<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kartka z podróży</title>
	<atom:link href="http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.kartkazpodrozy.eu</link>
	<description>Kartka z podróży - ścieżki camino...</description>
	<lastBuildDate>Sat, 04 Sep 2010 15:42:53 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.4</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>sezon w piekle</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2502</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2502#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 04 Sep 2010 15:42:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2502</guid>
		<description><![CDATA[

„Moje życie, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina.
Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. &#8211; I przekonałem się, że jest gorzkie. 
- Znieważyłem je&#8230;.”
Pisał  poezję wciągającą jak słodki nałóg. To słowa wrzące, buntownicze i anarchiczne. Czysta wolność dotykająca swym rytmem serca. Czytałem go z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2503" title="kil" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/kil.JPG" alt="kil" width="535" height="515" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„<span style="font-size: x-small;"><em><strong>Moje życie, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina.</strong></em></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-size: x-small;"><em><strong>Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. &#8211; I przekonałem się, że jest gorzkie. </strong></em></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-size: x-small;"><em><strong>- Znieważyłem je&#8230;.</strong></em></span>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Pisał  poezję wciągającą jak słodki nałóg. To słowa wrzące, buntownicze i anarchiczne. Czysta wolność dotykająca swym rytmem serca. Czytałem go z wypiekami na twarzy gdy miałem 16 lat, ale choć jestem już stary i zgorzkniały wciąż lubię do niego wracać. Nie wiem czemu ta gorzka, wizyjna poezja dodaje mi ciągle otuchy. Żył tak jak pisał – mocno, intensywnie i krótko. To wyjątkowy, niesamowity wręcz związek awanturniczej biografii z łamiącą wszelkie konwencje poezją.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Jean Nicolas Arthur Rimbaud przychodzi na świat w miasteczku Charleville w 1854 roku Jego ojciec jest zawodowym żołnierzem a matka córką drobnych właścicieli ziemskich. Ma troje rodzeństwa. Jest dzieckiem karłowatym, brązowowłosym i bladym. Rodziną nie cieszy się długo, bo ojciec porzuca matkę, która chcąc zrekompensować dzieciom jego stratę gorliwie oddaje się ich wychowywaniu. Dyscyplina i przymus królują  w tym katolickim domu. Arthur, jego bracia i siostra odcięci od świata matczyną nadopiekuńczością głównie wkuwają na pamięć łacińskie sentencje z Pisma Świętego. Trudno się dziwić, że Rimbaud w wieku dziewięciu lat pisze obszerny esej sprzeciwiający się tego typu edukacji. Zamknięty w sobie, zbuntowany uczy się słabo aż do momentu rozpoczęcia edukacji w gimnazjum w Charleville. Trudno powiedzieć co go tam  odblokowuje – w każdym błyszczy intelektualnie ku zdumieniu swych nauczycieli. W wieku piętnastu lat pisze pierwszy wiersz „Gwiazdka sierot” i drukuje go w Paryżu. Wiersze z tego okresu są tak dojrzałe, że wchodzą do wydanego kilka lat później pierwszego poetyckiego tomu. Ma wsparcie w nauczycielach – głównie w Jerzym Izambardzie. Wsparcie jest mu potrzebne, bo zaczyna uciekać ze szkoły i domu. Pierwszy raz ucieka, czy raczej wyrusza w podróż latem 1870 roku, tuż po wybuchu wojny francusko &#8211; pruskiej. Nie ma jeszcze doświadczenia trampa, więc zostaje aresztowany za włóczęgostwo.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ …<em><span style="font-size: x-small;"><strong>.Uciekłem. O czarownice, nędzo, nienawiści, powierzono wam mój skarb!</strong></span></em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em><span style="font-size: x-small;"><strong>Zdołałem wygnać ze swego umysłu wszelką ludzką nadzieję. Głuchym skokiem drapieżnika rzucałem się na każdą radość, by ją zdusić&#8230;</strong></span>”</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">W kilka dni po powrocie do domu Rimbaud znów ucieka &#8211; tym razem do Brukseli. Gna go coś przed siebie, najwyraźniej potrzeba mu emocji &#8211; w drodze pisze jedne z najpiękniejszych swoich wierszy &#8211; „Zalotną”, „Zieloną gospodę”, „Kredens” i „Moją bohemę”. W podróży dziczeje, zapuszcza włosy, staje się prowokacyjny – bluźni i upija się do nieprzytomności. Z Brukseli wraca do Jerzego Izambarda &#8211; pisze „Śpiący w kotlinie” i „Zło”. Spędza całe dnie głównie w bibliotece. W roku 1871 roku Rimbaud nie mogąc znieść szarzyzny francuskiej prowincji znów ucieka do Paryża. Bierze udział w walkach po stronie Komuny Paryskiej. Prawdopodobnie zostaje zgwałcony przez komunardów. Po tych doświadczeniach pozostają wiersze „ Ręce Joanny” i „Paryż się budzi”. W słynnym liście zwanym „listem jasnowidza” pisze do Jerzego Izambarda &#8211; „<em>Chcę być poetą i pracuję nad tym aby być jasnowidzem (…) Idzie o to, by dojść do niewiadomego przez rozprężenie wszystkich zmysłów. Cierpienia są ogromne, ale trzeba być silnym, trzeba urodzić się poetą, ja zaś uznałem się za poetę .(&#8230;) Niesłusznie jest mówić &#8211; ja myślę. Należałoby raczej powiedzieć &#8211; Mnie myślą. Przepraszam za grę słów. Ja to ktoś inny.”</em> Pracuje już wtedy nad „Sezonem w piekle”, „Iluminacjami” i „Statkiem pijanym” &#8211; jednym z najbardziej znanych swoich wierszy.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <em><span style="font-size: x-small;"><strong>&#8230;Po galijskich przodkach mam jasnoniebieskie oczy, ciasny umysł i niezręczność w walce. Zauważyłem, że noszę się równie barbarzyńsko jak oni. Tyle że nie smaruję włosów masłem.</strong></span></em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-size: x-small;"><em><strong>Galowie byli w swoich czasach najbardziej nieudolnymi oprawcami zwierząt i wypalaczami łąk.</strong></em></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em><span style="font-size: x-small;"><strong>Dziedziczę po nich: bałwochwalstwo i upodobanie do świętokradztwa; ach, i cała swoją występną naturę, złość, lubieżność- to wspaniałe, lubieżność- a zwłaszcza kłamliwość i lenistwo&#8230;.</strong></span>”</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">W tym samym czasie nawiązuje dość dramatyczny romans z Paulem Verlaine – uznanym poetą francuskim. Znajomość przeradza się w silny związek uczuciowy trwający kolejne cztery lata. Para budzi powszechne zgorszenie – tym bardziej, że Verlaine jest żonaty. Romans ma burzliwy przebieg, kochankowie schodzą się i rozchodzą wśród awantur i bójek. Razem odbywają dwie podróże do Londynu &#8211; żyją byle jak i byle gdzie ucząc francuskiego. Toną w absyncie, dymie haszyszu i opium. W pierwszych dniach lipca 1873 roku Verlaine porzuca Rimbauda w Londynie i wyjeżdża do Brukseli ratować swoje małżeństwo. Jest w depresji, grozi samobójstwem. Ściąga jednak do Brukseli kochanka i trakcie brutalnej kłótni strzela do niego raniąc go w rękę. Zostaje aresztowany i skazany na dwa lata więzienia. Zrozpaczony Rimbaud wraca do rodzinnych pieleszy i kończy „Sezon w Piekle”. Cykl poematów drukuje w Brukseli. Kilka egzemplarzy przesyła przyjaciołom, reszta pozostawia w drukarni.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„<span style="font-size: x-small;"><strong>.</strong></span><span style="font-size: x-small;"><em><strong>..Przypominam sobie historię Francji, starszej córki Kościoła. Nieokrzesaniec, podróżowałem do ziemi świętej: mam w głowie drogi przez równiny Szwabii, widoki Bizancjum, obronne mury Jeruzalem: wśród tysiąca bezbożnych fantasmagorii budzi się we mnie kult Marii i rozczulenie nad Ukrzyżowanym. &#8211; Trędowaty, zasiadam na rozbitych skorupach i pokrzywach pod murem zżartym przez słońce. &#8211; Później, rajtar, biwakowałem pod nocnym niebem Niemiec&#8230;.</strong></em></span>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Znów rusza w podróż. Z Germainem Nouveau, poetą prowansalskim wyjeżdża do Anglii. Utrzymuje się z lekcji języka francuskiego. Potem jedzie do Niemiec odwiedzić zwolnionego z więzienia Verlaine. Ale to już koniec miłości &#8211; nie zobaczą się już nigdy więcej. Kończy cykl poematów prozą „Iluminacje” i rzuca pisanie. To kres jego twórczych możliwości. W roku 1875 zrywa na zawsze z poezją, wyrzeka się jej – napisał już przecież wszystko.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„<em>.<span style="font-size: x-small;"><strong>..Mój dzień się wypełnił: opuszczam Europę. Morski wiatr wypraży moje płuca; wygarbują mi skórę egzotyczne klimaty. Pływać, ugniatać trawę, polować, zwłaszcza palić tytoń, i pić alkohole mocne jak wrzący metal- jak czynili to drodzy przodkowie wokół ognisk&#8230;.</strong></span>”</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Tego samego roku wyjeżdża do Włoch, skąd zostaje repatriowany do Marsylii. Zaciąga się więc do hiszpańskiej armii karlistowskiej. Rezygnuje jednak z wyjazdu do Hiszpanii i na zimę wraca w rodzinne strony. Znów dusi go nuda, więc wypływa z Harderwijk w Holandii do Batawii zaciągnąwszy się do kolonialnej armii holenderskiej. Wkrótce dezerteruje i wraca żaglowcem angielskim do Europy &#8211; do domu. Stamtąd znów ucieka do Wiednia, Hamburga, Aleksandrii, Rzymu i na Cypr, gdzie przyjmuje posadę nadzorcy w kamieniołomach. W końcu zrywa z Europą i w 1880 roku wyjeżdża do Adenu gdzie handluje kawą i skórami. Później kieruje się na Harar. Jakiś czas prowadzi prace badawcze z których sprawozdanie ukazuje się w publikacjach Towarzystwa Geograficznego.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <span style="font-size: x-small;"><em><strong>&#8230;Powrócę z żelaznymi mięśniami, ogorzały, z wściekłym okiem: sądząc po mojej masce zaliczą mnie do mocnej rasy. Będę miał złoto; będę gnuśny i brutalny. Kobiety troszczą się o tych kalekich dzikusów wracających z gorących krajów. Wdam się w polityczne rozgrywki. Będę zbawiony.</strong></em></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-size: x-small;"><strong><em>Teraz jestem przeklęty i ojczyzna budzi we mnie odrazę. Nieprzytomny sen pijanego na piaszczystym brzegu, oto co najlepsze&#8230;.</em>”</strong></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Pociąga go handel bronią – na dostawach dla abisyńskiego króla Menelika, władca Szoa zarabia porządne pieniądze. W dalszym ciągu prowadzi tez badania geograficzne. Wreszcie osiada w Hararze i zakłada tam własną faktorię handlującą kawą, skórami, kością słoniową i piżmem. W 1891 roku zapada na raka kolana. Nie mogąc iść odbywa w dwanaście dni drogę pustynią do portu Zejla  na noszach dźwiganych przez szesnastu tubylców. Z Zejli płynie do Adenu, a potem do Marsylii. Lekarze obcinają mu nogę. Niewiele to pomaga. Umiera 10 listopada 1891 roku mając trzydzieści siedem lat. Trudno powiedzieć kto umarł w marsylskim szpitalu – handlarz bronią i kością słoniową czy poeta przeklęty, który kilkanaście lat wcześniej wyrzekł się swej poezji.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ …<span style="font-size: x-small;"><em><strong>.Nuda nie jest już moją miłością. Przystępy wściekłości, rozpusta, szaleństwo- których znam wszystkie uniesienia i klęski- całe moje brzemię jest zdjęte. Oszacujmy bez przesady granice mojej niewinności. </strong></em></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-size: x-small;"><em><strong>Nie byłbym już zdolny domagać się pocieszenia chłostą. Nie sądzę, bym wyprawiał się na zaślubiny za teścia mając Jezusa Chrystusa&#8230;</strong></em></span>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Wytłuszczone w tekście fragmenty„Sezonu w piekle” &#8211; całość pod linkiem</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://www.poema.art.pl/site/itm_72355_sezon_w_piekle.html">http://www.poema.art.pl/site/itm_72355_sezon_w_piekle.html</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Arthur Rimbaud</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://blog.neo-nomad.net/files/images/20070819/rimbaud.jpg">http://blog.neo-nomad.net/files/images/20070819/rimbaud.jpg</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2502</wfw:commentRss>
		<slash:comments>80</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>falowanie</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2495</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2495#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 03 Sep 2010 15:19:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2495</guid>
		<description><![CDATA[

Myślałem nocą o oceanie. Przypomniałem sobie dzień gdy po męczącym, kilkudniowym marszu przez zalaną deszczem Galicję, z zapuchniętym od anginy gardłem dotarłem do Atlantyku. To była szczęśliwa chwila, którą tak opisałem &#8211; „...Jaki miałem dzień? „Bonito!(piękny)” – tak nocą powiedziała mi opalona na złoto hiszpańska dziewczyna, gdy piliśmy piwo na schodach schroniska przeciągając do bólu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2496" title="P9020226" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/P9020226.JPG" alt="P9020226" width="535" height="401" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Myślałem nocą o oceanie. Przypomniałem sobie dzień gdy po męczącym, kilkudniowym marszu przez zalaną deszczem Galicję, z zapuchniętym od anginy gardłem dotarłem do Atlantyku. To była szczęśliwa chwila, którą tak opisałem &#8211; „.<em>..Jaki miałem dzień? „Bonito!(piękny)” – tak nocą powiedziała mi opalona na złoto hiszpańska dziewczyna, gdy piliśmy piwo na schodach schroniska przeciągając do bólu oskrzeli marokańskie zielsko. „Bonito” – powiedziała i słodko cmoknęła, bo właśnie zeszła z asturyjskich klifów. I sprawdziło się, było pięknie.</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Z Ribadeo do Asturii przeszedłem 600 metrowym mostem nad oceanicznym wejściem do portu. Potem już klify i plaże. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak malowniczo i wolnościowo. Z lewej ocean, klify i rozsiane gęsto plaże. Z prawej pola zielonej kukurydzy, pastwiska z wpatrzonymi w Atlantyk krowami i lasy. A ja pomiędzy tymi światami. Nabiłem kilometrów od cholery zwiedzając to wybrzeże, ale nie mogłem nasyć się widokami, zapachami i chłodną bryzą wiejącą znad Atlantyku. I żadnych ograniczeń, znaków i cementowych słupków. Po prostu wybrzeże oceanu człowieka prowadzi przed siebie.</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Przez Tapia de Casariego przeleciałem galopem – wkurwiały mnie tłumy turystów. Ale już kilometr za miastem pusto, znów klif i zatoczki białego piasku na których nie uświadczy się ludzi. To znaczy są ludzie – ktoś pływa na desce, ktoś inny buduje z dzieckiem piaskowy zamek, ktoś kąpie się na golasa. Ale to nie tłum zagłuszający majestat oceanu. Dobrze mi dziś było na Asturyjskim wybrzeżu. Długo szedłem – aż do 17, bo nie chciało mi się marnować dnia w śmierdzącym potem schronisku. Jutro będzie podobnie albo lepiej – zastanawiam się czy nie spać po prostu na plaży.</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Dziwna rzecz – anginę dziś diabli wzięli, znów oddycham i przełykam bez bólu. Zwykle ta gówniana przypadłość wlecze się u mnie ze dwa tygodnie, a tym razem dwa dni trwała. Chyba słona bryza czyni takie cuda. Albo to „bonito” wzmaga w człowieku odporność&#8230;.</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><img class="aligncenter size-full wp-image-2497" title="P8220112" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/P8220112.JPG" alt="P8220112" width="535" height="460" /></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">No a potem kilka tygodni wędrowałem wzdłuż brzegu czując, że mnie Atlantyk wzmacnia bez względu na to czy tonie w wilgotnych mgłach, zalewa deszczem, pali słońcem czy przedmuchuje wiatrem. Szedłem najczęściej ścieżkami wzdłuż klifu nie napotykając po drodze ludzi. Byłem z oceanem sam – może dlatego zacząłem go w końcu traktować jak żywą istotę. Zdawało mi się, że oddycha, ma humorki, złości się albo leniwie posypia. Czułem też jego siłę i energię, którą najwyraźniej widać na pracowicie wyrzeźbionych brzegach. Ocean wyznacza rytm życia wybrzeży głównie przez falowanie wywoływane wiatrem. Wiatr dodatkowo spiętrza też wody nieraz do wysokości metra wpychające je głęboko w zatoki, laguny i delty rzek. Ale najwyraźniej woda zmienia swój poziom na skutek przypływów i odpływów odbywających się w cyklach wspólnego lub przeciwstawnego oddziaływania siły przyciągania Księżyca i Słońca. Przypływu i odpływy widać najwyraźniej po łódkach rybackich, które w czasie odpływu leżą bezradnie na bagnistym dnie a wleczone przez przypływ ledwie trzymają się lin przywiązanych w wbitych w dno pni.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Woda oceanu jest w nieustannym ruchu. Fale uderzają w skalne brzegi, kruszą je i rozpuszczają – rozdzielając na duże i małe fragmenty skalne. Towarzyszy temu huk związany z obecnością w wodzie pęcherzy powietrza. Przy silnym sztormowym wietrze ten huk zwany <strong>kawitacją</strong> przypomina wystrzały armatnie. Atakowany przez fale brzeg kruszy się i cofa a u jego podnóża, tuż pod linią fal tworzy się skalna platforma pokryta kamiennym gruzowiskiem zwana <strong>platformą abrazyjną</strong>. Z biegiem czasu traci ona skalną kanciastość i przybiera formę owalną i płaską, by sprawiać jak najmniej oporu falującej wodzie. Platformy abrazyjne zwane też <strong>podciosami brzegowym</strong>i na skutek przypływów i odpływów są zawieszone na różnych wysokościach klifu. Wybrzeże broni się dzielnie przed uderzeniami fali. Jeśli zbudowane jest z mało odpornych osadów lodowcowych np. glin ubywa go rocznie 2 – 3 metrów choć w skrajnych warunkach zdarzają się ubytki nawet dziewięciometrowe. Klif hiszpański po którym szedłem jest zbudowany głównie ze skał dlatego ubywa go rocznie zaledwie od kilku do kilkunastu centymetrów. Kilkunasto &#8211; kilkudziesięcio metrowej wysokości klif ma pogmatwaną linię brzegową, pociętą zatoczkami i usianą skalnymi występami. Tuż przy brzegu wystają z dna głazy, wysepki, które nie wiadomo dlaczego nie poddały się falom. Oczywiście idąc ukrytymi w paprociach i jeżynach krętymi ścieżkami klifu nabijamy dodatkowe kilometry. Ale nie czuje się ich w nogach z powodu przepięknych widoków – każdy zakręt odsłania coś nowego i niespotykanego</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Wybrzeże atlantyckie to nie tylko klify ale również setki plaż wciśniętych w klif jak rogaliki. Plaże również kształtowane są przez falowanie. Siła fal przemieszcza piach tworząc przegłębienia albo wały zwane <strong>ławicami</strong> lub <strong>rewami</strong>. W czasie odpływów wynurzają się tworząc bariery zwane <strong>lido</strong> oddzielające ocean od lagun. Większość plaż przez które przechodziłem rozmieszczona była przy ujściach rzek czy potoków. Najczęściej ujścia rzek kształtuje ocean tworząc lejki zwane <strong>estuarium</strong>. Ale bywa też tak, że siła rzeki i ukształtowanie terenu sprzyja odkładaniu naniesionego przez jej nurt materiału, którego ocean nie w stanie uprzątnąć. Te namuły zrzucone u ujścia tworzą wybrzeże typu <strong>deltowatego</strong>. Szedłem mostami nad odsłoniętymi przez odpływ bagnistymi deltami rzek, które pachniały przejmująco rybami, błotem i gnijącymi wodorostami.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><img class="aligncenter size-full wp-image-2498" title="P9070295" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/P9070295.JPG" alt="P9070295" width="535" height="303" /></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Oczywiście w klifowych zatokach są wioski, miasteczka i porty. To też urok wędrówki atlantyckim wybrzeżem &#8211; „ &#8230;<em>Puerto da Vega. Miasteczko cacko – jak bombonierka. Białe domy przylepione do wzgórz a pośrodku port. No i knajpy pełne „prawdziwych facetów” z rękoma czerwonymi i rozbitymi od ciężkiej morskiej roboty. No a potem zaczęła się jazda. Ścieżka całymi kilometrami prowadziła metr od klifowej przepaści. Po prostu „bonito” – słońce grzeje, po lewej lasy eukaliptusowe albo pastwiska z zadumanymi krowami a po prawej Atlantyk bijący falami z hukiem o kamienne wybrzeże. Co jakiś czas plaże na które schodziłem karkołomnymi schodami. A potem buty z nóg i moczenie rozbitych asfaltem piet w słonej wodzie. I dalej, dalej, dalej … na wietrze i w ustronnych tunelach z rosnących na klifie paproci&#8230;.</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Na zdjęciach atlantyckie wybrzeże.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><img class="aligncenter size-full wp-image-2499" title="P7280927" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/P7280927.JPG" alt="P7280927" width="535" height="393" /></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2495</wfw:commentRss>
		<slash:comments>112</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>poczta na południe</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2491</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2491#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 02 Sep 2010 16:12:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2491</guid>
		<description><![CDATA[

Jakiś czas temu ciemne chmury spływać zaczęły znad gór. Potem daleki grzmot i błyski wyładowań przypomniały mi, że nie wygrabiłem ściętej trawy z rowu odprowadzającego wodę. Natrętna myśl o trawie odrywała mnie od pisania. Nie cierpię takich myśli przeszkadzających w pracy. Po chwili to nie była już jedna myśl, to kotłowanina myśli nie tyle o [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2492" title="P7130715" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/P7130715.JPG" alt="P7130715" width="535" height="377" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Jakiś czas temu ciemne chmury spływać zaczęły znad gór. Potem daleki grzmot i błyski wyładowań przypomniały mi, że nie wygrabiłem ściętej trawy z rowu odprowadzającego wodę. Natrętna myśl o trawie odrywała mnie od pisania. Nie cierpię takich myśli przeszkadzających w pracy. Po chwili to nie była już jedna myśl, to kotłowanina myśli nie tyle o trawie co o jej pęku, kneblu, który jak zielony korek zatka ciemną czeluść studzienki burzowej i zmusi mnie do brodzenia w wodzie pod kontrolą złych spojrzeń zalewanych potokami wody ludzi. Myśl o trawie nie pozwalała się skupić, więc kuląc się w podmuchach wilgotnego wiatru wkurwiony wybierałem zielone ścinki z suchego jeszcze rowu. Pod nimi biała torba z folii – w środku pusta, lepka butelka po słodkiej wódce i nasycona wilgocią książką. Widać ktoś nocą wracał do domu i zmęczony wódą pozbył się torby rzucając ją do mojego rowu. Książka stara, zaczytana, mokra, z odrapanym grzbietem. Na okładce fragment obrazu Paula Klee oszpecony śladem po granatowym stemplu. W rogu strony tytułowej nieczytelny podpis złożony piórem, zielonym atramentem. Tytuł „Poczta na południe. Nocny lot” Antoine de Saint – Exupery, wydał PIW w 1977 roku. Położyłem ją na ganku i wróciłem do pisania. I jak zwykle w takich okolicznościach znikła gdzieś, burza, deszcz – zapomniałem też o książce.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-style: normal;"><span style="font-weight: normal;">Wczoraj nocą po nią sięgnąłem, rozkleiłem ostrożnie podeschnięte strony. Ciekawe zdania &#8211; „</span></span><em><span style="font-weight: normal;">&#8230;Codzienne obowiązki wyostrzają w nim niewspółmiernie poczucie odpowiedzialności, które jako organ bezużyteczny pierwsze zanika u pisarza. Każdego dnia uczy się od nowa, ile może kosztować niesprawdzenie funkcjonowania sterów czy jednego głupiego kontaktu; albo sprawienie na którymś z Maurów wrażenia człowieka tchórzliwego lub nielojalnego, na podwładnym – skłonnego do pobłażliwości, na koledze – egoisty, który myśli raczej o sobie niż o całości załogi. On zdobywa, organizuje teren cywilizacji rodzącej się dopiero, wątłej jeszcze, gdzie konsekwencje najdrobniejszych zaniedbań zwykle nie karzą na siebie długo czekać. ..</span></em><span style="font-style: normal;"><span style="font-weight: normal;">.”</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Tak widzi Sanint Exuperyego tłumacz szkicujący jego portret w przedmowie – tak widzi sylwetkę lotnika – pisarza przecierającego szlaki pocztowe nad Sacharą.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Inaczej patrzy na siebie sam Saint Exupery oczami kochanki. Pisze &#8211; „ <em>Nie. To nic &#8230;Zostaw&#8230;Co, już? … Bernis stoi. Jego ruchy we śnie były ciężkie jak ruchy człowieka, który ciągnie linę holowniczą. Jak ruchy Apostoła, który wydobywa człowieka na powierzchnię z jego własnej głębi. Każdy jego krok był pełen znaczenia jak krok tancerza. „O, moja miłości&#8230;” Chciałaby zawołać do tego mężczyzny: „Obejmij mnie!” ramiona miłości ogarniają człowieka razem z jego teraźniejszością, przeszłością i przyszłością, ramiona miłości odbudowują jego całość … .Nie. Nie chcę. Nie dotykaj mnie. I wstaje &#8230;</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Wstaje, odchodzi, idzie sprawdzić stery swego samolotu. Odlatuje gdzieś z pocztą. Jak pisze tłumacz &#8211; „&#8230;<em>Codzienne obowiązki wyostrzają w nim niewspółmiernie poczucie odpowiedzialności, które jako organ bezużyteczny pierwsze zanika u pisarza”. </em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">U Saint Exuperyego nie zanikło. Odchodzi sprawdzać stery, zapisać co poczuł – ma już przecież temat.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2491</wfw:commentRss>
		<slash:comments>122</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>naród</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2487</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2487#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 01 Sep 2010 15:20:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2487</guid>
		<description><![CDATA[

 Nic lepiej nie klei więzi narodowych jak rozmaite rocznice. To w ich trakcie tłumnie zgromadzony na ulicach i przed telewizorami naród może na nowo przeżywać swe zwycięstwa i klęski, budzić w sobie podniosłe uczucia i poczucie mocy. Ponieważ kończy się powoli sekwencja letnich rocznic narodowych mogę się pokusić o pierwsze podsumowania i wnioski na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2488" title="lok" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/09/lok.JPG" alt="lok" width="535" height="476" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong> </strong>Nic lepiej nie klei więzi narodowych jak rozmaite rocznice. To w ich trakcie tłumnie zgromadzony na ulicach i przed telewizorami naród może na nowo przeżywać swe zwycięstwa i klęski, budzić w sobie podniosłe uczucia i poczucie mocy. Ponieważ kończy się powoli sekwencja letnich rocznic narodowych mogę się pokusić o pierwsze podsumowania i wnioski na przyszłość. W tym roku mamy już za sobą miesięczne żałobne czuwanie po katastrofie samolotowej w Smoleńsku, comiesięczne podrocznice tej katastrofy, święto rozkwitu państwowości polskiej &#8211; Konstytucji 3 maja, rocznicę powstrzymania barbarzyńskiej nawały z zachodu &#8211; Bitwy Grunwaldzkiej, rocznicę powstrzymania barbarzyńskiej nawały ze wschodu &#8211; Bitwy Warszawskiej, rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, rocznicę wyzwolenia klasy robotniczej &#8211; Porozumień Sierpniowych i rocznicę klęski wrześniowej. Przed nami jeszcze rocznica „noża w plecy” czyli agresji ZSRR w 1939 roku. Rocznica kapitulacji powstania warszawskiego nie jest obchodzona ponieważ stała by w emocjonalnej sprzeczności z nastrojem rocznicy jego wybuchu. Mimo iż organizację  rocznic zaangażowane są władze państwowe, duchowne i obywatele zorganizowani w rozmaite grupy celebracyjne nie zauważam na ulicach nastroju narodowego wzmożenia i euforii a wręcz przeciwnie – naród sprawia wrażenie smętnego i przygnębionego. Myślę, że pieniądze i wysiłek ludzki zaangażowany w imprezy patriotyczne w dużej mierze jest marnowany ponieważ rocznice nie są organizowane profesjonalnie. To właśnie jest właśnie przyczyną, że wciąż słyszymy narzekania, marudzenie a naród mimo obchodów rocznic nie wykazuje chęci do poświęceń – np. płacenia wyższych podatków.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Jak profesjonalnie organizować podniosłe uroczystości patriotyczne mówi nam historia kraju w którym idee narodowe były głównym lepiszczem struktury społecznej – w którym naród i państwo były jednością. Myślę oczywiście o niemieckiej III Rzeszy. Dziś więc kartka o rocznicach i obchodach budujących poczucie narodowej dumy Niemców w latach trzydziestych.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Problemem większości polskich rocznic jest to, że są obchodami klęsk, więc trudno ich naturalny nastrój żałobny przekuwać w poczucie zwycięstw. Ale są na to sposoby. W Niemczech przed 1933 rokiem obchodzony był <strong>Narodowy Dzień Żałoby</strong>. Obchody polegały głównie na pielęgnowaniu grobów pozostałych po przegranej wojnie przez Towarzystwo Opieki nad Niemieckimi Cmentarzami Wojennymi. Po dojściu Hitlera do władzy obchody przemianowano na <strong>Dzień Pamięci Bohaterów</strong> i stopniowo zacierano w nim żałobne skojarzenia dodając co rok do jego scenariuszy nowe, pozytywne a zarazem bezkrwawe akcenty – w 1935 roku dodano przywrócenie masowego poboru do wojska, w 1936 roku remilitaryzację Nadrenii, w 1938 roku Anschluss Austrii, w 1939 roku aneksję Czech. W końcu Dzień Pamięci Bohaterów przemianowano na dzień <strong>Odrodzenia Suwerenności Zbrojnej</strong>, który obchodzony był pod krzepiąco – optymistycznym hasłem „<em>Nie umarli za darmo</em>”. Tak oto w krótkim czasie zastąpiono smętne uczucie żałoby pozytywnym odczuciem narodowego tryumfu.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Polska opinia publiczna jest autorytarna i w głębi duszy tęskni za silnymi przywódcami. Owa potrzeba kultu jednostki tkwiła również w duszy niemieckiej. Typowo personalny wymiar miały obchodzone w całej Rzeszy <strong>Urodziny Wodza</strong>. Zwiastowały je wszechobecne fotografie fuhrera eksponowane na wystawach sklepowych w złotych ramach i girlandach z gałązek i kwiatów a także powódź flag zalewająca fasady wszystkich domów. Punktem kulminacyjnym obrzędów związanych z urodzinami było uroczyste przyjmowanie na Konigsplatz w Monachium nowych uczniów partyjnej szkoły wodzów. Nocny rytuał inicjacyjny młodych chłopców odbywał się wśród reflektorów, pochodni, sztandarów, werbli, fanfar i masowych chórów na tle surowych, klasycznych budynków partyjnych co wzmacniało efekty widowiskowe i teatralne uroczystości.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Mało kto wie, że narodowi socjaliści hucznie obchodzili <strong>Międzynarodowy Dzień Pracy</strong>. We współczesnej Polsce święto to na skutek komunistycznych kompleksów obchodzone jest wstydliwie po kościołach pod nową nazwą obchodów Świętego Józefa Robotnika. Niemiecki rytuał pierwszomajowy oczywiście nie zawierał smętnych, religijnych akcentów ale w zamian łączył w sobie dwie odmienne tradycje – robotniczą, rewolucyjną z szumiącymi flagami i maszerującymi kolumnami oraz arkadyjską, drobnomieszczańską z barwnymi piknikami na błoniach miejskich, będących odpowiednikiem naszego kultowego grillowania. Wiejskie obchody wigilii 1 &#8211; go maja polegały na ścinaniu tzw słupów majowych, paleniu ognisk i wyborze Majowego Króla i Królowej. Następnego dnia Królowa jechała w pochodzie w otoczeniu „gwardii honorowej” złożonej z działaczy partyjnych i żołnierzy, za nimi zaś defilowały zespoły pieśni i tańca w strojach regionalnych. Pochód przechodził pod łukami tryumfalnymi symbolizującymi władzę państwową. W miastach robotnicy zbierali się w swych zakładach i wraz z kierownictwem maszerowali na centralne wiece. Potem następował ludowy festyn z pieczeniem kiełbasek – znów grillowanie!</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Inną uroczystością narodowo – patriotyczną był <strong>Dzień Przesilenia Letniego</strong>. Święto obchodzono nocą przy ogniskach do których wrzucano wieńce poświęcone bohaterom wojennym i męczennikom partyjnym. Po odśpiewaniu „Zaklęcia ognia” uczestnicy obchodów skakali parami przez ogniska przy akompaniamencie gongów, następnie zapalali pochodnie i zwartym pochodem wracali do domów. Ważnym elementem dnia przesilenia były tzw „mowy ogniste”. Wygłaszał je najczęściej Goebbels na stadionie olimpijskim w Berlinie do stu tysięcy ludzi.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Punktem kulminacyjnym niemieckiej sekwencji letnich obchodów patriotycznych był <strong>partyjny zlot w Norymberdze</strong>. Tam co rok na nowo konsumowane było małżeństwo państwa z narodem. Rozmach tego przedsięwzięcia był olbrzymi. W nocnym obrzędzie konsekracji 10 września 1937 roku przed Hitlerem defilowało 100 tysięcy członków partii niosąc 32 tysiące sztandarów i proporców. Wszystko to odbywało się pod widoczną w promieniu kilkudziesięciu kilometrów „świetlistą katedrą” utworzoną z bijących w czarne niebo reflektorów przeciwlotniczych. Rozmach inscenizacyjny pozwalał podkreślić atawistyczne rytuały – Hitler co roku poświęcał nowe sztandary dotykając ich jedną ręką zaś w drugiej ściskał podziurawioną kulami materię Blutfahne czyli chorągwi poplamionej rzekomo krwią nazistowskich męczenników puczu z 1923 roku.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">W kilka tygodni po zlocie partyjnym obchodzono <strong>tradycyjne dożynki</strong>, którym głównym bohaterem był oczywiście też wódz. Centralne uroczystości odbywały się na wzgórzu w Buckeberg – Hitler jadąc tam samochodem z Berlina przejeżdżał przez setki żniwnych bram ustawionych w wioskach. Potem wspinał się na wzgórze w tłumie wiejskich rodzin, by celebrować wręczenie żniwnej korony przed żniwnym ołtarzem zastawionym płodami ziemi. Ceremonia kończyła się bezsensowną, pozorowaną bitwą jednostek Wehrmachtu u stóp wzgórza. I znów aktualny akcent! Przypomina to przecież popularne we współczesnej Polsce odbywanie inscenizowanych bitew przez tzw „grupy rekonstrukcyjne”.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Letni sezon narodowych świąt państwowych kończyły obchody <strong>rocznicy puczu monachijskiego</strong>. To rocznica typowo kombatancka, odbywająca się w Monachium i inscenizowana wg scenariusza drogi krzyżowej. Weterani partyjni szli pośród gęstych szpalerów widzów przez kolejne Stacje Męki Pańskiej. Różnica była jedna – Zbawiciel maszerował tu na czele gromady swych uczniów wyprostowany, z hardą miną i w butach z cholewami. Kalwaria i Zmartwychwstanie łączyły się w trakcie tego święta w jedno ponure i wstrząsające widowisko.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Jak widać są gotowe scenariusze efektywnej obrzędowości narodowej. Są też ludzkie potrzeby wyrażane na przykład skłonnością do masowego grillowania, inscenizowania bitew oraz marszy z pochodniami po nocy. No i jest podstawowa potrzeba społeczna – zamiany poczucia dziejowej klęski w nastrój narodowego, euforycznego zwycięstwa. Skoro Niemcom po przegranej I wojnie światowej to się udało to czemu nie spróbować. Wystarczy tylko przyłożyć się do narodowego dzieła.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2487</wfw:commentRss>
		<slash:comments>108</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>z Unią w sercu przez Hiszpanię</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2483</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2483#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 31 Aug 2010 14:24:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2483</guid>
		<description><![CDATA[

Wczoraj na stypie po „Solidarności” zauważyłem Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. Przyznam, że mnie jego obecność zaskoczyła tym bardziej, że nie przybył do Gdyni jako osoba prywatna, ale jako członek najwyższych władz Unii Europejskiej. Jest to zaskakujące z tego powodu, że „Solidarność” w głębi duszy jest antyunijna – reprezentuje eurosceptyczną część polskiej opinii publicznej. Przemówienie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2484" title="P7130709" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/08/P7130709.JPG" alt="P7130709" width="535" height="443" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Wczoraj na stypie po „Solidarności” zauważyłem Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. Przyznam, że mnie jego obecność zaskoczyła tym bardziej, że nie przybył do Gdyni jako osoba prywatna, ale jako członek najwyższych władz Unii Europejskiej. Jest to zaskakujące z tego powodu, że „Solidarność” w głębi duszy jest antyunijna – reprezentuje eurosceptyczną część polskiej opinii publicznej. Przemówienie Buzka w związku z tym ewidentnie znudziło słuchaczy i zostało przyjęte chłodno. To i tak jest krzepiące – należy się cieszyć, bo równie dobrze Przewodniczący Parlamentu UE mógł zostać wygwizdany i „wybuczany” a oznaczałoby to wygwizdanie Unii.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Nie ukrywam w swych tekstach, że identyfikuję się z ludźmi o kompletnie odmiennych poglądach, bo jestem euroentuzjastą. Moim zdaniem akcesja do Unii jest ostatnim, ambitnym przedsięwzięciem, które się Polsce udało. Z wyjazdem na pierwsze camino czekałem do referendum europejskiego. Dopiero po wsparciu tego projektu, czując się już formalnie Europejczykiem ruszyłem w drogę. Tak opisywałem kilka lat temu ten ważny dla mnie moment -</p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <em>&#8230;Biało–czerwone flagi zdobiły wejście do zamkniętej przed laty szkoły. Wewnątrz tłoczno, w powietrzu utrzymywał się jeszcze zapach zimowej stęchlizny zmieszany z wonią potu i tanich perfum. Onieśmieleni ludzie, zgonieni do starej szkoły apelem proboszcza i trwającym od wielu dni trajkotem telewizorów szukali po kieszeniach dokumentów. Stanął na końcu kolejki z paszportem w ręce. Po chwili podpis na liście, kilka kroków za przepierzenie udające kabinę i krzyżyk na kartce. Wrzucił swój głos do starej urny i wyszedł bez słowa na powietrze. Wygrzebał z kieszeni papierosa, zaciągnął się głęboko i stał chwilę wśród wychodzących ze szkoły chłopów. Wiedział, że krzyżyki – gwiazdki  stawiane przez nich na kartkach wyznaczyć miały przyszłość kraju zawieszonego w bolesnym rozkroku między wschodem i zachodem. Stawiali te znaki nie bardzo wiedząc po co to robią; czuli tylko, że musi być lepiej, bo już za długo jest źle. Może marzyli o szczęściu dla swoich dzieci i wnuków nie wierząc już, że ich samych spotka w życiu coś dobrego. Może uwiodła ich obietnica góry złota, którą w ostatnich dniach rzucili im pełni lęku o wynik referendum politycy. Chyba zrozumieli po swojemu, że zostanie jak dawniej przytulnie, swojsko i smrodliwie, ale będzie równocześnie bogato jak w snach o długo zamkniętej przed nimi zagranicy. Może pomyśleli, że będzie jak w opowieściach wracających stamtąd swojaków i jak w telewizyjnych nowelach, których kolejne odcinki codziennie, godzina za godziną, wypełniały ich bezrobotną egzystencję. Zimnymi i doświadczonymi oczami patrzył na świat. Z biegiem lat stracił złudzenia. Wiedział, że nie może być swobodnie i bezpiecznie zarazem. Kraj te majowe dni, pod maską radosnej jedności, ukrył swoją chorobę – bolesne wykrzywienie, rozdarcie w szpagacie miedzy bezpieczeństwem wschodu i wolnością zachodu. W tej cyrkowej pozycji długo niepodobna było wytrzymać. Kraj marzył o starej, znanej z dzieciństwa bajce granej na nowo w świeżych i optymistycznych dekoracjach. Wiedział, że to nierealne; świat zmierzał w innym kierunku&#8230;”</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Kilka dni później szedłem już przez Hiszpanię Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że moja ówczesna, pesymistyczna  wizja się sprawdziła. Ale przyznam, że wtedy &#8211; po referendum budziłem życzliwe zainteresowanie. Sporo butelek wina wypiłem z Hiszpanami pod unijny akces. Ale byli też krytycznie patrzący na polską decyzję -</p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <em>&#8230;Przyszła kolej na jego meldunek. Stary zaczytał się w credencialu &#8211; „Polonia!” Popatrzył ze zdziwieniem. Odłożył na bok pieczęć, chwilę myślał i rozpoczął monolog. Mój Boże! Gość był z tutejszej prawicy katolickiej: konserwatysta, tradycjonalista, eurosceptyk i co tam jeszcze ci spece od etykiet ideologicznych potrafią o sobie wymyślić. Szlag trafił! Gospodarz tokował w najlepsze a jemu nogi się rozpadały i rozłaziły na boki po brudnej podłodze. Stał jak petent przed urzędasem patrząc jak ten truje z natchnionymi oczami o Polakach materialistach, co tylko ssać potrafią obcych; o nielojalnych Polakach i nie z tej krwi co trzeba, o Polakach co do Europy pasują jak pięść do nosa. Może to i prawda, tylko czemu akurat on musi tego słuchać. Stary nadęty jak indor napawał się swoimi słowami. Napawał się własnym monologiem, którego treści mógł się tylko domyślać wyłapując w potoku słów znajome hasła: naród, religia, Bóg, wspólnota, Europa. Jak przerwać ten monolog? Przecież będzie tak ględził bez końca, będzie ględził jak jemu podobni w kraju. Słowa jak puste bańki mydlane fruwały po zabłoconej sali; słowa o życiu narodu – tak jakby naród był amebą, psem lub koniem obdarzonym życiem; słowa nic nie znaczące i słowa kompletnie abstrakcyjne&#8230;.</em>”</p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;">Również w czasie drugiego camino sprawy unijne do mnie wracały. Co prawda opatrzyłem się już jako Polak, co najwyżej hiszpańskie zdziwienie budziła nasza niechęć do euro, ale za to trafiłem na kampanię wyborczą do Europarlamentu. Zresztą nie tylko miałem okazję oglądać kampanie hiszpańską, ale r</span></span>ównież wracały do mnie sprawy polskie -</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„<em>&#8230; gdy zagryzałem ensaladą pieczone mięso nagle sygnał sms. Patrzę i oczom nie wierzę – Ojczyzna sobie o mnie przypomniała. I to nie zaległych 5 groszach podatku i nie o poborze do wojska. Nie zablokowano mi również konta z powodu upadku złotego. Napisano natomiast ”Głosuj 7 go…. Użyj siły swego głosu… Ty decydujesz!”. Wysłali mi to do Sierra Norte!!! Patrzę na nadawcę a to jednak nie Mateczka Ojczyzna – to parlament europejski. Więc ten sms nie jest za ojczyste pieniądze, nie za pieniądze prostych zwykłych ludzi. Jest za obce, cudze – za pieniądze Niemców, Francuzów i innych nacji &#8211; tych bogatych, którzy łożą na unijny budżet. Wygląda na to, że im trochę głupio iż w nowo wchłoniętej wschodniej zonie frekwencja będzie żałosna a mandaty nowych kolegów wątpliwe. Ale czy ważny jest cieniutki mandat? Wybrany to wybrany – nawet jednym głosem. Zawsze ten jeden głos starczy, by usiąść w Brukseli, postawić przed swym nosem narodową flagę i jęknąć gdy się nie ma co do powiedzenia „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, prastary szczep piastowy”. Szkoda pieniędzy na takie sms-y. Frekwencja i tak będzie zawstydzająca. Moje pokolenie od kilkunastu miesięcy walczyło o jak najniższą. Z jednej strony pięćdziesięciolatkowie o zawstydzonych uśmiechach chłopców, którzy coś zbroili. Z drugiej pięćdziesięciolatkowie o oczach pełnych</em> <em>żądzy mordu. Pięćdziesięcioletnie dzieci i pięćdziesięcioletni starcy – ręce opadają. Szkoda na nich pieniędzy Brukselo&#8230;.</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Hiszpanie nie mieli problemów z frekwencją. Pewnie dlatego, że u nich wszystkie partie, nawet nacjonalistyczne popierają zjednoczoną Europę. Zresztą prowadzą inaczej kampanię – w bliższym kontakcie z ludźmi, którzy mają świadomość jak wiele zyskali na zjednoczeniu. No i wywiązują się z obietnic wyborczych. Tak to opisałem w miasteczku Monasterio -</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <em>&#8230;Skoro miasto Monasterio nazwano, więc poszedłem obejrzeć kościół – trzeba ostatecznie zadbać o duchowość. Świątynia maleńka, wrośnięta od starości w ziemię, nic frapującego. Za to tuż obok bar z Che Guevarą nad rzędami butelek. A obok Che portret smutnego gościa sprzed wieku. Pytam barmankę – „Kto to?” Popatrzyła uważnie i odpowiada – „To Pablo Iglesias założyciel PSOE (partii socjalistycznej).” I dopiero zrozumiałem, że jestem w biurze PSOE (domu ludowym). Biuro partyjne, wyborcze – bar, alkohole, gazety, TV z corridą i trochę ulotek. No i rozgadani o polityce faceci. Wieczorem wyjąłem z plecaka „Historię Hiszpanii” Miłkowskiego i Machcewicza, którą kupiłem przed wyjazdem we Wrocławiu ( Przepraszam Wydawcę-Ossolineum- za swoje barbarzyństwo – by była lżejsza oberżnąłem jej twardą oprawę i grzbiet). Czytałem do późna w nocy o wojnie domowej, rewolucji, biedzie i przemocy. Za oknem gorąco, wyły motocykle. Czasem zza uchylonych szyb samochodów dobiegało flamenco i śmiechy uwodzonych dziewcząt&#8230;.</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Kilka dni później znane już były wyniki wyborów. Co prawda niewielka wygrana prawicy, ale za to dobra frekwencja. Oczywiście o wszystkim dowiedziałem się w barze -</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„..<em>.Zostaję w Calzadilla de Los Bartos, kolejnym wypieszczonym miasteczku gdzie domy są pomalowane na biało a wąskie i kręte uliczki prowadzą jak labirynt donikąd. W ratuszu powyborcze porządki, urzędniczki krzątają się wśród stosów papierów. Na ścianach niebiesko – tu rządzą populares (prawica). Dostaję klucz do hostellu i plan jak do niego trafić. Jeszcze tylko śniadanie – bocadillo z jamonem, piwo. Miedzy kęsami pytam barmana kto wygrał wybory. W Estremadurze, Sewilli, Barcelonie wygrali socjaliści. Ale ogółem w Hiszpanii wygrała prawica stosunkiem 23 do 21. Mówię mu, że w Polsce też musiała wygrać prawica, bo nie ma alternatywy. „Co zrobić Amigo” – odpowiada i rozkłada ręce&#8230;.</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">W lipcu, też w barze kolejna wiadomość z Unii a zarazem z kraju -</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <em><span style="font-weight: normal;">&#8230;Zatrzymałem się z Iną w Xunqueira, sporym miasteczku przed Ourense. Znów nowoczesne i funkcjonalne schronisko w municypalnym centrum sportowym. W mieście jest</span></em><span style="font-weight: normal;"> </span><em><span style="font-weight: normal;">wszystko co</span></em><span style="font-weight: normal;"> </span><em><span style="font-weight: normal;">potrzebne do życia nie licząc bankomatu. No ale na kufel piwa i zakąskę kasy w kieszeni mi starczy. Piszę z Caffe Baru tuż obok kolegiaty. Przed chwilą przejrzałem gazetę prowincji Ourense „La Region” (liczącą 70 stron!) i z przyjemnością odkryłem w niej obszerny artykuł o Jerzym Buzku, który wybrany został na Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Byłem w górach, więc nie miałem możliwości dowiedzieć się o tym wcześniej. Choć nie przepadam za Jerzym Buzkiem to wybór ten sprawił mi satysfakcję. Pokazałem barmance tekst ze zdjęciem i mówię – „To Polak” a ona na to – „I co z tego?”. W zasadzie nic, ale ja też jestem Polakiem i to dla mnie ważne wydarzenie&#8230;.” </span></em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Po roku od jego wyboru można pokusić się na pierwsze podsumowania. Analitycy piszą o kryzysie przywództwa Unii, o spowolnieniu procesu integracji. Jednym z powodów kryzysu Europy – obok spraw gospodarczych – jest polityczny eurosceptycyzm nowo przyjętych krajów, w tym oczywiście Polski. Nie ma sensu przypominać korowodów przy ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Jerzy Buzek jest słabym przywódcą – szarym i niewidocznym. To paradoksalne ale dlatego chyba go wybrano. W związku ze słabym przywództwem realną władzę w Unii przeniesiono w ręce Niemców, Francuzów, Brytyjczyków i innych, którym w Unii dobrze. Państwa nowe, eurosceptyczne i grymaszące spychane są do drugiej ligi &#8211; zresztą na swoje własne życzenie. Pozostają im tylko zewnętrzne atrybuty władzy czyli pozbawione znaczenia stanowiska. W tym kontekście przestaje dziwić wizyta Przewodniczącego Parlamentu UE na politycznej stypie rozpoczynającej kampanię wyborczą polityka, który o Unii mawia, że to „ciekawy historyczny eksperyment”. Powtarzam – i tak dobrze, że Jerzego Buzka nie wygwizdano.</span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2483</wfw:commentRss>
		<slash:comments>117</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>sierpniowe strzępki</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2478</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2478#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Aug 2010 15:25:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2478</guid>
		<description><![CDATA[

Okrągła rocznica sierpnia 1980 roku nastraja do wspomnień. Nocą starałem sobie przypomnieć tamte chwile, ale przyznam, że nie mogłem wygrzebać w pamieci jakiś rocznicowych, patetycznych obrazów. W 1980 roku byłem po pierwszym roku studiów, miałem 21 lat. Moja edukacja była opóźniona ponieważ po maturze nie dostałem się na uczelnię. Rok spędziłem więc żyjąc dość bezsensownie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2479" title="P7190803" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/08/P7190803.JPG" alt="P7190803" width="535" height="419" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Okrągła rocznica sierpnia 1980 roku nastraja do wspomnień. Nocą starałem sobie przypomnieć tamte chwile, ale przyznam, że nie mogłem wygrzebać w pamieci jakiś rocznicowych, patetycznych obrazów. W 1980 roku byłem po pierwszym roku studiów, miałem 21 lat. Moja edukacja była opóźniona ponieważ po maturze nie dostałem się na uczelnię. Rok spędziłem więc żyjąc dość bezsensownie &#8211; tam gdzie mieszkałem z rodzicami, czyli na prowincji. Doskwierało mi pewne poczucie odrzucenia i zawieszenia, bo moi przyjaciele ze szkoły wyjechali na uczelnie, żyli już innym życie a ja musiałem użerać się z wojskiem i znosić wyrzuty rodziców, ponieważ nie spełniłem ich ambitnych oczekiwań. Końcówka siedemdziesiątych lat była dość dekadencka, system wyraźnie się sypał. Oczywiście niewiele o tym wiedziałem, bo prowincja była jeszcze spowita gęstą mgłą propagandy sukcesu. Ale chyba przez swoje położenie czułem ten nastrój gnicia, którego oficjalnie nie zauważano. Miasto leżało przy granicy co pozwalało nieźle żyć waluciarzom, kurwom, jakimś esbekom i całemu półoficjalnemu biznesowi z którego później rodził się polski kapitalizm. Z drugiej strony miało charakter robotniczo – mieszczański z etosem mozolnego kształcenia, dorabiania się, wspinania po szczeblach kariery i moszczenia w rodzinnych gniazdkach. Przez ten rok wyczekiwania błąkałem się gdzieś między tymi światami doznając dysonansu poznawczego. Szczerze mówiąc nie miałem żadnych planów, poza jednym &#8211; by za wszelką ceną stamtąd uciec.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Po rocznym czyśćcu na prowincji dostałem się na uczelnię. Napisałem na tyle dobrą pracę, że pozwolono mi poprawić język obcy, który zawaliłem. Potem ruszyłem w Polskę. Po przedłużonych wakacjach spóźniłem się na uczelnię, więc dostałem łózko do spania na „karnym” pietrze akademika – dlatego karnym, że sporadycznie tylko bywała tam ciepła woda. Pamiętam, że mieszkałem między pokojem Wietnamczyka o którym mówiono, że jest kapitanem Vietcongu i ma na koncie 21(?) zabitych amerykańskich żołnierzy i komunisty z Iraku, którego prześladowały jakieś bojówki partii Baas. Oprócz obcokrajowców mieszkali tam starzy studenci z różnych powodów przedłużający studia. Rok z tymi ludźmi był w sumie najlepszą aklimatyzacją do życia w wielkim mieście. To było dość dekadenckie towarzystwo trochę w klimatach Hłaski – zresztą bardzo tam lubianego. Poczułem się z nimi dobrze głównie za sprawą bezproblemowego seksu i wódki izolującej od coraz cięższej atmosfery na ulicach.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Uniwersytet był wówczas rozpolitykowany. Istniały nieliczne, ale prężne struktury opozycji. Przyznam, że moje środowisko z „karnego” pietra patrzyło na nich z pobłażliwością, bo przypominali trochę zakon przytulony do duszpasterstwa akademickiego. Byli inwigilowani, często aresztowani, więc nie mogli sobie pozwolić na hedonizm imprezowy i ekscesy. No ale zaopatrywali akademiki w ulotki, które znajdowałem prawie co rano w kiblu albo pod drzwiami. Pamiętam, że gdy je przywiozłem – jeszcze przed sierpniem – do domu Tata je uważnie przeczytał, potem spalił w piecu a popiół rozgrzebał pogrzebaczem. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że miał podstawy aby się bać.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Pożyczałem tez od ludzi z opozycji książki z tzw II obiegu. Przeczytałem ich wówczas sporo  – Orwella, Hłaskę, Grassa, Sołżenicyna, Kuśmierka, Dżilasa, Nowaka … . Ten pierwszy, wrocławski rok był szybkim okresem mojego dojrzewania – również politycznego. Układać mi się powoli zaczęło w głowie to czego chcę a czego nie chcę.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Po pierwszym roku, w lipcu 1980 roku wyjechałem na jakieś przymusowe praktyki kolonijne nad jeziora. Dostałem pod opiekę trzydziestu kilku chłopaków w wieku 10 -13 lat. Połowa była ze Śląska, z rodzin górników kopalni „Rozbark”. Pamiętam, że na „dzień dobry” wręczyli mi listy od matek, bym ich prowadzał w niedzielę na msze. Druga połowa moich kolonistów to chłopcy z rozbitych, kryminalnych rodzin. Z kryminalnej ekipy wybrałem swojego zastępcę – Teksas na niego mówili. Ale gdy przy pierwszym posiłku posadziłem go po swojej prawej ręce zauważyłem, że sypią mu się z głowy wszy. Trafił na odwszenie do ambulatorium. Był załamany tym, że przez wszy straci autorytet w grupie, więc okłamałem jego kumpli, że ma anginę. Bardzo mi później pomógł utrzymać w grupie porządek.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Nie chciało mi się tego lata wracać do domu, więc zostałem po praktykach nad jeziorami. Poznałem dziewczynę – pamiętam, że jeździliśmy całe dnie na rowerach popijając słodkie jak ulep wino w wiejskich klubokawiarniach. Też studiowała we Wrocławiu &#8211; zdążyła wyjechać z kraju tuż przed stanem wojennym.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Pod koniec sierpnia wylądowałem na uczelni. Do mojego rodzinnego miasta bunt jeszcze nie dotarł. Strajk poczułem dopiero w Wałbrzychu, gdy do pociągu weszli ludzie z rowerami. Komunikacja miejska we Wrocławiu stała, więc rowery pozwalały im się szybciej poruszać. Tego samego dnia poszedłem pod bramę zajezdni tramwajowej. Tam, wśród zgromadzonych ludzi zrozumiałem, że to już koniec tej gierkowskiej lipy. Koniec nakładanych na mnie od lat zobowiązań. To nie było uczucie nadziei tylko ulgi, że ten sztuczny świat, który zdążył mi dopiec się rozpada. Kilka dni później, gdy drzemałem w łóżku z jakąś dziewczyną Piotr Kaczkowski przerwał swoją audycje w trzecim programie i wzruszony powiedział, że podpisano porozumienie ze strajkującymi. A potem puścił „<em>Hare Krischna, Hare Rama</em>”. Obudziłem ją i powiedziałem co się stało. Popatrzyła na mnie rozespanymi oczami i odpowiedziała &#8211; „<em>No i co z tego, czy to coś w moim życiu zmieni? Śpij lepiej&#8230;</em>”</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://www.youtube.com/watch?v=l3Ww3Im_KsU&amp;feature=related">http://www.youtube.com/watch?v=l3Ww3Im_KsU&amp;feature=related</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2478</wfw:commentRss>
		<slash:comments>119</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>bankrut &#8211; tango</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2476</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2476#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Aug 2010 15:06:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2476</guid>
		<description><![CDATA[

Sytuacja finansowa kraju niejasna – trochę przypomina sytuację polityczną. Z różnych ścinków wiadomości można wysnuć wniosek, że coś niedobrego się dzieje. Gadatliwi zwykle do przesady politycy nabierają wody w usta, gdy padają niewygodne pytania o stan finansów. Zresztą pytania o budżet padają rzadko, co też jest niepokojące. Dziś więc kartka o bankructwach państw, bo zawsze [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2475" title="P9050268" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/08/P9050268.JPG" alt="P9050268" width="535" height="649" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Sytuacja finansowa kraju niejasna – trochę przypomina sytuację polityczną. Z różnych ścinków wiadomości można wysnuć wniosek, że coś niedobrego się dzieje. Gadatliwi zwykle do przesady politycy nabierają wody w usta, gdy padają niewygodne pytania o stan finansów. Zresztą pytania o budżet padają rzadko, co też jest niepokojące. Dziś więc kartka o bankructwach państw, bo zawsze lepiej wiedzieć jak się to odbywa i jak się do tego bolesnego procesu przygotować.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Nie ma większego znaczenia czy bankructwo dotyka </span>człowieka, czy rząd – po prostu każdy kto nie jest w stanie spłacić zaciągniętych długów, staje się bankrutem i koniec. Tyle że bankructwo kraju wygląda zupełnie inaczej niż upadłość szarego obywatela. Państwo jest w lepszej sytuacji.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Do bankructwa dochodzi, gdy w kasie państwowej brakuje pieniędzy, a nikt już nie chce ich pożyczyć. Najczęściej dzieje się tak, gdy kraj realizując swoje polityczne iluzje w przeszłości wydawał więcej, niż ściągał podatków i wpadł w pułapkę zadłużenia. O ile tzw „zwykły człowiek” lub jego pracownicy zlicytowani dnia na dzień zaczynają wbijać przysłowiowe „zęby w ścianę” o tyle państwo może się kramarzyć &#8211; odmówić spłat całego zadłużenia lub jakiejś jego części. Ale nie zmienia to faktu, że państwo staje się bankrutem. I nie myślę tu o jego establishmencie, który zwykle spada na cztery łapy, ale o istocie państwa czyli poczciwych obywatelach, którym wmówiono, że za pomocą demokracji mają wpływ na swoje życie, któremu właśnie państwo nadaje sens i poczucie bezpieczeństwa.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Długi kraju mają charakter wewnętrzny i zewnętrzny. W przypadku nadmiernych długów wewnętrznych państwo może dodrukować pieniądze i za pomocą tych nic nie wartych śmieci regulować zobowiązania wobec swych obywateli. To zjawisko hiperinflacji czyli spłaty długów wobec obywateli pieniądzem bezwartościowym. Bunt tych, którym te kpiny się nie podobają państwo tłumi przemocą – to dobra metoda, bo nawet obywatele – bankruci boją się więzień, tortur, kalectwa i śmierci. Nie sprawdza się to jednak w odniesieniu do długów w walutach obcych. Dlatego bankructwo państwa dotyczy tylko długów zagranicznych.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Podstawowa różnica między zbankrutowanym obywatelem a państwem bankrutem polega na tym, że bankruta państwowego nie można zlikwidować, ani zlicytować. Wierzyciele zagraniczni mogą tylko naciskać na zwrot należności np. przez odcięcie od nowych źródeł kredytu lub żądanie, by za import płacono z góry gotówką. I też trzeba mieć w tym naciskaniu umiar, bo zdarzało się, że dociśnięte do ściany państwo przerzucając koszty bankructwa na obywateli doprowadzało do sytuacji rewolucyjnej i znikało wraz z długami.  Taki los dotknął carską Rosję, która znikła w ciągu kilku miesięcy a jej bolszewicki sukcesor po prostu odmówił spłaty długów i zajął się inspirowaniem rewolucji światowej. Tak więc zazwyczaj kraj przyjmuje warunki wierzycieli i utrzymuje za pomocą kroplówki finansowej wegetację swych obywateli, bo dzięki temu może na nowo pożyczać pieniądze.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Historia bankructw państw wiąże się z historią nowożytnych państwowości czyli możliwością bezmyślnego korzystania przez establishment z pobranych przymusowo podatków. Problem rozplenił się  w XVI i XVII wieku, kiedy zwrotu swoich długów odmawiały najbogatsze państwa Europy – Hiszpania i Francja. W ostatnich dwustu latach naliczono setki wypadków całkowitego lub częściowego bankructwa krajów. Tylko Paragwaj odmówił spłaty swoich długów siedmiokrotnie, Argentyna sześć razy, a Turcja cztery. W czasie wielkiego kryzysu z lat trzydziestych ubiegłego wieku zobowiązania przestało spłacać 21 państw, a podczas kryzysu zadłużeniowego z początku lat osiemdziesiątych ponad 30 &#8211; w tym również Polska.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Bankructwo kraju jest morderczym ciosem dla tzw „zwykłych ludzi”, którzy są istotą państwa i najbardziej zbierają w dupę w czasie kryzysu. Muszą tyrać jak galernicy na swego finansowego, międzynarodowego pariasa, który trzyma ich zwykle krótko za gębę trując na dokładkę krzepiące, patriotyczne androny. Dramaturgia bankructwa nie mieści się w suchym opisie ekonomicznym. Społecznie i politycznie biorąc ma wymiar apokalipsy. Warto opisać nastrój tego zdarzenia. Dziś więc kartka o Argentynie, której bankructwo w miało równie malowniczy i ekspresyjny charakter jak argentyńskie tango.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Dziennikarze pisali, że sceny z Buenos Aires tydzień przed świętami Bożego Narodzenia w 2001 roku przypominały w nastroju te z czasów upadku Sajgonu, gdy przywódcy rządu wietnamskiego pośpiesznie pakowali walizki i wiali helikopterami z dachu ambasady amerykańskiej. Tylko że w Argentynie ze swego przytulnego pałacu uciekał prezydent wyłoniony w demokratycznych wyborach przez własny naród.  „<em>Argentyna popada w chaos</em>” &#8211; grzmiały typowe nagłówki prasowe. Chaos to mało powiedziane, to była rozjuszona anarchia wywołana przez drakońskie środki dyscyplinujące budżet.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Dla establishmentu państwa i inteligentnych obserwatorów krach argentyńskiej gospodarki nie był zaskoczeniem. Spirala upadku prognozowana była dużo wcześniej i ci, którzy mieli dostęp do informacji zdążyli na czas wycofać z argentyńskich banków pieniądze. Dopiero plotka o bankructwie, która znienacka obiegła ulice argentyńskich miast wywołała masową panikę. W listopadzie rząd podjął decyzję o całkowitej kontroli nad bankami czym spowodował zalew klientów, chcących wycofać swoje pieniądze. Mimo obostrzeń na koniec miesiąca banki utraciły 1,3 miliarda dolarów. Rezerwy banku centralnego skurczyły się o 1,7 miliarda dolarów. Nagle kraj, który kilka miesięcy wcześniej należał do najbogatszych w Ameryce Łacinskiej pogrążył się w bankructwie. Minister finansów Domingo Cavallo po raz kolejny pojechał do Waszyngtonu, aby wyżebrać trochę pieniędzy, lecz został przyjęty lodowato. Międzynarodowy Fundusz walutowy, który zawarł z Argentyną umowy na pożyczki w wysokości 48 miliardów dolarów w ostatnim roku, nie zamierzał więcej wrzucać pieniędzy do worka bez dna. Pozostawiono więc tonąca w długach Argentynę samą sobie.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Gospodarka była w stanie przypominającym umierającego człowieka z wysoką gorączką. Odsetki międzybankowe zostały poniesione do tysiąca procent. Wysokie stopy procentowe popchnęły ją ku dalszym, gwałtownym spadkom, które nosiły znamiona głębokiej depresji. Kurcząca się gospodarka oznaczała spadek wpływów z podatków, co w konsekwencji prowadziło do dalszych cięć w wydatkach publicznych oraz podwyższało stopy procentowe.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Na polecenie banku centralnego zamrożono depozyty, zamknięto kantory i bankomaty, aby zapobiec całkowitemu upadkowi systemu monetarnego. Szacunki mówiły, że gdyby nawet Argentyna podjęła próbę spłacenia swych długów rezerwami, wystarczyłoby by ich tylko do połowy następnego kwartału. Nie pozostało nic innego jak zrzucić koszty kryzysu na biedotę i klasę średnią.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Rząd Fernando de la Rui ciął więc wydatki budżetowe i powstrzymywał jak mógł inflację by zachęcić  inwestorów. Sytuacja wymykała się jednak spod kontroli, gospodarka obumierała a bezrobocie wzrastało do poziomu blisko 20 procent. Pierwsza fala zamieszek zmusiła do rezygnacji ministra gospodarki Domingo Cavallo &#8211;  twórcę planu wyjścia z zapaści gospodarczej. Cavallo podał się do dymisji, gdy zobaczył 5 tysięcy ludzi demonstrujących pod jego domem w ekskluzywnej dzielnicy Palermo Chico. Zamieszki przeciw Cavallo trwały kilka dni i nocy. Pochody ludzi walących w puste gary i patelnie były poprzedzone dwoma dniami rabunków, w których tysiące demonstrantów wdzierały się do supermarketów Wal-Marts i Carrefour w całym kraju. „<em>Wrócimy tu jeszcze ze wszystkimi naszymi sąsiadami</em>&#8221; krzyczała Elsa Gomez, matka sześciorga dzieci do pracowników ekskluzywnego centrum handlowego po tym, jak grupa mieszkańców slumsów zgodziła się nie atakować sklepów w zamian za 250 paczek darmowej żywności. „<em>Prawdziwi złodzieje są w rządzie</em>” &#8211; wtórowała jej poseł z opozycji Alicia Castro odwiedzając  protestujących na Plaza de Mayo. W odpowiedzi rząd wprowadził stan wyjątkowy.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Gniew rozjuszonych ludzi narastał, aż w końcu eksplodował w kolejnych zamieszkach i rabunkach, które spowodowały 22 ofiary śmiertelne i wielu rannych. W Buenos Aires uzbrojona, konna policja walczyła z demonstrantami domagającymi się ustąpienia prezydenta. Wśród demonstrantów kamery zarejestrowały kobietę, która mimo odcięcia palców u nogi przez końskie kopyto krzyczała przeciwko „<em>temu głodowemu planowi rządu!</em>”. Miała na myśli obcięcie wydatków socjalnych dla wyzerowania poziomu deficytu, by móc spłacać 132 miliardy dolarów obciążające konto Argentyny. Część zabitych w zamieszkach padła od kul  właścicieli, którzy strzelali do tłumu nacierającego na ich sklepy. Policjanci chroniący Kongresu kamieniowani byli przez demonstrantów. Równocześnie związki zawodowe sparaliżowały kraj strajkiem powszechnym. Przywódcy zostali oblężeni w budynku Kongresu. „<em>Żyjemy tu jak w bunkrze</em>” &#8211; mówił dziennikarz telewizyjny przebywający w w tym budynku. Ludzie poczuli swoją zbiorową siłę. Władza wymykała się z rąk państwu i przechodziła na ulicę. W mieście General Mosconi na północy kraju wybuchło powstanie i ulica przejęła zarządzanie sprawami publicznymi.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Prezydent ustąpił dopiero po trzech dniach ulicznych ruchawek, grabieży i represji policyjnych, w których wyniku zginęło kolejnych 27 osób i ponad 150 odniosło obrażenia. Dziennikarze tak opisywali te dni „<em>Prezydent Argentyny ogłosił  rezygnację po masowych demonstracjach, które miały miejsce na Plaza de Mayo. Po komunikacie telewizyjnym nadanym 19 grudnia o godzinie 23 mieszkańcy Buenos Aires wylegli na ulice śpiewając, z</em> <em>transparentami, w spontanicznej reakcji na przemówienie prezydenta.</em> <em>Noc wcześniej plac był pełen. Nad ranem ludzie otoczyli Parlament. Przed świtem niektórzy rozpoczęli rabowanie sklepów i barów Mc Donald&#8217;s oraz zagranicznych banków. O 18.30 prezydent wystąpił z apelem o koalicję między dwoma głównymi partiami, ale partia opozycyjna odpowiedziała negatywnie. Kilka godzin później złożył rezygnację – wybory zaplanowano za miesiąc.”</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">De la Rua zrezygnował w połowie kadencji. Zwycięstwo zawdzięczał kampanii pod idiotycznym hasłem „<em>wiem, że jestem nudny</em>”. De la Rua obiecał wyeliminowanie korupcji, która rozpleniła się za jego peronistowskiego poprzednika, Carlosa Menema, który lubił jak mały chłopczyk czerwone Ferrari i przyjaźnie z najbogatszymi obywatelami Argentyny. Ale De la Rua sam wkrótce ugrzązł w bagnie oskarżeń o korupcje podobnych do tych, które były wysuwane przeciwko jego poprzednikowi. Wszystko to sprawiło, że gdy tak niesławnie opuszczał swój urząd, jego popularność w sondażach spadła do nędznych czterech procent.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">De La Rua zastąpił Ramon Puerta, bezbarwny przewodniczący senatu. Potem lud wybrał kolejnego przeciętnego sztywniaka. Zamieszki wygasły gdy wściekłość z ludzi uszła &#8211;  pamiętali przecież jeszcze czasy junty i czuli strach przed armią. Zresztą trzeba było wracać do codziennych zająć i zaczynać życie na nowo. Ulice Buenos Aires wracały powoli do czegoś, co przypominało normalność. Korespondent gazety The Guardian donosił w sobotę 22 grudnia &#8211; „<em>dziwny spokój wisiał ostatniej nocy nad zdewastowanymi centrami handlowymi Buenos Aires. Obietnice zmian władzy spowodowała uspokojenie się ludzi. Gdy powrócił względny spokój, stan wyjątkowy został odwołany.</em>” Kobieta z którą rozmawiał powiedziała &#8211; „ <em>Jesteśmy w punkcie wyjścia. Menem, De la Rua – oni wszyscy piją wino z jednego kielicha.</em> <em>Nic się nie zmieni</em>”. Guardian dalej donosił &#8211; „<em>Niektórzy właściciele sklepów byli zbyt</em> <em>wystraszeni, aby je wczoraj otworzyć</em>. <em>„Wielu rabusiów było naszymi regularnymi klientami” &#8211; powiedział pewien właściciel sklepu spożywczego. &#8211; „To jest całkowita anarchia&#8217;”.</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">W czasie kryzysu gospodarczego w 2001 roku Argentyna i Argentyńczycy stracili 3/4 majątku narodowego i osobistego.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Depozyty bankowe ludności rząd uwolnił po dwóch latach.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Kraj wyszedł na prostą i może nadal pożyczać pieniądze.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Na ilustracji filmowej argentyńskie tango Carlosa Saury</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://www.youtube.com/watch?v=3Vykun2o8XU&amp;feature=related">http://www.youtube.com/watch?v=3Vykun2o8XU&amp;feature=related</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2476</wfw:commentRss>
		<slash:comments>152</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Al Andalus</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2471</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2471#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 28 Aug 2010 15:21:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2471</guid>
		<description><![CDATA[

Dziś kartka historyczna sprzed prawie tysiąca lat. Trochę niepoprawna politycznie, bo mówiąca o tym ile drogą podboju dali pożytecznych umiejętności i kulturowego szlifu zatopionej w mrokach wizygockiego barbarzyństwa Hiszpanii Arabowie. Jednym słowem tekst o islamskim cukrze słodzącym gorzkie, wczesne chrześcijaństwo. 
Al Andalus – tak Arabowie nazwali półwysep iberyjski, który błyskotliwie zdobyli stając dopiero u podnóża [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2470" title="P7180790" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/08/P7180790.JPG" alt="P7180790" width="535" height="414" /><br />
</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Dziś kartka historyczna sprzed prawie tysiąca lat. Trochę niepoprawna politycznie, bo mówiąca o tym ile drogą podboju dali pożytecznych umiejętności i kulturowego szlifu zatopionej w mrokach wizygockiego barbarzyństwa Hiszpanii Arabowie. Jednym słowem tekst o islamskim cukrze słodzącym gorzkie, wczesne chrześcijaństwo. </span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><strong>Al Andalus –</strong><span style="font-weight: normal;"> tak Arabowie nazwali półwysep iberyjski, który błyskotliwie zdobyli stając dopiero u podnóża Pirenejów. Natchnieni islamem jak pustynna rzeka, która pojawia się znikąd w wyschniętym korycie i gwałtownie przybierając niszczy wszystko co napotka na swojej drodze wyparli w czasie ośmioletniej wojny z tych ziem prymitywnych Wizygotów. Kilkaset lat ich panowania i obecności spowodowało największy rozkwit Hiszpanii od początku jej dziejów. Al Andalus nie tylko wydobył ją z zapaści okresu wizygockiego, lecz rozwojowi nadał większą dynamikę aniżeli w okresie kolonizacji rzymskiej. Co ciekawe cywilizacja ta opierała się na zgodnym i konstruktywnym współistnieniu trzech odrębnych kultur – muzułmanów, chrześcijan i Żydów.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Armie muzułmańskie w okresie podboju liczyły około 50 tysięcy wojowników zasiedlających po zakończeniu wojny półwysep. Hiszpania wizygocka liczyła według szacunków około 4 milionów mieszkańców. Ta dysproporcja nie przeszkadzała jednak w naturalnej arabizacji Hiszpanii. Choć nawrócenia podbitych chrześcijan na islam nie były masowe to nowych wyznawców islamu przynosiły przede wszystkim związki zwycięzców z miejscowymi kobietami czemu sprzyjała poligamia. W ten sposób dzięki arabskiej sztuce uwodzenia liczba muzułmanów w Hiszpanii osiągała w ciągu jednego pokolenia czterokrotny wzrost. W ciągu trzystu lat największego rozkwitu Al Andalus nie doszło do rozpłynięcia się najeźdźców w podbitym społeczeństwie. Wręcz przeciwnie &#8211; odrębność religijna i językowa tej społeczności zapewniały jej całkowitą integralność. </span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Ludność chrześcijańska również przyjmowała kulturę zwycięzców co widać nawet w jej nazwie – Muzarabowie. Upodabnianie zachodziło głównie w zewnętrznych przejawach kultury – sposobie ubierania, kuchni, nadawania imion i posługiwania się językiem arabskim, który miał charakter urzędowy. Język ten przetrwał w dokumentach muzarabskich, sporządzanych już w chrześcijańskiej Hiszpanii, do początków XIX wieku. Jednak różnice między obiema cywilizacjami były zbyt głębokie, by mogła nastąpić całkowita asymilacja chrześcijan. Podstawą arabskich struktur społecznych były klany, natomiast społeczność chrześcijańska oparta była na związkach rodzinnych, z silną rolą kobiety. Chrześcijanie nie mogąc się asymilować żyli więc odrębnie w ramach Al Andalus – mogli wyznawać własną wiarę a w sprawach wewnętrznych rządzić się własnym prawem i wybierać przywódców  aprobowanych przez władze. Nie wolno im było tylko prowadzić ewangelizacji i obciążeni zostali specjalnymi podatkami. W kontaktach z muzułmanami podlegali prawom islamu.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Żydzi podobnie jak chrześcijanie mogli praktykować swoją wiarę i autonomię w sprawach wewnętrznych. Ich rola była olbrzymia w Al Andalus, bo doskonale pasowali do miejskiej i opartej na piśmie cywilizacji islamskiej. Prześladowani w okresie wizygockim entuzjastycznie przyjęli arabskie rządy. W historii hiszpańskich Żydów okres panowania arabskiego uznawany jest za złoty wiek.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Jak pisałem arabskim rządom towarzyszył rozkwit Hiszpanii. Podstawą gospodarki było rolnictwo, które na skutek przeniesienia arabskich upraw i technik rolniczych przeszło prawdziwą rewolucję. Ryż i trzcina cukrowa zapewniały zbiory z hektara wyższe aniżeli dotychczasowe uprawy. Nowe rodzaje pszenicy, bawełna i sorgo lepiej znosiły okresy suszy, więc nadawały się do uprawy na dotychczasowych nieużytkach. Po raz pierwszy nowe rośliny przeznaczano na paszę dla bydła i na nawozy. Zerwano z praktyką uprawy pola raz na dwa lata, zastosowano płodozmian i nawożenie. Dzięki nowym uprawom wykorzystano martwy dotychczas sezon letni, dzięki czemu w niektórych miejscach ziemia plonowała dwa razy w ciągu roku. Wprowadzono też nowe techniki nawadniania np. za pomocą koła czerpakowego. Wykorzystano również arabskie, rozwinięte techniki hydrologiczne polegające na zastosowaniu rur, cystern i podziemnych kanałów. Emirowie sprowadzili do swych ogrodów nowe, egzotyczne rośliny – daktylowce, granaty, cytryny, figowce i pomarańcze. Ziemia nie mogła leżeć odłogiem, bo podlegała konfiskacie zaś tereny nawadniane miały podatkowe ulgi.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Zwiększenie produkcji żywności umożliwiło wzrost ilości ludności koncentrujący się głównie w miastach, które odżyły. Kordoba liczyła 100 tysięcy mieszkańców, Sewilla 50 tysięcy zaś Toledo 30 tysięcy.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Rozkwit rolnictwa ożywił rzemiosło. Rzemieślnicy zorganizowani byli w grupy, którymi kierowali dbający o jakość państwowi urzędnicy. Większość wytworów rzemiosła trafiała na chłonny, wewnętrzny rynek. Ale część produktów Al Andalus była poszukiwana za granicą . Należały do nich toledańskie wyroby stalowe (broń), kordobańskie wyroby skórzane, tkaniny bawełniane z Sewilli i lniane z Saragossy, jedwab z Kordoby, szkło i papier. Artykuły te trafiały głównie do krajów arabskich w północnej Afryce i na Bliski Wschód po opanowaniu przez muzułmanów Malty, Sycylii, Krety i Balearów. Największe znaczenie miały jednak szlaki karawanowe przez Saharę, którymi dostarczano złoto, niewolników i kość słoniową z Czarnej Afryki. Biedna Europa chrześcijańska zaopatrywała się w Al Andalus jedynie w towary luksusowe typu szaty dla władców czy kość słoniowa na relikwiarze. Płacono zazwyczaj za te towary słowiańskimi niewolnikami. Hiszpania w tym okresie była najprężniejszym centrum handlu niewolnikami w basenie morza śródziemnego. Największym odbiorcą niewolników był Bliski Wschód a handel zmonopolizowali Żydzi. Lucerna słynęła z „produkcji” eunuchow, poszukiwanych na arabskich dworach.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Al Andalus leżał na krańcach świata islamu i został zdobyty w końcowej fazie podboju. Siłą rzeczy był więc stroną przyjmującą kulturę z centrum. Pomimo istnienia granic państwowych zachodziła więc dynamiczna wymiana ludzi nauki i kultury – lekarzy, prawników, rzemieślników. Pierwsze ważne dzieła powstałe w Al Andalus to 23 tomowe kompendium wiedzy potrzebnej na dworze kalifa autorstwa Abd Rabbihiego oraz encyklopedia chirurgiczna Abu Al-Kasima az Zahrawiego przetłumaczona potem na łacinę. </span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Rozkwitała społeczność żydowska ponieważ do Hiszpanii przybywali wykształceni Żydzi z innych obszarów opanowanych przez islam. </span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Również społeczność chrześcijańska wpływała na Europę. Kościół muzarabski stał się autorytetem dostarczając na północ księgi liturgiczne i zbiory praw specjalnie w tym celu przygotowywane na doskonałym, produkowanym w Al Anadalus papierze. </span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-weight: normal;">Poezje i pieśni pisane w zwulgaryzowanej łacinie stającej się powoli językiem hiszpańskim wpływały na poezję arabską. Jest to o tyle ciekawe, że potem poezja arabska wywarła wpływ na trubadurów. Najwspanialszym dziełem kultury i sztuki tego okresu jest meczet w Kordobie. Inspiracją dla jego budowniczych były meczety w Damaszku i Jerozolimie. Nie zmienia to jednak faktu, że meczet w Kordobie jest dziełem oryginalnym. To jedno z kilku największych osiągnięć sztuki islamu.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">W zeszłym roku idąc z Sewilli do Santiago odbiłem w pewnym momencie na odcinek szlaku zwany camino mozarabe. To szlak pielgrzymi muzarabskich chrześcijan, którzy do grobu Jakuba z wędrowali z muzułmańskiej Hiszpanii. To dość zapuszczone, ale niezwykle piękne regiony Hiszpanii z kościołami w stylu arabskim, kanałami nawodnieniowymi i sakralnymi pamiątkami z okresu rekonkwisty. Dziwna, ale urokliwa kraina nad którą wciąż unosi się klimat Al Andalus.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Na ilustracjach filmowych fragment Vengo Tonyego Gatlifa</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://www.youtube.com/watch?v=btb6I8LNCPo&amp;NR=1">http://www.youtube.com/watch?v=btb6I8LNCPo&amp;NR=1</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Koncert sefardyjskich Żydów, Arabów z Maroka i hiszpańskich muzyków i tancerek flamenco &#8211; wersja feministyczna.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://www.youtube.com/watch?v=gHwuamoFC-U&amp;NR=1">http://www.youtube.com/watch?v=gHwuamoFC-U&amp;NR=1</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Film Al Andalus arabskich wpływach na kulturę hiszpańskiej Andaluzji.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><a href="http://www.youtube.com/watch?v=gwYQww1iix4">http://www.youtube.com/watch?v=gwYQww1iix4</a></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Tekst na podstawie „Historii Hiszpanii” Machcewicza i Milkowskiego.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2471</wfw:commentRss>
		<slash:comments>131</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>impresje podróżne</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2466</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2466#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 27 Aug 2010 14:03:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2466</guid>
		<description><![CDATA[

Podróż to kalejdoskop obrazów, zapachów, dźwięków – strumień informacji nad którym trudno panować. Nie wiem zresztą czy warto starać się ogarniać wrażenia, które odbieramy – czy warto porządkować informacyjny chaos, którego doświadczamy w odwiedzanych miejscach. Nie wiem czy nie lepiej zanurzyć się w nim spontanicznie, bez żadnego planu i pozwolić, by kierował nami los czy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2467" title="P7030449" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/08/P7030449.JPG" alt="P7030449" width="535" height="323" /><br />
</strong></span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;">Podróż to kalejdoskop obrazów, zapachów, dźwięków – strumień informacji nad którym trudno panować. Nie wiem zresztą czy warto starać się ogarniać wrażenia, które odbieramy – czy warto porządkować informacyjny chaos, którego doświadczamy w odwiedzanych miejscach. Nie wiem czy nie lepiej zanurzyć się w nim spontanicznie, bez żadnego planu i pozwolić, by kierował nami los czy szczęście. Ilekroć wchodziłem do hiszpańskich miast pierwsze kroki kierowałem do informacji turystycznej właśnie po plan miasta, który potem studiowałem starannie w jakiejś knajpie kombinując jak wypełnić popołudnie, wieczór i noc, by jak najwięcej zobaczyć. Potem z planem przezornie schowanym w kieszeni na biodrze wlokłem się do schroniska, kwaterowałem, kąpałem, prałem przepocone ciuchy, zakładałem na siebie świeże, szykowne i wyruszałem na zwiedzanie. I wtedy plan przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie, bo otaczający mnie świat wydawał się tak atrakcyjny i piękny, że nie byłem wstanie podjąć decyzji, który z dostępnych mi jego uroków mam wybrać. Zdawałem się więc na los szczęścia i bez żadnego planu po prostu ginąłem w labiryntach hiszpańskich starówek. To pozornie bezsensowne włóczenie się bez planu, bo przecież omijałem rozmaite szacowne zabytki, miało jednak niesamowity i podniecający urok. Czułem się bowiem jak odkrywca nieznanego świata. Samotny człowiek w obcym mieście chłonie wrażenia całym sobą, po prostu zanurza się, zatapia w tym klimacie. Więc krążyłem po tych starówkach zapominając o zmęczeniu i upływającym czasie. Na szczęście Hiszpanie to rozumieją i schroniska w dużych miastach najczęściej są otwarte do świtu.</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;">Dziś kartka z Burgos w którym byłem kilka lat temu. Tych kilka impresji oddaje nastrój samotnych wędrówek po obcym mieście w czasie których zachwyt i poczucie wolności uskrzydlają człowieka.</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>&#8230;Nie potrafił się skoncentrować w chłodnym wnętrzu klasztoru, bardziej go interesowali zakonnicy z wygolonymi tonsurami niż zabytkowe grobowce hiszpańskich królów. To była sztuka doskonała formalnie, miejsce kultu koneserów, którzy stali w kręgu wokół sarkofagów dzieląc się ściszonymi głosami swym podziwem. Oglądali uważnie, jak przez szkła powiększające, wyrzeźbione przed wiekami ornamenty. Mimo tablic zakazu błyskały flesze aparatów cyfrowych, rosła dokumentacja prac naukowych a albumy fotograficzne</em> „<em>Wakacje 2004 – Cortuja de Miraflores” stawały się coraz grubsze. I tak współistnieli nieufnie w tym domu bożym, postawionym niegdyś przez hiszpańskich królów, skośnoocy japońscy turyści, stare kobiety w czarnych garsonkach, mnisi człapiący sandałami i on, który idąc do grobu Jakuba zatrzymał się w Burgos na popas.</em></span></span></p>
<p style="line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Miasto tętniło życiem &#8211; przepełnione ulice, trąbienie samochodów mijających się w wąskich zaułkach, korzenne zapachy dochodzące z knajp i sklepów. To oszałamiało po dniach samotnej wędrówki wśród pól i uśpionych upałem wiosek. Szedł stromymi ulicami do góry, do katedry przez tajemnicze zakamarki starego, hiszpańskiego miasta. Chłonął zapachy, dźwięki, kolory, które tworzyły klimat postawionej setki lat temu wokół świątyni starówki. Starał się drogę do katedry zapamiętać jak obrazy ze snu pielęgnowane rankami w pamięci, by można było do nich wracać i przeżywać na nowo. W rozbuchanej wrażeniami głowie tliła się myśl, czy nie śni przypadkiem, czy nie nadejdzie przebudzenie i obraz zaułków Burgos nie zniknie. Więc idąc wąskimi chodnikami wpatrywał się w wystawy sklepów, zaglądał do bram, zapamiętywał twarze mijanych ludzi. Czuł satysfakcję &#8211; to niewiarygodne, że tak daleko dotarł &#8211; właściwie już tu mógłby skończyć podróż. </em></p>
<p style="line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Przed nim katedra. Patrzył na nią onieśmielony, bo dominowała nad nim, dominowała nad miastem. Krucha i strzelista sięgała wieżami wysoko w niebo. Gdy starał się ogarnąć ją wzrokiem doznał nieoczekiwanej przyjemności. Poczuł dobre fale wyzwalane przez świątynię. Katedra fascynowała jak piękna kobieta. Nie mógł się na nią napatrzeć, nie potrafił zamknąć jej w myślach i zapamiętać. Dostrzegał niezliczone ilości detali, zdobień, motywów i ornamentów, które  można by studiować bez końca, jak księgę talentu człowieka. Katedra była osadzona w czasie a zarazem ponadczasowa, rzeczywista i oderwana od rzeczywistości, realna i zarazem metafizyczna. Myślał o jej budowniczych, o jasności ich umysłu, o wizji którą zmaterializowali w tej formie. Ludzki talent jest lśniący jak diament. Jest dowodem na istnienie Boga i jedynym jego darem, którym wyróżnia wybranych. Ale dlaczego wyróżnia tych, którzy o nic nie proszą i nic nie żądają?</em></p>
<p style="line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Znów ciągnęło go do Katedry, więc zostawił drzemiące towarzystwo i wrócił na starówkę. Dobra pora na zwiedzanie, zelżał już południowy upał. Nie było tłoku, bo większość turystów okupywała bary. Chodził po świątyni wmieszany w grupę Hiszpanów przybyłych tu z głębokiej prowincji. Grzeczni jak baranki szli zdyscyplinowaną grupą za swą przewodniczką od krużganka do krużganka, od kaplicy do kaplicy. Dziewczyna opowiadała z zawodową rutyną zawiłą historię kościoła. Niewiele rozumiał z niekończącego się potoku słów. Rozglądał się po wnętrzu. Wokół przytłaczające bogactwo zdobień, motywów i symboli. Ginął w natłoku szczegółów. Katedry nie sposób było obejść, zwiedzić i zrozumieć. Powinno jej się powoli uczyć, a na to nie miał przecież czasu. Pozostawało mu więc tylko łapanie ulotnych wrażeń. Jak pojąć na podstawie wrażeń co się na jej piękno składa? Nie umiał tego ogarnąć. </em></p>
<p style="line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><em>Przez zapach kadzideł i starości przebiła się woń papierosowego dymu. Zza filaru świątyni snuła się jego jasna nitka. Śledząc niebieską smużkę wypatrzył stojącą za filarem kobietę. Odłączyła się od wycieczki i w odosobnieniu żarłocznie przeciągała fajkę. Dym był dla niej tlenem, katedra ją dusiła. Patrzył jak zaciąga się głęboko i doznaje ulgi. Później zwilżyła śliną palce, zgasiła nimi żar, a niedopałek zapobiegliwie ukryła w pudełku. Chwilę jeszcze szukała wzrokiem swej grupy a potem pobiegła podziwiać ołtarze. Woń tytoniu unosiła się przez moment w powietrzu zagłuszając zapach kadzideł. Rozbawił go ten dziecinny akt profanacji, ale nastrój prysł i usłyszał dobiegający zza kolorowych witraży warkot samochodów. Życie przypominało o sobie. </em></p>
<p style="font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>Wieczorem hiszpańskie miasta rozkwitają. Włóczył się po zatłoczonych ulicach obserwując ludzi &#8211; piękne dziewczyny o sterczących piersiach i foremnych tyłkach, starych księży w znoszonych sutannach, pedałów ze starannie umalowanymi rzęsami, którymi trzepotali zmysłowo jak kobiety. Nie spieszyło mu się do schroniska. Do świtu pozostało przecież jeszcze  dużo czasu. Mógł odpocząć od ludzi, z którymi szedł od kilku dni. Chciał już tylko beztrosko krążyć w rozgadanym, kolorowym tłumie. Miał wrażenie, że jest w nim niewidzialny i przezroczysty, że oddziela go od ludzi weneckie lustro..</em>..”</span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">Na zdjęciu zaułek starówki jednego z hiszpańskich miast – sjesta, koty posypiają a pranie się suszy.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2466</wfw:commentRss>
		<slash:comments>134</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>sekta</title>
		<link>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2463</link>
		<comments>http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2463#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 26 Aug 2010 14:13:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Kartka</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kartki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=2463</guid>
		<description><![CDATA[

Czytam pomalutku „Słownik herezji w Kościele katolickim” Herve Massona (Wydawnictwo Książnica 1993). Książka ciekawa i inspirująca – do przemyśleń wystarczy jedynie jedna herezja jednego wieczora. Sięgnąłem po nią po ciekawym wywiadzie ze profesorem Zbigniewem Mikołejko zamieszczonym w Polityce. Profesor twierdzi w nim, że tzw „obrońcy krzyża” z Krakowskiego Przedmieścia są nieświadomymi heretykami gnostycznymi. Tak mnie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><strong><img class="aligncenter size-full wp-image-2462" title="P7020414" src="http://www.kartkazpodrozy.eu/wp-content/uploads/2010/08/P7020414.JPG" alt="P7020414" width="535" height="386" /><br />
</strong></span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;">Czytam pomalutku „<strong>Słownik herezji w Kościele katolickim” Herve Massona</strong> (<em><strong>Wydawnictwo Książnica 1993</strong></em>). Książka ciekawa i inspirująca – do przemyśleń wystarczy jedynie jedna herezja jednego wieczora. Sięgnąłem po nią po ciekawym wywiadzie ze profesorem Zbigniewem Mikołejko zamieszczonym w Polityce. Profesor twierdzi w nim, że tzw „obrońcy krzyża” z Krakowskiego Przedmieścia są nieświadomymi heretykami gnostycznymi. Tak mnie to zaintrygowało, że zacząłem czytać o herezji gnozy i przy okazji zająłem się innymi herezjami i sektami wyrosłymi na buncie przeciwko kościołowi katolickiemu. Mimo że słowo „sekta” budzi w Polsce złe i lękowe skojarzenia mam do sekt stosunek życzliwy. Podoba mi się, że ludzie wykraczają poza nudnawą przeciętność i dostosowują – często boleśnie &#8211; swe życie do idei. Kolektywny sposób życia w sektach – w aspekcie finansowym, intymnym, socjalnym &#8211; który budzi tyle emocji nie specjalnie mnie przeraża, bo przecież podobnym kolektywizmem charakteryzują się rodziny. Tak więc strach przed sektami jest przesadny i ma wielkie oczy. Niestety nie miałem okazji należeć do żadnej sekty pewnie dlatego, że moja osobowość odstręcza od werbunku. Ale poczyniłem pewne obserwacje sekt w czasie pierwszej hiszpańskiej podróży. Dziś więc kartka o sekcie – jednej z wielu, które widziałem idąc do Santiago.</span></span></p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">„ <span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>&#8230;Schronisko stało na rogatkach wioski. Przystosowano  na nie sporą chłopską chałupę z szopami i stajniami. Miała kamienne ściany i spadzisty, wyłożony cienkimi łupkami dach. Pod masywnymi drzwiami stoły z ulotkami, nagraniami kazań oraz pieśni o Chrystusie – wszystko to w wielu językach. Zdziwił go ich bogaty wybór &#8211;  pieśni do Jezusa, rozmowy z Jezusem, Jezus z wami, wy z Jezusem, życie po śmierci, tajemnica życia&#8230;. . Wszystko w ostrej kolorystyce bajkowego realizmu &#8211; religijny Disney w wersji ponadnarodowej i w stylu właściwym kultowi jednostki. Tę uniwersalną estetykę wypracowano niezależnie od siebie w dalekiej Korei Kim Ir Sena, Chinach przewodniczącego Mao, stalinowskiej Rosji, polskich parafiach, amerykańskich sektach i indyjskich zgromadzeniach religijnych. Z okładek spoglądała dobrotliwa i do bólu smutna twarz Mesjasza w landrynkowych kolorkach, a na jego piersi przez szatę prześwitywało czerwone serce, którego bicie symbolizowały promienie rozchodzące się jak pole magnetyczne. Boskie dłonie o długich palcach wysuwając się z ulotek podawały owo serce &#8211; najprostszy symbol miłości &#8211; a równocześnie przyciągały do siebie patrzącego. Jak to w gorącej miłości dawały i brały zachłannie. Marketing religijny dla samotnych i zagubionych wzmocniono kawą podawaną za darmo, wprost z kotłów do jednorazowych, plastikowych kubków. Kawa przyciągała ludzi, więc wokół stołów kłębił się rozgadany i rozgrzany marszem tłumek. </em></span></span></p>
<p style="text-indent: 1.25cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="CENTER"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>( … )</em></span></span></p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>Stara Niemka obudziła go szturchaniem kija. „Wstawaj, za chwilę otwierają” &#8211; mruknęła wskazując drzwi, pod którymi wyczekiwało już kilkanaście osób. System recepcyjny był prosty &#8211; w samo południe otwierano wrota i  kto zajął łóżko, ten spał. Reszta wędrowała dalej szukając noclegu. Wyćwiczony przez kłopoty ostatnich dni wpakował się bez żenady do środka, rzucił plecak na prycze i dał się spisać uśmiechniętej, speszonej dziewczynie. Schronisko  prowadziła grupa religijna ze Stanów Zjednoczonych i jak zrozumiał ekipa, która ich przyjmowała debiutowała dopiero w tej roli. To były pierwsze dni ich misji na camino. Młodzi synowie Jezusa, a raczej synowie i córy, przypominali grzecznych, uśmiechniętych akwizytorów ubezpieczeń. To zaskakujące w wiejskiej scenerii chałup, stodół i obór. Dzieciaki podobne były do letników zabawiających się w chłopów. Ktoś wyznaczył im role – jedni sprzątali, inni prali upapraną pościel a jeszcze inni parzyli gary kawy uśmiechając się bez końca do siebie, swoich gości i bab pędzących krowy wiejską drogą. Ale im bardziej starali być usłużni, grzeczni, tym bardziej wydawali mu się sztuczni i obcy w siermiężnej rzeczywistości &#8211; jak przybysze z innej planety.  W oczach mieli gorliwe szczęście i natrętną dobroć okazywaną światu, bez względu na to, czy świat tego chciał czy to pieprzył. Upodobnili się do wizerunku Jezusa z okładek płyt, którymi handlowali &#8211; też chcieli podać w dłoniach swoje serca temu, który tu dojdzie samotny i spragniony miłości. Obserwował jak niezgrabnie obierają ziemniaki, mocząc delikatne dłonie w wiadrach zimnej wody; jak rozmawiają, śmieją się do siebie szczęśliwi, że razem mogą służyć Panu. Uśmiechnął się &#8211; „Właśnie, Panu a nie człowiekowi.” Niedoświadczeni nie umieli jeszcze sprytnie zarzucać sieci, nie nauczyli się rutyny starych rybaków. Może dlatego między nimi a zmęczonymi ludźmi wyrastała bariera, dystans jak między gośćmi a obsługą hotelową. Widział w oczach koczujących wokół schroniska pielgrzymów iskierki kpiny i zimny sceptycyzm. Zresztą sam czuł się obco w tym miejscu &#8211; jak człowiek z zewnątrz, który nie potrafi spełnić oczekiwań gospodarzy. Potraktowano go jak narzędzie służące do cudzego zbawienia. „Niezła komuna” &#8211; myślał. Ktoś pozbierał samotne, zagubione w świecie dzieciaki, popatrzył im głęboko w oczy, pogłaskał po głowie a potem wysłał z dalekiej Kalifornii, by prały i gotowały dla pątników w galicyjskiej wiosce. Ktoś zamienił ich prostą, egzystencjalną samotność na samotność sekciarską &#8211; zamienił na wyższy, a może bardziej wysublimowany poziom samotności. Ale ostatecznie nie było w tym nic złego, przecież człowiek samotny się rodzi i samotny umiera. Pomyślał, że dzięki ich złudzeniom przynajmniej coś zje i prześpi noc w czystym łóżku, kołysany monotonnymi pieśniami na chwałę zbawiciela, które sączyły się z głośników. Niemka miała to gdzieś i zmęczona marszem zbierała się do drzemki. Poprosił tylko, by związała mu stopę bandażem. Ściągnęła staw mocno, smarując uprzednio grubą warstwą maści. Teraz mógł wypełnić resztę dnia utykaniem po okolicy.</em></span></span></p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>Na łące schły na sznurach poruszane lekkim wiatrem majtki, skarpety i staniki. Po deszczowych dniach ludzie spragnieni słońca rozłożyli się na trawie. Niewielu ich tu nocowało. Młode i silne Hiszpanki o kruczych włosach, przyszły z głębi Kastylii. To twarde kobiety po których widać było jaką przyjemność może dawać camino. Wędrowały z poznanymi w drodze amerykańskimi chłopakami. Prały, żywiły i umilały życie nygusom. W Galicji dołączyła do nich ruda, piegowata dziewczyna o chropawym od papierosów głosie. Zainteresował ją więc zanudzała go opowieściami o swej mlecznej krainie a na koniec podarowała figurkę czarownicy. Trzymał się z nimi idący na boso guru, a może raczej fakir z uduchowioną twarzą. Szedł boso &#8211; jego stwardniałe i pokaleczone stopy przypominały koźle kopyta. Był jak zdziczały mnich. Czarne włosy opadały mu w strąkach na twarz ukrytą w gęstym zaroście. Umiał masować, więc rozluźniał mięśnie rozleniwionym słońcem dziewczynom. Wokół sielanka &#8211; stada czarno-białych krów o nabrzmiałych wymionach napychały się trawą, patrząc z obojętnością na kręcących się ludzi. Co jakiś czas człapiące gumowcami kobiety przepędzały z brzękiem łańcuchów krowie towarzystwo z pastwiska na pastwisko. Krowy idąc dostojnie, ze stoickim spokojem zostawiały za sobą zasychające w słońcu placki gówna.</em></span></span></p>
<p style="font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY"><span style="font-family: &quot;Times New Roman&quot;, serif;"><span style="font-size: small;"><em>Wieczorem komuna przygotowała kolację. Na zestawionych stołach tortilla, oliwki, pomidory, ser i kilka butelek wina. Kolacja była uroczysta a dla dzieciaków pewnie szczególnie bo to pierwszy posiłek samodzielnie przygotowywana pątnikom. Mimo, że gospodarze starali się przełamać lody było sztucznie i drętwo. Najpierw modlitwa i podziękowania dla Pana, &#8211; jak zwykle rozwlekłe, ale za to wygłoszone z emfazą przez cherubina będącego szefem duchowym grupy. Później już tylko wędrówka talerzy podawanych z rąk do rąk wokół stołu. Usiadł z Niemką z brzegu &#8211; bez żenady nałożył sobie solidną porcję, a szklankę napełnił winem. W drodze wyzbył się skrępowania, z którym tu przyjechał. Jeśli dawali żarcie to jadł bez ograniczeń, bo za ciężko było, by się krygować. Jedli w ciszy zakłócanej tylko monotonnymi pieśniami płynącymi z głośników. Później młodzi zajęli się gośćmi. Do ich kąta dosiadła się zgrabna dziewczyna w kalifornijskim typie. Atrakcyjna blondynka &#8211; mogłaby śmiało grać serialach plażowych. Niestety apetyczne kształty kryła workowata suknia upodabniając ją do aktywistek ruchu oazowego. Usłużnie dołożyła mu  tortilli i dolała wina. Potem spytała skąd pochodzi i jak długo idzie. Standardowe pytania, na które  standardowo i grzecznie odpowiedział. Zresztą nie sprawiała wrażenia, aby interesowało ją to co mówi. Oczy miała nieobecne, myślami krążyła daleko. W końcu nachyliła się nad nim i głośno wyznała &#8211; „Kocham cię, kocham cię za to, że mogę z tobą jeść dary, które dał nam Pan.” I popatrzyła mu w oczy z oczekiwaniem. Zaskoczony chwilę milczał. W końcu odpowiedział &#8211; „Ja też cię kocham, kocham cię za to , że mogę siedzieć z tobą przy jednym stole, jeść tortillę i pić wino na chwałę Pana.” Stara Niemka sięgnęła po szklankę. Przepiła winem kęs placka i też wyznała miłość dziewuszce. A później chwycili się we troje za ręce i  siedzieli milcząc. Po chwili dziewczyna podniosła oczy ku górze i cicho odmówiła modlitwę. Potem odeszła bez słowa, bo przecież inni też czekali na wyznania miłości. Kończyło się  wino, zmęczeni ludzie ziewali myśląc już tylko o spaniu. Cherubin doniósł kilka butelek kwaśnego sikacza i rozlał gościom po łyku. Młodzi też byli senni, ale zadowoleni z kolacji. Wina nie pili, ledwie mocząc w szklankach usta. Wpadło mu do głowy, że to pewnie reguła, aby mózg sycić tylko euforią miłości i zbliżać się do Boga na trzeźwo, bez rozwadniania zbliżenia winem. To miała być czysta miłość, czysta erupcja serotoniny w mózgu &#8211; podobnie jak w wiosennym zakochaniu. Genialne w swej prostocie uczucie, bo przecież Bóg nie odrzuci, nie skrzywdzi i nie zdradzi. Nie trzeba się dla niego stroić i rywalizować, nie trzeba z nim tańczyć, spacerować trzymając się za ręce, starać się w łóżku i rozmawiać na trudne tematy. Wystarczy Boga kochać i zawsze dostaje się słodką nagrodę. A gdy komuś będzie źle to cherubin wytłumaczy dlaczego. Po kolacji posiedzi z nim parę chwil, wytknie popełnione błędy i wyjaśni co naprawić, by Pan był zadowolony. I znów będzie dobrze, sensownie i bezpiecznie&#8230; „</em></span></span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal; line-height: 150%;" align="JUSTIFY">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kartkazpodrozy.eu/?feed=rss2&amp;p=2463</wfw:commentRss>
		<slash:comments>219</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
