P7101026

Grouppies czyli najogólniej mówiąc grupowe podążanie w poszukiwaniu emocjonalnej bliskości. Doświadczam tego w sobotni wieczór. Przed zachodem słońca zagarnia mnie tłum ciągnący z peryferii do centrum. Główny plac wciąga ludzi jak odkurzacz kurz z wysuszonych ulic. Z misternie ułożonej ze stalowych rur sceny, z kłębów kolorowego dymu niesie się śpiew rasta. „Idą ludzie Babilonu…” – myślę chroniąc przed tłumem kruchą szklankę piwa. Ostrożnie wymijam ludzi, bo nastrój taki sobie. Upał zagęścił atmosferę, jest jak przed burzą. Mury obdrapanych kamienic oddają ciepło, piwo swędzącymi kroplami potu spływa po karku. Czuję napięcie kisnące w ludziach – nikt tu nie przyszedł dla przyjemności. Z domów i śmierdzących grillami podwórek wygoniła ich na plac miejski nuda. Więc krążą jak ja, ocierają się o siebie, przysiadają na rozgrzanych słońcem stopniach nawet nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę szukają zaczepki, pretekstu by wywalić na kogoś ciążący im upalny jad. Nie subkultura, nie jakiś jeden wspólny i jasny cel zgromadził tu tych ludzi. To przypadkowa zbieranina, którą usiłuje łączyć niosący się nad placem, głucho wytłumiony śpiew rasta „niech lew zwycięski podniesie swoją głowę, a środkiem nieba niech przeleci wielki biały orzeł…”. Tu, w sobotni wieczór zebrała się jak zwykle przypadkowa Polska.

Tłum wciska mnie w stalowe bariery pod sceną. Trzymam kurczowo ciepłą rurę jak pętlę w zatłoczonym autobusie. Dziewczęcy pot spływa mi po plecach, rękach. Rąbkiem koszulki wycieram obiektyw aparatu. Jestem tu dla zdjęć – potrzebuję ilustracji do tekstu. Patrzę na blade plecy, spięte agrafkami ramiączka staników, wdycham kwaśny zapach potu – szukam perspektywy dla efektownego zdjęcia. Ale nic z tego nie będzie, dziewczyny nie zaszaleją – są trzeźwe, nie otumanione jeszcze zielskiem i piwem. Podobnie jak ja przyszły tu trochę interesownie – będą robić foty komórkami. Później, nocą wkleją je na „Naszą Klasę” z dumnym podpisem „Byłam, było cudnie” – podobnie jak ich starsze siostry wklejają zdjęcia z wakacji w Tunezji.

Zaraz koncert – jeszcze tylko polityczna formalność. Z żółtego dymu wylania się łysawy gość. Dziś jest swojski, wyluzowany – pewnie wrażenie luzu daje krótki rękaw koszulki w krateczkę. „Spełniłem wasze marzenia – mamy największą scenę. Wesołych wakacji!” – krzyczy uszczęśliwiony z całkiem niezłą dykcją. Ktoś z tyłu skanduje „Wy – pier – da – laj, wy – pie – da – laj”, ale bluzg na kilka gardeł tłumi pisk setek rozkręcających się dziewczyn. Znam gościa, widziałem go tydzień wcześniej, gdy perspektywa wyborczej klęski kazała go premierowi wygonić z urzędu na ulicę. Sztywny, podduszony krawatem, wbity w garnitur jak w gorset wlepił mi wtedy z przymilnym uśmiechem lakierowana ulotkę „Zgoda buduje”. Wziąłem, bo żal mi go było. Kilka minut wcześniej kobieta wydarła na niego gębę – „Do czego mnie kurwa namawiasz? Jaki mam wybór? Głosować na złodzieja czy na faszystę?”. Gdy później patrzyłem znad piwa jak wtrynia znudzonym ludziom tę „budującą zgodę”, pomyślałem, że jest chyba najlepiej opłacanym w tym kraju akwizytorem reklam. Za takie pieniądze też bym z kelnerskim, zawodowym uśmiechem znosił rzucane prosto w oczy gorzkie słowa prawdy.

Myslowitz zaczyna o czasie. Nie czuję emocji, to smutna, nieco dekadencka muzyka – wciąż ten sam wysublimowany na użytek małoletniej Polski nastrój upadłego Śląska sprzed dziesięciu lat. Kiedyś lubiłem słuchać tych opisów zdychającej w inercji prowincji. Ale ile można? Przecież nie zatrzyma się czasu a ja z prowincjonalnym więzieniem się nie identyfikuję. Pstrykam więc tylko zdjęcia – to dla mnie koniec koncertu. Tłum zanadto mnie osaczył, z ulgą chamsko przepycham się na zewnątrz.

W knajpie chłód, mrok i tłok – czekam na zimne piwo. Nagle pchnięty odfruwam spod baru pod ścianę. Brzęk tłuczonego szkła, kobiecy krzyk i strzały. To wielka, masywna dłoń z hukiem wali raz za razem o barową ladę. Huk, wrzask, bluzg jak na policyjnym filmie. Patrzę na łyse czaszki, rozlazłe karki i napakowane sterydami mięśnie. To chłopcy z miasta – najmłodsze pokolenie, które akurat w te wakacje przejmuje dla siebie knajpy. Pijani, z zatkanymi amfą nosami są jak bulteriery gotowe by zagryźć. Ktoś ich spuścił z łańcucha – widocznie restaurator nie płaci. Rano, gdy przechodziłem pod knajpą wyrywali mu iglaki z donic, które poustawiał przy wejściu. Pouczepiane murów kamery filmowały to bezradnie, strażnicy i policjanci jak zwykle w takich sytuacjach znikli. Teraz dresy wróciły tylko po to bym wyszedł, więc wymykam się wraz z innymi gośćmi chyłkiem na ulicę. I znów krążę po rozgrzanym placu ogłuszony salwą kolumn z monstrualnej sceny – Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę, Szukają czegoś, co wypełni im czas, Rzucają kamieniami w koła samochodów, I patrzą na spódnice dziewczyn, które nie chcą ich znać.

Pusta ulica, tylko w bramach żarzą się ogniki papierosów. W oddali niebieskawy zarys gór, których nikt tu już nie zauważa. Została mi tylko jedna stacja w tej zastygłej od upału dzielnicy. Knajpa jak chłodne lipcowe marzenie – śmierdząca dymem i migająca po kątach lodowatymi światłami dyskotekowej muzy. Knajpa dla starych, bo w tych zrujnowanych kamienicach starość dopada ludzi tuż po trzydziestce. Przy barze trochę chłopaków po odwykach, więzieniach, udarach i wylewach. W końcu bezpiecznie, bo ciężkie życie wyssało już z nich adrenalinę. Dresy, łańcuchy, bermudy do kolan spod których wypełzają wyblakłe znaczki tatuaży to tylko wspomnienia młodości. Ładna kelnerka, bardzo kobieca, chyba po trzydziestce – śliczne nogi, zgrabny tyłek ledwie zakryty kusą, przepoconą spódniczką. Ma dobry humor, tańczy za barem. Ciasno tam jej, więc jak tancerka z Rio szuka sobie miejsca między stolikami. Ostra babka – wibrują biodra, brzęczy moniakami saszetka przypięta do pasa. Z linii gęstych, ciemnokasztanowych włosów spływają po policzkach drobne krople potu. Ładnie pani tańczy – mówię podając pieniądze za piwo. A co tam .,. . Lubię – odpowiada zadyszana. Taka ze mnie szczera dziewczyna jest – patrzy mi ciekawie w oczy. Jeszcze jedno – zamawiam. Odsuwam resztę dłonią. – Dziękuję. Uśmiecha się, wrzuca złoty pięćdziesiąt do saszetki na biodrze i zaczyna tańczyć.

P7101032