www.kartkazpodrozy.blog.onet.pl
Kartka z podróży – ścieżki camino…
17 lip
15 lipca 2009 roku, polskie akcenty
„ …Poranna depresja. Obudziłem się wcześnie a tu szaro – buro wokół. Od okna ciągnie chłód, mięśnie i gnaty bolą. Wokół chrapiący hiszpańscy rowerzyści. Baskijka wyszła wcześniej – marudziła wczoraj wieczorem, że chce iść do Ourense a to cały dzień drogi. W końcu wkurzony zdecydowanie odmówiłem. Zaczęło mnie już męczyć jej tempo (życia?), jakby miała jakiś wewnętrzny niedosyt, czarną dziurę którą chciałaby zapełnić wariackim marszem albo skrętami palonymi bez opamiętania. Tak więc wymieniliśmy internetowe adresy i adios.
Ina też z rana rozespana. Poczekałem na nią dusząc się pierwszymi fajkami i do baru. Jedna, druga kawa niewiele pomogły. Wokół faceci półprzytomni, bo dopiero co zwlekli się z łóżek, do roboty nie chce im się iść, więc stoją w milczeniu i patrzą ponuro w głąb kieliszków. Jednym słowem podły ranek.
Później było już lepiej, bo zza chmur wyjrzało słońce. Z Iną idzie się relaksująco – nie tyle wybijane nogami kilometry ją obchodzą co raczej świat wokół niej. Kobieta jak nie z tego świata – figura modelki, ciężkie marszowe buty i mimo problemów jakiś wewnętrzny luz. No i rozbrajająco dziecinna buzia. Gwiżdże na psy, zagaduje babcie dłubiące w ogródkach, zagląda w różne kąty. A akurat dziś ciekawe rzeczy zauważaliśmy. Od Vilar de Barrio zaczęła się galicyjska „strefa” spichlerzy wspartych na kamiennych nogach. Skończyła się natomiast bieda gryząca w oczy wysoko w górach…. „
17 lipca, fado i tango – słodycz Galicji
„ … Mam za sobą piękną noc. Najpierw włóczęga po starym mieście – tu przekąska, gdzie indziej kieliszek wina. A godzinę przed północą koncert pod kościelną bramą. Trzy godziny przesiedziałem na parapecie kawiarnianego okna słuchając muzyki. W programie tylko argentyńskie tanga i portugalskie fado, bo oba te kraje są dla Galicjan drugą ojczyzną. Mała scena ustawiona w zaułku, kilka rzędów krzeseł dla publiczności i restauracyjne stoliki. I mnóstwo ludzi żywiołowo reagujących na muzykę. Koncert bez żadnego efekciarstwa – kilka reflektorów, fortepian, gitara, akordeon i wokalistka swym śpiewem wyciskająca łzy z oczu. Jeszcze para tancerzy splecionych w tangu. Muszę przyznać, że dawno nie doznałem takiej dawki słodyczy, melancholii i romantyzmu. No i erotyzmu bo tango i fado to miłość. Ina się kompletnie rozkleiła, siedzący obok mnie facet o wyglądzie nożownika miał łzy w oczach no bo trudno być twardym kiedy się człowiek topi się w takiej miłosnej esencji. ( … )
Rano zaspaliśmy i obudziła nas dopiero sprzątaczka schroniska – czarna, sroga kobieta. Więc plecaki na grzbiety i na ulicę. Poszukiwania pokoju w hostellach bezowocne – wszędzie komplety gości albo ceny horrendalne. Stanęła mi przed oczami czarna wizja 20 kilometrów pod górę do najbliższego albergue. Ale jak to się mówi – chcieć to móc. Hostalejro dał się przekonać, że musimy nocować w Ourense jeszcze jedną noc. Ina zatrzepotała rzęsami, Ralf wykazał zdolności negocjacyjne a ja … . Chyba ruszyło go to, że idę aż z Sevilli. Więc śpimy w Ourense znów za 3 euro….”
18 lipca, Se vende
„ … Jakoś bezboleśnie mi przeszły dzisiejsze 23 (4) kilometry. Podejście tylko jedno do Castro de Beiro – fakt, że wysoko, ale wczołgałem się z Iną jakoś tę górkę. Aby się nie krępować swoim sapaniem rozdzieliliśmy się jak dwie mrówki i pomalutku pokonaliśmy przełęcz(?). Po drodze ślicznie – zielone i zadbane wioski. Przystrzyżone żywopłoty i pięknie prowadzone uprawy winorośli. Parkany zacienione krzewami, podwórka osłonięte dachami z zielonych liści. Na pozór sielanka, którą zakłócają tylko budzące niepokój i wątpliwości napisy „se vende tel …” . Gęsto się od nich zrobiło tuż przed Ourense i nie wisiały na starych galicyjskich ruinach, lecz na nowych, dopiero co wykończonych domach. W Ourense też kłują w oczy plakaty z napisami : „na sprzedaż, likwidacja, wyprzedaż okazyjna”. Okna niektórych knajp zabite deskami, drzwi omotane łańcuchami spiętymi masywnymi kłódkami. „Se vende” – „Na sprzedaż”. Kto wie za iloma z tych napisów kryją się ludzkie dramaty? Jakieś ludzkie złudzenia, że można osiągnąć szczęście na kredyt? ( … ) Sprawców kryzysu nie często spotykam. Są skryci jak piranie w akwarium za przyciemnionymi szybami korporacyjnych biur. Czasem wpada do baru jakiś mężczyzna w błękitnej koszuli, ciemnych spodniach i wyglansowanych butach. Ułożone „na mokro” włosy i rozbiegane oczy. No i komórka dzwoniąca nieustannie jak na trwogę. Śmiać mi się chce, bo znam takich z Polski – to sprzedawcy lichwiarskich kredytów, zbędnych przedmiotów, złudzeń bogatej starości lub leczenia za darmo. Ale jakoś tych złodziei mniej tu widać niż w Polsce – podobnie jak żebraków. Hiszpania jest realna i twardo stoi na ziemi. „Więc o czym on tak nerwowo gada?” – myślę patrząc chodzi zaaferowany po barze z wciśniętym w ucho telefonem. O czym tu mówić skoro rynek nieruchomości w Hiszpanii stoi a ludzkie majątki tracą na wartości. Może rozmawia z kimś z Polski? Może tam jeszcze zostało coś do rozkradzenia? Może jego podwładni – też w błękitnych koszulach – z Warszawy, Wrocławia, Gdańska mają nowy pomysł jak okraść biedaków z ostatnich groszy? Może „darmowa pożyczka” lub „pomnożenie majątku na starość”. Katolicka polska jest łatwowierna – religia dyktuje wiarę w cuda. Może w Polsce się uda zarobić na kwartalną premię? Ci polscy chłopcy przecież zrobią wszystko bez mrugnięcia okiem. Sprzedadzą własną matkę mówiąc, że to dla dobra rodziny. Śmiać mi się chce gdy patrzę jak hiszpański złodziej z korporacji dzwoni do swoich kumpli. Nie dają mi spokoju napisy„Se Vende” – „Na sprzedaż”. Wszystko na sprzedaż, nawet ludzka godność i marzenia….”
19 lipca, Szymborska czyli językowe przypadki
„ …Ranek w Monasterio de Oseira. Z kilku barów czynny jest tylko jeden. Zrzucamy z Iną plecaki. „Piwo, cola” – co można więcej chcieć o takiej godzinie. Przy barowej ladzie dwóch zmęczonych życiem facetów. Ina jest ładna, więc odrywają wzrok od szklanek z piwem. „Skąd jesteście?” – rzucają. „Alemania, Polonia” – mruczy Ina na odczepnego. Piwo rozluźnia żołądek, więc proszę jeszcze o chorizo wiszące w pętach nad barem. Facet na drewnianym talerzy kroi kiełbasę na plasterki. Do tego grube kromki chleba. „Kurcze kwaśny” – myślę żując spieczoną skórkę. Jak polski – na żytniej mące. Gość z barowego stołka patrzy na mnie przekrwionymi oczami: „Wielki polski poeta?” – pyta łamaną angielszczyzną. „Trzszczszrzsz?” – kurwa znów nic nie rozumiem. „Słowacki?” – myślę, przecież to słowo tak szeleści. Gość znów swoje – „Trzszczszrzsz?”. Męczy go to nazwisko. I nagle myśl iskrzy mi w głowie – „Szymborska!!!”. Trafiłem, aż podskoczył z radości. „Nobel”. Jasne – „Nobel”, trzaskamy sobie grabę. Wychodzi i mówi, że za chwilę wróci. Ina znika w kiblu, bo się spociła i musi zmienić koszulkę. Gość zjawia po minucie i daje nam piękne, drewniane krzyżyki na szyję. Jestem zażenowany – chcę płacić, lecz Ina trąca mnie stopą. To prezent za Szymborską – Ina zwykle lepiej wyczuwa sytuację.
Monasteiro zamknięte. I dobrze, bo nie mam chęci tracić czasu na łażeniu po budowanym przez 800 lat klasztorze. Krążymy po dziedzińcu pstrykając bez opamiętania fotki. Z boku monastyru cmentarz – kilka grobów „cywilnych” a z tyłu groby zakonników. Jednakowe kamienne krzyże jak na wojskowym cmentarzu. Większość stara, świadczy o tym mech obrastający kamień. Czytam napisy: „Josph German, Hose German, Jakub German …”. „Czyżby bracia?” – zadaję sobie pytanie. Ina też jest zdziwiona, ale co tam – przed nami jeszcze kawał drogi i nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Wychodzimy z doliny, znów kilkadziesiąt metrów pod górę. „German, German, ….” – natrętnie wraca obraz cmentarza. Na szczycie wzgórza czekam na Inę. Jak zwykle chce dobrze wypaść na finiszu, więc idzie wyprostowana wstrzymując przyśpieszony oddech. „Ina” – pytam.”Przecież gdyby byli z Niemiec to na nagrobku napisano by Aleman”. Chwilę myśli zwijając w palcach skręta. „To ich nazwisko – takie przybrali wchodząc do monasteru”. „Jasne” – myślę. „Joseph Niemiec, Jose Niemiec, Jakub Niemiec … . To po prostu zupełnie nowe życie – jakby się na nowo urodzili, bez rodziny, dzieci …”. Przed zarośniętymi mchem krzyżami nie było kwiatów, lampek. Nowe samotne życie, samotna śmierć – jakaś swoja własna wybrana droga. Przytłacza mnie ten wymiar wolności….”
22 lipca,“o galego une”
„ …Taberna da Ponte, okna zalane deszczem – strumyki wody spływają jak łzy po policzkach. ( … ). Ciasno od facetów, są już na niezłym fleku więc podśpiewują na całego w galego. W dłoniach kieliszki z mocnym alkoholem, na głowach kaszkiety z daszkiem jak w Portugalii. Ktoś tłucze strzałkami w tarczę, ktoś inny traci moniaki na automacie do gry. Za barem rządzi Ona. Kocia, trójkątna twarz, tlenione blond włosy do ramion, zgarbiony nos i niesamowite czarne oczy. No i zęby białe, drapieżne. Ma na sobie czerwoną bluzkę spod której wystaje czarne ramiączko stanika. Spodnie też czarne, opięte na okrągłym tyłku. I wypukły brzuszek – nic tylko przytulić do niego policzek i słuchać co się w środku dzieje. Kobiety tu nie są lalkowato piękne – one są intrygujące jak korzenny zapach perfum snujący się za nimi po ulicach. Nie mogę od Niej oczu oderwać – wie o tym, lecz patrzy gdzieś w przestrzeń. Ktoś rzuca do Niej – „dla Polaka …”, brzęk monet i kolejne piwo wędruje do mnie po marmurowym barze. Jestem skrępowany, lecz Ona rzuca mi spojrzenie, które mówi – „co ci zależy …”. To lubię u kobiet – „ co ci zależy …, po prostu zrób to”. ( … )
Rozkładam na barze sprzęt, chcę pisać. Ona patrzy zaintrygowana. „Diario camino” – rzucam. „Skąd idziesz?” – pyta. „Z Sevilli – odpowiadam patrząc w jej czarne oczy. Po chwili knajpa znika, jest już tylko lśniący ekran i zdania, które układają się w opowieść. Ciepły dotyk dłoni, piersi który czuję na plecach odrywają mnie od skrobaniny. Zaczepiła mnie, szukam jej wzroku, lecz ona znów za barem patrzy gdzieś w przestrzeń ponad moją głową. Tylko uśmiech zaczepiony w kącikach ust mówi mi, że to nie sen – to uznanie za tę moją drogę, piekielny etramadurski calor, opuchnięte stopy i dzisiejszą ulewę. Zaczepka, propozycja … . Uśmiecham się do lśniącego ekranu kompa, ale wiem, że Ona to widzi. Znów głucho brzmią bębny, faceci za barem śpiewają, dzieciaki plączą się między nogami. Dziesiątki dłoni uderzają w blaty stołów, szkło kieliszków brzęczy. Nad jej głową siny dym „Ducatos” rubio. W jej dłoni szklanka z czarną, mocną herbatą. Musi być trzeźwa, bo fiesta trwa mimo deszczu, który łzawymi kroplami spływa po szybach Taberna da Ponte.Piszę słowo za słowem, na monitorze kompa wędrówka czarnych robaczków zdań. Monika – tak do niej mówią. Szkoda, że muszę wcześnie wstać i nie doczekam końca fiesty. Monika, tlenione włosy, czarne oczy i biały papieros w dłoni o długich palcach. „Hola” – rzucam przez ramię i patrzę w jej iskrzące oczy. Ona uśmiecha się na wspomnienie flirtu w zatłoczonej knajpie. Po chwili krople deszczu zimno przywracają mnie do rzeczywistości…. „
25 lipca,kolejne ramię pulpo
„ … Noc w Santiago, przedostatnia noc fiesty. Przyjaciel Hiszpan załatwia nam stolik w taniej, ale dobrej knajpie z widokiem na Katedrę. Skromna kolacja, bo miasto wyssało z nas sporo pieniędzy – zupa rybna,ensalada i butelka wina. W knajpie tłok niesamowity, siedzimy ściśnięci jak szprotki. Przy barze zajęte miejsca siedzące więc ludzie piją stojąc w ścisku. Brak intymności nie przeszkadza dziewczynie w czerwonej sukience. Jej facet – macho jak z telewizyjnych reklam – otacza ją ramionami. Czuć w powietrzu, że bardzo chcą siebie i odizolowali się tym pragnieniem od rozgadanego tłumu. Kątem oka zerkam na Inę, obserwuje parę uważnie, miękną jej rysy wyostrzone zmęczeniem. Nagle wyczuwa mój wzrok, otrząsa się z marzeń i sięga po kieliszek….”
28 lipca, cabo de Fisterra
„ … Wieczór, Cabo de Fisterra – zachodni kraniec Europy. Koniec starego świata. Pod kamiennym krzyżem tli się moja przepocona podkoszulka. Obok płomyki trawią białą bluzkę Iny. Dym wilgotnej, przepoconej bawełny snuje się między kamieniami klifu. Słońce jeszcze wysoko, ale nabiera już pomarańczowego blasku. Ocean jest spokojny jakby zasypiał wraz z zachodem. Dym palonych tu od setek lat ciuchów osmalił kamienie. Siedzę w tym smrodzie i patrzą jak płoną moje problemy. Od czasu do czasu poruszam kijem zwęgloną kupkę szmat jakbym chciał przyśpieszyć, unicestwić do końca to co ciąży mi gdy się budzę i wraca w dołujących snach. Sięgam kijem do resztek białej bluzki. „Nie ruszaj – to moje, nich się spokojnie spali”. Cofam kij – ma rację, to przecież jej dramaty. ( … ) Zobaczyłem ją gdy siedziała na poboczu asfaltowej drogi tuż za Cea. Oczy przetarłem ze zdumienia – biały kapelusz, biała bluzka i czerwona spódnica tuż przed kolano. No i ciężkie buty na nogach. A właściwie jeden, bo drugi leży na białej linii pobocza. Cholera, przecież powinna być już w Santiago. Podchodzę, ona zdejmuje przeciwsłoneczne okulary. Nikt inny tylko Ina – te same zielone, zmęczone oczy… „Co się stało” – pytam. A ona uśmiecha się smętnie i mówi : ”Pochorowałam się, infekcja mnie dopadła”. Faktycznie kostka spuchnięta jak moja kilka dni temu, na białej skórze sina obwódka po ściągaczu skarpetki. Oczy też podkrążone, bo infekcja dotarła do zatok. Spocona, słaba, chorobą pachnie jej pot – hiszpański lekarz przepisał jej wczoraj końską dawkę antybiotyków, jakby chciał ratować rodzimy przemysł farmaceutyczny. Przypomniał mi się dzień gdy pierwszy raz wyruszałem z nią w drogą. To było za Salamancą, drugi dzień szła camino. Jak dziś pamiętam te kilka godzin na 20 kilometrach rozgrzanego asfaltu. „Ze mną zaczęłaś, to i ze mną skończysz, zbieraj się Ina”– niechętnie wstała.
Nie ma sił by wspinać się na wzgórza, więc skracamy idąc asfaltową drogą. Ja z przodu, ona z tyłu – od czasu do czasu zerkam kątem oka jak sobie radzi. Znów usiadła na poboczu, więc wracam. Cierpliwie czekam aż wydłubie z ramki te swoje tabletki. Łyknęła, popiła, pomagam jej zarzucić plecak. Dwa dni temu nie pozwoliła by na to.
Do miasta idziemy długą, pustą plażą. Środek wakacji a ludzi nie widać. Patrzę na stojące przy brzegu pensjonaty i hostelle – znów biją po oczach napisy „se vende …”.
Zdejmuję buty, bo ocean kusi. Wiążę w supeł sznurówki i wieszam je na kiju. Plecak, kij z dyndającymi butami i po chwili spodnie mokre do kolan. Ona idzie ostrożnie po twardym, mokrym piasku. Jest w tym swoim kapeluszu wyższa ode mnie o głowę. Ma duże stopy i dłonie – czuję się kurwa przy niej bezpiecznie.
Mija nas dziewczyna spacerująca po plaży. Ubrana jest tylko w czarne majtki i przypięty do nich telefon. Idzie kołysząc opalonymi piersiami. Parskamy śmiechem – komiczne jest to niespodziewane spotkanie dwóch światów.
Kolejka pod schroniskiem, długi sznur ustawionych pod ścianą plecaków. Stoję cierpliwie i czekam jak w Polsce 30 lat temu. ( … ) „Completo”: mówi dziewczyna do czekających w niepewności ludzi. „Szukajcie miejsc w hostellach, albo śpijcie na plaży”.
87 Responses for "powrót do kraju – ekstrakt ( I )"
Kartko,
“Camino” nie jest dniem codziennym. Jest odskocznią, wyzwaniem, urlopem ale nie jest prawdziwym życiem. Jest intensywne i prędko się kończy…Zostawia wspomnienia i dużo pozytywnej energii ( wnioskuje z tego co piszesz ). Coraz bardziej chce iść:)
Co innego jest odwiedzać inny kraj jako turysta, pielgrzym a co innego mieszkać na stałe. Zycie wszędzie niesie podobne problemy i rozterki. Wszędzie działają podobne mechanizmy..bez pracy nie da się żyć..Panowie w niebieskich koszulkach nie są winni, że ludzie bankrutują. Winne są pazerne ówczesne czasy, że każdy chce mieć i żyć ponad stan..
Gubimy się, gubi nas pazerność i brak zdrowego rozsądku..bo np. biorąc kredyt bardzo często nie zastanawiamy się po co taki duży moze mniejsze mieszkanie kupić..a nie od razu dom.. Czy nas na pewno na to stać a potem rozpacz..Jakieś takie przyzwolenie przyszło na życie nie na swoim tylko bankowym zza oceanu !
Witam,
Lui, to co piszesz, jest bardzo prawdziwe. Apetyty u ludzi rozdmuchiwane są do gigantycznych rozmiarów. Reklama i konsumpcyjny styl życia sieją spustoszenie. Mało kto potrafi już poprzestawać na małym.
Z drugiej strony są też ludzkie tragedie będące efektem zachłanności korporacji, złej polityki bankowej i finansowej poszczególnym państw. Prosty człowiek się tu nie obroni.
Kartko,
Przypomniałeś Szymborską, która pojawiła się w tak zaskakującej scenerii. Zaiste pióro jest silniejsze od miecza.
Pozwolę sobie wpisać jeden z Jej wierszy z tomiku “Tutaj”
Przykład
Wichura
zdarła nocą wszystkie liście z drzewa
oprócz listka jednego,
pozostawionego,
żeby się kiwał solo na gołej gałęzi.
Na tym przykładzie
Przemoc demonstruje,
że owszem -
pożartować sobie czasem lubi.
W. Szymborska, Tutaj 2009
Wiesci z frontu : Hirunda “dopłynęła” w autobusie bez klimatyzacji
.U mnie 40C , wytrzymac ciężko .Ruszyłam na “połów” kupić wentylator , tak by w kazdym pokoju był .Wszędzie wymiecioene ….ale w jednyn sklepie juz na koniec zatrzepotalam skrzydłami i…znalazł się ostatni
Lui
przed wyjazdem mówię do Maleństwa :wezmę na wszelki wypadek gotówkę gdyby terminale się przegrzały ……i rzeczywiście terminal odmówił trzy osoby przede mną wspołpracy
Teraz biore się do czytania kartki
Kartku
ale staramy sie przewidzieć .Camino to coś takiego jak zmiana baterii w starym laptopie .Widzimy ,ze jeszcze wiele rzeczy potrafimy , chce nam się .Czy nie jest tak ,że camino wyzwoliło w Tobie energie by pisać .Ja wiem , powiesz tematy leża wszędzie .Tak to prawda , ale trzeba mieć czas na to i motywację .Ja mam motywację , ale czasu często brakuje .Niestety doba ma 24 godziny;)
pewnie zycie jest drogą po której kroczymy .Nie jest to zawsze droga bezpieczna , nie zawsze wiemy co za rogiem
Lui
ten pan/pani w niebieskiej koszuli by przeżyć i wyrobić plan “oskubie” każdego.Znam mechanizmy liczenia zdolności kredytowej , klienta tak zabajerują ,że wyjdzie uśmiechnięty jaki on the besciak jest i jaka zdolność ma , a gdy przyjdzie spłacać to wszystko oczy ma nagle szeroko otwarte .Zaczarował go pan/pani w niebieskiej koszuli , chyba trochę tak .Dał się uwieść / głupi był .Nie ważne teraz musi sam uporać sie ze swoim problemem , bo nikt mu nie poradzi .
Ałło
Więc owa szybkość, ta nerwowa prędkość,
jest świadomością przemijania? Chęcią,
aby zmieścić się w sobie przydzielonym czasie?
Nie wiem tego i nie chcę pamiętać
o g r a n i c z e n i a, w jakim żyję.
Żyję szybko, bo w ruchu widzę życie, chciwie
chłonę zapach dojrzałych zbóż, które czekają
na żniwiarzy; a żniwa są po sianokosach,
które pachniały przedtem; a przedtem akacje
i bzy jak banał całe abecadło
zapachów. Ulewa kwiatów, krzewów, drzew.
Czy żyjąc szybko żyje się podwójnie?
Żyjąc powoli, wolniej się umiera?
W jedynym życiu, jakie dane ciału,
by na śmierć czekać czasu mam za mało:
ona posłusznie czeka mnie poza nim. ( L.Mariańska)
Lui
Camino nie jest perspektywą życiową- to tylko oplacony czas sprzyjający refleksji. To nie urlop po którym pełni zapału wracamy do tego co było – robimy to samo i tak samo. Idzie się i placi po to aby żyć inaczej.
Piszesz o tekscie “Se vende”, który rok temu też wywołał polemikę, która sprowadzała się do tego, że nie mogę krytykować sposobu życia, zarabiania (administracje, korporacje …), bo ludzie pracujący tam muszą to robic – “świat jest brutalny,takie jest życie, trzeba utrzymać rodziny” itp. Jednym slowem ludzie pisali tak jakby się tego stylu zycia wstydzili. Ja to rozumiem, bo tez pracowałem w administracji, mialem gajerek, komorke – rzadziłem wstydząc się tego w głębi duszy. Tyle, że mnie ta robota dołowała czego nie mogę powiedzieć o swoich współpracownikach. Oni kwitli jak ci goście z korporacji – jedni nęcili głupich ludzi, drudzy zjawiali się po nich z kredytami a trzeci na sam koniec obdzierali tych ludzi z ostatniej koszuli. No oszuści po prostu. Czasem gdy przy wódce docisnąłem tych kolesi pytaniami po co takie kurestwo robią to odpowiadali, że dla rodziny – trzeba jakoś żyć.
Tekst dotyczy rynku nieruchomości, bo jego kryzys był po prostu widoczny w Galicji, Asturii (se vende) ale to ogólniejsza metafora korporacji i administracji, które piekło czynią ze współczesnego świata.
Tekst był rozliczeniowy, bo przecież sam pracowałem kilka lat dla panstwa dla tego pisząc parszywie o gościach z korporacji pisalem o sobie – kiedys. Po prostu odreagowywałem, zrzucalem ciężar z pleców. Kobieta która w tekście wystepuje, z którą szedłem wstydziła się jeszcze “brudniejszej” roboty. Ona zarabiała przed camino poprawiając obraz (public relations) pewnych parszywych, naprawdę podłych, niemieckich instytucji. Przyznała mi to z zażenowaniem pod sam koniec naszej znajomości. Pewnie by zreszta nadal poprawiała, gdy jej życie osobiste nie zawaliło się w gruzy – to ją zmusiło do refleksji.
Tak już jest, że pewne wydarzenia zyciowe wytrącają nas z samozadowolenia, każą krytycznie patrzeć na swoje zycie i świat wokół. Nie zawsze w wyborach kierujemy się zyskiem. Tylko o tym pisze te teksty
Pozdrawiam
Alla
Przyznam, że mnie spotkanie z gościem od Szymborskiej wzruszyło i nastroiło patriotycznie, co zdarza się niezbyt czesto. Pamiętam podobne wzruszenie w Lizbonie gdy wyszedłem z podłego hotelu zamieszkałego przez jakieś lafrykanskich alfonsów oraz ich dziewczyny i zobaczyłem na scianie kamienicy wielką reklamę koncertu Stańki. Wtedy tez się wzruszyłem.
Pozdrawiam
Nietoperzyco
Idzie chłód – u mnie leje deszcz i temperatura spadła. mam nadzieję, że Hirunda jednak wzięła laptop
Pozdrawiam
Kartku
przyjmę każda ilość chłodu i deszczu
Nietoperzyco
Temperatura w ciągu godziny spadła o 10 stopni. Niebo zasnute, deszcz pada, chlodno. Pootwieralem na oścież okna, drzwi i staram się wychłodzić mieszkanie
Pozdrawiam
Kartku
szczęściarzu , mam nadzieję ,że tam gdzie Hirunda jest też jest chłodno , nie tak jak u mnie
Spokojnie Nietoperzyco, to dość szybko przepływa w Twoim kierunku. Właśnie idzie druga burza. W nocy będziesz miała deszcz i chłód
Kartko,
Idealistą jesteś. Dla mnie pracownik administracji, banku czy sektora prywatnego jest człowiekiem wykonującym swą pracę. Nie da się żyć bez pracy, bez pieniędzy. Nie potępiam nikogo. W takim świecie przyszło nam żyć. Bo idąc tym tokiem rozumowania nawet sprzedawca powinien się wstydzić bo wciska np. zgniłe owoce, prawnik bo nagina prawo, adwokat bo broni winnego. Najważniejsze jakimi jesteśmy od środka, co czujemy, co jest dla nas najważniejsze ( a powinien być drugi człowiek ) ..i dlatego cenię sobie Twoją Kartkę i szczerość. Taka perełka::))
Kochani deszczu to ja Wam to po ludzku tak brzydko bardzo zazdroszczę.
Lui
deszczu brak , Kartek obiecuje ,że do mnie przyjdzie , a jak nie przyjdzie to co:(
Nietoperzyco,
Jak obiecuje, że przyjdzie to cierpliwości …pewnie przyjdzie !
Może dziś a może jutro ale przyjdzie::))
Lui
no tak , co mi pozostało muszę czekać
Lui
To ja mam nie potepiać sprzedawczyni, ktora wciska mi zgniłe owoce, bo ktoś (system) ją do tego zmusza? Chyba za wiele ode mnie oczekujesz.
Lubisz domy, mieszkania – interesuje Cię to, chcesz by były ładne, funkcjonalne, solidne, aby służyły latami. Ja też lubie dlatego wkurwia mnie, że do cementu dosypuje się za dużo piasku, że buduje się byle jak i byle gdzie. Że stawia się maszkarony. Bulwersuje mnie, że ludziom wciska się na te gówniane domy lichwiarskie kredyty. Ale może ja jestem starej daty (metrykalnie zresztą jestem) i za wiele oczekuje. Tylko w takim razie po co stoją nad Atlantykiem całe miasteczka nowowybudowanych, pustych domów? Po co to zrobiono? No jaki z tego pożytek?
Wracając do sprzedawczyni zgniłych owoców – to jaka ona może być w środku? Sprzedając mówi, że świeże a daje zgniłe. Po pracy idzie na randkę i mówi, że kocha. I co – kocha? Pożycza pieniądze i mówi, że jutro odda. I co – odda?
To samo dotyczy tepych urządników, cwanych adwokatów, prokuratorów z mordem w oczach i chciwych biznesmenów. Są tacy jakimi ich widzimy – nie ma się co zastanawiać nad ich ukrytą natura – np czułością i dobrocią. Nie można być np żądnym władzy politykiem i czułym, tolerancyjnym kochankiem. Coś z tego musi być na niby.
Ja nie mówię żeby odciąć się od wszystkiego, usiąść na słupie jak Szymon Słupnik i oddać się np modłom. Ja mowię tylko, że trzeba mieć refleksję nad tym co się robi. Nie można rogrzeszać ludzi i siebie mówiąc taki jest świat, bo przecież sami go tworzymy. No a gdy mamy problem z wciskaniem ludziom zgniłych owoców to trzeba rzucić w pierony to zajęcie. Zgoda na to fatalnie się kończy – pilot, który się bał sprzeciwić prezydentowi zabił kupę ludzi i siebie. A przecież dobrze wiedział w jakich warunkach pracuje – musiał to robić? Mogł przecież wcześniej odejść. Może myślał trzymając się tej roboty “musze – taki jest swiat”.
Pozdrowienia
Nietoperzyco,
Piękny wiersz.
Szybkość, nerwowa prędkość. Czasem taka, że aż strach się zatrzymać. Czasem dlatego, że chce się uchwycić jak najwięcej piękna, a czasem, żeby nie mieć czasu na myślenie o przemijaniu, o tym, co stracone, zgubione, nie do odzyskania.
Ałło
tak właśnie czulam ten wiersz , tak czuje też zycie
Kartko,
jest inną sprawą czy my się godzimy i przyjmiemy te zgniłe jabłka…Najczęściej się wrócimy i zwrócimy:) Przykład użyłam niefortunny ale myśl miałam inna..
Wiesz ja mam swoje własne teorie na świat: jedna z nich mówi, że każdy jest dobry tylko czasami błądzi i się gubi ( nie dotyczy patalogii). Trzeba tylko umieć zrozumieć i czasami wyciągnąć pomocną dłoń.
Każdy wiele oczekuje i nie da sobie bubla wcisnąć..nie zależy to od wieku. Na szczęście o większości ludzi możemy powiedzieć, że są porządni i solidni.
Popatrz jak ładnie przeskoczyłeś od panów w niebieskich koszulkach do polityki, do nieszczęsnych pilotów. Ja bym ich nie oceniała, nie byłam na ich miejscu..
Nie wiem jak było na prawdę, a może latał bo było to jego pasją. Wiesz czasami robota wynika i z pasji i zadowolenia i przynosi satysfakcje a nie wstyd..
A czy musiał to robić ( latać) a wyobrażasz sobie młodego chłopaka, który w wieku lat 15 zaczął naukę w szkole lotniczej. żył tylko tym, że nagle zrezygnuje ze swoich marzeń:) Latanie dla niego było wszystkim. Ja wierzę, że większość pracuje nie krzywdząc, nie oszukując innych.
O pilotach czy wojskowych, o tej pracy wiem trochę. Wychowałam się wśród mundurowych ! Znam ten strach, Wiem jak kobiety zbierały się w jednym domu i czekały na telefon, na którą dziś “padnie”, której mąż z ćwiczebnego lotu nie wróci. I czasami dzwonił..
Są ludzie, którzy wierzą w to co robią. I tego się trzymam !
Buzka
Alla
A może “Szybkość, nerwowa prędkość. Czasem taka, że aż strach się zatrzymać” po to by nie myśleć o tym co nadejdzie? Przeczytałem wiersz, ale nie jestem przekonany, że ludzie tak gonią chcąc uchwycic jak najwięcej piękna. Poetka pewnie tak myśli ale to nie jest reguła a raczej wyjątek.
Nietoperzyco,
Wszystko rozumiesz, prawda?
Dziękuję Ci za ten wiersz.
Kartko,
Myślę, że nie ma jednego powodu. Zachłanność i pragnienie doznań, wrażeń i emocji jest jednym z nich. Wiem, że może głupio to zabrzmi, ale goni za mną myśl, że nie zdążę z tyloma rzeczami. Tyle książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, ludzi do spotkania i przyjaźni do zawiązania. A ja zwyczajnie nie zdążę. Jak długo bym nie żyła i tak nie zdążę.
A strach przed przyszłością też jest dobrym motywem. Pomyślę jeszcze nad tym.
Kartku
jeszcze nie przywiało nic do mnie , ale wiesz że nieraz to nadzieja i oczekiwanie ważniejsze jest od realizacji .
Widzisz , ja sądzę że moje Maleństwo jest takie kruche , ale niekiedy mnie zaskakuje .Wybierając studia pytałam ją czemu np. .nie prawo . Odpowiedziała: nie mogłabym bronić człowieka gdybym wiedziała ,ze jest winny , na prokuratora nie nadaje sie tam trzeba się łokciami rozpychać , a sędzia to bardzo odpowiedzialne , a co stanie sie gdy sie pomylę , no i przy okazji mało płacą .Ja stać na taka odpowiedź bo na razie ma wszystko na wyciągniecie reki , ale gdy przyjdzie samemu zarabiać na siebie, czy wtedy tak samo mi odpowie? Nie wiem , ufam że tak .Tylko ,ze ona stale będzie czuła ,ze gdzieś ja jestem niczym koło ratunkowe .Nie wszyscy mają te koła ratunkowe i nie mając wyjścia sprzedają te cholerne zepsute warzywa .
Mysle ,że temat , który poruszyłeś jest dużo szerszy .Dokąd zmierza świat .Kiedyś podstawa był przemysł.Teraz okazuje się ,że przemysłu może nie być , a świat funkcjonuje.Oczywiście funkcjonuje tak jak ludzie go zaprogramują .Panie/panowie w niebieskich koszulach sprzedają stale to samo przyszłość .Tylko ,ze nikt nie jest w stanie tego rozsądnie wycenić i kiedy sie przeszarżuje , jest tak jak teraz .
Pisałeś o domach , w jakiś sposób jest mi to bliski temat .Widzisz pewne rzeczy zależą od nas , pewne nie .Ja nie zrobię niczego niezgodnego , dlaczego ? Po pierwsze bo tak mnie nauczono .Po drugie bo chce spokojnie spać.Po trzecie wole zrobić mniej , ale dobrze .Jak ktoś mi mówi ,że można za 1800/m2 pobudować dom pod klucz , to ja odpowiadam : z piasku tak .Tacy , którzy tak budują w końcu padną , bo nie ujada na takich kwotach , albo dojdzie do jakiejś katastrofy budowlanej i wtedy sie ockną , albo robią kant .Wiedza ,ze nie wybudują , ale szmal wezmą i sie ulotnią .Inną sprawą jest ,że potencjalny klient chciałby za darmo , ale żeby było w marmurze .Ot logika ludzka .Długo by o tym mówić .
Na podsumowanie : bądźmy ludźmi przede wszystkim w tym lesie “wilków” .No dobra nawymadrzałam się , już milknę
Ałło
to ja dziekuje .Nie wszystko rozumiem , ale bardzo staram się zrozumieć
Kartku
Hirunda nie wzieła laptopa , ale u niej burza cudna , czuje się dobrze , tylko ……..teskni za WAMI .W środę jak wpadnie do domu , dopadnie komputera i wiadomo co bedzie
Dyszczu
jak tam jaszczurki
Lui
Nie to mialem na mysli, pewnie jasno tego nie napisałem. Tu nie chodzi o latanie i lotników. To niebezpieczny zawód, pasja – rozumiem to i nie zamierzam się na ten temat wypowiadać. Chodziło mi tylko o to, że pilot odstąpił od reguł tego zawodu, od zasad jego wykonywania – doprowadził do tragedii – bo nie miał odwagi się sprzeciwić głupcom, którzy go do tego zmuszali. Wielu pilotów odeszło wcześniej z tego nieszczęsnego pułku z powodu wywierania na nich presji. Po tragedii jasno o tym mówili. On tej odwagi nie miał.
Ja mechanizm zmuszania ludzi łamania wszelkich reguł wielokrotnie widziałem w życiu. Mnie zmuszano też do nonsensów. Tyle, że moje szczęście polegało na tym, że nie byłem pilotem – nikt na tym tak tragicznie nie ucierpial.
Taką samą presję wywiera się na sprzedawczynię zgniłych owoców (to dobre porównanie), na akwizytora oszukańczych kredytów, na konstruktora zawalających się budowli itp, itd.
Piszesz, że przecież to sprawdzamy, weryfikujemy. Piszesz – wiedziały gały co brały. Niekoniecznie – czasem pozostaje nam tylko zaufać np gdy wsiadamy do samolotu. Poza tym czy musimy znać się na wszystkim? Czy musimy wypełniać życie ciągłym sprawdzaniem – lekarzy, mechanikow samochodowych, adwokatów, budowlanych, bankowców, polityków …? Czy nie prościej byłoby zaufać? Czy w tym życiu umiemy jeszcze ufać? Czy za sprawą naszej wymuszonej nieufności czegoś nie straciliśmy w życiu?
Pozdrawiam
Lui
,ze najważniejsze jest znależc swoje muszelki.Muszelki to pasja , ktora mozna realizować , a jeszcze Ci za to płacą .Czy ja jestm szczęściarą ,że te muszelki znalazłam ? Nie , sądzę że kazdy może , tylko trzeba się troszkę “napocic “
powtarzam Maleństwo od kołyski
Kartku
umiemy ufać , ja to umiem , ale w zyciu prywatnym .W zyciu zawodowym mogę ufac , ale zawsze sprawdzam , taka zasada
U mnie już pada
Ałło
u mnie nie:( , ale jest nadzieja
Kartku
Malenstwo mówi : znowu Kartek jest na głównej w Onecie , tym razem z Biczowaniem , dobry jest
Wiesz Alla, też tak myślałem że nie zdążę z tyloma rzeczami. Ale potem mi się uspokoiło. Więcej myślę o tym co za mną niż o tym co bedzie. Myślę, że nie ma za czym gonić, bo dobre samo przyjdzie. Wcale nie musimy tak zaborczo łapać chwil.
Nietoperzyco
Moja muszla wisi na ścianie. Jest z Hiszpanii, z Galicji – potem była w Polsce i znów zabrałem ją do Hiszpanii. No i wróciłem z nią. Trzeba mieć i dbać o swoją muszlę.
Kartko,
to może i mnie się to uspokoi.
Kartko,
Myślę, że ufamy i nieczęsto sprawdzamy, tylko wierzymy na słowo
( ze część w samochodzie została wymieniona ). przestajemy ufać kiedy ktoś nas oszukał. Przynajmniej ja tak mam ! Teraz tak myślę i myślę czy ktoś zawiódł moje “konsumpcyjne”zaufanie…Oprócz nie wydawania reszty czy nabijania na paragon rzeczy, których nie było na taśmie, czy oszustwie ( pani za trzy strony ksero policzyła sobie 18.90 euro i kiedy się wróciłam z twarzą pokera oznajmiła, że zapomniała wydać 10 euro !) I te wszystkie drobne “zawody” przytrafiają mi się o dziwo w Barcelonie. Nie ma tygodnia abym nie musiała się dopytywać, zwracać uwagę…Czy to upał tak wpływa ?
Nietoperzyco,
najpierw trzeba znależć swoją muszlę a potem pomóc jej zaistnieć…i utrzymać oraz rozwijać
Piękne, muszę zapamiętać.
twoja zasada: ufam w życiu prywatnym, w życiu zawodowym mogę ale sprawdzam jest bezbłędna.
Lepiej sprawdzić dwa razy niż kniota wypuścić…
Dobranoc
Lui
Sprawdzałem w Hiszpanii rachunki i wydawaną resztę. Spałem zazwyczaj z porfelem pod poduszką a moja przyjaciółka spieta pasem na pieniądze. W Barcelonie trzymalem sie za kieszeń, bo znana jest z kieszonkowców. Zresztą przy mnie obrobili dziewczynę z pieniędzy i kart (będzie w powrót – ekstrakt III). Ale mimo tych niedogodności czułem się tam bezpieczniej. Nie wiem jak to nagłe doznanie poczucia bezpieczeństwa wytłumaczyć. To samo czuję gdy przechodzę do Czech – juz kilka metrów za granicą. Widocznie jestem popieprzony i miewam lęki tylko we własnym domu.
Pozdrawiam
Dobranoc Alla
Kartko,
Waliza nie spakowana ! A ja już myślami w Polsce..
W Hiszpanii jest inne światło, słonecznie i ono myślę, że powoduje że aż chce się zyć z całą tą łapczywością.
Ciekawa jestem jak odbiorę mój kraj. Ostatnim razem przypomniało mi się czytając swoje zapiski, że ludzie tacy nieżyczliwi są, bez uśmiechu..jedna pani w supermarkecie zwróciła mi uwagę: czy ten bachor musi tak płakać ! Ale to było prawie dwa lata temu i zimą. Teraz jest lato i więcej energii oraz światła się ma..na pewno mniej zgryżliwych osób::))
Witajcie nocne Marianny i ty Kartku


Tuż za oknem miałem bezpośrednie trafienie pioruna – w sąsiedni budynek na szczęście dla mego kompa. Do tej pory jest tam ciemno
Oprócz piorunów deszczyk pada – tak więc lui – przejeżdżaj dyszczu ci u nas dostatek
Co do rutynowego nieuczciwszego postępowania to rozumiem Kartka, że człowiek gdy mając wybór wybiera (dla klienta) zgniłe jabłka to jakby cząstkę siebie sprzedawał. Uważam, że jest to zbyt wysoka cena.
Fotorelację z dzisiejszej działalności podziemnej można zobaczyć poruszając się wokół fotki http://www.panoramio.com/photo/38049609
Buen Camino
Tego Ci życze Lui. Dlatego Cię prosiłem, żebyś uważnie obserwowała, bo po powrocie lepiej się widzi. I może napisała coś o tym.
Gdy wrociłem z Hiszpanii i wysiadłem z autobusu na dworcu we Wrocławiu poszedłem zapalic do kąta dla palących – na zewnątrz dworca. Wtedy podeszła do mnie kobieta i zrobila mi awanture – zostałem mordercą niewinnych ludzi za sprawą dymu. Nie sądzę, że chodziło jej o dym. Myślę, że była wkurwiona od rana, źle spała albo co innego. W każdym razie wywaliła na mnie tę żółć. I wtedy się dopiero zorientowałem, że Hiszpanii przez cztery miesiące nikt mi nie zrobił awantury – jeśli zrobiłem coś nie tak po prostu mi o tym spokojnie mówiono. A tutaj ludzie wywalają na siebie jady co dzień. Myślę, że to jest – poza językiem – jedyna więź, która tę społeczność jeszcze spaja – wzajemne wywalanie na siebie syfów.
Dlatego uwaznie patrz. Sentymenty sentymentami – też je czuję – ale warto realnie widzieć to co nas otacza.
Pozdrawiam
Ostatnia fotka – tej najważniejszej części
http://www.panoramio.com/photo/38049435
Cześć GPS
Niezła chata! Ale wykop to Twoje dzieło czy towarzyszy sztuki murarskiej?
Ps. U mnie też pada ale w tym momencie bezburzowo. Tyle, że się wychłodziło na szczęście.
Towarzysza sztuki kopania – czyli koparkowego. Miejscami miał wpadki, ale w granicach normy i dopuszczalnych strat
GPS
To masz zajęcie na jakiś czas. Kiedy zamierzasz wykończyć?
Choinkę chciałbym w tym roku w jakimś kącie postawić Kartku.
No to gorące miesiące przed Toba. Ale kiedyś mieszkałem w domu, który remontowałem (3 lata). Jak jest entuzjazm to da się przezyć. No i sporo się człowiek na swoich błędach uczy. Znaczy inwestuje w wiedzę.
Kawał budowy!
I jakby co, to tam parę takich antałków po 25 litrów wejdzie – potrzebujesz dużego sadu – chyba, że już masz
Co do sadu – to niestety będę musiał na zakupionych surowcach poprzestać. Sad może później. Dziękuję Dyszczu za inspirację
Co do jaszczurek, to nie wiem, nie było takiej siły, żeby mnie w południe na górkę wypędzić – zakisiłem “trochę” ogórków
Cześć Dyszczu
U Ciebie już pada?
Jak już przyjdzie czas na płot, do w jeden ze słupków wmuruję to:
http://www.panoramio.com/photo/38050894
Z ilością kilometrów do SdC.
Mam taką myśl, żeby na tę okoliczność poprosić parę osób by przy okazji piwniczkę zwiedzili
Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas.
GPS
A skąd ty ją wytrzasnąłeś? Z Hiszpanii wiozłeś? Fajna!
No do tych rzeczy to mam specjalną agentkę. Ja bym w życiu tego w Hiszpanii nie wypatrzył
Jakby kto nie kumał o czym my z Kartkiem, to tu jest wyjaśnienie – mam nadzieję, że nie trzeba więcej pisać
http://www.panoramio.com/photo/20796695
No tak ale muszla pokazuje kierunek. Będziesz musiał chyba słupek specjalnie ustawić. To trudne
A o głównym wątku wczorajszej kartki:
Mimo, że zawsze trzeba wracać stąd w inny punkt globu to zawsze człowieka ciągnie w drogę: http://zurmaster.wrzuta.pl/film/a9MWTK0xNm6/sdm_-_jak_cudne_manowce
A tobie przeszkadzał by “skośny ” słupek z compostellą Kartku ?
Trza by chyba odespać dzisiejszy dzień
Dobranoc
GPS
Co Ty! Ważne by kierunek pokazywał dobry. Dzięki za muze – dawno nie słyszana
U mnie tyle dyszczu, że sobie pogadam o nim – nawet jakaś chmurka pomrukiwała, ale to był jakiś osesek – a i tak poszedł sobie bokiem, i się rozpłynął. Za to atmosfera taka, jakby miała przyjść Matka Burza.
Dyszczu
Dziś po południu padłem jak fretka – obudziłem się po godzinie zlany potem. Nie kumałem gdzie jestem. Burza przyszła jak zbawienie. Wyobraź sobie, że siedzę w oknie i mam gęsią skórke tak się ochłodziło. Ducha nie gaś – do Ciebie też dotrze.
Dobranoc i do jutra
Lui
jak to waliza nie spakowana .Postawiłam ją z boku w Twoim pokoju .Zapakowałam : uśmiech na drogę , marzenie jak będzie cudnie gdy wysiadziesz w Polsce, radość dla nabliższych , odrobine tesknoty za Barceloną .Zapomniałam o czymś ?
GPS
moze jestem zmeczona , ale czemu nie widzę zakładki z ław na sciany ? Jak po burzy sprzed trzech dni widać cos na ścianie mokrego?
Kartku
burzy nie było , dyszczu tez nie , jedynie odrobinę wiatru do mnie dotarła i temperatura troszeczke spadła ,oj chyba mi się rymneło
Lui
z tą muszlą jest tak jak piszesz .Poszukiwanie trwa niekiedy bardzo długo.Ja znam osoby , które znalazły je bardzo pózno , ale liczy sie fakt -znalazły go
GPS
Twoja muszla piękna ,.Zrób dla niej odpowiednią prawę .Moze taki sam murek jak na zdjeciu wkomponowane w ogród .Aha rzeczywiscie , w Twoja piwniczke zmieści sie mnóstwo gąsiorków;)
Miłej niedzieli.Koniecznie z dyszczem , a co najważniejsze z naszym Dyszczem
Dzisiaj łowimy karpie – o ile nas jaka nawałnica nie pogoni – a na razie idę łapać robaki
Dyszczu
czyli na kolacje mamy karpia z grila
Jak robaki nie pouciekają
Dyszczu
ale na Twój widok wskoczą prosto do słoika
jakby mnie zobaczyły to by uciekly
Dzień dobry
Informacja meteo: leje nieprzerwanie, obficie, niezbyt silny wiatr od zachodu, zachmurzenie całkowite, chłodno. Tak więc czekajcie spokojnie – za dużo tego deszczu, by rozeszło się po kościach.
Pozdrawiam
Miłego poranka,
Czytałam wpisy – widzę, że wczoraj był tu męski wieczór
U mnie niestety nie pada, ale wyraźnie się ochłodziło.
Może z Małym na kije pójdziemy, żeby dać sobie trochę w kość.
Pozdrawiam
Wiesz – zastanowiło mnie, że nazwy hiszpańskie mają pewną moc przyciągającą. Np. Mundial.
Nici z karpi, nie biorą, jakaś burzyczka straszy, robaki niemrawe, jak pogoda pozwoli to pod wieczór zobaczymy jeszcze raz, a jak nie to po niedzieli
Witam
Trochę technicznych uwag.
Nietoperzyco – ściany suche – od wczoraj leje zobaczymy co teraz ?
To czarne to ok 4mm masy bitumicznej, która zachodzi na pionową papę.
Pozdrawiam
Torlinie
Dzięki za spostrzeżenie bardzo dla mnie ważne. Często Czytelnicy zwracają mi uwagę, że uległem magii Hiszpanii, zauroczyłem się nią bez podstaw i ją przeceniam. Nie ukrywam, że zastanawiałem się krytycznie nad sobą pod tym kątem.
Nie ukrywam, że mnie też te nazwy pociągają i dlatego Twoja uwaga mnie cieszy, bo jest potwierdzeniem owego pociagania.
Wytłumaczyć to można dwojako. Albo jest coś magicznego w tym języku, jakaś tajemnica przyjemna, której nie potrafimy zidentyfikować albo brzmienie odwołuje się do przyjemnych wspomnień z naszego dzieciństwa – Zorro, Don Kichot, byczek Fernando, westerny np Rio Bravo, ksiązki Karola Maya. całe to atrakcyjne i pociagające brzmienie hiszpańskie przecież tkwi w naszej pamięci. Dla mnie np sposób artykulacji głosek czy szerzej brzmienie języka w przypadku Hiszpanek brzmi erotycznie pociągająco.
Pozdrawiam
Kartko,
Dla mnie numerem pierwszym jest włoski i rosyjski.
Hiszpański jest bardzo sepleniący. Wydają dżwięki z siebie z prędkością światła. Czasami uczestnicząc w rozmowie mam wrażenie, że oni siebie nawzajem nie słuchają. Jeden mówi przez drugiego i do tego są naprawdę głośni. To mnie zawsze “uderza”kiedy wracam lub kiedy przebywam w towarzystwie polsko-języcznym .
Jedno jest pewne Hiszpanie mają dużo temperamentu i energii.Potrafią mocno kochać i mocno nienawidzić. Można się też w tym kraju bez pamięci zakochać. Lecz Hiszpania też ma i ciemne, mroczne strony. Jest jednym z krajów gdzie każdego dnia ginie kobieta, dziewczyna, żona, kochanka. Ginie od urazów zadanych przez ukochanego ! Tak jak u nas media robią podsumowania: rannych i zabitych na drogach czy teraz topielców, tak w Hiszpanii zabitych kobiet !
Wiem Lui, pisałem o tym w ubiegłym roku. To pozostałości mentalne katolicyzmu, frankizmu i kultu macho. Tak to wyglądało w ubiegłym wieku “…Od 1941 roku rozpowszechnianie środków antykoncepcyjnych podlegało karze grzywny lub więzienia. Kościół i państwo lansowały model rodziny wielodzietnej. Rodziny z kilkanaściorgiem a nawet z 25 dziećmi przedstawiono jako wzór do naśladowania. Rekordziści byli przyjmowani przez samego Franco.
Miejsce kobiety było w domu. Karta Pracy zapowiadała, że” kobieta zostanie uwolniona od brzemienia pracy i fabryki”. Kodeks karny przewidywał karę do 6 lat więzienia dla kobiety, której udowodniono cudzołóstwo lub która opuściła męża. Wprowadzono nową kategorię zabójstwa – “z powodów honorowych” dotyczącą przypadków gdy mąż zabijał żonę – cudzołożnicę zaskoczywszy ją in flagranti. Przewidywaną karą było opuszczenie miejsca zamieszkania.
Cenzura eliminowała filmy, książki, przedstawienia teatralne, które uznawano za antykatolickie i niemoralne – usuwano z nich sceny erotyczne i dialogi. Zakazani byli Stendhal, France, Voltaire, Kant, Nietzsche, Freud, Proust, Gide, Joyce, Huxley, Steinbeck i inni.
Zniesiono koedukację w szkołach. Wydano walkę koedukacji na plażach i basenach. Zwalczano “nieobyczajność stroju”(dekolty, krótkie sukienki), “nadmierny makijaż” i “nieprzystojne tańce”. Potępiano kobiety, które chodziły bez pończoch, paliły papierosy, wchodziły do barów, nosiły spodnie.
Do zadań policji należało czuwanie nad tym, by w miejscach publicznych (parki, kina …) pary nie dopuszczały się czynów nieobyczajnych. Ci, którzy je popełnili narażali się na grzywny oraz ogłoszenie ich nazwisk w lokalnej prasie.
W latach 50 – tych Generalny Zarząd Bezpieczeństwa wydał okólnik ustalający, zgodnie ze wskazówkami kościoła, normy odnoszące się do strojów kąpielowych, których egzekwowaniem zajmowało się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Dokument ten stwierdzał m.in., że stroje muszą “w należyty sposób zakrywać piersi i plecy”, przeznaczone są “wyłącznie do przebywania w wodzie. Zabronione jest noszenie ich na plaży, w klubach, barach itp., uczestniczenie w nich w tańcach czy wycieczkach”. Policjanci patrolowali plaże i wyprowadzali osoby niestosownie ubrane. …”
Dobrze, że Hiszpanie jakoś przezwyciężają to mentalnie. I rząd im w tym pomaga.
Pozdrawiam
Kartko,
teraz w Hiszpanii jest totalne rozpasanie.. Młode pokolenie nie chce zakładać rodzin, nie chodzi do kościoła. Jest totalnie krajem tolerancyjnym. Pierwsza zalegalizowała związki homoseksualne. Konkubinat jest legalny i z “papierem”. Na ulicach można spotkać ludzi niekompletnie ubranych. Catalunia pozwala na obnażanie w miejscach publicznych…Tak jakby chciała tamte czasy wymazać. Nie wiem czy wpadanie ze skrajności w skrajność jest dobre !
Co do kobiet mają lepiej ale mentalnie ciągle zle. Ciągle mniej zarabiają, ciągle są gorzej traktowane i kiedy idziesz coś załatwić a jesteś z facetem urzędnik kompletnie ignoruje Ciebie…i wiesz najgorsze, ze kobiety identycznie postępują. Walczą ze swoją płcią. Wygryzają, nie szanują się nawzajem, próbują zawładnąć czyjąś “połówką ” i robią to jawnie…Ja mam wrażenie patrząc na relacje, ze to wszystko jest takie płytkie..takie na chwile, nieprawdziwe.
Wiesz jaki pogląd panuje wśród emigrantów tutaj: ze wszystkimi można się zaprzyjażnić ale jeśli chcesz mieć zgniłe jajko, stracić to co masz-zaprzyjażn się z Hiszpanką….
Ja mam koleżanki Hiszpanki, przyszły z czarnymi Oczami:). Lubię je, wyjdę na piwo, wspólnie gotujemy, pośmiejemy się i tyle…nie ma głębi..
Lui
Wspólne problemy.
http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1507040,1,doggersi-seks-na-zywo.read
Kartko,
joder…dogging. Kolejne marzenie facetów ::)))
ostatnie zdanie jest najlepsze !
Ufff! Pada!
Lui
“Ale na ogół w Internecie spotyka się samą rozbuchaną chuć” – to prawda. Choć sceptyczny jestem wobec eksplozji tych rozbuchanych chuci w realu. Dotyczy to zresztą nie tylko chuci – inne rozbuchane pragnienia np polityczne też istnieją głównie w internecie czyli w ludzkich głowach i do realizacji im daleko.
Pozdrawiam
Dyszczu
Front deszczowy przetaczał się nad moją głową około 12 godzin. Momentami była niezła pompa – nawet mam malenki przecież na dachu. Tak więc jutro rano powinieneś mieć już słonce – radzę korzystać i wychładzać chałupę
Pozdrowienia
Wkleiłem nowy tekst, więc napraszam “na górkę”
Pozdrowienia
I would like to exchange links with your site http://www.kartkazpodrozy.eu
Is this possible?
Jasne, nie ma problemu (no problem)
Hey
Zostaw odpowiedź