PA210190

Upał dusi, powiewy ciepłego wiatru zza okna wysuszają wilgotne od potu czoło. Ale żrące, słone krople nadal wyciskają łzy z kącików oczu. Ciało swędzi w tym ukropie, podkoszulka drapie jak włosiennica. Czytam codzienne informacje. Coraz gorzej, napięcie rośnie – ciężkie i podłe słowa o trumnach i trupach, awantury o krzyże – symbole cierpienia i bólu, jacyś ludzie o rozgorączkowanych oczach udają zmasakrowanych pasażerów rozbitego samolotu. Danse macabre – ekspresja politycznej, słodkiej udręki sado – maso. Facet o lodowatym spojrzeniu tak tłumaczy ten ekshibicjonizm bólu dającego satysfakcję – „trzy miesiące milczeli, tłumili napięcie w sobie, więc muszą je z siebie wyzwolić”. Ten człowiek znający ludzkie, psychiczne jądro ciemności czuwa nad wyzwalaniem – on się zna na tym. Ja też coś o tym wiem, więc pewien jestem, że będą wyzwalać na potęgę i ciągle im będzie mało – tak nieraz już w historii bywało. Gdy słucham jego słów o upuszczaniu frustracji myślę o biczownikach, którzy idąc kolumnami przez Europę 700 lat temu tez wyzwalali z siebie ciążące napięcie burząc przy okazji porządek ówczesnego świata.

Jak to się stało, że tajemnica rozkoszy, którą daje ból i śmierć wypełzła niegdyś na ulice miast z skalnych pustelni, zamkniętych na głucho zakonów, dyskrecji małżeńskich sypialni i rozpusty burdeli? Jak to się stało, że narzędzie kary – bicz i rózga – stały się narzędziem dobrowolnej pokuty i umartwienia, a zarazem doznawania niezwykłej rozkoszy?

Po raz pierwszy biczownicy wyszli na ulice miast w XII wieku, w trawionych konfliktami Włoszech. Nie wiem kto kazał im wyjść na ulice Perugii – pewnie jakiś polityczny gracz bez zahamowań. Kraj pustoszony był wojną gwelfów i gibelinów, więc ludzie fanatyczni, przygnębieni nędzą i dręczeni wyrzutami sumienia, pragnęli odpokutować swe grzechy za pomocą biczowania ciała aż do krwi – publicznie i zbiorowo. Psychozę otaczał swą opieką kościół, więc dręczono się w trakcie obrzędów religijnych. W świątyni lub na placu przed nią ludzie padali na ziemię, wyciągali ręce i biczowali się po grzbiecie, dopóki się nie skończono śpiewać hymnu o męce i śmierci. Biczowano się publicznie dwa razy na dzień i prywatnie, intymnie raz w nocy. Satysfakcję wzmagał zachwyt publiczności, bo zadawany sobie przez biczowników ból budził powszechne współczucie. Otaczano ich czcią – cichły rozmowy, śpiewy i muzyka wobec publicznie wyrażanej boleści.

By akt biczowania przyniósł satysfakcjonujące efekty doskonalono jego praktykę. Umartwiające przygotowania do bicia trwały 33 dni – tyle ile lat żył Jezus. Przez ten czas nie można było się kąpać, golić, prowadzić rozmów, przebierać się, spać w łóżku, oraz uprawiać seksu. Do bicia używano wyrafinowanych narzędzi, które tak opisywał Henryk z Herefordu – „Każdy bicz był pałką, a z jej wierzchołka zwisały trzy węźlaste rzemienie. Przez środek każdego węzła przywleczono w obie strony niby igły ćwieki, tak że wszystko razem miało kształt krzyża, którego końce wychodziły na wierzch poza ów węzeł na grubość ziarna pszenicy, choć niekiedy nieco mniej. Tymi to biczami smagali gołe ciała, dopóki poranione i opuchnięte nie spłynęły krwią tryskającą na pobliskie ściany. Nieraz ćwieki owe, jak sam widziałem, wrzynały im się przy biczowaniu tak głęboko w skórę, że trzeba było czasem więcej niż dwóch szarpnięć, żeby je wyciągnąć”. Po obrzędzie biczowania zakrwawione strzępy szat zbierała publika i przechowywała w domach z czcią jako relikwie.

Epidemia „czarnej śmierci” czyli dżumy, która wybiła jedną trzecią mieszkańców Europy wyzwoliła kolejną falę biczownictwa. W ślad za przenoszoną przez ludzi i szczury zarazą, od Hiszpanii do Polski kontynent przemierzały procesje chłoszczących się ludzi. Zapowiadała ich legenda o liście od świętego Piotra nakazującym masochistyczną pokutę, który podobno spadł z nieba na ołtarz w Jerozolimie.

Kościół nadal ich chronił, więc czymś normalnym stały się procesje i wędrówki półnagich, biczujących się do krwi kobiet i mężczyzn – prowadzonych przez księży z krzyżami i flagami. Tak opisywał gromady biczowników Długosz„Ludzie, do tego bractwa należący, chodzili procesjami z zakrytemi głowami na kształt mnichów, a obnażając się po pas, smagali jedni drugich po plecach biczyskami, kręconemi z poczwórnych rzemyków, mających w końcach węzełki. Obchodzili stacje, odpusty i czynili dziwne nabożeństwa, śpiewając pieśni, każdy w swoim języku, niestworne i grube; była to bowiem hałastra ludzi rozmaitego plemienia i języka. Sami się nawzajem, nie będąc księżmi, słuchali spowiedzi i odpuszczali sobie największe grzechy.

Psychoza powoli przechodziła w fazę kompletnego szaleństwa. Masochistyczna ekstaza wymknęła się spod kościelnej kontroli. Biczownicy, jak pisze Długosz spowiadali się nawzajem, odpuszczali sobie grzechy, odrzucali sakramenty. Ich procesje przeradzały się w ociekające krwią seksualne orgie. Heretyccy, wyzwoleni spod kurateli kościoła budzili sprzeciw, bo życie po epidemiach wracało do normy. Poza tym biczownicy – fanatyczni, anarchiczni, wyzwoleni rozkoszą z lęku przed śmiercią – kruszyli feudalny porządek społeczny. Wreszcie papież Klemens VI w 1349 roku w bulli Inter sollicitudines pod groźbą klątwy zakazał publicznego samobiczowania. Choć praktykowano jeszcze orgiastyczne bicie ruch tępiony przez władze zaczął zanikać. Znów wrócę do Długosza, który tak opisuje ten okres – „Gdy zaś to bractwo przybyło do Krakowa, po zwiedzeniu kościołów i dostąpieniu niby odpustów, natychmiast z niego wynosić się musiało. Prandota bowiem, biskup, zagroził onym biczownikom więzieniem, gdyby natychmiast z miasta nie ustąpili. W innych także djecezjach polskich wyśmiani zostali i pogardzeni, gdy Janusz, arcybiskup gnieźnieński, i inni polscy biskupi wraz z książętami polskimi, powydawali zakazy, ażeby nikt, pod ciężkiemi karami i utratą majątku, nie łączył się z tą sektą gorszącą. W r. 1351 z obawy powietrza, grasującego na Węgrzech, zgraja biczowników z chorągwiami i śpiewem zawitała do Polski, ale za zgodną uchwałą biskupów polskich została wypędzona z Polski”.

Oczywiście potrzeby doznawania masochistycznej przyjemności z bólu nie można zlikwidować nawet represjami. Praktykę biczowania utrzymano w zakonach – oczywiście pod stosowną kontrolą. Tak tę słodycz bolesnej pokuty opisuje w Dzienniczku siostra Faustyna Kowalska – „Dziś poznałam jak niedaleko naszej furty popełniały się grzechy ciężkie. Było to wieczorem, modliłam się w kaplicy gorąco, potem poszłam odprawić biczowanie, kiedy zaś uklękłam do modlitwy, dał mi Pan poznać, jak cierpi dusza odrzucona przez Boga…” (…)”Nieraz się zdarza, że czuję zupełny rozkład własnego trupa, co to jest za wielkie cierpienie, to trudno wyrazić. Choć wolą jestem najmocniej z tym zgodzona, ale jednak dla natury jest to wielkie cierpienie, większe aniżeli noszenie włosiennicy i do krwi biczowanie”.

Ci, którzy chcieli doznawać równie silnej satysfakcji bez kurateli kościoła byli tępieni przez inkwizycję. Na ciekawy pomysł wybijania praktyk flagellacyjnych z głów zagubionych wiernych wpadli duchowni włoscy – tam gdzie to szaleństwo się narodziło. Otóż karą dla złapanego biczownika była publiczna chłosta. Oczywiście praktyki grupowego biczowania przetrwały represje. Tak w XVIII wieku polski ceremoniał biczowniczy opisuje Jędrzej Kitowicz – „Kładli się wszyscy krzyżem i poleżawszy tak do pewnych słów w śpiewaniu kościelnym nadchodzących (…) podnosili się na kolana i zawinąwszy kaptura z pleców na ramie, biczowali się w gołe plecy dyscyplinami rzemiennymi albo nicianymi, w powrózki kręte splecionymi. Niektórzy końce dyscyplin rzemiennych przypiekali w ogniu dla dodania większej twardości, albo szpilki zakrzywione w dyscypliny niciane i rzemienne zakładali, ażeby ciało swe lepiej wychłostali”.

Biczownictwo przetrwało do dziś jako praktyka o podłożu religijno – seksualnym. Oczywiście praktyki flagellacyjne nie są już uprawiane publicznie. Chyba, że chodzi o biczowników politycznych. Ci nadal budzą zachwyt publiki. Tych nie trzeba daleko szukać – mamy ich tuż obok siebie. I jak dawniej zaznają przyjemności pod kościelną kuratelą. Ciekawe czy z rozkoszy znów się spod niej nie wymkną? A może już się wymknęli?

Na filmie dokumentalnym z 1960 roku flagellanci włoscy.

http://www.youtube.com/watch?v=aCeXiayJvFw

Materiał na podstawie Encyklopedii Staropolskiej

http://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Biczownicy

Strony Kościół Średniowieczny

http://www.arekbednarczyk.republika.pl/her.shtml

Strony Nieznana Historia

http://nieznanahistoria.blox.pl/2009/12/Biczownicy.html

oraz Słownika herezji w kościele katolickim Herve Massona