderwać – wie o tym, lecz patrzy gdzieś w przestrzeń. Ktoś rzuca do Niej – „dla Polaka …”, brzęk monet i kolejne piwo wędruje do mnie po marmurowym barze. Jestem skrępowany, lecz Ona rzuca mi spojrzenie, które mówi – „co ci zależy …”. To lubię u kobiet – „ co ci zależy …, po prostu zrób to”. ( … )

Rozkładam na barze sprzęt, chcę pisać. Ona patrzy zaintrygowana. „Diario camino” – rzucam. „Skąd idziesz?” – pyta. „Z Sevilli – odpowiadam patrząc w jej czarne oczy. Po chwili knajpa znika, jest już tylko lśniący ekran i zdania, które układają się w opowieść. Ciepły dotyk dłoni, piersi który czuję na plecach odrywają mnie od skrobaniny. Zaczepiła mnie, szukam jej wzroku, lecz ona znów za barem patrzy gdzieś w przestrzeń ponad moją głową. Tylko uśmiech zaczepiony w kącikach ust mówi mi, że to nie sen – to uznanie za tę moją drogę, piekielny etramadurski calor, opuchnięte stopy i dzisiejszą ulewę. Zaczepka, propozycja … . Uśmiecham się do lśniącego ekranu kompa, ale wiem, że Ona to widzi. Znów głucho brzmią bębny, faceci za barem śpiewają, dzieciaki plączą się między nogami. Dziesiątki dłoni uderzają w blaty stołów, szkło kieliszków brzęczy. Nad jej głową siny dym „Ducatos” rubio. W jej dłoni szklanka z czarną, mocną herbatą. Musi być trzeźwa, bo fiesta trwa mimo deszczu, który łzawymi kroplami spływa po szybach Taberna da Ponte.Piszę słowo za słowem, na monitorze kompa wędrówka czarnych robaczków zdań. Monika – tak do niej mówią. Szkoda, że muszę wcześnie wstać i nie doczekam końca fiesty. Monika, tlenione włosy, czarne oczy i biały papieros w dłoni o długich palcach. „Hola” – rzucam przez ramię i patrzę w jej iskrzące oczy. Ona uśmiecha się na wspomnienie flirtu w zatłoczonej knajpie. Po chwili krople deszczu zimno przywracają mnie do rzeczywistości…. „

25 lipca,kolejne ramię pulpo

„ … Noc w Santiago, przedostatnia noc fiesty. Przyjaciel Hiszpan załatwia nam stolik w taniej, ale dobrej knajpie z widokiem na Katedrę. Skromna kolacja, bo miasto wyssało z nas sporo pieniędzy – zupa rybna,ensalada i butelka wina. W knajpie tłok niesamowity, siedzimy ściśnięci jak szprotki. Przy barze zajęte miejsca siedzące więc ludzie piją stojąc w ścisku. Brak intymności nie przeszkadza dziewczynie w czerwonej sukience. Jej facet – macho jak z telewizyjnych reklam – otacza ją ramionami. Czuć w powietrzu, że bardzo chcą siebie i odizolowali się tym pragnieniem od rozgadanego tłumu. Kątem oka zerkam na Inę, obserwuje parę uważnie, miękną jej rysy wyostrzone zmęczeniem. Nagle wyczuwa mój wzrok, otrząsa się z marzeń i sięga po kieliszek….”

28 lipca, cabo de Fisterra

„ … Wieczór, Cabo de Fisterra – zachodni kraniec Europy. Koniec starego świata. Pod kamiennym krzyżem tli się moja przepocona podkoszulka. Obok płomyki trawią białą bluzkę Iny. Dym wilgotnej, przepoconej bawełny snuje się między kamieniami klifu. Słońce jeszcze wysoko, ale nabiera już pomarańczowego blasku. Ocean jest spokojny jakby zasypiał wraz z zachodem. Dym palonych tu od setek lat ciuchów osmalił kamienie. Siedzę w tym smrodzie i patrzą jak płoną moje problemy. Od czasu do czasu poruszam kijem zwęgloną kupkę szmat jakbym chciał przyśpieszyć, unicestwić do końca to co ciąży mi gdy się budzę i wraca w dołujących snach. Sięgam kijem do resztek białej bluzki. „Nie ruszaj – to moje, nich się spokojnie spali”. Cofam kij – ma rację, to przecież jej dramaty. ( … ) Zobaczyłem ją gdy siedziała na poboczu asfaltowej drogi tuż za Cea. Oczy przetarłem ze zdumienia – biały kapelusz, biała bluzka i czerwona spódnica tuż przed kolano. No i ciężkie buty na nogach. A właściwie jeden, bo drugi leży na białej linii pobocza. Cholera, przecież powinna być już w Santiago. Podchodzę, ona zdejmuje przeciwsłoneczne okulary. Nikt inny tylko Ina – te same zielone, zmęczone oczy… „Co się stało” – pytam. A ona uśmiecha się smętnie i mówi : ”Pochorowałam się, infekcja mnie dopadła”. Faktycznie kostka spuchnięta jak moja kilka dni temu, na białej skórze sina obwódka po ściągaczu skarpetki. Oczy też podkrążone, bo infekcja dotarła do zatok. Spocona, słaba, chorobą pachnie jej pot – hiszpański lekarz przepisał jej wczoraj końską dawkę antybiotyków, jakby chciał ratować rodzimy przemysł farmaceutyczny. Przypomniał mi się dzień gdy pierwszy raz wyruszałem z nią w drogą. To było za Salamancą, drugi dzień szła camino. Jak dziś pamiętam te kilka godzin na 20 kilometrach rozgrzanego asfaltu. „Ze mną zaczęłaś, to i ze mną skończysz, zbieraj się Ina”– niechętnie wstała.

Nie ma sił by wspinać się na wzgórza, więc skracamy idąc asfaltową drogą. Ja z przodu, ona z tyłu – od czasu do czasu zerkam kątem oka jak sobie radzi. Znów usiadła na poboczu, więc wracam. Cierpliwie czekam aż wydłubie z ramki te swoje tabletki. Łyknęła, popiła, pomagam jej zarzucić plecak. Dwa dni temu nie pozwoliła by na to.

Do miasta idziemy długą, pustą plażą. Środek wakacji a ludzi nie widać. Patrzę na stojące przy brzegu pensjonaty i hostelle – znów biją po oczach napisy „se vende …”.

Zdejmuję buty, bo ocean kusi. Wiążę w supeł sznurówki i wieszam je na kiju. Plecak, kij z dyndającymi butami i po chwili spodnie mokre do kolan. Ona idzie ostrożnie po twardym, mokrym piasku. Jest w tym swoim kapeluszu wyższa ode mnie o głowę. Ma duże stopy i dłonie – czuję się kurwa przy niej bezpiecznie.

Mija nas dziewczyna spacerująca po plaży. Ubrana jest tylko w czarne majtki i przypięty do nich telefon. Idzie kołysząc opalonymi piersiami. Parskamy śmiechem – komiczne jest to niespodziewane spotkanie dwóch światów.

Kolejka pod schroniskiem, długi sznur ustawionych pod ścianą plecaków. Stoję cierpliwie i czekam jak w Polsce 30 lat temu. ( … ) „Completo”: mówi dziewczyna do czekających w niepewności ludzi. „Szukajcie miejsc w hostellach, albo śpijcie na plaży”.