PA210185

Często zastanawiam się jakie umiejętności są potrzebne, by dobrze przeżyć swoje życie, by się zanadto nie skundlić. Czasem gdy nie czuję się spełniony myślę nocami, czego mi brakowało, jakich zdolności nie posiadłem, by być człowiekiem szczęśliwym. Sądzę, że na tych moich, najczęściej jałowych refleksjach ciąży to, że żyję w czasach sztucznych, plastikowych, oderwanych od tętna prawdziwego życia. Kiedyś było inaczej, życie dawało bardziej w kość. Dzieciństwo i młodość spędziłem w górach, tuż przy granicy. To teren peryferyjny na którym zawsze szukali egzystencjalnego azylu ludzie o pogmatwanych życiorysach – tu uciekali, tu ich ścigano. Jednym zdaniem – idealne miejsce dla ludzi, którzy potrafią przetrwać. Więc może na przykładzie jednego z nich warto zastanowić się co trzeba umieć, jak żyć by przeżyć i nie czuć do siebie wstrętu.

Szukając materiałów o protestanckich kościołach w Karkonoszach, przypomniałem sobie postać kapelana wojskowego Wilhelma Kubsza – niezwykle tu przed laty popularnego i szanowanego. Znali go moi rodzice, więc historie z jego barwnego życia – jak z wojennego filmu przygodowego – często przewijały się w rozmowach przy kolacji. Kubsz był uwikłany w najnowszą historię Polski, ale nie chcę, nie czuję się na siłach, by go z tej perspektywy oceniać. Najbardziej intryguje mnie jakie przymioty ducha i umiejętności pozwoliły mu przetrwać dramatyczne koleje losu.

Wilhelm Franciszek Kubsz urodził się w 1911 roku w Gliwicach. Jego rodzice – Ślązacy – urzędnik kolejowy Karol Kubsz i Jadwiga z domu Szeltz dorobili się jedenaściorga dzieci. Rodzina była propolska, uczestniczyła w trzech powstaniach śląskich. Z powodu zaangażowania w jedno z powstań Niemcy zamordowali wuja Wilhelma Kubsza. Trudno się dziwić, że niesiony żarliwością religijną i idealizmem młody chłopak postanawia zostać misjonarzem. Naukę rozpoczyna w Niższym Seminarium misjonarzy Oblatów. Po jego ukończeniu, w 1930 roku wstąpuje do nowicjatu Oblatów w Markowicach. Po roku trafia do wyższego seminarium Oblatów w Krobii, w którym przez dwa lata studiuje filozofię. Później ukończy jeszcze czteroletnie studia teologiczne w Obrze – w Wielkopolsce. W międzyczasie uczy się umiejetności praktyczniejszych – potrzebnych misjonarzom. Między innymi zdobywa zawód technika dentystycznego. Po studiach zostaje ekonomem seminarium w Obrze, gdzie pracuje do 1939 roku. W sierpniu, dwa tygodnie przed wybuchem drugiej wojny światowej zostaje wikarym parafii Łunin na Polesiu – na wschodnich, w większości prawosławnych kresach Polski. Tam przeżywa klęskę wrześniową i upadek Polski.

Po 17 września (wejście sowietów) 1939 roku zostaje wikariuszem przy dziekanie Poczobucie – Odlanickim a od 1941 roku sprawuje dozór nad parafią Puzicze koło Baranowicz. Jak sobie radzi, jak unika kolejnych wywózek na Syberię nie wiem – źródła o tym milczą. Jedynym konkretem biograficznym z tych lat jest to, że leczy chłopom zęby. Po agresji niemieckiej na ZSRR parafia Kubsza wchodzi w skład Generalbezirg „Białoruś” w której szaleje hitlerowski terror. Kubsz nadal leczy zęby ludziom – między innymi rosyjskim partyzantom. Dzięki znajomości niemieckiego i śląskim korzeniom zdobywa zaufanie Niemców, co pozwala mu na poruszanie po rozległym terenie parafii. Jednak odmawia podpisania Volkslisty za co zostaje aresztowany w 1942 roku. Gnije w więzieniu w Baranowiczach mając w perspektywie koncentracyjny obóz albo rozstrzelanie. Tak wspomina ten okres – „ ...Siedząc w celi miałem dość czasu na zastanowienie się nad swoją fatalną sytuacją. Wszy bez miary, brudu nie mało, jedzenie stanowił kawałek chleba wielkości pudełka od zapałek i litr czystej wody na dobę. Zdziwiłem się, gdy raz dostałem kawałek chleba od strażnika więziennego. Był to katolik, Austriak, przeciwnik hitleryzmu. Okazał mi wiele serca … .” Austriak ten w lipcu 1942 roku, w przeddzień wyznaczonej egzekucji umożliwia Kubszowi ucieczkę. Niestety parafia jest zdziesiątkowana terrorem, Kubsz nie ma dokumentów, więc nie może uciec ani się ukryć. Pozostaje mu tylko jedno – dołącza do oddziału rosyjskich partyzantów. Przyjmują go życzliwie, znają go, bo rwał im zęby. Katolicki, polski ksiądz zostaje więc dentystą oddziału zwanego „Brygadą imienia Lenina” dowodzonego przez niejakiego „Dziadzię Wasię”. Z „Dziadziem Wasią” Kubsz tuła się po lasach i błotach użerając z Niemcami do wiosny 1943 roku. Jest odważny i twardy – męstwem zaskarbia sobie uznanie Rosjan. Jednak pewnej majowej nocy ekspediują go z leśnego lotniska samolotem do Moskwy. Tam dowiaduje się, że ma objąć opiekę duchową nad formującą się polską dywizją. Nie wiem dlaczego akurat na niego padł wybór – czy pomogły dobre referencje z rosyjskiej partyzantki czy po prostu innych, żywych księży już wtedy w ZSRR nie było. Z miejsca zostaje wybrany do prezydium Związku Patriotów Polskich, a przez Berlinga mianowany majorem i kapelanem dywizji. 15 lipca 1943 roku, w rocznicę bitwy grunwaldzkiej odprawia mszę przed przysięgą żołnierską dywizji. „Jako pierwszy złożył przysięgę na moje ręce dowódca dywizji – płk Zygmunt Berling. Byłem ubrany w komżę, a w ręku trzymałem krzyż. Następnie poszedłem z płk. Berlingiem na trybunę, gdzie dowódca, stojąc w asyście Wandy Wasilewskiej i kapelana dywizji odbierał przysięgę od żołnierzy” – wspominał po latach duchowny.

Bierze udział w bitwie/rzezi pod Lenino – jest na pierwszej linii. Tak wspominał tę jatkę – „Poszli jak huragan, parli naprzód, raz po raz ciężko padając na ziemię. Byłem wtedy wraz z nimi, błogosławiłem walczących, koiłem umierających, znakiem krzyża wskazywałem jednym drogę do wolności, drugim do zmartwychwstania”.

Jeszcze sprawa katyńska o którą też się otarł. 30 stycznia 1944 roku odprawia mszę przy symbolicznych mogiłach pomordowanych przez NKWD oficerów. Niestety otoczka polityczna mszy jest fatalna – uroczystość zorganizowano na rozkaz władz radzieckich, które oficjalnie zbrodnią obciążają Niemców.

W 1944 roku zostaje dziekanem I Armii Polskiej w ZSRR. Dociera z nią na terytorium Polski. Jednak popada w konflikt z gen. Żymierskim, którego geneza jest dla mnie niejasna. Niektórzy piszą, że konflikt dotyczył traktowania żołnierzy AK na wyzwolonych terenach. Inni sugerują, że źródłem tarć było jednoznaczne podporządkowanie kapelanów Armii komunistycznej władzy. Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Jedno jest pewne – z końcem 1944 roku Wilhelm Kubsz zostaje wydalony z armii i znów zaczyna się ukrywać.

Pomagają mu Oblaci do których zgromadzenia wciąż należy. Pod fałszywym nazwiskiem Franciszek Kopiec zostaje przełożonym ich zakonu na Świętym Krzyżu w górach świętokrzyskich. Później tuła się po Polsce – jest księdzem w Poznaniu, misjonarzem ludowym w Gdańsku, proboszczem w Laskowicach w województwie kujawsko-pomorskim. Ale cały czas marzy o powrocie do armii. Stare, frontowe przyjaźnie umożliwiają mi rehabilitację. W 1964 zostaje kapelanem, a następnie proboszczem kościoła garnizonowego św. Elżbiety we Wrocławiu. Od 1969 do 1972 roku jest proboszczem parafii garnizonowej św. Kazimierza Królewicza w Katowicach, natomiast w latach 1972–1978 proboszczem garnizonu i parafii św. Krzyża w Jeleniej Górze. Wtedy właśnie poznałem historię burzliwych zakrętów jego życia.

Umiera w Jeleniej Górze, gdzie zostaje pochowany na cmentarzu komunalnym. W 1993 roku Rada Miasta nadaje jego imię jednej z ulic okalających jeleniogórski kościół garnizonowy – dawniej zwanego kościołem Łaski. Po śmierci losy kapelana Kubsza, Ślązaka splatają się więc z historią tego starego, śląskiego kościoła.

Pośmiertnie kapelan Wilhelm Kubsz zostaje odznaczony odznaczony Krzyżem Virtuti Militari IV klasy.

Życiowa droga księdza Wilhelma Kubsza mogłaby być tematem niejednego filmu wojennego. Przewalała się z hukiem wokół niego historia. Żył w trudnych, lecz bardzo ciekawych czasach, wymagających znaczących życiowych wyborów. Co mu pomogło w tych wyborach? Teologia? Filozofia? A może śląskie pochodzenie i umiejętność niemieckiego? Myślę, że wszystko po trochu, ale głównie – oprócz życzliwości Boskiej – pomogła mu umiejętność wyrywania zębów.

Na zdjęciu ostatnia parafia księdza Kubsza, kościół garnizonowy dawniej zwany kościołem Łaski.