Kartka z podróży

Kartka z podróży – ścieżki camino…

LICZNIK ODWIEDZIN

  • Odwiedziło KARTKĘ

  • KATEGORIE

    PROMUJ NOTKĘ

  • KONKURS - BLOG ROKU

  • Brałem udział w konkursie 'BLOG ROKU' w kategorii 'Podróże i świat'

    Dziękuję za oddane głosy.
    Zagłosuj na mnie w następnym roku!
  • KATEGORIE

    ARCHIWUM

    LINKI

    sezon w piekle

    kil

    Moje życie, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina.

    Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. – I przekonałem się, że jest gorzkie.

    - Znieważyłem je….

    Pisał poezję wciągającą jak słodki nałóg. To słowa wrzące, buntownicze i anarchiczne. Czysta wolność dotykająca swym rytmem serca. Czytałem go z wypiekami na twarzy gdy miałem 16 lat, ale choć jestem już stary i zgorzkniały wciąż lubię do niego wracać. Nie wiem czemu ta gorzka, wizyjna poezja dodaje mi ciągle otuchy. Żył tak jak pisał – mocno, intensywnie i krótko. To wyjątkowy, niesamowity wręcz związek awanturniczej biografii z łamiącą wszelkie konwencje poezją.

    Jean Nicolas Arthur Rimbaud przychodzi na świat w miasteczku Charleville w 1854 roku Jego ojciec jest zawodowym żołnierzem a matka córką drobnych właścicieli ziemskich. Ma troje rodzeństwa. Jest dzieckiem karłowatym, brązowowłosym i bladym. Rodziną nie cieszy się długo, bo ojciec porzuca matkę, która chcąc zrekompensować dzieciom jego stratę gorliwie oddaje się ich wychowywaniu. Dyscyplina i przymus królują w tym katolickim domu. Arthur, jego bracia i siostra odcięci od świata matczyną nadopiekuńczością głównie wkuwają na pamięć łacińskie sentencje z Pisma Świętego. Trudno się dziwić, że Rimbaud w wieku dziewięciu lat pisze obszerny esej sprzeciwiający się tego typu edukacji. Zamknięty w sobie, zbuntowany uczy się słabo aż do momentu rozpoczęcia edukacji w gimnazjum w Charleville. Trudno powiedzieć co go tam odblokowuje – w każdym błyszczy intelektualnie ku zdumieniu swych nauczycieli. W wieku piętnastu lat pisze pierwszy wiersz „Gwiazdka sierot” i drukuje go w Paryżu. Wiersze z tego okresu są tak dojrzałe, że wchodzą do wydanego kilka lat później pierwszego poetyckiego tomu. Ma wsparcie w nauczycielach – głównie w Jerzym Izambardzie. Wsparcie jest mu potrzebne, bo zaczyna uciekać ze szkoły i domu. Pierwszy raz ucieka, czy raczej wyrusza w podróż latem 1870 roku, tuż po wybuchu wojny francusko – pruskiej. Nie ma jeszcze doświadczenia trampa, więc zostaje aresztowany za włóczęgostwo.

    „ ….Uciekłem. O czarownice, nędzo, nienawiści, powierzono wam mój skarb!

    Zdołałem wygnać ze swego umysłu wszelką ludzką nadzieję. Głuchym skokiem drapieżnika rzucałem się na każdą radość, by ją zdusić…

    W kilka dni po powrocie do domu Rimbaud znów ucieka – tym razem do Brukseli. Gna go coś przed siebie, najwyraźniej potrzeba mu emocji – w drodze pisze jedne z najpiękniejszych swoich wierszy – „Zalotną”, „Zieloną gospodę”, „Kredens” i „Moją bohemę”. W podróży dziczeje, zapuszcza włosy, staje się prowokacyjny – bluźni i upija się do nieprzytomności. Z Brukseli wraca do Jerzego Izambarda – pisze „Śpiący w kotlinie” i „Zło”. Spędza całe dnie głównie w bibliotece. W roku 1871 roku Rimbaud nie mogąc znieść szarzyzny francuskiej prowincji znów ucieka do Paryża. Bierze udział w walkach po stronie Komuny Paryskiej. Prawdopodobnie zostaje zgwałcony przez komunardów. Po tych doświadczeniach pozostają wiersze „ Ręce Joanny” i „Paryż się budzi”. W słynnym liście zwanym „listem jasnowidza” pisze do Jerzego Izambarda – „Chcę być poetą i pracuję nad tym aby być jasnowidzem (…) Idzie o to, by dojść do niewiadomego przez rozprężenie wszystkich zmysłów. Cierpienia są ogromne, ale trzeba być silnym, trzeba urodzić się poetą, ja zaś uznałem się za poetę .(…) Niesłusznie jest mówić – ja myślę. Należałoby raczej powiedzieć – Mnie myślą. Przepraszam za grę słów. Ja to ktoś inny.” Pracuje już wtedy nad „Sezonem w piekle”, „Iluminacjami” i „Statkiem pijanym” – jednym z najbardziej znanych swoich wierszy.

    …Po galijskich przodkach mam jasnoniebieskie oczy, ciasny umysł i niezręczność w walce. Zauważyłem, że noszę się równie barbarzyńsko jak oni. Tyle że nie smaruję włosów masłem.

    Galowie byli w swoich czasach najbardziej nieudolnymi oprawcami zwierząt i wypalaczami łąk.

    Dziedziczę po nich: bałwochwalstwo i upodobanie do świętokradztwa; ach, i cała swoją występną naturę, złość, lubieżność- to wspaniałe, lubieżność- a zwłaszcza kłamliwość i lenistwo….

    W tym samym czasie nawiązuje dość dramatyczny romans z Paulem Verlaine – uznanym poetą francuskim. Znajomość przeradza się w silny związek uczuciowy trwający kolejne cztery lata. Para budzi powszechne zgorszenie – tym bardziej, że Verlaine jest żonaty. Romans ma burzliwy przebieg, kochankowie schodzą się i rozchodzą wśród awantur i bójek. Razem odbywają dwie podróże do Londynu – żyją byle jak i byle gdzie ucząc francuskiego. Toną w absyncie, dymie haszyszu i opium. W pierwszych dniach lipca 1873 roku Verlaine porzuca Rimbauda w Londynie i wyjeżdża do Brukseli ratować swoje małżeństwo. Jest w depresji, grozi samobójstwem. Ściąga jednak do Brukseli kochanka i trakcie brutalnej kłótni strzela do niego raniąc go w rękę. Zostaje aresztowany i skazany na dwa lata więzienia. Zrozpaczony Rimbaud wraca do rodzinnych pieleszy i kończy „Sezon w Piekle”. Cykl poematów drukuje w Brukseli. Kilka egzemplarzy przesyła przyjaciołom, reszta pozostawia w drukarni.

    ...Przypominam sobie historię Francji, starszej córki Kościoła. Nieokrzesaniec, podróżowałem do ziemi świętej: mam w głowie drogi przez równiny Szwabii, widoki Bizancjum, obronne mury Jeruzalem: wśród tysiąca bezbożnych fantasmagorii budzi się we mnie kult Marii i rozczulenie nad Ukrzyżowanym. – Trędowaty, zasiadam na rozbitych skorupach i pokrzywach pod murem zżartym przez słońce. – Później, rajtar, biwakowałem pod nocnym niebem Niemiec….

    Znów rusza w podróż. Z Germainem Nouveau, poetą prowansalskim wyjeżdża do Anglii. Utrzymuje się z lekcji języka francuskiego. Potem jedzie do Niemiec odwiedzić zwolnionego z więzienia Verlaine. Ale to już koniec miłości – nie zobaczą się już nigdy więcej. Kończy cykl poematów prozą „Iluminacje” i rzuca pisanie. To kres jego twórczych możliwości. W roku 1875 zrywa na zawsze z poezją, wyrzeka się jej – napisał już przecież wszystko.

    ...Mój dzień się wypełnił: opuszczam Europę. Morski wiatr wypraży moje płuca; wygarbują mi skórę egzotyczne klimaty. Pływać, ugniatać trawę, polować, zwłaszcza palić tytoń, i pić alkohole mocne jak wrzący metal- jak czynili to drodzy przodkowie wokół ognisk….

    Tego samego roku wyjeżdża do Włoch, skąd zostaje repatriowany do Marsylii. Zaciąga się więc do hiszpańskiej armii karlistowskiej. Rezygnuje jednak z wyjazdu do Hiszpanii i na zimę wraca w rodzinne strony. Znów dusi go nuda, więc wypływa z Harderwijk w Holandii do Batawii zaciągnąwszy się do kolonialnej armii holenderskiej. Wkrótce dezerteruje i wraca żaglowcem angielskim do Europy – do domu. Stamtąd znów ucieka do Wiednia, Hamburga, Aleksandrii, Rzymu i na Cypr, gdzie przyjmuje posadę nadzorcy w kamieniołomach. W końcu zrywa z Europą i w 1880 roku wyjeżdża do Adenu gdzie handluje kawą i skórami. Później kieruje się na Harar. Jakiś czas prowadzi prace badawcze z których sprawozdanie ukazuje się w publikacjach Towarzystwa Geograficznego.

    …Powrócę z żelaznymi mięśniami, ogorzały, z wściekłym okiem: sądząc po mojej masce zaliczą mnie do mocnej rasy. Będę miał złoto; będę gnuśny i brutalny. Kobiety troszczą się o tych kalekich dzikusów wracających z gorących krajów. Wdam się w polityczne rozgrywki. Będę zbawiony.

    Teraz jestem przeklęty i ojczyzna budzi we mnie odrazę. Nieprzytomny sen pijanego na piaszczystym brzegu, oto co najlepsze….

    Pociąga go handel bronią – na dostawach dla abisyńskiego króla Menelika, władca Szoa zarabia porządne pieniądze. W dalszym ciągu prowadzi tez badania geograficzne. Wreszcie osiada w Hararze i zakłada tam własną faktorię handlującą kawą, skórami, kością słoniową i piżmem. W 1891 roku zapada na raka kolana. Nie mogąc iść odbywa w dwanaście dni drogę pustynią do portu Zejla na noszach dźwiganych przez szesnastu tubylców. Z Zejli płynie do Adenu, a potem do Marsylii. Lekarze obcinają mu nogę. Niewiele to pomaga. Umiera 10 listopada 1891 roku mając trzydzieści siedem lat. Trudno powiedzieć kto umarł w marsylskim szpitalu – handlarz bronią i kością słoniową czy poeta przeklęty, który kilkanaście lat wcześniej wyrzekł się swej poezji.

    „ ….Nuda nie jest już moją miłością. Przystępy wściekłości, rozpusta, szaleństwo- których znam wszystkie uniesienia i klęski- całe moje brzemię jest zdjęte. Oszacujmy bez przesady granice mojej niewinności.

    Nie byłbym już zdolny domagać się pocieszenia chłostą. Nie sądzę, bym wyprawiał się na zaślubiny za teścia mając Jezusa Chrystusa…

    Wytłuszczone w tekście fragmenty„Sezonu w piekle” – całość pod linkiem

    http://www.poema.art.pl/site/itm_72355_sezon_w_piekle.html

    Arthur Rimbaud

    http://blog.neo-nomad.net/files/images/20070819/rimbaud.jpg

  • 80 Comments
  • Filed under: Kartki
  • falowanie

    P9020226

    Myślałem nocą o oceanie. Przypomniałem sobie dzień gdy po męczącym, kilkudniowym marszu przez zalaną deszczem Galicję, z zapuchniętym od anginy gardłem dotarłem do Atlantyku. To była szczęśliwa chwila, którą tak opisałem – „...Jaki miałem dzień? „Bonito!(piękny)” – tak nocą powiedziała mi opalona na złoto hiszpańska dziewczyna, gdy piliśmy piwo na schodach schroniska przeciągając do bólu oskrzeli marokańskie zielsko. „Bonito” – powiedziała i słodko cmoknęła, bo właśnie zeszła z asturyjskich klifów. I sprawdziło się, było pięknie.

    Z Ribadeo do Asturii przeszedłem 600 metrowym mostem nad oceanicznym wejściem do portu. Potem już klify i plaże. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak malowniczo i wolnościowo. Z lewej ocean, klify i rozsiane gęsto plaże. Z prawej pola zielonej kukurydzy, pastwiska z wpatrzonymi w Atlantyk krowami i lasy. A ja pomiędzy tymi światami. Nabiłem kilometrów od cholery zwiedzając to wybrzeże, ale nie mogłem nasyć się widokami, zapachami i chłodną bryzą wiejącą znad Atlantyku. I żadnych ograniczeń, znaków i cementowych słupków. Po prostu wybrzeże oceanu człowieka prowadzi przed siebie.

    Przez Tapia de Casariego przeleciałem galopem – wkurwiały mnie tłumy turystów. Ale już kilometr za miastem pusto, znów klif i zatoczki białego piasku na których nie uświadczy się ludzi. To znaczy są ludzie – ktoś pływa na desce, ktoś inny buduje z dzieckiem piaskowy zamek, ktoś kąpie się na golasa. Ale to nie tłum zagłuszający majestat oceanu. Dobrze mi dziś było na Asturyjskim wybrzeżu. Długo szedłem – aż do 17, bo nie chciało mi się marnować dnia w śmierdzącym potem schronisku. Jutro będzie podobnie albo lepiej – zastanawiam się czy nie spać po prostu na plaży.

    Dziwna rzecz – anginę dziś diabli wzięli, znów oddycham i przełykam bez bólu. Zwykle ta gówniana przypadłość wlecze się u mnie ze dwa tygodnie, a tym razem dwa dni trwała. Chyba słona bryza czyni takie cuda. Albo to „bonito” wzmaga w człowieku odporność….

    P8220112

    No a potem kilka tygodni wędrowałem wzdłuż brzegu czując, że mnie Atlantyk wzmacnia bez względu na to czy tonie w wilgotnych mgłach, zalewa deszczem, pali słońcem czy przedmuchuje wiatrem. Szedłem najczęściej ścieżkami wzdłuż klifu nie napotykając po drodze ludzi. Byłem z oceanem sam – może dlatego zacząłem go w końcu traktować jak żywą istotę. Zdawało mi się, że oddycha, ma humorki, złości się albo leniwie posypia. Czułem też jego siłę i energię, którą najwyraźniej widać na pracowicie wyrzeźbionych brzegach. Ocean wyznacza rytm życia wybrzeży głównie przez falowanie wywoływane wiatrem. Wiatr dodatkowo spiętrza też wody nieraz do wysokości metra wpychające je głęboko w zatoki, laguny i delty rzek. Ale najwyraźniej woda zmienia swój poziom na skutek przypływów i odpływów odbywających się w cyklach wspólnego lub przeciwstawnego oddziaływania siły przyciągania Księżyca i Słońca. Przypływu i odpływy widać najwyraźniej po łódkach rybackich, które w czasie odpływu leżą bezradnie na bagnistym dnie a wleczone przez przypływ ledwie trzymają się lin przywiązanych w wbitych w dno pni.

    Woda oceanu jest w nieustannym ruchu. Fale uderzają w skalne brzegi, kruszą je i rozpuszczają – rozdzielając na duże i małe fragmenty skalne. Towarzyszy temu huk związany z obecnością w wodzie pęcherzy powietrza. Przy silnym sztormowym wietrze ten huk zwany kawitacją przypomina wystrzały armatnie. Atakowany przez fale brzeg kruszy się i cofa a u jego podnóża, tuż pod linią fal tworzy się skalna platforma pokryta kamiennym gruzowiskiem zwana platformą abrazyjną. Z biegiem czasu traci ona skalną kanciastość i przybiera formę owalną i płaską, by sprawiać jak najmniej oporu falującej wodzie. Platformy abrazyjne zwane też podciosami brzegowymi na skutek przypływów i odpływów są zawieszone na różnych wysokościach klifu. Wybrzeże broni się dzielnie przed uderzeniami fali. Jeśli zbudowane jest z mało odpornych osadów lodowcowych np. glin ubywa go rocznie 2 – 3 metrów choć w skrajnych warunkach zdarzają się ubytki nawet dziewięciometrowe. Klif hiszpański po którym szedłem jest zbudowany głównie ze skał dlatego ubywa go rocznie zaledwie od kilku do kilkunastu centymetrów. Kilkunasto – kilkudziesięcio metrowej wysokości klif ma pogmatwaną linię brzegową, pociętą zatoczkami i usianą skalnymi występami. Tuż przy brzegu wystają z dna głazy, wysepki, które nie wiadomo dlaczego nie poddały się falom. Oczywiście idąc ukrytymi w paprociach i jeżynach krętymi ścieżkami klifu nabijamy dodatkowe kilometry. Ale nie czuje się ich w nogach z powodu przepięknych widoków – każdy zakręt odsłania coś nowego i niespotykanego

    Wybrzeże atlantyckie to nie tylko klify ale również setki plaż wciśniętych w klif jak rogaliki. Plaże również kształtowane są przez falowanie. Siła fal przemieszcza piach tworząc przegłębienia albo wały zwane ławicami lub rewami. W czasie odpływów wynurzają się tworząc bariery zwane lido oddzielające ocean od lagun. Większość plaż przez które przechodziłem rozmieszczona była przy ujściach rzek czy potoków. Najczęściej ujścia rzek kształtuje ocean tworząc lejki zwane estuarium. Ale bywa też tak, że siła rzeki i ukształtowanie terenu sprzyja odkładaniu naniesionego przez jej nurt materiału, którego ocean nie w stanie uprzątnąć. Te namuły zrzucone u ujścia tworzą wybrzeże typu deltowatego. Szedłem mostami nad odsłoniętymi przez odpływ bagnistymi deltami rzek, które pachniały przejmująco rybami, błotem i gnijącymi wodorostami.

    P9070295

    Oczywiście w klifowych zatokach są wioski, miasteczka i porty. To też urok wędrówki atlantyckim wybrzeżem – „ …Puerto da Vega. Miasteczko cacko – jak bombonierka. Białe domy przylepione do wzgórz a pośrodku port. No i knajpy pełne „prawdziwych facetów” z rękoma czerwonymi i rozbitymi od ciężkiej morskiej roboty. No a potem zaczęła się jazda. Ścieżka całymi kilometrami prowadziła metr od klifowej przepaści. Po prostu „bonito” – słońce grzeje, po lewej lasy eukaliptusowe albo pastwiska z zadumanymi krowami a po prawej Atlantyk bijący falami z hukiem o kamienne wybrzeże. Co jakiś czas plaże na które schodziłem karkołomnymi schodami. A potem buty z nóg i moczenie rozbitych asfaltem piet w słonej wodzie. I dalej, dalej, dalej … na wietrze i w ustronnych tunelach z rosnących na klifie paproci….

    Na zdjęciach atlantyckie wybrzeże.

    P7280927

  • 112 Comments
  • Filed under: Kartki
  • poczta na południe

    P7130715

    Jakiś czas temu ciemne chmury spływać zaczęły znad gór. Potem daleki grzmot i błyski wyładowań przypomniały mi, że nie wygrabiłem ściętej trawy z rowu odprowadzającego wodę. Natrętna myśl o trawie odrywała mnie od pisania. Nie cierpię takich myśli przeszkadzających w pracy. Po chwili to nie była już jedna myśl, to kotłowanina myśli nie tyle o trawie co o jej pęku, kneblu, który jak zielony korek zatka ciemną czeluść studzienki burzowej i zmusi mnie do brodzenia w wodzie pod kontrolą złych spojrzeń zalewanych potokami wody ludzi. Myśl o trawie nie pozwalała się skupić, więc kuląc się w podmuchach wilgotnego wiatru wkurwiony wybierałem zielone ścinki z suchego jeszcze rowu. Pod nimi biała torba z folii – w środku pusta, lepka butelka po słodkiej wódce i nasycona wilgocią książką. Widać ktoś nocą wracał do domu i zmęczony wódą pozbył się torby rzucając ją do mojego rowu. Książka stara, zaczytana, mokra, z odrapanym grzbietem. Na okładce fragment obrazu Paula Klee oszpecony śladem po granatowym stemplu. W rogu strony tytułowej nieczytelny podpis złożony piórem, zielonym atramentem. Tytuł „Poczta na południe. Nocny lot” Antoine de Saint – Exupery, wydał PIW w 1977 roku. Położyłem ją na ganku i wróciłem do pisania. I jak zwykle w takich okolicznościach znikła gdzieś, burza, deszcz – zapomniałem też o książce.

    Wczoraj nocą po nią sięgnąłem, rozkleiłem ostrożnie podeschnięte strony. Ciekawe zdania – „…Codzienne obowiązki wyostrzają w nim niewspółmiernie poczucie odpowiedzialności, które jako organ bezużyteczny pierwsze zanika u pisarza. Każdego dnia uczy się od nowa, ile może kosztować niesprawdzenie funkcjonowania sterów czy jednego głupiego kontaktu; albo sprawienie na którymś z Maurów wrażenia człowieka tchórzliwego lub nielojalnego, na podwładnym – skłonnego do pobłażliwości, na koledze – egoisty, który myśli raczej o sobie niż o całości załogi. On zdobywa, organizuje teren cywilizacji rodzącej się dopiero, wątłej jeszcze, gdzie konsekwencje najdrobniejszych zaniedbań zwykle nie karzą na siebie długo czekać. ...”

    Tak widzi Sanint Exuperyego tłumacz szkicujący jego portret w przedmowie – tak widzi sylwetkę lotnika – pisarza przecierającego szlaki pocztowe nad Sacharą.

    Inaczej patrzy na siebie sam Saint Exupery oczami kochanki. Pisze – „ Nie. To nic …Zostaw…Co, już? … Bernis stoi. Jego ruchy we śnie były ciężkie jak ruchy człowieka, który ciągnie linę holowniczą. Jak ruchy Apostoła, który wydobywa człowieka na powierzchnię z jego własnej głębi. Każdy jego krok był pełen znaczenia jak krok tancerza. „O, moja miłości…” Chciałaby zawołać do tego mężczyzny: „Obejmij mnie!” ramiona miłości ogarniają człowieka razem z jego teraźniejszością, przeszłością i przyszłością, ramiona miłości odbudowują jego całość … .Nie. Nie chcę. Nie dotykaj mnie. I wstaje …

    Wstaje, odchodzi, idzie sprawdzić stery swego samolotu. Odlatuje gdzieś z pocztą. Jak pisze tłumacz – „…Codzienne obowiązki wyostrzają w nim niewspółmiernie poczucie odpowiedzialności, które jako organ bezużyteczny pierwsze zanika u pisarza”.

    U Saint Exuperyego nie zanikło. Odchodzi sprawdzać stery, zapisać co poczuł – ma już przecież temat.

  • 122 Comments
  • Filed under: Kartki
  • naród

    lok

    Nic lepiej nie klei więzi narodowych jak rozmaite rocznice. To w ich trakcie tłumnie zgromadzony na ulicach i przed telewizorami naród może na nowo przeżywać swe zwycięstwa i klęski, budzić w sobie podniosłe uczucia i poczucie mocy. Ponieważ kończy się powoli sekwencja letnich rocznic narodowych mogę się pokusić o pierwsze podsumowania i wnioski na przyszłość. W tym roku mamy już za sobą miesięczne żałobne czuwanie po katastrofie samolotowej w Smoleńsku, comiesięczne podrocznice tej katastrofy, święto rozkwitu państwowości polskiej – Konstytucji 3 maja, rocznicę powstrzymania barbarzyńskiej nawały z zachodu – Bitwy Grunwaldzkiej, rocznicę powstrzymania barbarzyńskiej nawały ze wschodu – Bitwy Warszawskiej, rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, rocznicę wyzwolenia klasy robotniczej – Porozumień Sierpniowych i rocznicę klęski wrześniowej. Przed nami jeszcze rocznica „noża w plecy” czyli agresji ZSRR w 1939 roku. Rocznica kapitulacji powstania warszawskiego nie jest obchodzona ponieważ stała by w emocjonalnej sprzeczności z nastrojem rocznicy jego wybuchu. Mimo iż organizację rocznic zaangażowane są władze państwowe, duchowne i obywatele zorganizowani w rozmaite grupy celebracyjne nie zauważam na ulicach nastroju narodowego wzmożenia i euforii a wręcz przeciwnie – naród sprawia wrażenie smętnego i przygnębionego. Myślę, że pieniądze i wysiłek ludzki zaangażowany w imprezy patriotyczne w dużej mierze jest marnowany ponieważ rocznice nie są organizowane profesjonalnie. To właśnie jest właśnie przyczyną, że wciąż słyszymy narzekania, marudzenie a naród mimo obchodów rocznic nie wykazuje chęci do poświęceń – np. płacenia wyższych podatków.

    Jak profesjonalnie organizować podniosłe uroczystości patriotyczne mówi nam historia kraju w którym idee narodowe były głównym lepiszczem struktury społecznej – w którym naród i państwo były jednością. Myślę oczywiście o niemieckiej III Rzeszy. Dziś więc kartka o rocznicach i obchodach budujących poczucie narodowej dumy Niemców w latach trzydziestych.

    Problemem większości polskich rocznic jest to, że są obchodami klęsk, więc trudno ich naturalny nastrój żałobny przekuwać w poczucie zwycięstw. Ale są na to sposoby. W Niemczech przed 1933 rokiem obchodzony był Narodowy Dzień Żałoby. Obchody polegały głównie na pielęgnowaniu grobów pozostałych po przegranej wojnie przez Towarzystwo Opieki nad Niemieckimi Cmentarzami Wojennymi. Po dojściu Hitlera do władzy obchody przemianowano na Dzień Pamięci Bohaterów i stopniowo zacierano w nim żałobne skojarzenia dodając co rok do jego scenariuszy nowe, pozytywne a zarazem bezkrwawe akcenty – w 1935 roku dodano przywrócenie masowego poboru do wojska, w 1936 roku remilitaryzację Nadrenii, w 1938 roku Anschluss Austrii, w 1939 roku aneksję Czech. W końcu Dzień Pamięci Bohaterów przemianowano na dzień Odrodzenia Suwerenności Zbrojnej, który obchodzony był pod krzepiąco – optymistycznym hasłem „Nie umarli za darmo”. Tak oto w krótkim czasie zastąpiono smętne uczucie żałoby pozytywnym odczuciem narodowego tryumfu.

    Polska opinia publiczna jest autorytarna i w głębi duszy tęskni za silnymi przywódcami. Owa potrzeba kultu jednostki tkwiła również w duszy niemieckiej. Typowo personalny wymiar miały obchodzone w całej Rzeszy Urodziny Wodza. Zwiastowały je wszechobecne fotografie fuhrera eksponowane na wystawach sklepowych w złotych ramach i girlandach z gałązek i kwiatów a także powódź flag zalewająca fasady wszystkich domów. Punktem kulminacyjnym obrzędów związanych z urodzinami było uroczyste przyjmowanie na Konigsplatz w Monachium nowych uczniów partyjnej szkoły wodzów. Nocny rytuał inicjacyjny młodych chłopców odbywał się wśród reflektorów, pochodni, sztandarów, werbli, fanfar i masowych chórów na tle surowych, klasycznych budynków partyjnych co wzmacniało efekty widowiskowe i teatralne uroczystości.

    Mało kto wie, że narodowi socjaliści hucznie obchodzili Międzynarodowy Dzień Pracy. We współczesnej Polsce święto to na skutek komunistycznych kompleksów obchodzone jest wstydliwie po kościołach pod nową nazwą obchodów Świętego Józefa Robotnika. Niemiecki rytuał pierwszomajowy oczywiście nie zawierał smętnych, religijnych akcentów ale w zamian łączył w sobie dwie odmienne tradycje – robotniczą, rewolucyjną z szumiącymi flagami i maszerującymi kolumnami oraz arkadyjską, drobnomieszczańską z barwnymi piknikami na błoniach miejskich, będących odpowiednikiem naszego kultowego grillowania. Wiejskie obchody wigilii 1 – go maja polegały na ścinaniu tzw słupów majowych, paleniu ognisk i wyborze Majowego Króla i Królowej. Następnego dnia Królowa jechała w pochodzie w otoczeniu „gwardii honorowej” złożonej z działaczy partyjnych i żołnierzy, za nimi zaś defilowały zespoły pieśni i tańca w strojach regionalnych. Pochód przechodził pod łukami tryumfalnymi symbolizującymi władzę państwową. W miastach robotnicy zbierali się w swych zakładach i wraz z kierownictwem maszerowali na centralne wiece. Potem następował ludowy festyn z pieczeniem kiełbasek – znów grillowanie!

    Inną uroczystością narodowo – patriotyczną był Dzień Przesilenia Letniego. Święto obchodzono nocą przy ogniskach do których wrzucano wieńce poświęcone bohaterom wojennym i męczennikom partyjnym. Po odśpiewaniu „Zaklęcia ognia” uczestnicy obchodów skakali parami przez ogniska przy akompaniamencie gongów, następnie zapalali pochodnie i zwartym pochodem wracali do domów. Ważnym elementem dnia przesilenia były tzw „mowy ogniste”. Wygłaszał je najczęściej Goebbels na stadionie olimpijskim w Berlinie do stu tysięcy ludzi.

    Punktem kulminacyjnym niemieckiej sekwencji letnich obchodów patriotycznych był partyjny zlot w Norymberdze. Tam co rok na nowo konsumowane było małżeństwo państwa z narodem. Rozmach tego przedsięwzięcia był olbrzymi. W nocnym obrzędzie konsekracji 10 września 1937 roku przed Hitlerem defilowało 100 tysięcy członków partii niosąc 32 tysiące sztandarów i proporców. Wszystko to odbywało się pod widoczną w promieniu kilkudziesięciu kilometrów „świetlistą katedrą” utworzoną z bijących w czarne niebo reflektorów przeciwlotniczych. Rozmach inscenizacyjny pozwalał podkreślić atawistyczne rytuały – Hitler co roku poświęcał nowe sztandary dotykając ich jedną ręką zaś w drugiej ściskał podziurawioną kulami materię Blutfahne czyli chorągwi poplamionej rzekomo krwią nazistowskich męczenników puczu z 1923 roku.

    W kilka tygodni po zlocie partyjnym obchodzono tradycyjne dożynki, którym głównym bohaterem był oczywiście też wódz. Centralne uroczystości odbywały się na wzgórzu w Buckeberg – Hitler jadąc tam samochodem z Berlina przejeżdżał przez setki żniwnych bram ustawionych w wioskach. Potem wspinał się na wzgórze w tłumie wiejskich rodzin, by celebrować wręczenie żniwnej korony przed żniwnym ołtarzem zastawionym płodami ziemi. Ceremonia kończyła się bezsensowną, pozorowaną bitwą jednostek Wehrmachtu u stóp wzgórza. I znów aktualny akcent! Przypomina to przecież popularne we współczesnej Polsce odbywanie inscenizowanych bitew przez tzw „grupy rekonstrukcyjne”.

    Letni sezon narodowych świąt państwowych kończyły obchody rocznicy puczu monachijskiego. To rocznica typowo kombatancka, odbywająca się w Monachium i inscenizowana wg scenariusza drogi krzyżowej. Weterani partyjni szli pośród gęstych szpalerów widzów przez kolejne Stacje Męki Pańskiej. Różnica była jedna – Zbawiciel maszerował tu na czele gromady swych uczniów wyprostowany, z hardą miną i w butach z cholewami. Kalwaria i Zmartwychwstanie łączyły się w trakcie tego święta w jedno ponure i wstrząsające widowisko.

    Jak widać są gotowe scenariusze efektywnej obrzędowości narodowej. Są też ludzkie potrzeby wyrażane na przykład skłonnością do masowego grillowania, inscenizowania bitew oraz marszy z pochodniami po nocy. No i jest podstawowa potrzeba społeczna – zamiany poczucia dziejowej klęski w nastrój narodowego, euforycznego zwycięstwa. Skoro Niemcom po przegranej I wojnie światowej to się udało to czemu nie spróbować. Wystarczy tylko przyłożyć się do narodowego dzieła.

  • 108 Comments
  • Filed under: Kartki
  • z Unią w sercu przez Hiszpanię

    P7130709

    Wczoraj na stypie po „Solidarności” zauważyłem Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka. Przyznam, że mnie jego obecność zaskoczyła tym bardziej, że nie przybył do Gdyni jako osoba prywatna, ale jako członek najwyższych władz Unii Europejskiej. Jest to zaskakujące z tego powodu, że „Solidarność” w głębi duszy jest antyunijna – reprezentuje eurosceptyczną część polskiej opinii publicznej. Przemówienie Buzka w związku z tym ewidentnie znudziło słuchaczy i zostało przyjęte chłodno. To i tak jest krzepiące – należy się cieszyć, bo równie dobrze Przewodniczący Parlamentu UE mógł zostać wygwizdany i „wybuczany” a oznaczałoby to wygwizdanie Unii.

    Nie ukrywam w swych tekstach, że identyfikuję się z ludźmi o kompletnie odmiennych poglądach, bo jestem euroentuzjastą. Moim zdaniem akcesja do Unii jest ostatnim, ambitnym przedsięwzięciem, które się Polsce udało. Z wyjazdem na pierwsze camino czekałem do referendum europejskiego. Dopiero po wsparciu tego projektu, czując się już formalnie Europejczykiem ruszyłem w drogę. Tak opisywałem kilka lat temu ten ważny dla mnie moment -

    …Biało–czerwone flagi zdobiły wejście do zamkniętej przed laty szkoły. Wewnątrz tłoczno, w powietrzu utrzymywał się jeszcze zapach zimowej stęchlizny zmieszany z wonią potu i tanich perfum. Onieśmieleni ludzie, zgonieni do starej szkoły apelem proboszcza i trwającym od wielu dni trajkotem telewizorów szukali po kieszeniach dokumentów. Stanął na końcu kolejki z paszportem w ręce. Po chwili podpis na liście, kilka kroków za przepierzenie udające kabinę i krzyżyk na kartce. Wrzucił swój głos do starej urny i wyszedł bez słowa na powietrze. Wygrzebał z kieszeni papierosa, zaciągnął się głęboko i stał chwilę wśród wychodzących ze szkoły chłopów. Wiedział, że krzyżyki – gwiazdki stawiane przez nich na kartkach wyznaczyć miały przyszłość kraju zawieszonego w bolesnym rozkroku między wschodem i zachodem. Stawiali te znaki nie bardzo wiedząc po co to robią; czuli tylko, że musi być lepiej, bo już za długo jest źle. Może marzyli o szczęściu dla swoich dzieci i wnuków nie wierząc już, że ich samych spotka w życiu coś dobrego. Może uwiodła ich obietnica góry złota, którą w ostatnich dniach rzucili im pełni lęku o wynik referendum politycy. Chyba zrozumieli po swojemu, że zostanie jak dawniej przytulnie, swojsko i smrodliwie, ale będzie równocześnie bogato jak w snach o długo zamkniętej przed nimi zagranicy. Może pomyśleli, że będzie jak w opowieściach wracających stamtąd swojaków i jak w telewizyjnych nowelach, których kolejne odcinki codziennie, godzina za godziną, wypełniały ich bezrobotną egzystencję. Zimnymi i doświadczonymi oczami patrzył na świat. Z biegiem lat stracił złudzenia. Wiedział, że nie może być swobodnie i bezpiecznie zarazem. Kraj te majowe dni, pod maską radosnej jedności, ukrył swoją chorobę – bolesne wykrzywienie, rozdarcie w szpagacie miedzy bezpieczeństwem wschodu i wolnością zachodu. W tej cyrkowej pozycji długo niepodobna było wytrzymać. Kraj marzył o starej, znanej z dzieciństwa bajce granej na nowo w świeżych i optymistycznych dekoracjach. Wiedział, że to nierealne; świat zmierzał w innym kierunku…”

    Kilka dni później szedłem już przez Hiszpanię Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że moja ówczesna, pesymistyczna wizja się sprawdziła. Ale przyznam, że wtedy – po referendum budziłem życzliwe zainteresowanie. Sporo butelek wina wypiłem z Hiszpanami pod unijny akces. Ale byli też krytycznie patrzący na polską decyzję -

    …Przyszła kolej na jego meldunek. Stary zaczytał się w credencialu – „Polonia!” Popatrzył ze zdziwieniem. Odłożył na bok pieczęć, chwilę myślał i rozpoczął monolog. Mój Boże! Gość był z tutejszej prawicy katolickiej: konserwatysta, tradycjonalista, eurosceptyk i co tam jeszcze ci spece od etykiet ideologicznych potrafią o sobie wymyślić. Szlag trafił! Gospodarz tokował w najlepsze a jemu nogi się rozpadały i rozłaziły na boki po brudnej podłodze. Stał jak petent przed urzędasem patrząc jak ten truje z natchnionymi oczami o Polakach materialistach, co tylko ssać potrafią obcych; o nielojalnych Polakach i nie z tej krwi co trzeba, o Polakach co do Europy pasują jak pięść do nosa. Może to i prawda, tylko czemu akurat on musi tego słuchać. Stary nadęty jak indor napawał się swoimi słowami. Napawał się własnym monologiem, którego treści mógł się tylko domyślać wyłapując w potoku słów znajome hasła: naród, religia, Bóg, wspólnota, Europa. Jak przerwać ten monolog? Przecież będzie tak ględził bez końca, będzie ględził jak jemu podobni w kraju. Słowa jak puste bańki mydlane fruwały po zabłoconej sali; słowa o życiu narodu – tak jakby naród był amebą, psem lub koniem obdarzonym życiem; słowa nic nie znaczące i słowa kompletnie abstrakcyjne….

    Również w czasie drugiego camino sprawy unijne do mnie wracały. Co prawda opatrzyłem się już jako Polak, co najwyżej hiszpańskie zdziwienie budziła nasza niechęć do euro, ale za to trafiłem na kampanię wyborczą do Europarlamentu. Zresztą nie tylko miałem okazję oglądać kampanie hiszpańską, ale również wracały do mnie sprawy polskie -

    … gdy zagryzałem ensaladą pieczone mięso nagle sygnał sms. Patrzę i oczom nie wierzę – Ojczyzna sobie o mnie przypomniała. I to nie zaległych 5 groszach podatku i nie o poborze do wojska. Nie zablokowano mi również konta z powodu upadku złotego. Napisano natomiast ”Głosuj 7 go…. Użyj siły swego głosu… Ty decydujesz!”. Wysłali mi to do Sierra Norte!!! Patrzę na nadawcę a to jednak nie Mateczka Ojczyzna – to parlament europejski. Więc ten sms nie jest za ojczyste pieniądze, nie za pieniądze prostych zwykłych ludzi. Jest za obce, cudze – za pieniądze Niemców, Francuzów i innych nacji – tych bogatych, którzy łożą na unijny budżet. Wygląda na to, że im trochę głupio iż w nowo wchłoniętej wschodniej zonie frekwencja będzie żałosna a mandaty nowych kolegów wątpliwe. Ale czy ważny jest cieniutki mandat? Wybrany to wybrany – nawet jednym głosem. Zawsze ten jeden głos starczy, by usiąść w Brukseli, postawić przed swym nosem narodową flagę i jęknąć gdy się nie ma co do powiedzenia „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, prastary szczep piastowy”. Szkoda pieniędzy na takie sms-y. Frekwencja i tak będzie zawstydzająca. Moje pokolenie od kilkunastu miesięcy walczyło o jak najniższą. Z jednej strony pięćdziesięciolatkowie o zawstydzonych uśmiechach chłopców, którzy coś zbroili. Z drugiej pięćdziesięciolatkowie o oczach pełnych żądzy mordu. Pięćdziesięcioletnie dzieci i pięćdziesięcioletni starcy – ręce opadają. Szkoda na nich pieniędzy Brukselo….

    Hiszpanie nie mieli problemów z frekwencją. Pewnie dlatego, że u nich wszystkie partie, nawet nacjonalistyczne popierają zjednoczoną Europę. Zresztą prowadzą inaczej kampanię – w bliższym kontakcie z ludźmi, którzy mają świadomość jak wiele zyskali na zjednoczeniu. No i wywiązują się z obietnic wyborczych. Tak to opisałem w miasteczku Monasterio -

    …Skoro miasto Monasterio nazwano, więc poszedłem obejrzeć kościół – trzeba ostatecznie zadbać o duchowość. Świątynia maleńka, wrośnięta od starości w ziemię, nic frapującego. Za to tuż obok bar z Che Guevarą nad rzędami butelek. A obok Che portret smutnego gościa sprzed wieku. Pytam barmankę – „Kto to?” Popatrzyła uważnie i odpowiada – „To Pablo Iglesias założyciel PSOE (partii socjalistycznej).” I dopiero zrozumiałem, że jestem w biurze PSOE (domu ludowym). Biuro partyjne, wyborcze – bar, alkohole, gazety, TV z corridą i trochę ulotek. No i rozgadani o polityce faceci. Wieczorem wyjąłem z plecaka „Historię Hiszpanii” Miłkowskiego i Machcewicza, którą kupiłem przed wyjazdem we Wrocławiu ( Przepraszam Wydawcę-Ossolineum- za swoje barbarzyństwo – by była lżejsza oberżnąłem jej twardą oprawę i grzbiet). Czytałem do późna w nocy o wojnie domowej, rewolucji, biedzie i przemocy. Za oknem gorąco, wyły motocykle. Czasem zza uchylonych szyb samochodów dobiegało flamenco i śmiechy uwodzonych dziewcząt….

    Kilka dni później znane już były wyniki wyborów. Co prawda niewielka wygrana prawicy, ale za to dobra frekwencja. Oczywiście o wszystkim dowiedziałem się w barze -

    „...Zostaję w Calzadilla de Los Bartos, kolejnym wypieszczonym miasteczku gdzie domy są pomalowane na biało a wąskie i kręte uliczki prowadzą jak labirynt donikąd. W ratuszu powyborcze porządki, urzędniczki krzątają się wśród stosów papierów. Na ścianach niebiesko – tu rządzą populares (prawica). Dostaję klucz do hostellu i plan jak do niego trafić. Jeszcze tylko śniadanie – bocadillo z jamonem, piwo. Miedzy kęsami pytam barmana kto wygrał wybory. W Estremadurze, Sewilli, Barcelonie wygrali socjaliści. Ale ogółem w Hiszpanii wygrała prawica stosunkiem 23 do 21. Mówię mu, że w Polsce też musiała wygrać prawica, bo nie ma alternatywy. „Co zrobić Amigo” – odpowiada i rozkłada ręce….

    W lipcu, też w barze kolejna wiadomość z Unii a zarazem z kraju -

    …Zatrzymałem się z Iną w Xunqueira, sporym miasteczku przed Ourense. Znów nowoczesne i funkcjonalne schronisko w municypalnym centrum sportowym. W mieście jest wszystko co potrzebne do życia nie licząc bankomatu. No ale na kufel piwa i zakąskę kasy w kieszeni mi starczy. Piszę z Caffe Baru tuż obok kolegiaty. Przed chwilą przejrzałem gazetę prowincji Ourense „La Region” (liczącą 70 stron!) i z przyjemnością odkryłem w niej obszerny artykuł o Jerzym Buzku, który wybrany został na Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Byłem w górach, więc nie miałem możliwości dowiedzieć się o tym wcześniej. Choć nie przepadam za Jerzym Buzkiem to wybór ten sprawił mi satysfakcję. Pokazałem barmance tekst ze zdjęciem i mówię – „To Polak” a ona na to – „I co z tego?”. W zasadzie nic, ale ja też jestem Polakiem i to dla mnie ważne wydarzenie….”

    Po roku od jego wyboru można pokusić się na pierwsze podsumowania. Analitycy piszą o kryzysie przywództwa Unii, o spowolnieniu procesu integracji. Jednym z powodów kryzysu Europy – obok spraw gospodarczych – jest polityczny eurosceptycyzm nowo przyjętych krajów, w tym oczywiście Polski. Nie ma sensu przypominać korowodów przy ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Jerzy Buzek jest słabym przywódcą – szarym i niewidocznym. To paradoksalne ale dlatego chyba go wybrano. W związku ze słabym przywództwem realną władzę w Unii przeniesiono w ręce Niemców, Francuzów, Brytyjczyków i innych, którym w Unii dobrze. Państwa nowe, eurosceptyczne i grymaszące spychane są do drugiej ligi – zresztą na swoje własne życzenie. Pozostają im tylko zewnętrzne atrybuty władzy czyli pozbawione znaczenia stanowiska. W tym kontekście przestaje dziwić wizyta Przewodniczącego Parlamentu UE na politycznej stypie rozpoczynającej kampanię wyborczą polityka, który o Unii mawia, że to „ciekawy historyczny eksperyment”. Powtarzam – i tak dobrze, że Jerzego Buzka nie wygwizdano.

  • 117 Comments
  • Filed under: Kartki
  • sierpniowe strzępki

    P7190803

    Okrągła rocznica sierpnia 1980 roku nastraja do wspomnień. Nocą starałem sobie przypomnieć tamte chwile, ale przyznam, że nie mogłem wygrzebać w pamieci jakiś rocznicowych, patetycznych obrazów. W 1980 roku byłem po pierwszym roku studiów, miałem 21 lat. Moja edukacja była opóźniona ponieważ po maturze nie dostałem się na uczelnię. Rok spędziłem więc żyjąc dość bezsensownie – tam gdzie mieszkałem z rodzicami, czyli na prowincji. Doskwierało mi pewne poczucie odrzucenia i zawieszenia, bo moi przyjaciele ze szkoły wyjechali na uczelnie, żyli już innym życie a ja musiałem użerać się z wojskiem i znosić wyrzuty rodziców, ponieważ nie spełniłem ich ambitnych oczekiwań. Końcówka siedemdziesiątych lat była dość dekadencka, system wyraźnie się sypał. Oczywiście niewiele o tym wiedziałem, bo prowincja była jeszcze spowita gęstą mgłą propagandy sukcesu. Ale chyba przez swoje położenie czułem ten nastrój gnicia, którego oficjalnie nie zauważano. Miasto leżało przy granicy co pozwalało nieźle żyć waluciarzom, kurwom, jakimś esbekom i całemu półoficjalnemu biznesowi z którego później rodził się polski kapitalizm. Z drugiej strony miało charakter robotniczo – mieszczański z etosem mozolnego kształcenia, dorabiania się, wspinania po szczeblach kariery i moszczenia w rodzinnych gniazdkach. Przez ten rok wyczekiwania błąkałem się gdzieś między tymi światami doznając dysonansu poznawczego. Szczerze mówiąc nie miałem żadnych planów, poza jednym – by za wszelką ceną stamtąd uciec.

    Po rocznym czyśćcu na prowincji dostałem się na uczelnię. Napisałem na tyle dobrą pracę, że pozwolono mi poprawić język obcy, który zawaliłem. Potem ruszyłem w Polskę. Po przedłużonych wakacjach spóźniłem się na uczelnię, więc dostałem łózko do spania na „karnym” pietrze akademika – dlatego karnym, że sporadycznie tylko bywała tam ciepła woda. Pamiętam, że mieszkałem między pokojem Wietnamczyka o którym mówiono, że jest kapitanem Vietcongu i ma na koncie 21(?) zabitych amerykańskich żołnierzy i komunisty z Iraku, którego prześladowały jakieś bojówki partii Baas. Oprócz obcokrajowców mieszkali tam starzy studenci z różnych powodów przedłużający studia. Rok z tymi ludźmi był w sumie najlepszą aklimatyzacją do życia w wielkim mieście. To było dość dekadenckie towarzystwo trochę w klimatach Hłaski – zresztą bardzo tam lubianego. Poczułem się z nimi dobrze głównie za sprawą bezproblemowego seksu i wódki izolującej od coraz cięższej atmosfery na ulicach.

    Uniwersytet był wówczas rozpolitykowany. Istniały nieliczne, ale prężne struktury opozycji. Przyznam, że moje środowisko z „karnego” pietra patrzyło na nich z pobłażliwością, bo przypominali trochę zakon przytulony do duszpasterstwa akademickiego. Byli inwigilowani, często aresztowani, więc nie mogli sobie pozwolić na hedonizm imprezowy i ekscesy. No ale zaopatrywali akademiki w ulotki, które znajdowałem prawie co rano w kiblu albo pod drzwiami. Pamiętam, że gdy je przywiozłem – jeszcze przed sierpniem – do domu Tata je uważnie przeczytał, potem spalił w piecu a popiół rozgrzebał pogrzebaczem. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że miał podstawy aby się bać.

    Pożyczałem tez od ludzi z opozycji książki z tzw II obiegu. Przeczytałem ich wówczas sporo – Orwella, Hłaskę, Grassa, Sołżenicyna, Kuśmierka, Dżilasa, Nowaka … . Ten pierwszy, wrocławski rok był szybkim okresem mojego dojrzewania – również politycznego. Układać mi się powoli zaczęło w głowie to czego chcę a czego nie chcę.

    Po pierwszym roku, w lipcu 1980 roku wyjechałem na jakieś przymusowe praktyki kolonijne nad jeziora. Dostałem pod opiekę trzydziestu kilku chłopaków w wieku 10 -13 lat. Połowa była ze Śląska, z rodzin górników kopalni „Rozbark”. Pamiętam, że na „dzień dobry” wręczyli mi listy od matek, bym ich prowadzał w niedzielę na msze. Druga połowa moich kolonistów to chłopcy z rozbitych, kryminalnych rodzin. Z kryminalnej ekipy wybrałem swojego zastępcę – Teksas na niego mówili. Ale gdy przy pierwszym posiłku posadziłem go po swojej prawej ręce zauważyłem, że sypią mu się z głowy wszy. Trafił na odwszenie do ambulatorium. Był załamany tym, że przez wszy straci autorytet w grupie, więc okłamałem jego kumpli, że ma anginę. Bardzo mi później pomógł utrzymać w grupie porządek.

    Nie chciało mi się tego lata wracać do domu, więc zostałem po praktykach nad jeziorami. Poznałem dziewczynę – pamiętam, że jeździliśmy całe dnie na rowerach popijając słodkie jak ulep wino w wiejskich klubokawiarniach. Też studiowała we Wrocławiu – zdążyła wyjechać z kraju tuż przed stanem wojennym.

    Pod koniec sierpnia wylądowałem na uczelni. Do mojego rodzinnego miasta bunt jeszcze nie dotarł. Strajk poczułem dopiero w Wałbrzychu, gdy do pociągu weszli ludzie z rowerami. Komunikacja miejska we Wrocławiu stała, więc rowery pozwalały im się szybciej poruszać. Tego samego dnia poszedłem pod bramę zajezdni tramwajowej. Tam, wśród zgromadzonych ludzi zrozumiałem, że to już koniec tej gierkowskiej lipy. Koniec nakładanych na mnie od lat zobowiązań. To nie było uczucie nadziei tylko ulgi, że ten sztuczny świat, który zdążył mi dopiec się rozpada. Kilka dni później, gdy drzemałem w łóżku z jakąś dziewczyną Piotr Kaczkowski przerwał swoją audycje w trzecim programie i wzruszony powiedział, że podpisano porozumienie ze strajkującymi. A potem puścił „Hare Krischna, Hare Rama”. Obudziłem ją i powiedziałem co się stało. Popatrzyła na mnie rozespanymi oczami i odpowiedziała – „No i co z tego, czy to coś w moim życiu zmieni? Śpij lepiej…

    http://www.youtube.com/watch?v=l3Ww3Im_KsU&feature=related

  • 119 Comments
  • Filed under: Kartki
  • bankrut – tango

    P9050268

    Sytuacja finansowa kraju niejasna – trochę przypomina sytuację polityczną. Z różnych ścinków wiadomości można wysnuć wniosek, że coś niedobrego się dzieje. Gadatliwi zwykle do przesady politycy nabierają wody w usta, gdy padają niewygodne pytania o stan finansów. Zresztą pytania o budżet padają rzadko, co też jest niepokojące. Dziś więc kartka o bankructwach państw, bo zawsze lepiej wiedzieć jak się to odbywa i jak się do tego bolesnego procesu przygotować.

    Nie ma większego znaczenia czy bankructwo dotyka człowieka, czy rząd – po prostu każdy kto nie jest w stanie spłacić zaciągniętych długów, staje się bankrutem i koniec. Tyle że bankructwo kraju wygląda zupełnie inaczej niż upadłość szarego obywatela. Państwo jest w lepszej sytuacji.

    Do bankructwa dochodzi, gdy w kasie państwowej brakuje pieniędzy, a nikt już nie chce ich pożyczyć. Najczęściej dzieje się tak, gdy kraj realizując swoje polityczne iluzje w przeszłości wydawał więcej, niż ściągał podatków i wpadł w pułapkę zadłużenia. O ile tzw „zwykły człowiek” lub jego pracownicy zlicytowani dnia na dzień zaczynają wbijać przysłowiowe „zęby w ścianę” o tyle państwo może się kramarzyć – odmówić spłat całego zadłużenia lub jakiejś jego części. Ale nie zmienia to faktu, że państwo staje się bankrutem. I nie myślę tu o jego establishmencie, który zwykle spada na cztery łapy, ale o istocie państwa czyli poczciwych obywatelach, którym wmówiono, że za pomocą demokracji mają wpływ na swoje życie, któremu właśnie państwo nadaje sens i poczucie bezpieczeństwa.

    Długi kraju mają charakter wewnętrzny i zewnętrzny. W przypadku nadmiernych długów wewnętrznych państwo może dodrukować pieniądze i za pomocą tych nic nie wartych śmieci regulować zobowiązania wobec swych obywateli. To zjawisko hiperinflacji czyli spłaty długów wobec obywateli pieniądzem bezwartościowym. Bunt tych, którym te kpiny się nie podobają państwo tłumi przemocą – to dobra metoda, bo nawet obywatele – bankruci boją się więzień, tortur, kalectwa i śmierci. Nie sprawdza się to jednak w odniesieniu do długów w walutach obcych. Dlatego bankructwo państwa dotyczy tylko długów zagranicznych.

    Podstawowa różnica między zbankrutowanym obywatelem a państwem bankrutem polega na tym, że bankruta państwowego nie można zlikwidować, ani zlicytować. Wierzyciele zagraniczni mogą tylko naciskać na zwrot należności np. przez odcięcie od nowych źródeł kredytu lub żądanie, by za import płacono z góry gotówką. I też trzeba mieć w tym naciskaniu umiar, bo zdarzało się, że dociśnięte do ściany państwo przerzucając koszty bankructwa na obywateli doprowadzało do sytuacji rewolucyjnej i znikało wraz z długami. Taki los dotknął carską Rosję, która znikła w ciągu kilku miesięcy a jej bolszewicki sukcesor po prostu odmówił spłaty długów i zajął się inspirowaniem rewolucji światowej. Tak więc zazwyczaj kraj przyjmuje warunki wierzycieli i utrzymuje za pomocą kroplówki finansowej wegetację swych obywateli, bo dzięki temu może na nowo pożyczać pieniądze.

    Historia bankructw państw wiąże się z historią nowożytnych państwowości czyli możliwością bezmyślnego korzystania przez establishment z pobranych przymusowo podatków. Problem rozplenił się w XVI i XVII wieku, kiedy zwrotu swoich długów odmawiały najbogatsze państwa Europy – Hiszpania i Francja. W ostatnich dwustu latach naliczono setki wypadków całkowitego lub częściowego bankructwa krajów. Tylko Paragwaj odmówił spłaty swoich długów siedmiokrotnie, Argentyna sześć razy, a Turcja cztery. W czasie wielkiego kryzysu z lat trzydziestych ubiegłego wieku zobowiązania przestało spłacać 21 państw, a podczas kryzysu zadłużeniowego z początku lat osiemdziesiątych ponad 30 – w tym również Polska.

    Bankructwo kraju jest morderczym ciosem dla tzw „zwykłych ludzi”, którzy są istotą państwa i najbardziej zbierają w dupę w czasie kryzysu. Muszą tyrać jak galernicy na swego finansowego, międzynarodowego pariasa, który trzyma ich zwykle krótko za gębę trując na dokładkę krzepiące, patriotyczne androny. Dramaturgia bankructwa nie mieści się w suchym opisie ekonomicznym. Społecznie i politycznie biorąc ma wymiar apokalipsy. Warto opisać nastrój tego zdarzenia. Dziś więc kartka o Argentynie, której bankructwo w miało równie malowniczy i ekspresyjny charakter jak argentyńskie tango.

    Dziennikarze pisali, że sceny z Buenos Aires tydzień przed świętami Bożego Narodzenia w 2001 roku przypominały w nastroju te z czasów upadku Sajgonu, gdy przywódcy rządu wietnamskiego pośpiesznie pakowali walizki i wiali helikopterami z dachu ambasady amerykańskiej. Tylko że w Argentynie ze swego przytulnego pałacu uciekał prezydent wyłoniony w demokratycznych wyborach przez własny naród. „Argentyna popada w chaos” – grzmiały typowe nagłówki prasowe. Chaos to mało powiedziane, to była rozjuszona anarchia wywołana przez drakońskie środki dyscyplinujące budżet.

    Dla establishmentu państwa i inteligentnych obserwatorów krach argentyńskiej gospodarki nie był zaskoczeniem. Spirala upadku prognozowana była dużo wcześniej i ci, którzy mieli dostęp do informacji zdążyli na czas wycofać z argentyńskich banków pieniądze. Dopiero plotka o bankructwie, która znienacka obiegła ulice argentyńskich miast wywołała masową panikę. W listopadzie rząd podjął decyzję o całkowitej kontroli nad bankami czym spowodował zalew klientów, chcących wycofać swoje pieniądze. Mimo obostrzeń na koniec miesiąca banki utraciły 1,3 miliarda dolarów. Rezerwy banku centralnego skurczyły się o 1,7 miliarda dolarów. Nagle kraj, który kilka miesięcy wcześniej należał do najbogatszych w Ameryce Łacinskiej pogrążył się w bankructwie. Minister finansów Domingo Cavallo po raz kolejny pojechał do Waszyngtonu, aby wyżebrać trochę pieniędzy, lecz został przyjęty lodowato. Międzynarodowy Fundusz walutowy, który zawarł z Argentyną umowy na pożyczki w wysokości 48 miliardów dolarów w ostatnim roku, nie zamierzał więcej wrzucać pieniędzy do worka bez dna. Pozostawiono więc tonąca w długach Argentynę samą sobie.

    Gospodarka była w stanie przypominającym umierającego człowieka z wysoką gorączką. Odsetki międzybankowe zostały poniesione do tysiąca procent. Wysokie stopy procentowe popchnęły ją ku dalszym, gwałtownym spadkom, które nosiły znamiona głębokiej depresji. Kurcząca się gospodarka oznaczała spadek wpływów z podatków, co w konsekwencji prowadziło do dalszych cięć w wydatkach publicznych oraz podwyższało stopy procentowe.

    Na polecenie banku centralnego zamrożono depozyty, zamknięto kantory i bankomaty, aby zapobiec całkowitemu upadkowi systemu monetarnego. Szacunki mówiły, że gdyby nawet Argentyna podjęła próbę spłacenia swych długów rezerwami, wystarczyłoby by ich tylko do połowy następnego kwartału. Nie pozostało nic innego jak zrzucić koszty kryzysu na biedotę i klasę średnią.

    Rząd Fernando de la Rui ciął więc wydatki budżetowe i powstrzymywał jak mógł inflację by zachęcić inwestorów. Sytuacja wymykała się jednak spod kontroli, gospodarka obumierała a bezrobocie wzrastało do poziomu blisko 20 procent. Pierwsza fala zamieszek zmusiła do rezygnacji ministra gospodarki Domingo Cavallo – twórcę planu wyjścia z zapaści gospodarczej. Cavallo podał się do dymisji, gdy zobaczył 5 tysięcy ludzi demonstrujących pod jego domem w ekskluzywnej dzielnicy Palermo Chico. Zamieszki przeciw Cavallo trwały kilka dni i nocy. Pochody ludzi walących w puste gary i patelnie były poprzedzone dwoma dniami rabunków, w których tysiące demonstrantów wdzierały się do supermarketów Wal-Marts i Carrefour w całym kraju. „Wrócimy tu jeszcze ze wszystkimi naszymi sąsiadami” krzyczała Elsa Gomez, matka sześciorga dzieci do pracowników ekskluzywnego centrum handlowego po tym, jak grupa mieszkańców slumsów zgodziła się nie atakować sklepów w zamian za 250 paczek darmowej żywności. „Prawdziwi złodzieje są w rządzie” – wtórowała jej poseł z opozycji Alicia Castro odwiedzając protestujących na Plaza de Mayo. W odpowiedzi rząd wprowadził stan wyjątkowy.

    Gniew rozjuszonych ludzi narastał, aż w końcu eksplodował w kolejnych zamieszkach i rabunkach, które spowodowały 22 ofiary śmiertelne i wielu rannych. W Buenos Aires uzbrojona, konna policja walczyła z demonstrantami domagającymi się ustąpienia prezydenta. Wśród demonstrantów kamery zarejestrowały kobietę, która mimo odcięcia palców u nogi przez końskie kopyto krzyczała przeciwko „temu głodowemu planowi rządu!”. Miała na myśli obcięcie wydatków socjalnych dla wyzerowania poziomu deficytu, by móc spłacać 132 miliardy dolarów obciążające konto Argentyny. Część zabitych w zamieszkach padła od kul właścicieli, którzy strzelali do tłumu nacierającego na ich sklepy. Policjanci chroniący Kongresu kamieniowani byli przez demonstrantów. Równocześnie związki zawodowe sparaliżowały kraj strajkiem powszechnym. Przywódcy zostali oblężeni w budynku Kongresu. „Żyjemy tu jak w bunkrze” – mówił dziennikarz telewizyjny przebywający w w tym budynku. Ludzie poczuli swoją zbiorową siłę. Władza wymykała się z rąk państwu i przechodziła na ulicę. W mieście General Mosconi na północy kraju wybuchło powstanie i ulica przejęła zarządzanie sprawami publicznymi.

    Prezydent ustąpił dopiero po trzech dniach ulicznych ruchawek, grabieży i represji policyjnych, w których wyniku zginęło kolejnych 27 osób i ponad 150 odniosło obrażenia. Dziennikarze tak opisywali te dni „Prezydent Argentyny ogłosił rezygnację po masowych demonstracjach, które miały miejsce na Plaza de Mayo. Po komunikacie telewizyjnym nadanym 19 grudnia o godzinie 23 mieszkańcy Buenos Aires wylegli na ulice śpiewając, z transparentami, w spontanicznej reakcji na przemówienie prezydenta. Noc wcześniej plac był pełen. Nad ranem ludzie otoczyli Parlament. Przed świtem niektórzy rozpoczęli rabowanie sklepów i barów Mc Donald’s oraz zagranicznych banków. O 18.30 prezydent wystąpił z apelem o koalicję między dwoma głównymi partiami, ale partia opozycyjna odpowiedziała negatywnie. Kilka godzin później złożył rezygnację – wybory zaplanowano za miesiąc.”

    De la Rua zrezygnował w połowie kadencji. Zwycięstwo zawdzięczał kampanii pod idiotycznym hasłem „wiem, że jestem nudny”. De la Rua obiecał wyeliminowanie korupcji, która rozpleniła się za jego peronistowskiego poprzednika, Carlosa Menema, który lubił jak mały chłopczyk czerwone Ferrari i przyjaźnie z najbogatszymi obywatelami Argentyny. Ale De la Rua sam wkrótce ugrzązł w bagnie oskarżeń o korupcje podobnych do tych, które były wysuwane przeciwko jego poprzednikowi. Wszystko to sprawiło, że gdy tak niesławnie opuszczał swój urząd, jego popularność w sondażach spadła do nędznych czterech procent.

    De La Rua zastąpił Ramon Puerta, bezbarwny przewodniczący senatu. Potem lud wybrał kolejnego przeciętnego sztywniaka. Zamieszki wygasły gdy wściekłość z ludzi uszła – pamiętali przecież jeszcze czasy junty i czuli strach przed armią. Zresztą trzeba było wracać do codziennych zająć i zaczynać życie na nowo. Ulice Buenos Aires wracały powoli do czegoś, co przypominało normalność. Korespondent gazety The Guardian donosił w sobotę 22 grudnia – „dziwny spokój wisiał ostatniej nocy nad zdewastowanymi centrami handlowymi Buenos Aires. Obietnice zmian władzy spowodowała uspokojenie się ludzi. Gdy powrócił względny spokój, stan wyjątkowy został odwołany.” Kobieta z którą rozmawiał powiedziała – „ Jesteśmy w punkcie wyjścia. Menem, De la Rua – oni wszyscy piją wino z jednego kielicha. Nic się nie zmieni”. Guardian dalej donosił – „Niektórzy właściciele sklepów byli zbyt wystraszeni, aby je wczoraj otworzyć. „Wielu rabusiów było naszymi regularnymi klientami” – powiedział pewien właściciel sklepu spożywczego. – „To jest całkowita anarchia’”.

    W czasie kryzysu gospodarczego w 2001 roku Argentyna i Argentyńczycy stracili 3/4 majątku narodowego i osobistego.

    Depozyty bankowe ludności rząd uwolnił po dwóch latach.

    Kraj wyszedł na prostą i może nadal pożyczać pieniądze.

    Na ilustracji filmowej argentyńskie tango Carlosa Saury

    http://www.youtube.com/watch?v=3Vykun2o8XU&feature=related

  • 152 Comments
  • Filed under: Kartki
  • Al Andalus

    P7180790

    Dziś kartka historyczna sprzed prawie tysiąca lat. Trochę niepoprawna politycznie, bo mówiąca o tym ile drogą podboju dali pożytecznych umiejętności i kulturowego szlifu zatopionej w mrokach wizygockiego barbarzyństwa Hiszpanii Arabowie. Jednym słowem tekst o islamskim cukrze słodzącym gorzkie, wczesne chrześcijaństwo.

    Al Andalus – tak Arabowie nazwali półwysep iberyjski, który błyskotliwie zdobyli stając dopiero u podnóża Pirenejów. Natchnieni islamem jak pustynna rzeka, która pojawia się znikąd w wyschniętym korycie i gwałtownie przybierając niszczy wszystko co napotka na swojej drodze wyparli w czasie ośmioletniej wojny z tych ziem prymitywnych Wizygotów. Kilkaset lat ich panowania i obecności spowodowało największy rozkwit Hiszpanii od początku jej dziejów. Al Andalus nie tylko wydobył ją z zapaści okresu wizygockiego, lecz rozwojowi nadał większą dynamikę aniżeli w okresie kolonizacji rzymskiej. Co ciekawe cywilizacja ta opierała się na zgodnym i konstruktywnym współistnieniu trzech odrębnych kultur – muzułmanów, chrześcijan i Żydów.

    Armie muzułmańskie w okresie podboju liczyły około 50 tysięcy wojowników zasiedlających po zakończeniu wojny półwysep. Hiszpania wizygocka liczyła według szacunków około 4 milionów mieszkańców. Ta dysproporcja nie przeszkadzała jednak w naturalnej arabizacji Hiszpanii. Choć nawrócenia podbitych chrześcijan na islam nie były masowe to nowych wyznawców islamu przynosiły przede wszystkim związki zwycięzców z miejscowymi kobietami czemu sprzyjała poligamia. W ten sposób dzięki arabskiej sztuce uwodzenia liczba muzułmanów w Hiszpanii osiągała w ciągu jednego pokolenia czterokrotny wzrost. W ciągu trzystu lat największego rozkwitu Al Andalus nie doszło do rozpłynięcia się najeźdźców w podbitym społeczeństwie. Wręcz przeciwnie – odrębność religijna i językowa tej społeczności zapewniały jej całkowitą integralność.

    Ludność chrześcijańska również przyjmowała kulturę zwycięzców co widać nawet w jej nazwie – Muzarabowie. Upodabnianie zachodziło głównie w zewnętrznych przejawach kultury – sposobie ubierania, kuchni, nadawania imion i posługiwania się językiem arabskim, który miał charakter urzędowy. Język ten przetrwał w dokumentach muzarabskich, sporządzanych już w chrześcijańskiej Hiszpanii, do początków XIX wieku. Jednak różnice między obiema cywilizacjami były zbyt głębokie, by mogła nastąpić całkowita asymilacja chrześcijan. Podstawą arabskich struktur społecznych były klany, natomiast społeczność chrześcijańska oparta była na związkach rodzinnych, z silną rolą kobiety. Chrześcijanie nie mogąc się asymilować żyli więc odrębnie w ramach Al Andalus – mogli wyznawać własną wiarę a w sprawach wewnętrznych rządzić się własnym prawem i wybierać przywódców aprobowanych przez władze. Nie wolno im było tylko prowadzić ewangelizacji i obciążeni zostali specjalnymi podatkami. W kontaktach z muzułmanami podlegali prawom islamu.

    Żydzi podobnie jak chrześcijanie mogli praktykować swoją wiarę i autonomię w sprawach wewnętrznych. Ich rola była olbrzymia w Al Andalus, bo doskonale pasowali do miejskiej i opartej na piśmie cywilizacji islamskiej. Prześladowani w okresie wizygockim entuzjastycznie przyjęli arabskie rządy. W historii hiszpańskich Żydów okres panowania arabskiego uznawany jest za złoty wiek.

    Jak pisałem arabskim rządom towarzyszył rozkwit Hiszpanii. Podstawą gospodarki było rolnictwo, które na skutek przeniesienia arabskich upraw i technik rolniczych przeszło prawdziwą rewolucję. Ryż i trzcina cukrowa zapewniały zbiory z hektara wyższe aniżeli dotychczasowe uprawy. Nowe rodzaje pszenicy, bawełna i sorgo lepiej znosiły okresy suszy, więc nadawały się do uprawy na dotychczasowych nieużytkach. Po raz pierwszy nowe rośliny przeznaczano na paszę dla bydła i na nawozy. Zerwano z praktyką uprawy pola raz na dwa lata, zastosowano płodozmian i nawożenie. Dzięki nowym uprawom wykorzystano martwy dotychczas sezon letni, dzięki czemu w niektórych miejscach ziemia plonowała dwa razy w ciągu roku. Wprowadzono też nowe techniki nawadniania np. za pomocą koła czerpakowego. Wykorzystano również arabskie, rozwinięte techniki hydrologiczne polegające na zastosowaniu rur, cystern i podziemnych kanałów. Emirowie sprowadzili do swych ogrodów nowe, egzotyczne rośliny – daktylowce, granaty, cytryny, figowce i pomarańcze. Ziemia nie mogła leżeć odłogiem, bo podlegała konfiskacie zaś tereny nawadniane miały podatkowe ulgi.

    Zwiększenie produkcji żywności umożliwiło wzrost ilości ludności koncentrujący się głównie w miastach, które odżyły. Kordoba liczyła 100 tysięcy mieszkańców, Sewilla 50 tysięcy zaś Toledo 30 tysięcy.

    Rozkwit rolnictwa ożywił rzemiosło. Rzemieślnicy zorganizowani byli w grupy, którymi kierowali dbający o jakość państwowi urzędnicy. Większość wytworów rzemiosła trafiała na chłonny, wewnętrzny rynek. Ale część produktów Al Andalus była poszukiwana za granicą . Należały do nich toledańskie wyroby stalowe (broń), kordobańskie wyroby skórzane, tkaniny bawełniane z Sewilli i lniane z Saragossy, jedwab z Kordoby, szkło i papier. Artykuły te trafiały głównie do krajów arabskich w północnej Afryce i na Bliski Wschód po opanowaniu przez muzułmanów Malty, Sycylii, Krety i Balearów. Największe znaczenie miały jednak szlaki karawanowe przez Saharę, którymi dostarczano złoto, niewolników i kość słoniową z Czarnej Afryki. Biedna Europa chrześcijańska zaopatrywała się w Al Andalus jedynie w towary luksusowe typu szaty dla władców czy kość słoniowa na relikwiarze. Płacono zazwyczaj za te towary słowiańskimi niewolnikami. Hiszpania w tym okresie była najprężniejszym centrum handlu niewolnikami w basenie morza śródziemnego. Największym odbiorcą niewolników był Bliski Wschód a handel zmonopolizowali Żydzi. Lucerna słynęła z „produkcji” eunuchow, poszukiwanych na arabskich dworach.

    Al Andalus leżał na krańcach świata islamu i został zdobyty w końcowej fazie podboju. Siłą rzeczy był więc stroną przyjmującą kulturę z centrum. Pomimo istnienia granic państwowych zachodziła więc dynamiczna wymiana ludzi nauki i kultury – lekarzy, prawników, rzemieślników. Pierwsze ważne dzieła powstałe w Al Andalus to 23 tomowe kompendium wiedzy potrzebnej na dworze kalifa autorstwa Abd Rabbihiego oraz encyklopedia chirurgiczna Abu Al-Kasima az Zahrawiego przetłumaczona potem na łacinę.

    Rozkwitała społeczność żydowska ponieważ do Hiszpanii przybywali wykształceni Żydzi z innych obszarów opanowanych przez islam.

    Również społeczność chrześcijańska wpływała na Europę. Kościół muzarabski stał się autorytetem dostarczając na północ księgi liturgiczne i zbiory praw specjalnie w tym celu przygotowywane na doskonałym, produkowanym w Al Anadalus papierze.

    Poezje i pieśni pisane w zwulgaryzowanej łacinie stającej się powoli językiem hiszpańskim wpływały na poezję arabską. Jest to o tyle ciekawe, że potem poezja arabska wywarła wpływ na trubadurów. Najwspanialszym dziełem kultury i sztuki tego okresu jest meczet w Kordobie. Inspiracją dla jego budowniczych były meczety w Damaszku i Jerozolimie. Nie zmienia to jednak faktu, że meczet w Kordobie jest dziełem oryginalnym. To jedno z kilku największych osiągnięć sztuki islamu.

    W zeszłym roku idąc z Sewilli do Santiago odbiłem w pewnym momencie na odcinek szlaku zwany camino mozarabe. To szlak pielgrzymi muzarabskich chrześcijan, którzy do grobu Jakuba z wędrowali z muzułmańskiej Hiszpanii. To dość zapuszczone, ale niezwykle piękne regiony Hiszpanii z kościołami w stylu arabskim, kanałami nawodnieniowymi i sakralnymi pamiątkami z okresu rekonkwisty. Dziwna, ale urokliwa kraina nad którą wciąż unosi się klimat Al Andalus.

    Na ilustracjach filmowych fragment Vengo Tonyego Gatlifa

    http://www.youtube.com/watch?v=btb6I8LNCPo&NR=1

    Koncert sefardyjskich Żydów, Arabów z Maroka i hiszpańskich muzyków i tancerek flamenco – wersja feministyczna.

    http://www.youtube.com/watch?v=gHwuamoFC-U&NR=1

    Film Al Andalus arabskich wpływach na kulturę hiszpańskiej Andaluzji.

    http://www.youtube.com/watch?v=gwYQww1iix4

    Tekst na podstawie „Historii Hiszpanii” Machcewicza i Milkowskiego.

  • 131 Comments
  • Filed under: Kartki
  • impresje podróżne

    P7030449

    Podróż to kalejdoskop obrazów, zapachów, dźwięków – strumień informacji nad którym trudno panować. Nie wiem zresztą czy warto starać się ogarniać wrażenia, które odbieramy – czy warto porządkować informacyjny chaos, którego doświadczamy w odwiedzanych miejscach. Nie wiem czy nie lepiej zanurzyć się w nim spontanicznie, bez żadnego planu i pozwolić, by kierował nami los czy szczęście. Ilekroć wchodziłem do hiszpańskich miast pierwsze kroki kierowałem do informacji turystycznej właśnie po plan miasta, który potem studiowałem starannie w jakiejś knajpie kombinując jak wypełnić popołudnie, wieczór i noc, by jak najwięcej zobaczyć. Potem z planem przezornie schowanym w kieszeni na biodrze wlokłem się do schroniska, kwaterowałem, kąpałem, prałem przepocone ciuchy, zakładałem na siebie świeże, szykowne i wyruszałem na zwiedzanie. I wtedy plan przestawał mieć jakiekolwiek znaczenie, bo otaczający mnie świat wydawał się tak atrakcyjny i piękny, że nie byłem wstanie podjąć decyzji, który z dostępnych mi jego uroków mam wybrać. Zdawałem się więc na los szczęścia i bez żadnego planu po prostu ginąłem w labiryntach hiszpańskich starówek. To pozornie bezsensowne włóczenie się bez planu, bo przecież omijałem rozmaite szacowne zabytki, miało jednak niesamowity i podniecający urok. Czułem się bowiem jak odkrywca nieznanego świata. Samotny człowiek w obcym mieście chłonie wrażenia całym sobą, po prostu zanurza się, zatapia w tym klimacie. Więc krążyłem po tych starówkach zapominając o zmęczeniu i upływającym czasie. Na szczęście Hiszpanie to rozumieją i schroniska w dużych miastach najczęściej są otwarte do świtu.

    Dziś kartka z Burgos w którym byłem kilka lat temu. Tych kilka impresji oddaje nastrój samotnych wędrówek po obcym mieście w czasie których zachwyt i poczucie wolności uskrzydlają człowieka.

    …Nie potrafił się skoncentrować w chłodnym wnętrzu klasztoru, bardziej go interesowali zakonnicy z wygolonymi tonsurami niż zabytkowe grobowce hiszpańskich królów. To była sztuka doskonała formalnie, miejsce kultu koneserów, którzy stali w kręgu wokół sarkofagów dzieląc się ściszonymi głosami swym podziwem. Oglądali uważnie, jak przez szkła powiększające, wyrzeźbione przed wiekami ornamenty. Mimo tablic zakazu błyskały flesze aparatów cyfrowych, rosła dokumentacja prac naukowych a albumy fotograficzneWakacje 2004 – Cortuja de Miraflores” stawały się coraz grubsze. I tak współistnieli nieufnie w tym domu bożym, postawionym niegdyś przez hiszpańskich królów, skośnoocy japońscy turyści, stare kobiety w czarnych garsonkach, mnisi człapiący sandałami i on, który idąc do grobu Jakuba zatrzymał się w Burgos na popas.

    Miasto tętniło życiem – przepełnione ulice, trąbienie samochodów mijających się w wąskich zaułkach, korzenne zapachy dochodzące z knajp i sklepów. To oszałamiało po dniach samotnej wędrówki wśród pól i uśpionych upałem wiosek. Szedł stromymi ulicami do góry, do katedry przez tajemnicze zakamarki starego, hiszpańskiego miasta. Chłonął zapachy, dźwięki, kolory, które tworzyły klimat postawionej setki lat temu wokół świątyni starówki. Starał się drogę do katedry zapamiętać jak obrazy ze snu pielęgnowane rankami w pamięci, by można było do nich wracać i przeżywać na nowo. W rozbuchanej wrażeniami głowie tliła się myśl, czy nie śni przypadkiem, czy nie nadejdzie przebudzenie i obraz zaułków Burgos nie zniknie. Więc idąc wąskimi chodnikami wpatrywał się w wystawy sklepów, zaglądał do bram, zapamiętywał twarze mijanych ludzi. Czuł satysfakcję – to niewiarygodne, że tak daleko dotarł – właściwie już tu mógłby skończyć podróż.

    Przed nim katedra. Patrzył na nią onieśmielony, bo dominowała nad nim, dominowała nad miastem. Krucha i strzelista sięgała wieżami wysoko w niebo. Gdy starał się ogarnąć ją wzrokiem doznał nieoczekiwanej przyjemności. Poczuł dobre fale wyzwalane przez świątynię. Katedra fascynowała jak piękna kobieta. Nie mógł się na nią napatrzeć, nie potrafił zamknąć jej w myślach i zapamiętać. Dostrzegał niezliczone ilości detali, zdobień, motywów i ornamentów, które można by studiować bez końca, jak księgę talentu człowieka. Katedra była osadzona w czasie a zarazem ponadczasowa, rzeczywista i oderwana od rzeczywistości, realna i zarazem metafizyczna. Myślał o jej budowniczych, o jasności ich umysłu, o wizji którą zmaterializowali w tej formie. Ludzki talent jest lśniący jak diament. Jest dowodem na istnienie Boga i jedynym jego darem, którym wyróżnia wybranych. Ale dlaczego wyróżnia tych, którzy o nic nie proszą i nic nie żądają?

    Znów ciągnęło go do Katedry, więc zostawił drzemiące towarzystwo i wrócił na starówkę. Dobra pora na zwiedzanie, zelżał już południowy upał. Nie było tłoku, bo większość turystów okupywała bary. Chodził po świątyni wmieszany w grupę Hiszpanów przybyłych tu z głębokiej prowincji. Grzeczni jak baranki szli zdyscyplinowaną grupą za swą przewodniczką od krużganka do krużganka, od kaplicy do kaplicy. Dziewczyna opowiadała z zawodową rutyną zawiłą historię kościoła. Niewiele rozumiał z niekończącego się potoku słów. Rozglądał się po wnętrzu. Wokół przytłaczające bogactwo zdobień, motywów i symboli. Ginął w natłoku szczegółów. Katedry nie sposób było obejść, zwiedzić i zrozumieć. Powinno jej się powoli uczyć, a na to nie miał przecież czasu. Pozostawało mu więc tylko łapanie ulotnych wrażeń. Jak pojąć na podstawie wrażeń co się na jej piękno składa? Nie umiał tego ogarnąć.

    Przez zapach kadzideł i starości przebiła się woń papierosowego dymu. Zza filaru świątyni snuła się jego jasna nitka. Śledząc niebieską smużkę wypatrzył stojącą za filarem kobietę. Odłączyła się od wycieczki i w odosobnieniu żarłocznie przeciągała fajkę. Dym był dla niej tlenem, katedra ją dusiła. Patrzył jak zaciąga się głęboko i doznaje ulgi. Później zwilżyła śliną palce, zgasiła nimi żar, a niedopałek zapobiegliwie ukryła w pudełku. Chwilę jeszcze szukała wzrokiem swej grupy a potem pobiegła podziwiać ołtarze. Woń tytoniu unosiła się przez moment w powietrzu zagłuszając zapach kadzideł. Rozbawił go ten dziecinny akt profanacji, ale nastrój prysł i usłyszał dobiegający zza kolorowych witraży warkot samochodów. Życie przypominało o sobie.

    Wieczorem hiszpańskie miasta rozkwitają. Włóczył się po zatłoczonych ulicach obserwując ludzi – piękne dziewczyny o sterczących piersiach i foremnych tyłkach, starych księży w znoszonych sutannach, pedałów ze starannie umalowanymi rzęsami, którymi trzepotali zmysłowo jak kobiety. Nie spieszyło mu się do schroniska. Do świtu pozostało przecież jeszcze dużo czasu. Mógł odpocząć od ludzi, z którymi szedł od kilku dni. Chciał już tylko beztrosko krążyć w rozgadanym, kolorowym tłumie. Miał wrażenie, że jest w nim niewidzialny i przezroczysty, że oddziela go od ludzi weneckie lustro....”

    Na zdjęciu zaułek starówki jednego z hiszpańskich miast – sjesta, koty posypiają a pranie się suszy.

  • 134 Comments
  • Filed under: Kartki
  • sekta

    P7020414

    Czytam pomalutku „Słownik herezji w Kościele katolickim” Herve Massona (Wydawnictwo Książnica 1993). Książka ciekawa i inspirująca – do przemyśleń wystarczy jedynie jedna herezja jednego wieczora. Sięgnąłem po nią po ciekawym wywiadzie ze profesorem Zbigniewem Mikołejko zamieszczonym w Polityce. Profesor twierdzi w nim, że tzw „obrońcy krzyża” z Krakowskiego Przedmieścia są nieświadomymi heretykami gnostycznymi. Tak mnie to zaintrygowało, że zacząłem czytać o herezji gnozy i przy okazji zająłem się innymi herezjami i sektami wyrosłymi na buncie przeciwko kościołowi katolickiemu. Mimo że słowo „sekta” budzi w Polsce złe i lękowe skojarzenia mam do sekt stosunek życzliwy. Podoba mi się, że ludzie wykraczają poza nudnawą przeciętność i dostosowują – często boleśnie – swe życie do idei. Kolektywny sposób życia w sektach – w aspekcie finansowym, intymnym, socjalnym – który budzi tyle emocji nie specjalnie mnie przeraża, bo przecież podobnym kolektywizmem charakteryzują się rodziny. Tak więc strach przed sektami jest przesadny i ma wielkie oczy. Niestety nie miałem okazji należeć do żadnej sekty pewnie dlatego, że moja osobowość odstręcza od werbunku. Ale poczyniłem pewne obserwacje sekt w czasie pierwszej hiszpańskiej podróży. Dziś więc kartka o sekcie – jednej z wielu, które widziałem idąc do Santiago.

    …Schronisko stało na rogatkach wioski. Przystosowano na nie sporą chłopską chałupę z szopami i stajniami. Miała kamienne ściany i spadzisty, wyłożony cienkimi łupkami dach. Pod masywnymi drzwiami stoły z ulotkami, nagraniami kazań oraz pieśni o Chrystusie – wszystko to w wielu językach. Zdziwił go ich bogaty wybór – pieśni do Jezusa, rozmowy z Jezusem, Jezus z wami, wy z Jezusem, życie po śmierci, tajemnica życia…. . Wszystko w ostrej kolorystyce bajkowego realizmu – religijny Disney w wersji ponadnarodowej i w stylu właściwym kultowi jednostki. Tę uniwersalną estetykę wypracowano niezależnie od siebie w dalekiej Korei Kim Ir Sena, Chinach przewodniczącego Mao, stalinowskiej Rosji, polskich parafiach, amerykańskich sektach i indyjskich zgromadzeniach religijnych. Z okładek spoglądała dobrotliwa i do bólu smutna twarz Mesjasza w landrynkowych kolorkach, a na jego piersi przez szatę prześwitywało czerwone serce, którego bicie symbolizowały promienie rozchodzące się jak pole magnetyczne. Boskie dłonie o długich palcach wysuwając się z ulotek podawały owo serce – najprostszy symbol miłości – a równocześnie przyciągały do siebie patrzącego. Jak to w gorącej miłości dawały i brały zachłannie. Marketing religijny dla samotnych i zagubionych wzmocniono kawą podawaną za darmo, wprost z kotłów do jednorazowych, plastikowych kubków. Kawa przyciągała ludzi, więc wokół stołów kłębił się rozgadany i rozgrzany marszem tłumek.

    ( … )

    Stara Niemka obudziła go szturchaniem kija. „Wstawaj, za chwilę otwierają” – mruknęła wskazując drzwi, pod którymi wyczekiwało już kilkanaście osób. System recepcyjny był prosty – w samo południe otwierano wrota i kto zajął łóżko, ten spał. Reszta wędrowała dalej szukając noclegu. Wyćwiczony przez kłopoty ostatnich dni wpakował się bez żenady do środka, rzucił plecak na prycze i dał się spisać uśmiechniętej, speszonej dziewczynie. Schronisko prowadziła grupa religijna ze Stanów Zjednoczonych i jak zrozumiał ekipa, która ich przyjmowała debiutowała dopiero w tej roli. To były pierwsze dni ich misji na camino. Młodzi synowie Jezusa, a raczej synowie i córy, przypominali grzecznych, uśmiechniętych akwizytorów ubezpieczeń. To zaskakujące w wiejskiej scenerii chałup, stodół i obór. Dzieciaki podobne były do letników zabawiających się w chłopów. Ktoś wyznaczył im role – jedni sprzątali, inni prali upapraną pościel a jeszcze inni parzyli gary kawy uśmiechając się bez końca do siebie, swoich gości i bab pędzących krowy wiejską drogą. Ale im bardziej starali być usłużni, grzeczni, tym bardziej wydawali mu się sztuczni i obcy w siermiężnej rzeczywistości – jak przybysze z innej planety. W oczach mieli gorliwe szczęście i natrętną dobroć okazywaną światu, bez względu na to, czy świat tego chciał czy to pieprzył. Upodobnili się do wizerunku Jezusa z okładek płyt, którymi handlowali – też chcieli podać w dłoniach swoje serca temu, który tu dojdzie samotny i spragniony miłości. Obserwował jak niezgrabnie obierają ziemniaki, mocząc delikatne dłonie w wiadrach zimnej wody; jak rozmawiają, śmieją się do siebie szczęśliwi, że razem mogą służyć Panu. Uśmiechnął się – „Właśnie, Panu a nie człowiekowi.” Niedoświadczeni nie umieli jeszcze sprytnie zarzucać sieci, nie nauczyli się rutyny starych rybaków. Może dlatego między nimi a zmęczonymi ludźmi wyrastała bariera, dystans jak między gośćmi a obsługą hotelową. Widział w oczach koczujących wokół schroniska pielgrzymów iskierki kpiny i zimny sceptycyzm. Zresztą sam czuł się obco w tym miejscu – jak człowiek z zewnątrz, który nie potrafi spełnić oczekiwań gospodarzy. Potraktowano go jak narzędzie służące do cudzego zbawienia. „Niezła komuna” – myślał. Ktoś pozbierał samotne, zagubione w świecie dzieciaki, popatrzył im głęboko w oczy, pogłaskał po głowie a potem wysłał z dalekiej Kalifornii, by prały i gotowały dla pątników w galicyjskiej wiosce. Ktoś zamienił ich prostą, egzystencjalną samotność na samotność sekciarską – zamienił na wyższy, a może bardziej wysublimowany poziom samotności. Ale ostatecznie nie było w tym nic złego, przecież człowiek samotny się rodzi i samotny umiera. Pomyślał, że dzięki ich złudzeniom przynajmniej coś zje i prześpi noc w czystym łóżku, kołysany monotonnymi pieśniami na chwałę zbawiciela, które sączyły się z głośników. Niemka miała to gdzieś i zmęczona marszem zbierała się do drzemki. Poprosił tylko, by związała mu stopę bandażem. Ściągnęła staw mocno, smarując uprzednio grubą warstwą maści. Teraz mógł wypełnić resztę dnia utykaniem po okolicy.

    Na łące schły na sznurach poruszane lekkim wiatrem majtki, skarpety i staniki. Po deszczowych dniach ludzie spragnieni słońca rozłożyli się na trawie. Niewielu ich tu nocowało. Młode i silne Hiszpanki o kruczych włosach, przyszły z głębi Kastylii. To twarde kobiety po których widać było jaką przyjemność może dawać camino. Wędrowały z poznanymi w drodze amerykańskimi chłopakami. Prały, żywiły i umilały życie nygusom. W Galicji dołączyła do nich ruda, piegowata dziewczyna o chropawym od papierosów głosie. Zainteresował ją więc zanudzała go opowieściami o swej mlecznej krainie a na koniec podarowała figurkę czarownicy. Trzymał się z nimi idący na boso guru, a może raczej fakir z uduchowioną twarzą. Szedł boso – jego stwardniałe i pokaleczone stopy przypominały koźle kopyta. Był jak zdziczały mnich. Czarne włosy opadały mu w strąkach na twarz ukrytą w gęstym zaroście. Umiał masować, więc rozluźniał mięśnie rozleniwionym słońcem dziewczynom. Wokół sielanka – stada czarno-białych krów o nabrzmiałych wymionach napychały się trawą, patrząc z obojętnością na kręcących się ludzi. Co jakiś czas człapiące gumowcami kobiety przepędzały z brzękiem łańcuchów krowie towarzystwo z pastwiska na pastwisko. Krowy idąc dostojnie, ze stoickim spokojem zostawiały za sobą zasychające w słońcu placki gówna.

    Wieczorem komuna przygotowała kolację. Na zestawionych stołach tortilla, oliwki, pomidory, ser i kilka butelek wina. Kolacja była uroczysta a dla dzieciaków pewnie szczególnie bo to pierwszy posiłek samodzielnie przygotowywana pątnikom. Mimo, że gospodarze starali się przełamać lody było sztucznie i drętwo. Najpierw modlitwa i podziękowania dla Pana, – jak zwykle rozwlekłe, ale za to wygłoszone z emfazą przez cherubina będącego szefem duchowym grupy. Później już tylko wędrówka talerzy podawanych z rąk do rąk wokół stołu. Usiadł z Niemką z brzegu – bez żenady nałożył sobie solidną porcję, a szklankę napełnił winem. W drodze wyzbył się skrępowania, z którym tu przyjechał. Jeśli dawali żarcie to jadł bez ograniczeń, bo za ciężko było, by się krygować. Jedli w ciszy zakłócanej tylko monotonnymi pieśniami płynącymi z głośników. Później młodzi zajęli się gośćmi. Do ich kąta dosiadła się zgrabna dziewczyna w kalifornijskim typie. Atrakcyjna blondynka – mogłaby śmiało grać serialach plażowych. Niestety apetyczne kształty kryła workowata suknia upodabniając ją do aktywistek ruchu oazowego. Usłużnie dołożyła mu tortilli i dolała wina. Potem spytała skąd pochodzi i jak długo idzie. Standardowe pytania, na które standardowo i grzecznie odpowiedział. Zresztą nie sprawiała wrażenia, aby interesowało ją to co mówi. Oczy miała nieobecne, myślami krążyła daleko. W końcu nachyliła się nad nim i głośno wyznała – „Kocham cię, kocham cię za to, że mogę z tobą jeść dary, które dał nam Pan.” I popatrzyła mu w oczy z oczekiwaniem. Zaskoczony chwilę milczał. W końcu odpowiedział – „Ja też cię kocham, kocham cię za to , że mogę siedzieć z tobą przy jednym stole, jeść tortillę i pić wino na chwałę Pana.” Stara Niemka sięgnęła po szklankę. Przepiła winem kęs placka i też wyznała miłość dziewuszce. A później chwycili się we troje za ręce i siedzieli milcząc. Po chwili dziewczyna podniosła oczy ku górze i cicho odmówiła modlitwę. Potem odeszła bez słowa, bo przecież inni też czekali na wyznania miłości. Kończyło się wino, zmęczeni ludzie ziewali myśląc już tylko o spaniu. Cherubin doniósł kilka butelek kwaśnego sikacza i rozlał gościom po łyku. Młodzi też byli senni, ale zadowoleni z kolacji. Wina nie pili, ledwie mocząc w szklankach usta. Wpadło mu do głowy, że to pewnie reguła, aby mózg sycić tylko euforią miłości i zbliżać się do Boga na trzeźwo, bez rozwadniania zbliżenia winem. To miała być czysta miłość, czysta erupcja serotoniny w mózgu – podobnie jak w wiosennym zakochaniu. Genialne w swej prostocie uczucie, bo przecież Bóg nie odrzuci, nie skrzywdzi i nie zdradzi. Nie trzeba się dla niego stroić i rywalizować, nie trzeba z nim tańczyć, spacerować trzymając się za ręce, starać się w łóżku i rozmawiać na trudne tematy. Wystarczy Boga kochać i zawsze dostaje się słodką nagrodę. A gdy komuś będzie źle to cherubin wytłumaczy dlaczego. Po kolacji posiedzi z nim parę chwil, wytknie popełnione błędy i wyjaśni co naprawić, by Pan był zadowolony. I znów będzie dobrze, sensownie i bezpiecznie… „

  • 219 Comments
  • Filed under: Kartki
  • dobry trip

    P6290388

    Wczoraj zaskakująca wiadomość obiegła informacyjne portale – „Rząd chce liberalizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Rada Ministrów przyjęła projekt, który przewiduje możliwość odstąpienia od ścigania za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków na własny użytek.” Przyznam, że osłupiałem czytając ten nagłówek, bo zaledwie kilka dni temu przeczytałem, że obecny Prezydent RP jeszcze we wcieleniu Marszałka Sejmu zablokował prace nad poselskim projektem liberalizacji prawa antynarkotykowego. Nawet mnie to nie zdziwiło, bo specyfiką polskiej partii liberalnej (wolnościowej!!!) było i jest zaostrzanie prawa karnego. Ten paradoks wynika stąd, że autorytarne z natury społeczeństwo polskie z satysfakcją przyjmuje karanie jako podstawową zasadę regulującą stosunki międzyludzkie. Dialog w Polsce szwankuje, ludzie nie potrafią się porozumieć w nawet w prostych sprawach, więc z aplauzem przyjmują wszystkie postulaty zmierzające do twardego „trzymania za pysk” tych, którzy myślą inaczej a co gorsza czynią tak jak myślą. Ten surowy klimat społeczny pozwolił przed kilku laty na drakońskie zaostrzenie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Jak sobie przypominam, w obliczu powszechnych żądań represji nie było wówczas nawet dyskusji o sensowności przyjmowanych zaostrzeń prawnych. Nawet mądrzy, kompetentni w sprawach uzależnień ludzie nabierali wody w ustach nie chcąc sprzeciwiać się rozjuszonej przez populistów publice. Z własnego doświadczenia wiem, że jakiekolwiek argumenty o bezsensowności tego prawa narażają człowieka na opinię degenerata, który tylko marzy o tym by zdrowe moralnie jądro narodu stoczyło się kompletnie i sięgnęło dna.

    Tak więc za aprobatą społeczną zaostrzono prawo karne i machina represji ruszyła. Jak można było przewidzieć walka z narkomanią sprowadziła się głównie do wyłapywania i sadzania w pierdlu gówniarzy złapanych ze śladowymi ilościami ziela po kieszeniach. Ale nawet idiotyczna i zakłamana polityka potrafi przynieść pozytywne efekty. W tym przypadku można uznać za pozytyw to, że do ludzi zaczął powoli docierać jej bezsens. Mimo kosztownych działań represyjnych Polska bez problemów stała się drugim rynkiem zbytu marihuany w Unii Europejskiej – trawa z Rosji, Holandii, Hiszpanii i tutejszych upraw zalała rynek i stała się powszechnie dostępna jak piwo. W ślad za pełną penalizacją opłacalność biznesu narkotykowego wzrosła przynosząc krocie producentom i dystrybutorom. Równocześnie do ludzi zaczęło docierać, że problemy z prawem, państwem mogą dotykać również ich samych. Policja nie zamykała przecież tylko „złych chłopców z sąsiedztwa”, ale również ich wypieszczone, zadbane i kształcone na przyszłe elity dzieci, które trzeba było z aresztów wykupywać za ciężkie pieniądze i uzależniać się od państwa zacierając tych występków ślady, bo przecież policyjne notowanie piętnastolatka łamie mu praktycznie życie. Powoli też przebijał się do świadomości ludzkiej pogląd, że konsumpcja narkotyków jest nie tyle efektem ich dostępności co raczej skutkiem stresujących stosunków społecznych. To właśnie ów głęboki stres ludzie zbijają za pomocą narkotyków i innych używek, bo nie podobna w tym raju żyć bez znieczulenia.

    Od lat trwa walka o złagodzenie prawa antynarkotykowego. Polska ze swą represyjnością staje się samotną wyspą w liberalnej Europie. Ludzi zaczyna też już męczyć życie w tym zakłamaniu. Wiosną, gdy kraj tonął w żałobie po śp Przywódcy przez Warszawę przeszła kolejna manifestacja pod hasłem „Uwolnić konopie”. Liczyła wg szacunków policji około 10 tysięcy ludzi na tyle zdeterminowanych, że nie zamaskowanych, mimo iż ich twarze nagrywała i archiwizowała w swych kartotekach policja. Oczywiście o dużej, jak na polskie warunki manifestacji nie informowały skrępowane rygorami poprawności politycznej media.

    Jestem realistą, więc sądziłem, że jeszcze długo antynarkotykowy, histeryczny nonsens będzie pielęgnowany przez represyjne władze. Stąd me zaskoczenie wczorajszą informacją o rządowym projekcie de facto legalizującym narkotyki lekkie. Zastanowiły mnie przede wszystkim powody tego nieoczekiwanego politycznego zwrotu. Premier przecież nie jest naiwny i wie, że rządzi społeczeństwem jak ze Starego Testamentu. Na pewno pamięta swe upokorzenie, gdy musiał robić z siebie błazna tłumacząc się z wypalonego w młodości skręta. Dlaczego więc podejmuje niepopularną decyzję i liberalizuje prawo? Przekonującą odpowiedź na to pytanie dał minister sprawiedliwości. W jego obszernej, asekuranckiej tyradzie udało mi się wyłapać jeden konkret – „ …obowiązujące regulacje okazały się kosztowne. Rocznie karanie skazanych za posiadanie narkotyków kosztuje budżet państwa 80 mln zł.” Przyznam, że 80 milionów to sporo jak za fikcję a mówimy przecież tylko o kosztach sądów i więzień. A gdzie koszty policji uganiającej się za małolatami? Jednym słowem będziemy mieć legalne konopie ponieważ budżet trzeszczy. Premier wybrał niepopularną decyzję chcąc ratować budżet. W końcu do niego dotarło, że ponosi konstytucyjną odpowiedzialność za stan budżetu a nie za stan publicznej moralności. Więc jak mawiają tonący brzytwy się chwyta – lepiej późno niż wcale. Po prostu nie ma już kasy na ściganie uczniów popalających skręty. Nie ma już też na szczęście za co dogadzać za pomocą represji tzw „zwykłym ludziom”.

    Moim zdaniem to dobra, pożyteczna decyzja i służące ludziom oszczędności. Ostatecznie lżej będzie patrzeć na państwo-bankruta mając pod ręką relaksującego, legalnego skręta.

    Na ilustracjach filmowych Marsz Wyzwolenia Konopi.

    http://www.youtube.com/watch?v=s_eInsQ5GxA&feature=related

    Zwolenniczka surowej polityki karnej

    http://www.youtube.com/watch?v=aJd8VtfNHvc&feature=related


  • 243 Comments
  • Filed under: Kartki
  • miłość

    P4200622

    Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku Jadwiga Staniszkis nie ma jeszcze trzydziestki. Jest po studiach socjologicznych. Jeden ze znajomych tak ją wspomina – „Niesłychanie błyskotliwa, inteligentna, wszechstronnie uzdolniona …”. Wraz z Sewerynem Blumsztajnem, Teresą Bogucką, Janem Lityńskim, Adamem Michnikiem, Henrykiem Szlajferem i innymi współorganizuje intelektualne życie polityczne na Uniwersytecie Warszawskim. Po wydarzeniach marcowych trafiła na siedem miesięcy do więzienia. W książce „Staniszkis. Życie umysłowe i uczuciowe” opowiada Cezaremu Michalskiemu jak siedzące wraz z nią w celi prostytutki opowiadają jej na „dzień dobry” o „krzyżówce królika ze szczurem”, która jeszcze od czasów powstania grasuje po celach Pałacu Mostowskich i gryzie w nocy więźniów. W areszcie Staniszkis zaczyna pisać swą pracę doktorską.

    Mniej więcej w tym czasie gdy Jadwiga Staniszkis organizuje strajki na uczelni z więzienia wychodzi Ireneusz Iredyński – trzydziestoletni, owiany sławą obyczajowych skandali pisarz. Jego anarchistyczno – nihilistyczna twórczość jest nie do strawienia dla gomułkowskiego aparatu władzy, więc po sfingowanym procesie w 1965 roku za próbę gwałtu trafia do ciężkich więzień – Sztumu i Rawicza. On również pisze za kratami. 10 czerwca 1966 roku notuje w Sztumie: „pogłębiła się moja skłonność do autoanalizy i mając samotne godziny do przemyśleń stałem się tak sprawiedliwy wobec siebie, że niekiedy aż mnie to przeraża. (…) Piszę teraz sztukę o dworze królewskim pt. „Narkomani” . To, co dotychczas napisałem, nawet mi się podoba, czego nie odczuwałem przy innych sztukach”. Wyrok to trzy lata wyrwane z życiorysu. Iredyńskiego wycierają też z pamięci publicznej – nie wydaje się jego książek, wykreśla z obiegu publicznego jego nazwisko.

    Nie wiem w jakich okolicznościach przecinają się drogi tych dwojga życiowych rozbitków. Jadwiga Staniszkis w wywiadzie pt „Nie można mnie zranić” przeprowadzonym z Lilianą Śnieg-Czaplewską tak wspomina ten okres –

    Liliana Śnieg-Czaplewska„…i wkrótce spotkała Pani na swojej drodze Ireneusza Iredyńskiego, głośnego wtedy pisarza i dramaturga.

    Jadwiga StaniszkisPoznałam go na tydzień przed obroną doktoratu, zamieszkałam z nim tydzień po obronie. Tak byłam zaabsorbowana sytuacją, że pierwszy tekst napisałam dopiero trzy lata później. Pamiętam do dziś, że ten tekst, „Odmiany władzy”, Irek pisał na maszynie, ja dyktowałam gdzieś na łódce w Gawrych Rudzie. Dostałam od niego lekcję życia wartą tego, by za cenę bycia z nim zrezygnować z pisania. Irek był bardziej jeszcze pomysłowy w kreowaniu dramatów w życiu niż na papierze. Jego dramaty przy stolikach kawiarnianych polegały na wytwarzaniu określonej atmosfery poprzez słowa. Zderzał ludzi, inicjował sytuacje. Wpuszczał człowieka w rolę, której logika czyniła go gorszym niż był, uruchamiał w nim emocje, które go dalej niszczyły. To była u niego forma obrony wobec przeżyć dzieciństwa. Jego ojciec, którego zresztą poznałam, wrócił po wojnie z Anglii, gdy umarły ciotki wychowujące Irka. Ale mścił się za to, że wrócił, bił go itd. Irek wcześnie uciekł z domu, był w LO księgarskim w Krakowie, mieszkał w bursie z chłopakami z zawodówki szewskiej. Oni byli silniejsi, ale on nauczył się panowania nad nimi słowami. Wiedział, jakie emocje słowa przywołują i że słowa ranią….”

    Więcej o trudnym związku z Iredyńskim wyjawia w wywiadzie-rzece „Staniszkis. Życie …” przeprowadzonym przez Cezarego Michalskiego. Wspomina o drastycznych epizodach wspólnego życia. „Irek do mnie dzwonił co wieczór, podawał mi jakieś panie do telefonu, które do siebie zapraszał, po prostu dziwki, bo on się z nimi często nie mógł dogadać, nie znał żadnego języka, więc ja miałam z nimi negocjować… Strasznie się wtedy nawzajem dręczyliśmy” – wspomina okres, w którym Iredyński był na stypendium w Berlinie Zachodnim. Staniszkis wspomina też o jego chorobliwej zazdrości i podejrzliwości, problemach z alkoholem i przemocą. Zwierza się Michalskiemu – „On już mnie wcześniej czasami tak smyczą czy pękiem kluczy „karał” mnie nawet jakieś blizny po tym zostały, ale to była taka gra między nami…“. Nie ma jednak pretensji do Iredyńskiego za te ekscesy – raczej do „gnojków”, których morze „zalewało nasz związek”. W wywiadzie z Lilianą Śnieg – Czaplewską mówi dalej -

    Liliana Śnieg-CzaplewskaGdy Iredyński powiedział: „kobieta jest puszką na spermę”, znielubiłam go.

    Jadwiga StaniszkisNigdy nie spotkałam się z tym określeniem. Nie chcę się porównywać z Agnieszką Osiecką (znałam ją tylko przelotnie) interesującą się Hłaską, ale rozumiem ten typ mężczyzn. I Hłasko i Iredyński wytwarzali w kobietach nadzieję, że to one właśnie potrafią go zmienić, pomóc mu. To były dużo głębsze związki niż się sądzi, nie sprowadzały się tylko do spraw seksu. Irek zresztą tak pił, że wprawdzie nie był impotentem, ale… W stadium, gdy go poznałam, wyszedł z więzienia. Mieszkał jeszcze u Alinki Piechowskiej, dla której napisał przepiękna piosenkę „Moja miła, moja cicha, moja śliczna”. Był człowiekiem z wielkim wyczuciem liryzmu, potrzebującym domu, świadomości, że ktoś na niego czeka. Potrzebującym czułości, wyzwalającym czułość i oczywiście nie odpłacającym czułością.

    L Ś-CzCzym zatem? Tym wszystkim, co niosło uzależnienie?

    J S - Życie z nim albo kobietę łamało, albo czyniło osobą rzeczywiście poznającą swoje granice. Czytałam wtedy „Pod wulkanem” Lowry’ego i „Markizę de Sade” Mishimy i lokowałam się gdzieś w przestrzeni emocjonalnej tamtych książek. Stopniowo zaczęłam marzyć, aby nareszcie zrobił coś, żebym potrafiła odejść. Zerwaniu towarzyszyła ogromna ulga. Gdy wyprowadzał się od mojej poprzedniczki, ta też z pewnością odczuła ulgę, że idzie w inne, względnie dobre ręce. Że może ktoś inny go uratuje nie dla siebie, ale przed nim samym. Przed jego strachem, lękami, o których pisał wiersze.

    L Ś–Cz – Czy z równą ulgą trzy łata potem przekazała go Pani w inne ręce?

    J SNie tyle przekazałam, ile podjęłam decyzję o odejściu. W jakiejś fazie, nie mówiąc nic, załatwiłam zamianę swojego mieszkania. Rozstaliśmy się naturalnie, bez dramatu, choć przedtem przeszliśmy różne perypetie. Potem przez rok wyłączałam w nocy telefon, bo dzwonił po wódce.

    L Ś-Cz – Uciekając, ratowała Pani siebie?

    J SRatowałam siebie, bo wiedziałam już wtedy, że nie jestem aż tak ważna i wszechmocna, jak myślałam na początku. Że muszę myśleć o sobie, mam przecież córeczkę. Miała wtedy 11 lat i bardzo go lubiła. Ale ja byłam wyniszczona. Nie tyle emocjonalnie, ile fizycznie, także na skutek kompletnie zatartej różnicy między dniem a nocą. Znużenie, wypalenie, jałowość. Chciałam wyrwać się z tego.

    L Ś-Cz – Dostała Pani gorzką lekcję życia. I co jeszcze?

    J SOn częściowo pod moim wpływem zaczai pisać socjologizującą prozę, na przykład „Trzecia pierś” o sztuce manipulacji, ale to nie było dobre (sama kocham Czechowa, Prousta, Mishimę). Ja za to zaczęłam wprowadzać troszkę poezji do swoich tekstów. Mnie to pomogło, jemu zaszkodziło.

    L Ś-Cz – Pisanie pisaniem, ale czy ta absorbująca sytuacja osobista pozwalała się Pani wywiązać z innych życiowych obowiązków?

    J SNie pracowałam na uczelni, nie prowadziłam systematycznej pracy naukowej. Byłam wtedy ze względów politycznych na marginesie. Pracowałam jako nauczycielka w liceum pielęgniarskim, byłam drobną urzędniczką, robiłam ankiety na wsi, jakieś opracowania o organizacji służby zdrowia. Siedziałam przecież w więzieniu po wypadkach 1968 roku, a potem w latach 70 – tych nadszedł długi okres bezrobocia. W nauce oczywiście, bo jak widać, coś tam robiłam. Zajęcie się Irkiem było o wiele bardziej pasjonujące niż te wszystkie drobne zajęcia razem wzięte. Był wrażliwy, napięty jak struna, wyczulony na chamstwo, wspaniały dla zwierząt. Miał szacunek dla ludzi prostych. Widziałam, jak zachowywał się wobec nich, bo razem kupowaliśmy domek na Mazurach, w ogóle dużo jeździliśmy na wieś. Siedział w więzieniu. Był razem z Jackiem Kuroniem w Sztumie i z nim też prowadził swoje gry zdejmujące maski. Obaj byli jedynymi w więzieniu inteligentami cały czas pod obserwacją. Irek nie wierzył, że cokolwiek można w Polsce zmienić. Po prostu codziennie czytał jedną książkę, pił i pisał, głównie dla pieniędzy.

    L Ś-Cz - Pił? Także wtedy, gdy był w więzieniu? Przepraszam za naiwność.

    J SRzadko, ale pił. W więzieniu też można wszystko dostać. To tylko kwestia pieniędzy.

    L Ś-Cz – Prawdomówna i autystyczna. Świadoma swoich słabości i zdolna do poświęceń.

    Jaka tak naprawę Pani jest?

    J S - Stanowię wzmacniającą się nawzajem mieszaninę autorytaryzmu i autyzmu jednocześnie.

    * * *

    Na początku lat siedemdziesiątych zaczęto znów wydawać Iredyńskiego. Zyskał również popularność za granicą. W Szwajcarii wystawiono “Trzecią pierś” i “Żegnaj Judaszu”, w Niemczech – “Jasełka – moderne”. Iredyński wyjechał z kraju. W marcu 1972 roku napisał z Zurychu – „Posiedzę tu do czerwca, na lato wracam do Polski. Zurych przytulny, sklepów monopolowych sporo, natomiast sklepów z zegarkami jeszcze nie widziałem. Teatr nr 1 Zurychu (a właściwie jego dyrekcja) ma nadzieję, że stworzę dla nich dzieło wybitne. Ja ich z błędu nie wyprowadzam”. Po powrocie do kraju ożenił się. Jednak przestał pisać – kończył się powoli trawiony chorobą alkoholową. Zmarł w 1985 roku. Miał 46 lat

    Jadwiga Staniszkis wróciła do pracy naukowej na Uniwersytecie Warszawskim w 1981 roku.

    Tekst na podstawie wywiadu Jadwigi Staniszkis pt „Nie można mnie zranić” przeprowadzonego przez Lilianą Śnieg-Czaplewską. Całość wywiadu pod linkiem

    http://politologia.wsb-nlu.edu.pl/uploadedFiles/file/J.%20Staniszkis%20-%20artykuly/J_%20Staniszkis%20-%20Nie%20mozna%20mnie%20zranic.pdf

    artykułu Bartosza Marca „Reżyser życia” pod linkiem

    http://niniwa2.cba.pl/warszawka-iredynski.html

    oraz informacji prasowych

  • 243 Comments
  • Filed under: Kartki
  • ściganie po polsku

    P4200620

    Przypominam sobie jak kilka lat temu zaskoczył mnie we fragment przemówienia premiera Kaczyńskiego akcentujący konieczności przyjęcia w prawie polskim prawie unijnej dyrektywy o europejskim nakazie aresztowania tzw ENA. To było ważne przemówienie, bo premier akurat obejmował urząd i z uwagą czekałem na jego deklaracje dotyczące naszej polityki unijnej. Interesowało mnie to dlatego, że premier wcześniej nie ukrywał swego sceptycyzmu do integracji Polski z Unią nazywając procesy akcesyjne „eksperymentem”. Zresztą znalazło to wyraz w jego ekspose – jedynym unijnym akcentem był ów europejski nakaz aresztowania. Trudno się zresztą temu dziwić – ściganie ludzi, również poza granicami kraju było politycznym priorytetem wodza tzw „zwykłych ludzi”.

    Zresztą nic w tym nie było odkrywczego, bo polskie państwo i jego służby zawsze pasjonowało ściganie ludzi. Doświadczyłem przed laty takich poszukiwań gdy wymigiwałem się od poboru do Ludowego Wojska Polskiego. Wtedy to wymykanie się z państwowych sideł było jeszcze proste, bo istniało coś takiego jak solidarność ludzka, która chroniła jednostkę przed ociężałą strukturą komunistycznej biurokracji. Teraz ukrywanie się wymaga zachodu – trzeba liczyć tylko na siebie i to w utrudnionych przez elektronikę czasach – przecież wszędzie pozostawiamy elektroniczne ślady naszej obecności. Tak więc ludzie uciekają i kryją się samotnie. Jak wyczytałem w prasie tylko dezerterów, którzy nie zgłosili się w ostatnich kilkunastu latach do jednostek wojskowych jest koło piętnastu tysięcy. Piętnaście tysięcy młodych mężczyzn jest ściganych na terenie Polski. Prawdopodobnie siedzą za granicami nie mogąc wrócić do kraju, bo trafiliby do pudła. Podejrzewam, że do kraju nie może wrócić z równie absurdalnych i drobnych w gruncie rzeczy powodów kilkadziesiąt (kilkaset) tysięcy ludzi. Ludzie ci dotychczas żyli bezpiecznie w Unii i poza jej granicami, bo nie byli ścigani międzynarodowymi nakazami aresztowania – z równie drobnych i głupich powodów nikt o ekstradycję nie występował, bo treść wniosków ośmieszałaby kraj na arenie międzynarodowej. Tak więc aparatowi sprawiedliwości pozostało tylko gorliwe ściganie niesfornych obywateli na własnym terytorium. Co jakiś czas prasa przynosiła żałosne informacje o ludziach, którzy przyjeżdżając np. na uroczystości rodzinne wprost z lotniska trafiali do paki, gdzie miesiącami czekali aż młyny sprawiedliwości osądzą ich występki typu zapomniane dawno podrobienie legitymacji szkolnej, ucieczkę przed armią albo posiadanie kilku gramów trawy. Ludzie ci najczęściej nawet nie wiedzieli, że coś zbroili. Nasza biurokracja ma charakter kafkowski i człowiek często nie ma nawet świadomości, że jest „obrabiany” rozmaite organy władzy.

    ENA sprawę wyłapywania polskich obywateli poza jej granicami zdecydowanie upraszcza, ponieważ nowa procedura nie zakłada sprawdzania zasadności wniosku przez aparat sądowniczy państwa w którym dana osoba zostaje schwytana – wystarcza sam wniosek, którego zasadności nikt nie sprawdza. W odróżnieniu od ekstradycji, w przypadku europejskiego nakazu aresztowania rezygnuje się z zasady podwójnej karalności, co oznacza, iż nie trzeba badać, czy kraj, który ma wydać również penalizuje czyn, za popełnienie którego inny kraj stara się o przejęcie osoby. Wystarczy, że czyn jest karany w kraju, który wydał nakaz aresztowania. Przyjmując dyrektywę o ENA władze unii wychodziły z założenia, że zrzeszone państwa moją podobne, cywilizowane systemy wymierzania sprawiedliwości oraz zgodnie z unijnymi umowami przestrzegają praw człowieka. Dyrektywę o ENA przyjęto więc w dobrej wierze i w poczuciu zaufania. Krajem, który sceptycznie i nieufnie podchodził do procedury uproszczonej ekstradycji była tylko Wielka Brytania. Trudno się dziwić brytyjskiej, realistycznej ocenie przestrzegania praw człowieka w państwach unijnych skoro w Europejskim Trybunale Praw Człowieka zalega 35 tysięcy (!!!) tylko polskich zasadnych wniosków przeciwko RP z tytułu łamania tych praw. W pierwszych miesiącach tego roku wyczerpały się w budżecie RP kwoty przewidziane na 2010 jako odszkodowania zasądzone w Strasburgu. Co gorsza nie widać woli władz polskich do wprowadzania w życie wyroków Trybunału Praw Człowieka . Łatwo więc zrozumieć brytyjski dystans wobec wydawania ludzi wciągniętych przez RP na listę ENA – skoro taki jest stan praworządności w RP to wydawanie ludzi polskim władzom jest delikatnie mówiąc dyskusyjne. No ale umów trzeba dotrzymywać, więc po wahaniach Wielka Brytania dołączyła do grona europejskich łapsów.

    Polski internet pełen jest tryumfalnych informacji o pożytkach z ENA. Nie ma tygodnia, by nie pojawiały się krzepiące wieści o zatrzymaniach i wydawaniu do kraju rozmaitych rzezimieszków. Co prawda czasem, najczęściej na prywatnych blogach pojawiały się informacje o ściganiu ludzi Bogu ducha winnych albo obciążonych np. stuzłotową łapówką ale niknęły w doborowym chórze entuzjastycznych miłośników sprawiedliwości. Szczególnie wielu obywateli polskich zostało na podstawie ENA wyłapanych w Wielkiej Brytanii. Doszło do tego, że z Wysp do Polski raz na dwa tygodnie kursuje specjalny samolot korzystający z wojskowego lotniska Biggin Hill, który przewozi skutych na podstawie ENA aresztantów. Maszyna jest nazywana „Ryanairem w kajdankach”.

    Ostatnio jednak brytyjska prasa zakłóciła tę ekstradycyjną sielankę opisując historię 49 – letniego Patricka R.-E. deportowanego do Polski na podstawie ENA, ponieważ polskie władze graniczne oskarżyły go o posiadanie fałszywego ubezpieczenia na samochód i zażądały jego ekstradycji. Jego przypadek jest dla tamtejszych gazet poparciem tezy, że praktyka stosowania ENA w ramach Unii Europejskiej wymyka się spod kontroli. Liczba przypadków zatrważająco rośnie, a angielski sąd orzekający o deportacji zredukowany jest do roli automatu, bez możliwości oceny meritum dowodów, bo ENA tego nie wymaga. Patrick R.-E. z Dartford w hrabstwie Kent w oczekiwaniu na postanowienie angielskiego sądu w sprawie wydania go władzom polskim spędził kilka tygodni w areszcie w Anglii. Po przekazaniu go do Polski okazało się, że do rozwiązania sprawy ubezpieczenia wystarcza uiszczenie grzywny, która nie pociąga za sobą wpisu do rejestru skazanych. Polskie służby graniczne po stwierdzeniu u niego nasuwającego wątpliwości ubezpieczenia na samochód zezwoliły mu odjechać. Dlatego tym większym zaskoczeniem dla Brytyjczyka było wystawienie przez polską prokuraturę ENA na jego nazwisko.

    Okazuje się, że około 33 – 50 procent wniosków kierowanych do angielskich sądów o wydanie podejrzanego pochodzi od polskich władz prokuratorskich, z czego niektóre to sprawy błahe. Dwa wnioski opisane przez gazety dotyczą nieuregulowania przez deportowanych roszczeń finansowych w Polsce na sumę ok. 1,2 tysiąca złotych oraz ok. 4,5 tysiąca złotych. O polskich wnioskach prasa brytyjska niepochlebnie pisze, że „zamulają” angielski wymiar sprawiedliwości. Brytyjczycy dziwią się im, bo niektóre sprawy, w których angielski sąd mechanicznie – zgodnie z ENA – orzeka o deportacji nie są w ogóle wykroczeniami, ani przestępstwami w prawie angielskim. Tym większe zastrzeżenia budzi to, że w oparciu o ENA wystawiony przez władze innego kraju, z oskarżenia o ich popełnienie można w Wlk. Brytanii trafić do aresztu.

    Liczba polskich wniosków kierowanych do brytyjskiej policji lawinowo rośnie. W ostatnim roku obrachunkowym do 5 kwietnia 2010 wyniosła ona 1 032 i była o ponad 40 procent wyższa niż w poprzednim roku obrachunkowym, gdy sięgnęła 683. W obecnym roku szacowana jest na około 1,7 tysiąca (wzrost o 70 procent). Powodem przyrostu jest przystąpienie W. Brytanii do bazy danych, tzw. Schengen II. Ciekawi mnie jaka jest w takim razie ogólna liczba wydawanych przez Polskę ENA – ile tysięcy polskich obywateli jest ściganych w taki sposób na terenie Unii? Dla porównania w roku finansowym 2009-2010 Brytyjczycy wydali tylko 98 ENA – o 6 proc. mniej niż w roku 2008-09. Trudno się tym dysproporcjom dziwić, bo władze RP mają lekką rękę do stosowania przemocy. Polska jest krajem, w którym odsiaduje wyroki największa liczba więźniów w całej Europie. Spośród 600 tysięcy więźniów w UE aż 90 tysięcy siedzi za polskimi kratami, choć ilość miejsc w więzieniach nie przekracza 72 tysięcy (!!!). Natomiast we Włoszech, osławionych działalnością mafijną przy o połowę większej liczbie ludności liczba więźniów jest mniejsza o prawie połowę i wynosi 48 tysięcy.

    Rząd brytyjski zaalarmowany artykułami prasowymi zarządził przegląd stosowania Europejskiego Nakazu Aresztowania na Wyspach. Ciekaw jestem wyników tej kontroli. Ciekawe też czy zainteresują się nimi polskie media.

  • 159 Comments
  • Filed under: Kartki
  • witalność rozkładu

    P8221155

    Na stacji benzynowej dopada mnie poczucie osaczenia. Kilkanaście samochodów z rodzinami z dziećmi – całe to towarzystwo oblega dwóch sprzedawców wybierając batoniki, cukierki, puszki z napojami … . Jest gorąco i duszno, dzieci drą gęby, dorośli okazują zniecierpliwienie miotając się z jednej kolejki do drugiej. „Czy nie można szybciej” – ktoś rzuca ostro. No nie można, bo sprzedawcy oprócz wbijania cen do kas muszą recytować każdemu klientowi obszerną listę zachęt i promocji oraz wciskać w dłoń karteczki z jakimiś punktami do kolekcjonowania. To idiotyczne, bo ani otępiali od upału sprzedawcy nie mają do tego serca ani wkurwionych kupujących te zachęty nie interesują. Ceremoniał recytacji odbywa się tylko dlatego, że firma korzysta z tajnych rewizorów, którzy wmieszani w kolejkę klientów sprawdzają czy towary są przez subiektów wtryniane. Nie wiem zresztą czy owi rewizorzy istnieją na pewno. Ale istnieje na pewno złowroga legenda o nich przekazywana sobie w zaufaniu przez sprzedawców. Gdy więc staję przy kasie przytłoczony spotniałym tłumem dziewczyna ze sztucznym, zmęczonym uśmiechem recytuje mi zachęcające zalety jakiegoś napoju energetyzującego. „Wolę to …” – przerywam monolog podsuwając jej pod nos dwie puszki piwa i paczkę Mocnych. Nie daje się zbić z tropu i zachęca do wzięcia udziału w konkursie. Bez słowa kładę pieniądze na konkursowej ulotce. „Następnym razem proszę tu położyć” – mówi beznamiętnie wskazując palcem pościeraną podstawkę na szmal. „Co położyć?” – pytam. Chwilę milczy i odpowiada – „Należność…”. I znienacka uderza we mnie stężona, spocona agresja tych za plecami – kobiet, mężczyzn, dzieci … . Nagłe uderzenie krwi do mózgu, robi mi się mdło, słabo. Mam dość, zmywam się między regałami do rozsuwanych drzwi. „Pana papierosy …” – krzyczy ktoś z tyłu. Kurwa, muszę wrócić by zabrać zapłacone fajki.

    P8221156

    Na polach już lepiej, bo pusto – ludzi nie ma. Żółta nawłoć sięga mi pod pachy. Kiedyś był tu kołchoz im Adama Mickiewicza – na łąkach wypasano krowy, po których zostały tylko ukryte w nawłoci cementowe poidła. Kołchoz zbankrutował dwadzieścia lat temu a pastwiska rozprzedano na działki budowlane. Ale kryzys powstrzymał budowy, więc działki zarastają jak pierwotna dżungla. Nawłocie, dzikie róże, samosiejki brzóz, trawy, bluszcze … – wszystko to zachłannie rozpycha się na zdziczałych polach korzystając z witalności, którą daje gorący i mokry rok. Więc zaszyty w nawłoci, w buczeniu spijających soki owadów dochodzę do siebie po osaczeniu, którego doznałem wśród bliźnich – na stacji benzynowej. Chłepczę jeszcze zimne piwo z butelki patrząc na błękitny pasek gór nad żółtą nawłocią.

    Dalej stare baseny w niewielkie kotlince wypłukanej przez potok. Mama zabierała mnie tutaj na spacery, gdy rodzice kupili dom w tej okolicy. To był chyba 1966 rok, zaczynałem chodzić do szkoły. Zbieraliśmy tu żołędzie i liście, które później zasuszałem w książkach, by następnie wkleić je do zielnika. Jeszcze znajduje te liście segregując ksiązki w biblioteczce. Pamiętam, że wtedy – przed laty – była inwazja myszy, które pryskały wprost spod stóp. Kilka lat później w kotlince wybudowano baseny kąpielowe z przebieralniami, obok boiska do kosza i siatki, korty tenisowe oraz staw z przystanią. Też w tej budowie brałem udział, bo szkoła wysyłała nas tutaj całymi klasami na tzw czyny społeczne. Pamiętam, że pomagaliśmy kłaść drenaż na łąkach. Korzystałem z tych basenów do końca 70 – tych lat, do momentu wyprowadzki z kotliny. Dwadzieścia lat temu miasto zapomniało o tym zakątku, podobnie jak kołchoz o pastwiskach. Gdy trafiłem tu jesienią oniemiałem – „...Dalej las a z boku dawne baseny. Pamiętam ich budowę – to było ponad trzydzieści lat temu. Teraz trudno je wypatrzeć wśród gęstych zarośli. Na tle lasu razi pokryty graffiti mur – to resztka dawnych przebieralni i baru. Kiedyś było tu tłoczno – basen przyciągał ludzi. Obok staw – niegdyś z wodnymi rowerami. Trudno tam wejść bo spiętrzona wiosną woda podmyła skarpy i ścieżki zapadły się głęboko. Pusto wokół – odkąd zamordowano tu uliczną prostytutkę ludzie omijają z daleka to miejsce. Ale mnie się podoba ten rozpad (rozkład) dawnego świata, więc brnę dalej zapadając się w podmokłej ziemi. Za stawem boisko i kort – ze szczelin nawierzchni wystają kępy traw. Szmer w zaroślach, wystraszyłem sarnę. Patrzę jak tupiąc biegnie po boisku do siatki i znika wśród drzew porastających nasyp. Jeszcze chwilę wśród ciemnej zieleni miga jej jasny ogonek. „To piękne” – myślę. …”

    Po drenażu który kładłem przed laty śladu nie ma – zapadam się po kostki w błocie. Letnie deszcze dopełnił dzieła zniszczenia – woda nie mieszcząc się w korycie potoku popłynęła górą, resztkami drogi i zmyła granitowe schody, ścieżki, podmyła do końca skarpę stawu. Nie wiem jakim cudem zielonkawa woda jeszcze się w nim utrzymuje. Nawet nie próbuję wchodzić w to gliniasto – kamienne rumowisko. Niesamowita, zarośnięta żarłoczną zielenią ruina. Niesamowity też moment by uchwycić ten rozkład – wkrótce przecież pojawiają się tu ludzie zwabieni granitową kostką, którą rozszalały potok porozrzucał niedbale w zaroślach. W krzakach znajduję osadzony na cokole głaz na którym wyryto, że „w 1971 roku społeczeństwo w czynie społecznym ….”. Dalej trudno odczytać, bo mchy porosły napis. Mchy, bluszcze, trawy, nawłoć rozsadzają sklejone cementem przez ludzi kamienie. Dwadzieścia lat wystarczyło… . Jak napisałem jesienią – „Jest coś pociągająco dekadenckiego w tym jak przyroda odbiera to co jej kiedyś zabrano.”

    P8221149

  • 152 Comments
  • Filed under: Kartki
  • charakter

    pop

    W internecie smaczna wiadomość, miód na moje serce – grupa dyrektorów poznańskich instytucji kultury złożyła deklarację lojalności, tzw „lojalkę” wobec władz miasta, a konkretnie wiceprezydenta Hinca. Owa „lojalka” daje „odpór” akcji ogólnopolskiej solidarności z finansowanym z budżetu Poznania „Teatrem Ósmego Dnia”, który kilka tygodni wcześniej wysłał wyrazy wsparcia dla zadeptywanego politycznie Janusza Palikota. Przypomnę, że polityk ten ośmielił się przekłuwać balon z zakisłym, żałobnym powietrzem krążący od katastrofy smoleńskiej nad krajem. List „Ósemek” do tego stopnia wzburzył kolegę partyjnego Palikota wiceprezydenta Poznania Hinca (też należy do partii liberalnej!!!), że wezwał na dywanik aktorkę teatru Ewę Wójciak i udzielił jej reprymendy z powodu składania przez zespół oświadczeń politycznych. Zdaniem Hinca ludzie korzystający z dofinansowań samorządu praw takich nie mają. Oczywiście idiotyzm ten odbił się szerokim echem w kraju i wywołał burzliwą dyskusję – tym bardziej, że był wsparty groźbą cofnięcia dotacji na działalność teatru. Właśnie efektem dyskusji stała się lojalka wazeliniarzy z poznańskich instytucji kultury wspierających swego dobrodzieja Hinca w zabiegach cenzorskich. We współczesnej, skundlonej Polsce ta historia nie powinna budzić większych emocji – w sumie to norma. Ale ciekawy jest jej kontekst czyli gogolowskie starcie współczesnych biurokratów z twardym charakterem, który od zawsze szczycili się ludzie z „Ósemek”. Sądzę, że mało kto pamięta historię tego zespołu a właściwie opozycyjną legendę z którą spotykałem się studiując w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

    Nigdy nie byłem na spektaklu „Ósemek” i nie znam się na teatrze, dlatego nie mam zamiaru rozpisywać się o uprawianej przez nich sztuce. Chcę przypomnieć tylko ich wolnościowy, niezależny charakter – niewątpliwie źródło konfliktu ośmieszającego poznańskiego biurokratę Hinca

    We wczesnych latach siedemdziesiątych Teatr Ósmego Dnia tak o sobie pisał – “Nasz program jest prosty: być nieufnym wobec wszystkiego tego, co w nas i tego, co poza nami i budzić tę nieufność w innych. (…)Teatr powinien (…)demaskować fałsz, który wszyscy zgromadziliśmy w sobie, zdzierać maski pozorów, pokazywać nasze twarze. I sens tego, co kryje się za wzniosłymi słowami, pięknie brzmiącymi sloganami, utartymi gestami, wykonywanymi z przyzwyczajenia, lenistwa lub strachu. (…)”. Zanim jednak wypracowana została w tej grupie taka właśnie formuła działalności poznańska grupa przeszła długą drogę. Zespół powstał w 1964 roku jako Studencki Teatr Poezji „Ósmego Dnia”, którego założycielem był Tomasz Szymański i jego przyjaciele z polonistyki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

    W marcu 1968 roku kilku aktorów Teatru Ósmego Dnia wzięło udział w studenckich demonstracjach i wiecach, będących częścią ogólnopolskiego studenckiego protestu przeciw cenzurze i dławieniu wolności wypowiedzi. Tym samym Marzec’68 stał się dla nich doświadczeniem pokoleniowym, do którego odnosili się w tworzonych później przedstawieniach.

    W miarę umacniania się pozorów gierkowskiej stabilizacji zespół radykalizował się polityczne. Członkowie grupy podejmowali działania opozycyjne – podpisali list protestacyjny przeciw prosowieckim zmianom w Konstytucji PRL, działali w KOR. Aktywność ta doprowadziła do nieuchronnego konfliktu teatru ze strukturami władzy PRL. Zespół stał się przez kilka lat obiektem regularnych prześladowań polegających na skreśleniach cenzorskich, braku pozwoleń na granie spektakli, rewizjach i konfiskatach książek, notatek, sfingowanych procesach, zatrzymaniach na 48 godzin, wstrzymaniu wyjazdów za granicę, ograniczeniach występów w kraju, wykreślaniu przez cenzurę wszelkich pozytywnych wzmianek o Teatrze, a przez dwa lata nawet jego nazwy.

    Mimo prześladowań spektakle choć grane półoficjalnie cieszyły się popularnością, o zespole było głośno. Ale wśród członków grupy, a także wśród krytyków dominowało przeświadczenie, że radykalnie antytotalitarne poglądy zespołu rozmijają się wciąż z odczuciami jego zagłaskiwanych prze Gierka widzów. Mimo tego „Teatr Ósmego Dnia” wkraczał wówczas w niezwykle intensywny okres swego istnienia, stając się czołowym zespołem polskiego teatru poszukującego a także legendą demokratycznej opozycji i jednym z jej symboli.

    W 1979 roku uzyskał również status „eksperymentalnego teatru zawodowego”, usytuowanego przez władze w strukturze administracyjnej poznańskiej „Estrady” – w nadziei, że krok ten umożliwi ściślejszą kontrolę nad niepokornymi artystami i skłoni ich do uległości. Jednak nic z tych prób oswojenia nie wyszło – teatr nadal kontynuował działalność opozycyjną.

    W latach 1974 – 1977 wykrystalizował się trzon grupy do którego należeli reżyser Lech Raczak oraz aktorzy Ewa Wójciak, Adam Borowski, Tadeusz Janiszewski, Marcin Kęszycki i Roman Radomski.

    Lech Raczak tak opisywał ten okres – „Od pewnego momentu było jasne, że jeśli się chce robić teatr, który będzie mówił o tym, co widzi i o tym, co myśli, nieuchronny jest konflikt z cenzurą, ze strukturą organizacyjną, ze strukturą społeczną. Była to kwestia nie tylko wyboru pewnej postawy opozycyjnej wobec reżimu, ale także (…) wobec struktury społecznej, a co za tym idzie, wobec tradycyjnych społecznych układów i wartości. Byliśmy w zdecydowanej opozycji nie tylko wobec rządzących w Polsce komunistów, ale też wobec tradycji mieszczańsko – katolickiej. (…) Teatr Ósmego Dnia to była przecież strasznie grzeszna grupa! (…) Bo ten teatr, jako zespół ludzi, wiązał się z koncepcją anarchistycznej grupy społecznej”.

    W latach odwilży 1980 – 81 na skutek nacisków „Solidarności” na aparat peerelowskiej władzy grupa złapała spokojniejszy oddech po fali prześladowań. Zniesiono im zakaz wyjazdów za granicę i zagrali swe spektakle w Holandii, Włoszech, Anglii oraz w Meksyku.

    Sielanka nie trwała jednak długo – wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku radykalnie zmieniło położenie grupy. W lutym 1982 roku w trakcie demonstracji pod Pomnikiem Poznańskiego Czerwca’56, w której wziął udział cały zespół, został zatrzymany i skazany na miesiąc aresztu Roman Radomski, a jesienią tegoż roku do służby w wojsku zabrano Marcina Kęszyckiego. Teatrowi znów cofnięto zgodę na wyjazdy za granicę i anulowano jego występy w kraju. Aktorzy zaangażowali się więc w działalność opozycyjną. W lipcu 1984 roku poznańska „Estrada” rozwiązała z nimi umowy o pracę, a władze miasta odebrały siedzibę. Ponieważ powrót pod skrzydła kontrolowanego przez władze ZSP był nie do zaakceptowania Teatr Ósmego Dnia znalazł się poza wszelkimi organizacyjnymi strukturami komunistycznego państwa. Oficjalnie był „zbieraniną” całkiem prywatnych osób, nigdzie nie zatrudnionych (a więc „osobników aspołecznych”), które w dodatku regularnie podejmowały jawną „antypaństwową” działalność poprzez nielegalne granie spektakli nie firmowanych przez żadną akceptowaną przez władze instytucję. Poznańska grupa skazana została tym samym na oficjalny niebyt. Aktorzy jednak znów nie zrezygnowali z działalności artystycznej. Tym samym dobrowolnie zrzekli się podstawowych praw przysługujących obywatelom PRL (np. prawa do państwowej opieki lekarskiej) za to narazili się na dalsze prześladowania – od pobicia przez „nieznanych sprawców”, po aresztowania na 48 godzin, rewizje zakończone rekwizycjami np. maszyny do pisania lub notatek do spektaklu, uszkodzenia samochodu, otrucie psa (znów „nieznani sprawcy”), odebranie mieszkania przez zarząd spółdzielni mieszkaniowej itp.

    Chcąc grać, mieć kontakt z widownią od lata 1984 roku włączyli się w tzw „teatr drugiego obiegu”, czyli organizowane przez co odważniejszych proboszczów występy w kościołach i salkach parafialnych, od których milicja wolała trzymać się z daleka. Myślę jednak, że w zatęchłych salkach parafialnych nie było im lekko. Kronikarz zespołu Juliusz Tyszka oględnie napisał o tym epizodzie artystycznym – „Jednak w miarę upływu czasu znów odczucia i refleksje członków grupy rozmijały się z panującymi wśród ich widzów. Ci ostatni spragnieni ostrej krytyki komunistycznych władz wymagali od występujących w kościołach artystów drapieżnej publicystyki, a nie wieloznacznej kreacji artystycznej, autoironii i dystansu. Kurczyły się zatem możliwości występów w kościołach – z miesiąca na miesiąc zmniejszała się liczba zaproszeń.

    W tej sytuacji zespół Teatru Ósmego Dnia podjął decyzję wyjazdu za granicę. Niestety, znów decyzje władz o przydzieleniu paszportów podzieliły zespół. Wyjeżdżali więc grupami. Latem 1985 roku czterech członków teatru znalazło się po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”. Po licznych występach otrzymali na festiwalu w Szkocji jedną z cieszących się zasłużonych prestiżem nagród Fringe First. Edynburski sukces pociągnął za sobą dalsze zaproszenia na występy, tournée przedłużało się. Sytuacja „krajowej” części grupy pogarszała się natomiast z miesiąca na miesiąc – kurczyły się możliwości grania, odbiór spektakli przez „kościelną” publiczność coraz bardziej fałszował wymowę spektaklu, doskwierał powszechny marazm. Pozostający w kraju aktorzy albo nie mieli szans na wyjazd (Marcinowi Kęszyckiemu odmówiono wydania paszportu 23 razy w ciągu ponad pięciu lat!), albo nie chcieli wyjechać (Roman Radomski), albo proponowano im wydanie paszportu konsularnego, co zamykało powrót do kraju i skazywało na żywot „bezpaństwowego” emigranta (Lech Raczak, Ewa Wójciak).

    W sytuacji ciągłej niepewności „zagraniczna” część zespołu, do której w styczniu 1986 roku dołączył Lech Raczak pogodziła się z koniecznością pozostania dłużej na Zachodzie. Siedzibą grupy stała się włoska Ferrara, gdzie zespół mógł mieszkać i pracować w podmiejskim budynku opuszczonej szkoły. Teatr Ósmego Dnia utrzymywał się na Zachodzie tylko i wyłącznie z grania przedstawień i organizowania warsztatów, w związku z czym prosta konieczność materialnego przetrwania gnała zespół z jednego końca Europy na drugi, nie pozostawiając czasu na jakąkolwiek refleksję. Lech Raczak wspominał później, że jednym z najbardziej dojmujących odczuć z tego okresu była jego tęsknota za biurkiem lub stołem – obszernym blatem, na którym mógłby choć przez kilka dni rozłożyć swoje notatki i spokojnie pomyśleć. Wszystkim członkom zespołu doskwierało poczucie wykorzenienia.

    Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości jej pierwszy, wybrany na skutek wolnych wyborów Premier Tadeusz Mazowiecki w czasie wizyty w Rzymie zadeklarował pomoc polskich władz w sprowadzeniu Teatru Ósmego Dnia z powrotem do kraju.

    Ostatecznie Teatr Ósmego Dnia powrócił do Polski jesienią 1990 roku, zyskując status teatru utrzymywanego przez władze Poznania. Dwudziestoletni okres tułaczki i represji dobiegał końca.

    Aktorzy „Ósemek” nigdy nie obnosili się ze swoim „kombatanctwem”, przez ostatnie lata po prostu robili swoje. Aż do czasu gdy zdecydowali się wesprzeć Janusza Palikota wywołując tym samym idiotyczną dyskusję o wolności słowa, która cofnęła nas na powrót do epoki komunizmu. Zdaje się, że to ich zbulwersowało i mają już dość – są po prostu zmęczeni. Pewnie dlatego zamknęli ten spór następującym oświadczeniem – „Zespół Teatru Ósmego Dnia dziękuje serdecznie wszystkim osobom prywatnym, artystom, stowarzyszeniom, instytucjom, od których otrzymaliśmy wyrazy poparcia i solidarności. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem siły i stanowczości tego obywatelskiego sprzeciwu wobec arogancji władzy.” I tyle – mają rację, bo tu już nie ma o czym gadać.

    Strona „Teatru Ósmego Dnia” pod linkiem

    http://www.osmego.art.pl/t8d/

    Tekst na podstawie artykułu Juliusza Tyszki „Teatr Ósmego Dnia, historia zespołu”

  • 148 Comments
  • Filed under: Kartki
  • zima idzie

    P8201145

    Marsz na górę Godzisz, która liczy 505 m nad poziomem morza. Marsz to złe określenie – najpierw idę starą drogą ślizgając się w podsychającym błocie a później prawie wbiegam na szczyt ostrymi podejściami. Na górę prowadzi stara droga dostosowana jeszcze przez Niemców do konnego transportu. Wiekowi ludzie, którzy trafili tu jeszcze w czasie wojny na tzw „roboty” wspominali, że przy niedzieli Niemcy wjeżdżali na szczyt bryczkami i urządzali sobie pikniki. Teraz stara droga jest nieużywana – nikt tam nie wchodzi jeśli nie ma czegoś konkretnego do załatwienia. Więc droga wijąca się ślimakowo coraz wyżej i wyżej zarasta samosiejkami drzew. Ale jest, bo solidne głazy z których ułożono skarpę nie pozwalają jej zmyć ulewnym deszczom.

    P8201142

    Dziś zabrałem aparat aby przy pięknej pogodzie zrobić zdjęcie panoramy gór ze szczytu Godzisza. Po drodze, tuż przy torach kolejowych kobieta jak co dzień – od dobrego miesiąca – tnie konary drzew ręczną piłką do drewna. Przyzwyczaiła się już do mnie i nie boi się , że ją zadenuncjuję władzom za kradzież drewna z lasu. Jeszcze dwa tygodnie temu odrzucała na mój widok piłę w krzaki i udawała spacerowiczkę. Jej mąż przychodzi o świcie i wywleka z lasu 6 – 10 obłamanych przez wiatr, kilkumetrowych konarów, przeciąga je przez tory kolejowe i wraca do domu. Kobieta przyjeżdża rowerem koło południa i tnie małą piłką grube jak moja noga pniaki na metrowe odcinki. Wieczorem jej syn pakuje metrówki na wózek i odwozi do domu. Podzielili się tak robotą, by zmniejszyć ryzyko wpadki – zawsze jedna grzywna rodzinę mniej boli aniżeli trzy. Kilka dni temu spytałem – „Nie szkoda pani sił na robotę taką małą piłą?”. „ Co zrobić „ – odpowiedziała odgarniając włosy ze spoconego czoła. „ Zima idzie, trzeba już myśleć o opale. Mamy spalinówkę … „ – jej podkrążone oczy rozmarzyły się na myśl o spalinowej pile. „ Ale syn ciął gałęzie na ziemi, odbiło i obkroił sobie nią stopę. O tak!” – z rozmachem ciachnęła dłonią. „No i teraz strach nią robić. Ale trudno wyżyć tylko z rodzinnego i pielęgnacyjnego z opieki… .” Wiem, że mówiła tym charakterystycznym dla nędzy slangiem pomocy społecznej tylko o swych marzeniach. Tak naprawdę nigdy nie miała spalinowej piły a to ekspresyjne „ciach” po stopie to fragment zasłyszanej od kogoś opowieści. „A pan na grzyby?” – spytała zmieniając temat. „Nie wiem czy są?” – mruknąłem. „Oj panie, dużo jest, podgrzybki, prawdziwki … . I tam i tam… . Mój mąż to nieraz z rana reklamówkę przyniesie, tylko trzeba o świcie ….”. „Muszę już iść” – przerywam wątek nieistniejących grzybów i zostawiam ją pochyloną nad piłą. Jest wysoka, szczupła, nawet zadbana – nie daje się biedzie. Ale takim niewygodnie pracuje się na klęcząco w zastygającym błocie.

    U podnóża góry żółta, spasiona suka patrzy na mnie uważnie znad stosu pogiętych puszek po piwie. Dziś sukces – nie ujada, już chyba mnie poznała. Obok jej pan z purpurową od wysiłku twarzą. Wchodzi z nią tu co dzień taszcząc pod pachą w reklamówce trzy puszki piwa. A potem siedzi zamyślony wciąż w tym samym miejscu zasłoniętym krzakami od kolejowych torów. Siedzi i wysącza te swoje trzy browary odkładając puszki na wciąż rosnący stosik. A gdy minie godzina czerwony z wysiłku daje się wlec swej utytej suce z powrotem do domu. Zawsze widzę ich razem, zawsze dominujący pies prowadzi go szarpiąc nerwowo smyczą. Właściwie nie prowadzi – wlecze go w tę i z powrotem chyba zgodnie z zaleceniami lekarza od serca.

    Mijam ich bez słowa i klucząc między paprociami spocony wspinam skrótem się na górę. Odkąd pojawiły się wieści o grzybach ludzie wydeptali wygodne ścieżki w paprociach i nie muszę się wlec poniemiecką drogą. Pod nagami potrzaskane obcasami muchomory, wydrapana patykami ściółka. W końcu kamienie i gubię ludzkie ślady. Na szczycie kilka skał wznosi się ponad koronami drzew. Spocony wdrapuję się na górę. Piękny widok na tonące w błękitach Karkonosze. Byłem tu wiosną, tak opisałem ten wypad – „Wzmocniony zimnym piwem, ciężko dysząc zdobyłem szczyt na którym nie byłem ponad trzydzieści lat. Trochę się na nim zmieniło. Nie ma już nawet śladów po niemieckiej, drewnianej wieży obserwacyjnej, za to ktoś postawił na jej miejscu gomułkowski tapczan. Obok porwana przez wiatr, przysypana igliwiem czerwona, reklamowa parasolka i pusta butelka po wódce. Przyznam, że zaimponował mi wysiłek włożony w aranż szczytu Godzisza – wiele trzeba było włożyć pracy we wniesienie tapczana na tak wysoko położone miejsce do którego nie docierają nawet ścieżki. Ale trud wart był zachodu, bo ze skałek rozciąga się piękny, niczym nie zakłócony widok na góry. Tak więc latem, gdy tapczan wyschnie po wiosennych deszczach można na nim będzie czytać książki, spać, wystawiać ciało do słońca, pić wódkę albo się kochać zerkając na górską panoramę. To jest właśnie praktyczny wymiar zmiany perspektywy o którym czasem piszę.” Od tego czasu niewiele się zmieniło. Między kamieniami wypalone ognisko z pogiętymi puszkami po piwie i nadpalonymi resztkami folii. Obok ławeczka z pniaków i ten sam rozbebeszony tapczan. Nawet wysechł po ostatnich deszczach i można się na nim spokojnie położyć. Zniknęła tylko czerwona parasolka a butelki po wódce litościwie zasypało igliwie.

    P8201146

  • 110 Comments
  • Filed under: Kartki
  • anarchia dziecko rozpaczy

    P7070535

    W 1912 roku kastylijski poeta Antonio Machado patrząc na brzemienną kobietę napisał przejmujący wiersz do hiszpańskiego dzieciaka, który miał się wkrótce narodzić.

    …Pewien Hiszpan się wybiera

    Żyć i życie się weń wlewa

    Między Hiszpanią, co umiera

    I drugą Hiszpanią, co ziewa.

    Hiszpaneczku, co przychodzisz

    Na świat, niech cię strzeże Bóg.

    Jedna z twoich dwóch Hiszpanii

    Serce ci zamieni w lód.”

    Te kilka wersów mówi o bolesnym rozdzieleniu – podziale Hiszpanii na „umierającą” i „ziewającą” w obliczu socjalnego krachu na początku XX wieku. Wizja Machado miała się spełnić po dwudziestu kilku latach zatapiając jego kraj w bratobójczej wojnie a później bolesnej dyktaturze. Poeta wiedział co pisze, czując klimat rozpaczy snujący się po zatopionej nędzy i konfliktach Hiszpanii na przełomie wieków. Schyłek XIX stulecia to okres kryzysu gospodarczego i pustoszenia kraju. W latach 1882 – 1903 średnia liczba wygnanych przez skrajną biedę na emigrację do Ameryki Łacińskiej Hiszpanów wynosiła około 60 tysięcy rocznie. W latach następnych ilości te potroiły się. Średnia długość życia mieszkańców wydłużyła się co prawda z 29 lat do 35, ale wciąż na niekorzyść odbiegała od średniej europejskiej. Wolno postępowały procesy urbanizacyjne – większość ludności wegetowała w nędzy na wsi. Analfabetyzm był powszechnym zjawiskiem. Wyzysk doprowadzono do granic ludzkiej wytrzymałości, zaostrzały się dramatyczne konflikty społeczne, więc rosnąc zaczęły wpływy lewicy a głównie anarchistów. Anarchiści hiszpańscy będący pod wpływem Prudhona, Bakunina i Kropotkina byli najbardziej znaczącym odłamem ruchu lewicowego. Za cel stawiali sobie zniesienie instytucji państwa, które było ich zdaniem źródłem ucisku i zastąpienie go dobrowolną federacją wolnych gmin i wytwórców. Oczywiście celem ich było również zniesienie własności prywatnej – podstawowej przyczyny nierówności społecznych – i religii utrzymującej ten anachroniczny system pod kontrolą. Anarchizm był popularny głównie wśród andaluzyjskich chłopów. Bardziej niż marksizm odpowiadał prymitywnej i buntowniczej naturze robotników rolnych, niechętnych do organizowania się w centralistycznych strukturach partyjnych, ale za to przyzwyczajonych do walki przeciwko właścicielom ziemskim w toku niezliczonych, krwawych lokalnych rebelii i ruchawek. Za sprawą migrujących andaluzyjskich chłopów anarchizm trafił do Katalonii, gdzie stał się ruchem wzmacniającym separatyzm, bo postulującym odrzucenie scentralizowanego państwa ze stolicą w Madrycie.

    Ówcześni hiszpańscy anarchiści ze względu na swą bezkompromisowość przypominali heretycką sektę w łonie średniowiecznego kościoła katolickiego. Stworzyli własną kulturę stojącą w opozycji do kultury oficjalnej. Koncentrowali się na poświęceni dla idei i samodoskonaleniu stąd wyrzekali się np. alkoholu, kawy, tytoniu a nawet seksu. Ich kadrowy, radykalny ruch sięgał po ostateczne środki walki politycznej czyli terror. Najgłośniejszymi aktami terroru w tych latach był zamach bombowy na teatr w Barcelonie w którym zginęły 22 osoby, zamach na procesję Bożego Ciała w Madrycie również z ofiarami śmiertelnymi oraz udany zamach na Canovasa twórcę systemu Restauracji. Jak widać celem anarchistów były szeroko pojęte elementy systemu kulturowo politycznego Hiszpanii. Oczywiście zamachy wywoływały represyjną reakcję władz co doprowadzało do tworzenia tzw spirali terroru. Na porządku dziennym było łamanie procedur sądowych i stosowanie tortur. W słynnym procesie Mano Negra (Czarnej Ręki) skazano na śmierć prawdopodobnie wielu niewinnych ludzi – do tej pory zresztą nie wiadomo czy ta organizacja działała realnie czy była prowokacją policyjną.

    Represje hartowały anarchistów i popularyzował ich idee – głównie antyklerykalizm. W 1909 roku napięcia socjalne znów zradykalizowały biedotę. Zrewoltowane tłumy prowadzone przez anarchistów w trakcie „La Semana Tragica” (tragicznego tygodnia) w Barcelonie spaliły kilkadziesiąt kościołów i klasztorów. Równocześnie kraj zaczęły paraliżować strajki. W ciągu ośmiu lat przeciętny czas trwania strajku przedłużył się z 6,5 do 21 dni – oczywiście strajkom towarzyszyła przemoc. Anarchiści mieli już wtedy do dyspozycji sprawne narzędzie rewolucyjne – Confederacion Nacional del TrabajoCNT czyli Narodową Konfederację Pracy będącą sojuszem wolnych komun. W 1910 roku należało do niej 11 tysięcy robotników a już w 1920 roku 745 tysięcy, co pozwalało im prowadzić już skuteczna walkę z państwem. W latach 20 – tych ekspansję CNT znów wyhamowały represje – w Barcelonie zamordowano przywódcę partii Salvadora Segui, co spowodowało zmniejszenie jej stanu do 250 tysięcy robotników. Mimo to anarchiści byli najbardziej liczącym się i zdeterminowanym na lewicy ugrupowaniem. Nie tylko – jak dotychczas – odrzucali kapitalizm, własność prywatną, religię, państwo ale odmawiali udziału w jakichkolwiek procedurach demokratycznych i wyborach. Ich podstawowym środkiem działania były strajki i przemoc. Nigdy nie stworzyli scentralizowanych struktur politycznych, nie wierzyli w możliwość przygotowania rewolucji – rewolucyjny wybuch musiał być w pełni żywiołowy.

    Żywioł dał o sobie znać na początku lat trzydziestych. W 1932 roku anarchiści znów popchnęli kraj do rewolucji. Ogłoszony strajk generalny przerodził się w zamieszki – robotnicy przejmowali fabryki, majątki ziemskie i gmachy publiczne – które nabrały wymiaru powstania zbrojnego. Do poważnych walk doszło w Katalonii, Walencji, Andaluzji – w Casas Viejas koło Kadyksu policja zastrzeliła 25 chłopów, którzy proklamowali anarchistyczna komunę i okupowali miejscowe majątki. Masakra wzbudziła falę solidarności i doprowadziła do obalenia rządu. Nastroje społeczne wciąż się pogarszały i robotnicy należący dotychczas do umiarkowanej partii socjalistycznej zasilili milicje anarchistyczne.

    Na fali politycznej energii w 1933 roku doszło do nieudanej próby anarchistycznego powstania w trakcie której spalono liczne kościoły. Powstanie ponowiono w 1934 roku. Mimo strajków i zajmowania państwowych gmachów anarchiści znów nie odnieśli sukcesu. Powstanie po kilku dniach władze utopiły we krwi. Inaczej sytuacja wyglądała w Asturii, gdzie górnicy zajęli fabrykę dynamitu i przez dwa tygodnie kontrolowali większość regionu. Przejęto zarządy przedsiębiorstw, ustanowiono własne organy władzy, zniesiono własność prywatną i pieniądz. Kilkutysięczna kolumna górnicza przez wiele dni oblegała Oviedo – walki były niezwykle zacięte, zginęło około tysiąca ludzi, kilka tysięcy zostało rannych. Robotniczy opór zdławiły dopiero elitarne jednostki wojska sprowadzone z Maroka. Obie strony stosowały terror. Robotnicze bojówki zabiły kilkudziesięciu policjantów i księży, wojsko dopuszczało się masowych egzekucji i tortur. Około trzydziestu tysięcy ludzi zostało aresztowanych – w tym przywódcy buntu. Dla obu stron konfliktu stało się jasne, że czas polityki się skończył. Rewolucja Asturyjska stanowiła zapowiedź nieuchronnej wojny domowej. Ziszczała się wizja Machado – „…Jedna z ( … ) dwóch Hiszpanii Serce zamieniała w lód.”

    Ilustracją muzyczną do zrewoltowanej kartki jest Warszawianka 1905 roku uznana przez anarchistów hiszpańskich za swój hymn pod nazwą Las Barricadas.

    http://www.youtube.com/watch?v=32mMk9kQOmM&feature=related

  • 85 Comments
  • Filed under: Kartki
  • donos obywatelski

    P4200601

    Dziś kartka propaństwowa czyli dotycząca spraw obywatelskich a głównie podstawowego elementu łączącego obywateli z państwem, czyli jak oswajająco nazywa to współczesna polska publicystyka tzw. donosu obywatelskiego. „Bellum omnium contra omnes” czyli „wojna wszystkich przeciw wszystkim” – tak określał Tomasz Hobbes w „Lewiatanie” stan natury społecznej uzasadniając tym samym potrzebę istnienia silnej władzy centralnej. Podstawowym paliwem dającym energię władzy dla kontroli pogrążonej w hobbesowskiej zimnej wojnie społeczność są donosy rozmaitych szpicli. Nie zamierzam się zajmować opisem donosicielstwa w Polsce ponieważ nie przeprowadzono nigdy rzetelnych badań tego zjawiska. Polityka historyczna uprawiana od kilku lat wyszła z wygodnego dla społeczeństwa założenia, że donosicielami byli tylko tzw „tajni współpracownicy” policji politycznej a odbiorcami ich donosów demoniczni esbecy albo sekretarze partyjni. Reszta społeczeństwa miała jakoby zachować niewinność, trwać w niezłomnym oporze i nie „dawać dupy” reżimowi. Moim zdaniem to nieprawda – miliony ludzi słało donosy, zarówno podpisane jak i anonimy do rozmaitych instytucji. W czasach gdy byłem młody wpajano mi przekonanie, że trzeba uważać na każdym kroku na tzw „życzliwych” (życzliwie donoszę). Po odzyskaniu wolności niewiele się zmieniło i donos nadal był (jest) podstawową informacją przebijającą się do uszu władzy. Wiem coś o tym, bo przepracowałem kilka dobrych lat w biurokracji. Co ciekawe ilość donosów wzrastała wraz z napięciami politycznymi i autorytaryzmem władzy. Pamiętam falę donosicielstwa związaną z projektem IV RP. Szpiclom donoszącym na sąsiadów i współpracowników w niczym nie przeszkadzała walka z komunistycznymi donosicielami, która w sferze propagandy prowadziły ówczesne władze. Ale trudno pisać tekst w oparciu tylko o własne doświadczenia i intuicję, więc skupię się na donosicielstwie niemieckim w hitlerowskiej Rzeszy. Jest to wygodne i miarodajne dlatego, że Niemcy dokonali bardzo rzetelnego rozliczenia ze swoją przeszłością i dysponują świetnym materiałem badawczym. Nie ma też powodu by sądzić, że niemieccy donosiciele różnili się (różnią) czymkolwiek od swoich polskich odpowiedników. Donosicielstwo podobnie jak prostytucja nie ma swego ustroju i ideologii.

    Podstawowymi motywem skłaniającymi ludzi do donosicielstwa jest nieustanna i wszechobecna możliwość denuncjacji z której wynikają rozmaite korzyści dla władz i denuncjujących. Donosicielstwo kwitnie intensywnie w atmosferze wzajemnej nieufności i „wzmacnianiu więzi narodowej”. Dzięki tej więzi nawet człowiek na najniższym szczeblu drabiny społecznej czuje się najlepszym dzięki możliwości złożenia donosu. Państwo w tej sytuacji ma do dyspozycji ogromny rezerwuar osobistych urazów i zawiści swych obywateli. Według niemieckich statystyk już w rok po przejęciu przez Hitlera władzy ilość niedostatecznie uzasadnionych donosów dwukrotnie przewyższyła liczbę takich oskarżeń sprzed roku. Wskaźnik ten mówi o powszechnej gotowości Niemców do śledzenia swych sąsiadów i współpracowników. Instytucje niemieckie zalane zostały falą donosów – głównie anonimowych – których sprawdzanie faktycznie sparaliżowało biurokrację. Doszło do tego, że w 1937 roku szef administracji reischminister Lammers apelował o powstrzymanie fali korespondencji a w niektórych urzędach państwowych wywieszano plakaty z napisem „Donosiciele dostaną w ucho”. Obiecywano nawet 100 marek (miesięczny zarobek robotnika)każdemu kto złoży zgodny z prawdą donos na fałszywych informatorów. W 1934 roku gazeta „Mannheimer Hakenkreuzbanner” wprowadzona w błąd fałszywym donosem ogłosiła, że dysponuje pamiętnikiem erotycznym Żyda Erlangera, w którym w porządku alfabetycznym wymieniono dwadzieścia pięć kobiet, określanych jako „igraszki orientalnej chuci”. Szmatławiec opublikował nawet nazwiska i adresy czterech kobiet. W następnym numerze, po opisie „tłumów, które spontanicznie pojawiły się pod domem Erlangera, by dać wyraz swemu oburzeniu” gazeta wycofała się jednak z druku dalszych nazwisk – „Tymczasem bowiem Hella Lang zdołała udowodnić, że nie miała z Erlangerem kontaktów a jej nazwisko trafiło na listę na skutek donosów i pomówień” – napisano. Trzeba przyznać, że to niezwykły akt przyzwoitości biorąc pod uwagę współczesne standardy etyczne szmatławców.

    Niekiedy donos był jedyną możliwością wywinięcia się z opresji wywołanej przez donosiciela. W ten sposób wywinął się od odpowiedzialności żołnierz z frontu wschodniego, który w trakcie urlopu, w rodzinnym gronie nieopatrznie nazwał Hitlera mordercą i został zadenuncjowany przez własnego wuja. Żołnierz wykorzystał fakt, że wuj zwierzył mu się wcześniej iż woli by jego syn służył w Wermachcie a nie w Waffen SS. Składając na wuja donos podważył jego wiarygodność donosicielską i uniknął kary za obrazę fuhrera. Donosicielstwo w ramach rodzin było powszechne – stanowiło jeden z podstawowych sposobów rozwiązywania sporów rodzinnych. Wiązało się to też z tym, że powszechnie nie solidaryzowano się z ofiarami donosów a ich autorzy nie podlegali towarzyskiemu ostracyzmowi. Wręcz przeciwnie – obserwowanie tragedii wywołanych przez donosicieli – tragedii nawet bliskich osób – sprawiało ludziom przyjemność. Tak więc za pomocą donosów wywijano się od odpowiedzialności majątkowej, zdobywano pieniądze, pozbywano się konkurentów w pracy, zyskiwano intratne stanowiska, przejmowano mieszkania i inny ludzki majątek.

    Donos był również skuteczną metodą rozwiązywania problemów osobistych. Nasiliło się to w czasie wojny, gdy „życzliwi” masowo zaczeli informować walczących na froncie żołnierzy o wiarołomstwie ich żon. Praktyki fatalnie wpływały na morale żołnierzy, więc były surowo tępione – do kary śmierci włącznie. Pewien kolejarz rozczarowany niepowodzeniem swych zalotów wobec szwagierki oskarżył ją w liście do męża–żołnierza o zdradę i na mocy wyroku sądu zapłacił życiem za ten donos.

    Ze szczególną aktywnością donoszono z powodów seksualnych. Pewna mieszkanka Mannheim złożyła fałszywy donos na męża tylko po to, by pozbyć się go z domu na czas zabawy z kochankiem. Inna sprowadziła dwóch policjantów, by podsłuchiwali pod oknem gdy jej mąż złorzeczył na władze. W ten sposób oprócz rozwodu uzyskała jeszcze cztery lata więzienia dla męża. Jeszcze inna oskarżyła swego męża o słuchanie radia Moskwa i o to, że nie chce mieć więcej dzieci. Mąż stracił żonę, pracę i wolność.

    Szczególnie niebezpiecznymi donosami o podtekście seksualnym były donosy z Żydami w tle. We Frankfurcie pewna kobieta zazdrosna o związek męża z młodą dziewczyną oskarżyła go o pomoc w ukrywaniu Żydów. Kasjerka z Królewca zakochana w swym szefie oskarżyła jego żonę o podarowanie kilku plasterków kiełbasy głodującej Żydówce. W obu przypadkach ofiary donosów straciły życie. Zamiast Żyda można było użyć w donosie komunisty. Pewien dwudziestoparolatek oskarżył matkę i brata o komunistyczną działalność i wpakował ich na dwa i sześć lat do więzienia.

    Donosy były również niezastąpionym orężem w walce pokoleń. Władze za pomocą stosownych ankiet zachęcały młodzież i dzieci do donoszenia na starszych. Tancerka z wiedeńskiego baletu została skazana na trzy lata za słuchanie rozgłośni zagranicznych na podstawie donosu kilkunastoletniej córki. Za to samo postawił przed sądem swego ojca pewien uczeń z Berlina, który dostał wcześniej od niego reprymendę za przepicie pieniędzy.

    Napięcie wywołane wojną zwiększyło podejrzliwość i falę donosów. Przodowały w donosicielstwie kobiety zarówno z tego powodu, że było ich po prostu więcej jak i dlatego, że uważały szpiegowanie sąsiadów za swój wkład w trud wojenny. Potrafiły informować gestapo iż ktoś dał przylepkę od chleba głodnemu jeńcowi, albo że nie schodzi na noc do schronów, co w razie śmierci pozbawiałoby krewnych odszkodowania. Jeden z ukrywających się pod koniec wojny na prowincji Żydów pisał, że wieś „pełna była kobiet ewakuowanych z Berlina, które nieustannie nawzajem się szpiegowały – czy X kupuje kartofle na czarnym rynku, czy Y słucha radia BBC, czy Z oddaje resztki żywności francuskim jeńcom wojennym”. Szczytem absurdu był przypadek kiedy to matka dowiedziawszy się od sąsiadki, że jej zaginiony syn znajduje się na liście jeńców rosyjskich oskarżyła tę sąsiadkę o słuchanie radia Moskwa. W poufnym raporcie dla władz o nastrojach społecznych napisano – „Nieznośnym zjawiskiem dotyczącym totalizacji wojny jest wzrost liczby anonimowych listów do wszelkich możliwych władz, listów w których osoby objęte poszczególnymi akcjami próbują oczernić swoich znajomych kierując się niskimi pobudkami zawiści czy zazdrości”.

    Pod koniec wojny donosy stały się nieomal odruchem warunkowym. W ostatnich dniach kwietnia 1945 roku mieszkańcy Konstancji nad jeziorem Bodeńskim, wciąż jeszcze składali na siebie donosy, choć po ich adresatach – gestapo – nie było już śladu, bo uciekli pośpiesznej przed aliantami.

    Tekst na podstawie „Historii społecznej III Rzeszy” Richarda Grunbergera (PIW 1987)

    Na zdjęciu obsrany przez ptaki niemiecki szermierz.

  • 111 Comments
  • Filed under: Kartki
  • kartka zniechęcona

    PA210198

    Chciałem dziś napisać tekst o sprawach publicznych, nawet nocą o nim myślałem i grzebałem w archiwach internetowo-książkowych, ale nie jestem w stanie nic konstruktywnego spłodzić. Grzebanie w aktualnościach politycznych czy społecznych coraz bardziej mnie przygnębia. W sumie sklejenie z materiałów czy napisanie kilku refleksji o życiu publicznym jest prostym zadaniem, gdyby nie to, że wymaga zanurzenia się w katastroficznej tematyce, która od kilku miesięcy zasnuwa wraz deszczowymi chmurami tę krainę. Nie będę ukrywał – mam przesyt i rzygam już tymi tematami. I nie chodzi nawet o to, że są ponure, ale raczej o to, że pisanie o wspólnym jest pozbawione sensu, bo nic nie przynosi. Zwykle tak jest, że podejmowanie bezsensownych zadań przytłacza psychicznie i dołuje. A tego typu zajęciem jest wypowiadanie się o bezsensownym wypadku lotniczym, fanatykach religijnych, klęskach powodzi i suszy czy profanowaniu grobów. Na blogach politycznych, które od wiosny niczym innym się nie zajmują ludzie właściwie już nie dyskutują, nie zastanawiają się wspólnie nad przyszłością. Raczej składają te same deklaracje – tak samo zresztą uzasadniane. Ile razy można pisać to samo? To przygnębiająco nudne.

    Okazuje się, że bez względu na ilość czasu spędzoną na rozmyślaniach, obserwacji, pisaniu i dyskusjach nie mamy najmniejszego wpływu na to co się dookoła nas dzieje. Polska jest niezmienna – w podobnej samotności pozostają ludzie dotknięci dramatami katastrof i żywiołów, groby są wciąż tak samo profanowane, fanatyzm rozwija się równie witalnie jak pasożyty na trupach. Mało tego – nawet ten głęboko pesymistyczny wniosek, że na nic nie mamy wpływu jest wciąż ten sam. Pisałem o tym dziesięć lat temu, pięć lat temu, w ubiegłym roku i teraz piszę to samo. Pisałem tak o Polsce będąc w Polsce i pisałem tak o Polsce patrząc na nią z daleka. Nawet już mi się nie chce wklejać do tekstu tych ciągle aktualnych refleksji i powtarzać – „A nie mówiłem?

    Trochę mi przypomina ten okres drugą połowę lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy zeszło już ciśnienie ze zbuntowanego przeciwko władzy społeczeństwa i ludzie zastygli w jakimś dekadenckim letargu. Wtedy podobnie jak teraz nie chciało się o sprawach publicznych gadać. Ale chyba wówczas we mnie było więcej nadziei, bo po prostu byłem młodszy. W tej „smucie” dogorywającego komunizmu pomagało mi poczucie więzi z ludźmi, którzy trwali bez perspektyw podobnie jak ja – wiązała nas wspólnota beznadziejności. To paradoksalne, ale ta wspólnota dodawała odwagi. Mieliśmy poczucie dekadenckiego upadku, ale nie czuliśmy lęku. Teraz więzi podobnych nie czuję, bo poszarpało je – pomiędzy mną a innymi ludźmi – ostatnie dwudziestolecie. Za sprawą dwudziestu lat wolności Polska stała się krajem egoistycznych, życiowych tchórzy. Wyczekana, wytęskniona wolność przyniosła Polakom poczucie egzystencjalnego strachu. Ze wzburzonych ludzkich fal, które trzęsły niegdyś tym krajem pozostały błotne kałuże. Ludzie się skundlili – tyle odwagi im pozostało, by zgodnie z prawem o zgromadzeniach, w miejscu wskazanym przez policję pokrzyczeć o sobie „Hańba, hańba …” . Albo pomazać trwożnie po nocy czerwoną farbą ruską mogiłę. Komiczne to i żałosne. Odbieram to bardzo osobiście jako fiasko wpojonej mi w bólach postawy prospołecznej. Po dwudziestu latach wolności nabyta w dzieciństwie socjalizacja we mnie obumiera. To jej głęboka klęska, skoro nawet nie chce mi się o tym pisać.

    Na zdjęciach poniemieckie groby i krypty w centrum miasta – praktyczny, ludzki wymiar odzyskanej przed dwudziestu laty wolności.

    PA210209

  • 141 Comments
  • Filed under: Kartki
  • hiszpański Nobel

    P8220111

    Pisząc teksty o Hiszpanii wielokrotnie zwracam uwagę na sprzeczności, które występują w tym kraju. Różnice kulturowe, społeczne, polityczne, regionalne, obyczajowe, językowe, krwawe epizody historyczne skłaniają do refleksji jak ten kraj się właściwie kupy trzyma. Szczególnie z perspektywy Polski to pytanie wydaje się zasadne, bo przecież mimo mniejszych, obiektywnych sprzeczności, scentralizowanego systemu politycznego, wszechobecnej jednej religii żyjemy właściwie jak dwa oddzielone od siebie nienawiścią narody. Myślę, że nawet literacka polszczyzna już nas nie łączy, bo te same słowa mają dla nas zupełnie odmienne znaczenia. Jak więc to się dzieje, że Hiszpania mimo rozmaitych – bardziej dramatycznych problemów – trzyma się kupy, prze do przodu a rozdzierana waśniami Polska właściwie zdycha w stagnacji? Nie chcę się wdawać w filozoficzne rozważania na temat ponadideologicznego interesu państwa i ponadpartyjnej polityki. Wolę kilka słów poświęcić udanemu pomysłowi, który zamiast dzielić łączy ludzi ponad egoistycznymi animozjami i nadaje dumny, międzynarodowy wymiar zróżnicowanej społeczności zamieszkującej półwysep iberyjski. Dziś więc kartka o hiszpańskim Noblu, czyli niezwykle prestiżowej Nagrodzie Księcia Asturii (hiszp. Premios Príncipe de Asturias, asturyjski Premios Príncipe d’Asturies). Warto przyjrzeć się laureatom. To ich nazwy, nazwiska najlepiej mówią jak dalece sięgają ambicje Hiszpanii i jaka wizja świata temu państwu przyświeca. Warto też zadać sobie pytanie czy Polska byłaby w stanie wystąpić na forum międzynarodowym z podobną inicjatywą.

    Ze wstydem muszę przyznać, że stosunkowo niedawno dowiedziałem się o tym znaczącym, międzynarodowym wyróżnieniu – niewiele się u nas o nim mówi. Dopiero kilka tygodni temu szukając materiałów o Margaret Atwood, doskonałej kanadyjskiej pisarce napotkałem w jej biografii na wytłuszczoną informację o przyznaniu tej nagrody. I tak „po nitce do kłębka” trafiłem na wyżyny hiszpańskiej polityki i wpływów.

    Nagroda wiąże się z demokratyzacją tego kraju po ponurym okresie dyktatury Franco i jest wyrazem intelektualnego otwarcia Hiszpanii na świat. Przyznawana jest corocznie od 1981 roku przez Fundację Księcia Asturii. Nagrody wręczane są w Oviedo, stolicy Księstwa Asturii podczas ceremonii prowadzonej przez Filipa, księcia Asturii (Felipe Juan Pablo Alfonso de la Santísima Trinidad y de Todos los Santos de Borbón y de Grecia) – następcę tronu hiszpańskiego. Oprócz tytułu księcia Asturii następca tronu nosi dodatkowo tytuły księcia Girony jako dziedzic Królestwa Aragonii, Księcia Viany jako dziedzic Królestwa Nawarry oraz Pana na Balaguer jako dziedzic Katalonii. Jego nagrodą jest rzeźba stworzona specjalnie w tym celu przez hiszpańskiego artystę Joana Miró – wzmocniona czekiem na 50 tysięcy euro. Ceremonia w Oviedo, stolicy Asturii jest przepełniona symbolizmem i emocjami. Laureaci zasiadają w gronie wielu znakomitych osobistości międzynarodowych, reprezentujących świat gospodarki i polityki Hiszpanii. Ceremonię relacjonują najważniejsze światowe media reprezentowane co roku przez ponad tysiąc akredytowanych dziennikarzy. Nagrody Księcia Asturii uznawane są za jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Europie i w Ameryce Łacińskiej.

    Nagrody Księcia Asturii przyznawane są w siedmiu kategoriach:

    Nagroda za osiągnięcia w zakresie komunikacji i działań na rzecz ludzkości.

    Nagroda jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, której twórcza praca stanowi istotny wkład w rozwój kultury uniwersalnej w tych dziedzinach. Wśród licznych laureatów w tej kategorii znajdujemy np. – czasopisma El País, El Espectador, El Tiempo, hiszpańskie misje w Rwandzie i Burundi, Umberto Eco, Alliance française, Stowarzyszenie Dante Alighierego, British Council, Instytut Goethego, Instytut Cervantesa i Instytut Camõesa, National Geographic Society, czasopisma Nature i Science, Google. Z satysfakcją zalazłem na liście nagrodzonych również socjologa i filozofa polskiego pochodzenia Zygmunta Baumana. Nagrodę w tej kategorii otrzymał też Ryszard Kapuściński

    Nagroda za osiągnięcia w zakresie sztuki.

    Jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, której praca w dziedzinie architektury, kinematografii, tańca, rzeźby, malarstwa, muzyki oraz innych sposobów wyrażania sztuki, stanowi istotny wkład w rozwój dziedzictwa kulturowego ludzkości. Tutaj też odnaleźć można ciekawe i niebanalne nazwiska, między innymi pierwszego polskiego laureata Krzysztofa Pendereckiego. Obok niego nagrodzeni zostali między innymi Alfredo Kraus, José Carreras, Teresa Berganza, Pilar Lorengar, Plácido Domingo, Montserrat Caballé, Victoria de los Angeles, Vittorio Gassmann, Woody Allen, Paco de Lucía, Maja Plisiecka i Tamara Rojo, Pedro Almodóvar, Bob Dylan i Państwowa Fundacja na rzecz Narodowego Systemu Orkiestr Młodzieżowych i Dziecięcych w Wenezueli.

    Nagroda za osiągnięcia w zakresie literatury.

    Nagroda w tym obszarze jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, której praca twórcza lub badania naukowe stanowi istotny wkład w rozwój literatury i lingwistyki. Wśród laureatów też mnóstwo znanych nazwisk : Mario Vargas Llosa, Carlos Fuentes, Günter Grass, Doris Lessing, Arthur Miller, Susan Sontag, Paul Auster, Amos Oz, Margaret Atwood

    Nagroda Księcia Asturii za osiągnięcia w zakresie rozwoju nauk społecznych.

    Nagroda jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, której praca twórcza lub badania naukowe w dziedzinie antropologii, prawa, ekonomii, geografii, historii, psychologii, socjologii i innych nauk społecznych, stanowi istotny wkład w rozwój nauk na rzecz ludzkości. Wśród laureatów znajdują się między innymi: Raymond Carr, Colegio de México, Jürgen Habermas, Paul Krugman, Giovanni Sartori, Mary Robinson, Tzvetan Todorov, David Attenborough czy zespół archeologów pracujący przy Terakotowej Armii

    Nagroda osiągnięcia w zakresie rozwoju badań naukowych i techniki.

    Nagroda jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, której praca twórcza, odkrycia lub badania naukowe stanowi istotny wkład w rozwój nauk na rzecz ludzkości w dziedzinie matematyki, fizyki, chemii, biologii, medycyny, nauk o ziemi i wszechświecie, jak równie techniki i technologii z nimi związanych. Niestety nie interesuję się specjalnie nauką więc nazwiska laureatów niewiele mi mówią. No ale 50 tysięcy euro nie dawano by za jakąś lipę. Więc podam tylko kilka nazwisk przypadkowo wybranych – Alberto Sols, Manuel Ballester, Pablo Rudomín i Jacinto Convit, Manuel Cardona i Marcos Moshinsky, Manuel Losada Villasante i kostarykański Narodowy Instytut Bioróżnorodności, zespół badaczy Atapuerca, Emilio Méndez Pérez i Pedro Miguel Etxenike Landiríbar, Craig Venter, John Sulston, Hamilton Smith, Francis Collins i Jean Weissenbach, Sumio Iijima, Shuji Nakamura, Robert Langer, George M. Whitesides i Tobin Marks

    Nagroda za osiągnięcia w zakresie współpracy międzynarodowej.

    Nagroda jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, której praca w sposób znaczący przyczynia si do rozwoju wzajemnej współpracy, postępu i braterstwa między narodami. Tu prawdziwe brylanty globalnego świata – Enrique V. Iglesias, Grupa z Contradory, Uniersytet w Salamance i Uniwersytet w Coimbrze, Javier Pérez de Cuéllar, Jacques Delors i Michaił Gorbaczow, Hans Dietrich Genscher, Nelson Mandela i Frederik Willem de Klerk, niebieskie berety Organizacji Narodów Zjednoczonych stacjonujące w byłej Jugosławii, Jaser Arafat i Icchak Rabin, Mario Soares, Helmut Kohl, rząd Gwatemali i Gwatemalska Jedność Narodowo-Rewolucyjna, Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, Komitet Naukowy Badań Antarktycznych, program Erasmus, Simone Veil, Bill & Melinda Gates Foundation, Al Gore, The Transplantation Society i Organización Nacional de Transplantes

    Nagroda za osiągnięcia w zakresie Sportu.

    Nagroda jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, których przykładne życie oraz wytrwały wysiłek pozwala na osiąganie nowych celów i pokonywanie własnych słabości oraz przyczynia się do doskonalenia, rozwoju i promocji sportu. Wśród laureatów znajdujemy – Juana Antonio Samarancha, Siergieja Bubkę, Martinę Navrátilovą, Carla Lewisa, hiszpańsckich maratończyków, Steffi Graf, Manuela Estiarte, reprezentację Brazylii w piłce nożnej, Tour de France, reprezentację Hiszpanii w koszykówce mężczyzn, Michaela Schumachera, Jelenę Isinbajewą.

    Nagroda Księcia Asturii za osiągnięcia w zakresie działań na rzecz zgody między narodami.

    Nagroda jest przyznawana osobie, grupie roboczej lub instytucji, których praca przyczynia się w sposób znaczący i przykładowy do rozwoju braterstwa między ludźmi, walki z niesprawiedliwością, ubóstwem, chorobami i obojętnością oraz ochrony wolności, otwarcia na nowe horyzonty, poznawania i utrwalania dziedzictwa ludzkości. To bardzo ciekawe zestawienie laureatów. Należą do nich – Wikariat Solidarności (1986!!!), Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody i Jej Zasobów i World Wildlife Fund, Stephen Hawking, społeczności sefardyjskie, Medicus Mundi International i Lekarze bez Granic, Amerykańska Fundacja do Badań nad AIDS (amFAR), Stowarzyszenie na rzecz pokoju w Kraju Basków, Save the Children, National Movement of Street Children i Messengers of Peace, J.W. Husajn I, król Jordanii, Adolfo Suárez, Yehudi Menuhin i Mścisław Rostropowicz, Caritas Española, Hiszpańska Akademia Królewska i Stowarzyszenie Akademii Języka Hiszpańskiego, światowa sieć rezerwatów biosfery, Droga św. Jakuba, Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, UNICEF, Yad Vashem, Íngrid Betancourt, miasto Berlin.

    Adres internetowy fundacji pod linkiem

    http://www.fpa.es

    Na zdjęciu szczyty Picos de Europa, najwyższych gór Asturii

  • 109 Comments
  • Filed under: Kartki
  • klątwa Gomułki

    PA120013

    W 1981 roku w jednym z wrocławskich klubów studenckich trafiłem na cichą, półlegalną premierę zatrzymanego przez długie lata zapisem cenzorskim, kompletnie zapomnianego filmu. Był to „Ósmy dzień tygodnia” z 1957 roku w reżyserii Aleksandra Forda ze Zbigniewem Cybulskim i Sonią Ziemann w rolach głównych. Film nakręcono według noweli Marki Hłaski. Pamiętam, że oglądałem go w towarzystwie przyjaciółki, którą losy bohaterów wzruszyły i zmusiły do płaczu. Coś w jej emocjach było prawdziwego, bo w tym parszywym roku komunistycznej biedy można się było identyfikować z miażdżonymi przez życie bohaterami Hłaski. Myślę zresztą, że historia zakochanych w sobie bohaterów, szukających w koszmarnym, zrujnowanym mieście zamieszkałym przez wykolejeńców spokojnego i ładnego miejsca, w którym mogli by się ze sobą pierwszy raz przespać wzruszyłaby i dzisiejszych dwudziestolatków. Ale film mimo sentymentalnego nastroju nie był dobry. Raziła mnie jego infantylna, psychologiczna sztampa i banał. Dużo ciekawsza od treści i formy filmu okazała się historia ludzi związanych z jego tworzeniem.

    Rok 1956 zapisał się w życiu 22 – letniego Marka Hłaski wieloma sukcesami. Prasa drukowała jego utwory, dobrze przyjęto pierwszy zbiór opowiadań z których trzy skierowano do ekranizacji. Pisarz pławił się w popularności i bardzo dobrze zarabiał – dochody po raz pierwszy pozwalały mu na bezproblemowe życie. Na ekrany kin wkrótce miały trafić trzy realizowane niemal równolegle filmy – „Pętla”, „Następny do raju” (Baza ludzi umarłych) i właśnie „Ósmy dzień tygodnia”.

    Już jesienią 1956 roku, tuż po opublikowaniu „Ósmego dnia …” zaczęli krążyć wokół opowiadania reżyserzy – „młody gniewny” Andrzej Wajda i „stary, partyjny wyżeracz” Aleksander Ford. Hłasko nie podzielał ich entuzjazmu. Nie cenił swego dzieła – twierdził, że było nieudane. Zanotował – „Uważam, że jest to najgorsze ze wszystkiego co dotychczas napisałem”. Lubił jednak pomysł utworu opierający się na tym, że – ”dziewczyna, która widzi brud i ohydę wszystkiego, pragnie dla siebie i dla kochanego chłopaka jednej tylko rzeczy: pięknego początku ich miłości”.

    Nowela już na starcie wzbudziła estetyczno-moralne opory. W jednej z recenzji pisano – „Hłasko lubuje się w tego rodzaju określeniach (wulgaryzmy) i z przyjemnością nałogowca nurza się w tym werbalnym bagnie”. Jednak filmowcy uznali „Ósmy dzień tygodnia” za dobry materiał i ostatecznie zakusy o prawo do reżyserii wygrał Aleksander Ford.

    Scenariusz podpisano w styczniu 1957 roku i skierowano film do realizacji jako pierwszą w powojennym kinie wspólną produkcję polsko – zachodnią. Koproducentem została zachodnioberlińska firma CCC-Film, która pokrywała 30 procent kosztów, dostarczała taśmę filmową i opłacała w połowie honorarium reżysera i kompozytora. Za to otrzymać miała wyłączność na dystrybucję w tzw krajach kapitalistycznych odpalając Polsce z tego 70 procent zysków.

    Biorąc pod uwagę tematykę filmu spotkanie Hłaski z reżyserem Fordem może zaskakiwać. Jak pisano – „było to spotkanie młodzieżowego idola z zasłużonym prominentem, „dziecka ulicy” z bywalcem elitarnych salonów”. Rozmowy nie były łatwe – Hłasko bronił atmosfery wykreowanej w opowiadaniu a Ford szukał zbliżenia z młodzieżową widownią, absolutnie obojętny na jej potrzeby, sytuację i oczekiwania. Nazwisko Hłaski miało pomóc tylko w reklamie filmu. Pisarz dopiero po podpisaniu scenariusza zdał sobie sprawę, że zgodził się na produkcję komercyjnego gniota. Pisał – „na całej swej drodze nie spotkałem człowieka tak bezbłędnie cwanego jak Ford”. Ford bowiem w realizacji odwrócił idee Hłaski i pozamieniał bohaterom życiorysy. Opowiadanie było o beznadziejności, panoszącym się złu, nędzy, zaś reżyser oparł je na kontraście „między ohydnym światem, a tym pięknym, o którym ludzie marzą”. Zamienił więc egzystencjalną przypowieść w infantylną bajkę. Bojąc się partii nadał męskim bohaterom inną przeszłość, zmieniając tym samym motywy ich działania. Główny bohater, były więzień polityczny stał się optymistycznym do porzygania architektem, brat bohaterki z ubeka przemienił się w rozpijaczonego kombatanta wojennego. Rozgoryczony Hłasko napisał – „Ford zrobił film na temat, że ludzie nie mają się gdzie rżnąć, co oczywiście nie jest prawdą – rżnąć się można wszędzie.(…) Agnieszka (bohaterka filmu)pęta się po cukierkowych ulicach, tam z kolei stoją statyści ubrani w koszulki gimnastyczne i udają lumpenproletariuszy, którzy zaczepiają dziewczyny. Porażająca jest natomiast brzydota przedstawionego świata – zniszczone domy, deszcz, tabuny pijaków … .”

    Ciężar filmu dźwigał Zbigniew Cybulski grający główną męską postać. Główną rolę kobiecą grała zaś niemiecka aktorka Sonia Ziemann. W trakcie realizacji doszło do romansu między nią a Hłaską – kilka lat później została jego żoną. Hłasko czuł, że powstaje utwór kaleki i jeszcze w trakcie realizacji odcinał się od niego. W wywiadzie prasowym mówił – „Film który robi Ford nie ma wiele wspólnego a atmosferą Ósmego dnia tygodnia”(…) Sonia Zieman jest rutynową aktorką ale taka z niej warszawska dziewczyna jak ze mnie królewicz perski.(…) trudno mi go uważać za obraz swoich myśli”.

    Mimo artystycznych kontrowersji film został ukończony i ruszyła akcja marketingowa. Obraz wsparty entuzjastycznymi recenzjami zgłoszono na festiwal w Cannes w 1958 roku. Jego polskim kontrkandydatem została „Eroica” Munka. Tymczasem Marek Hłasko wyjechał do Francji w glorii sławy „polskiego Jamesa Deana”. Jak zwykle pił i udzielał nihilistycznych wywiadów doprowadzając do piany na ustach rządzących krajem kostycznych i ograniczonych komunistów. Pod koniec kwietnia 1958 roku odbył się pokaz filmu dla członków biura politycznego KC PZPR i biurokratów państwowych najwyższego szczebla. Najważniejszą osobą na pokazie filmu był Władysław Gomułka – pierwszy sekretarz partii. Rozjuszony wcześniejszymi, francuskimi wywiadami Hłaski nie dotrwał do końca projekcji. „Reżyserzy w Polsce widzą tylko picie wódki. Ten film znajdzie się na ekranach po moim trupie” – skomentował i z impetem wybiegł z sali. Rzucona przez niego klątwa wywołała natychmiastowe skutki. Partyjno – państwowa biurokracja rozpoczęła rozprawę z zaangażowanymi w projekt filmu ludźmi. Wycofano film z festiwalu w Cannes, rozprawiono się z Naczelnym Zarządem Kinematografii, nie bacząc na finansowe sankcje wycofano „Ósmy dzień tygodnia” z dystrybucji, wstrzymano druk książek Hłaski Fordowi udało się pozostawić w Berlinie jedną kopię taśmy, która nie wiadomo jaką drogą trafiła na filmowy festiwal w Wenecji. Niestety krytycy włoscy nie pozostawili na jego dziele suchej nitki. Podobnie jak Hłasko uznali film za „gniota” pisząc – „ani talent reżysera Forda, ani dobre zdjęcia Lipmana, ani dyskretna gra Soni Ziemann nie ratują filmu od całkowitej katastrofy”. Oznaczało to ostateczną klęskę dzieła.

    Klątwa Gomułki niosła ze sobą rozmaite, tragiczne konsekwencje. Przede wszystkim ograniczenie wolności twórczej i represje wobec artystów. Gomułka w ten sposób ją rozwinął na jakimś konwentyklu partyjnym – „ …Za przykładem niektórych ekstremistów znad Sekwany zaczęto i u nas lansować tzw. antypowieść i antyfilm, a co gorsza, zaczęto głosić filozofię beznadziejności i rozpaczy, zagubienia i samotności człowieka, filozofię bezsensu życia, zaczęto przenosić bezkrytycznie na nasz grunt poglądy z innego świata, ze świata kapitalizmu skazanego przez historię na zagładę.” Dalej ubolewał – „Twórczość młodych niestety, w wielu wypadkach nie ma nic wspólnego z autentycznym życiem naszej młodzieży w mieście i na wsi, z jej pracą i zainteresowaniami, jej kłopotami i marzeniami”. W „Nowych Drogach”, organie KC PZPR” z lipca 1963 roku pisano o Hłasce, Iredyńskim, Nowakowskim i Brychcie jako o „najzdolniejszych przedstawicielach młodej prozy, ukazujących świat sfrustrowanych „nygusów z artystycznej bohemy,” egzotykę „złodziejską i chuligańską oraz erotykę „młodych troglodytów””. Pisarze ci „solidaryzują się ze swoimi knajackimi bohaterami, z bandą lumpów, waluciarzy, rzezimieszków i pijaków, zboczeńców i sadystów, którzy wypełniają karty ich książek”. Mało tego – „nie traktują bynajmniej swoich literackich narratorów ironicznie. Przeciwnie, z całą sympatią poklepują ich po ramieniu. Nie przeciwstawiają im również innych postaw moralnych i społecznych. Nie polemizują, nie kpią”. Jednym zdaniem – literatura i film miały przypominać współczesne, „dobrótkie” do mdłości, dydaktyczno – moralne seriale telewizyjne.

    Klątwa Gomułki symbolicznie obciążała również losy twórców filmu. Reżyser Aleksander Ford wykaraskał się z politycznej opresji. Odniósł nawet sukces ekranizując „Krzyżaków”. Ale na fali antysemickiej nagonki wywalono go w 1969 roku z kraju. Za granicą nie odniósł jednak sukcesów i po długiej tułaczce – w 1980 roku – popełnił samobójstwo w Naples na Florydzie. Marek Hłasko czując gorący oddech partii na plecach na czas uciekł z kraju. Mimo perspektyw pisarskiej kariery w cywilizowanym świecie zmarł w niejasnych okolicznościach (podejrzenie samobójstwa) w Wiesbaden w 1969 roku. Odtwórca głównej roli Zbigniew Cybulski zginął tragicznie pod kołami pociągu we Wrocławiu w 1967 roku. Władysław Gomułka umarł śmiercią naturalną w 1982 roku. Zgodnie z klątwą, „po jego trupie” – w 1983 roku – „Ósmy dzień tygodnia” uwolniono po dwudziestu pięciu latach z magazynów cenzury i skierowano oficjalnie do kin. Film nie wzbudził większego zainteresowania i znów trafił do archiwum, gdzie leży do dnia dzisiejszego.

    Na ilustracji filmowej sceny z „Ósmego dnia tygodnia”

    http://www.youtube.com/watch?v=xSYd9yyd7FY

    Na zdjęciach główni bohaterowie tej opowieści – Władysław Gomułka, Aleksander Ford, Zbigniew Cybulski i Marek Hłasko

    http://grafik.rp.pl/grafika2/255228,261331,9.jpg

    http://gfx.filmweb.pl/p/28/12/12812/69324.1.jpg

    http://godlikefaces.blox.pl/resource/s.jpg

    http://files.alfaomega.webnode.com/200001907-a6c36a7beb/hlasko.jpg

    Tekst na podstawie książki Piotra Wasilewskiego „Śladami Marka Hłaski” (Oficyna Wydawnicza Parol sp. z o. o. Kraków 1994)

  • 148 Comments
  • Filed under: Kartki
  • „żył, pił i pisał”

    chm

    Rok 1969 – już jedenaście lat pisarz, emigrant, bezpaństwowiec Marek Hłasko tuła się po świecie. Na początku stycznia kończy w Stanach Zjednoczonych pisanie powieści „Palcie ryż każdego dnia”. Wierzy, że otrzyma za powieść „trochę grosza, rzecz jasna, jak wszystko dobrze pójdzie”. Niewiele rusza się z domu, co najwyżej odbywa w tygodniu kilka lotów pilotowaną własnoręcznie awionetką, co daje mu namiastkę wolności. W listach do matki uskarża się na tuszę – „od czasu jak przestałem palić roztyłem się jak świnia”.

    W połowie lutego dzieki staraniom przyjaciół podejmuje pracę w fabryce importującej blachę. Przenosi jej duże arkusze, które z racji kruchości nie mogą być transportowane mechanicznie. Leszek Szymański wspomina, że dźwiga tę blachę gołymi rękami, gdyż w rękawicach śliski metal wypada mu z rąk. „Miał pocięte dłonie, które wysmarowane czerwonym środkiem dezynfekcyjnym sprawiały szokujące wrażenie” – pisze. Ale Hłasko jest z roboty zadowolony. Notuje – „Nie mam energii na pisanie. Po przyjściu do domu walę się do łóżka i śpię. Wyłączam telefon. Jedyna satysfakcja, to że dostaję dużo pieniędzy”. Pieniądze są mu potrzebne jak tlen, alkohol i środki nasenne – tonie w długach.

    Wielkanoc spędza z Zofią Komedową, żoną kompozytora, który nieprzytomny przebywa w szpitalu. Hłasko czuje się winny, bo wypadek Komedy jest wynikiem ich wspólnego pijaństwa. Banalny upadek kończy się krwiakiem mózgu, trepanacją i wielomiesięczną agonią.

    W połowie kwietnia Sonia Ziemann, aktorka i formalnie jeszcze żona Hłaski wzywa go do Izraela. Gra w filmie „Wszyscy byli odwróceni” kręconym według jego opowiadania przez niemiecką telewizję ZDF. Hłasko ma skonsultować scenariusz filmowy. Zapewne dzięki jej pomocy dostaje propozycje od ZDF. To zlecenia na scenariusze opowiadań i sztukę rozgrywająca się w środowisku lotniczym – historię człowieka, który nie potrafi iść na żadne kompromisy i to mu łamie życie.

    Jego małżeństwo jest w stanie rozkładu. To życiowa klęska – przecież między innymi dla Sonii Ziemann zdecydował się na emigrację. Poznał ją w 1957 roku na planie ekranizacji swego najsłabszego opowiadania „Ósmy dzień tygodnia”. Film mu się nie podobał – podobnie zresztą jak Władysławowi Gomółce, który rozjuszony jego dekadencką wymową jednym zdaniem – „Reżyserzy w Polsce widzą tylko picie wódki” wydał na film i Hłaskę wyrok artystycznej śmierci. Ekranizacja trafia więc na „półki” a Hłasko na emigrację. Pozostaje mu tylko gorąca miłość do niemieckiej aktorki z którą bierze ślub w 1961 roku.

    Mimo, że uczucie nie wytrzymało próby czasu z Sonią Ziemann utrzymuje jednak kontakty przyjacielskie – w trakcie kręcenia filmu mieszkają wspólnie w bungalowie hotelu Caravane w Eljacie i sprawiają wrażenie szczęśliwych. W kwietniu uprawomocnia się ich rozwód.

    W tym samym czasie Hłasko odnawia romans z Esther Steinbach, młodszą od siebie o 7 lat żydowską dziewczyną. Był z nią w już czasie swego pierwszego pobytu w Izraelu, gdy pracował w kibucu – w 1959 roku. Teraz reanimuje ten związek szukając emocjonalnego punktu zaczepienia, ucieczki od dobijającej go depresji. Tak ten renesans miłosny z piękną stewardesą izraelskich linii lotniczych opisuje Jerzy Press – „Telefon, aż mną zatrzęsło – poznałem po głosie Marka. „Gdzie jesteś?” – W Nicy. „Już przyjeżdżam”. Przyjechałem do tej kawiarni, w pierwszej chwili prawie go nie poznałem, taki był opuchnięty. Pił piwo (…)Pierwsze pytanie o Esther. (…)Nazajutrz pojechaliśmy do Eljatu. Na plaży spotkaliśmy Esther. Tak się odnowił ten romans (…) została podjęta absolutna decyzja, że Marek nie wraca do USA”.

    W maju Hłasko udziela ostatniego wywiadu dla redakcji emigracyjnej gazety „Nowiny i Kurier”. O rozwodzie nie wspomina – jak również o nowym uczuciu. To dziwne, bo miłość jest w życiu Hłaski sprawą najważniejszą. Jest człowiekiem uczciwym i żyjącym bardzo intensywnie. Chce mieć wszystko albo nic… . „Nie jestem dobry ale lojalny” – mówi w wywiadzie. ”Mam niewielu przyjaciół, lecz dla tych niewielu zrobiłbym wszystko. Zapytała mnie pani czy wróciłbym do Polski gdybym mógł. Wątpię gdyż wszyscy ludzie, których tam kochałem, nie żyją, siedzą w więzieniu albo są chorzy. Nie oznacza to jednak” – dodaje – „że chcę się wyrzec swojego pochodzenia. Mógłbym pisać po angielsku, ale językiem wyrażającym moje uczucia jest polski. Tkwię korzeniami w Polsce.”

    Pod koniec maja pisarz leci z Tel Avivu do Niemiec. Zatrzymuje się w Wiesbaden, w domu redaktora ZDF Hansa–Jurgena Bobermina. Mają przygotowywać wspólnie adaptacje jego opowiadań. Finansowe zaliczki pozwalają mu złapać oddech, w końcu może zająć się tylko pisaniem. Tylko na krótko wraca do Izraela zebrać dokumentację do scenariuszy. Bobermin wspomina ten wypad – „Postarałem się o zaliczkę dla niego na poczet przyszłej produkcji, bo miał kłopoty finansowe, nie wiem nawet czy miał na bilet powrotny do Izraela, kupił go dopiero wówczas gdy mu dałem zaliczkę. Otrzymał 5 tysięcy marek, bilet zaś wykupił na lot popołudniowy, ponieważ rano byłby zbyt pijany aby lecieć (…)On mówił bardzo dobrze po niemiecku. Pamiętam, czytał u nas jedno ze swych świeżo przełożonych opowiadań i zachwycał się niektórymi sformułowaniami a inne krytykował. Mówił także bardzo dobrze po angielsku, jego celem było pisać w tym języku. Był u nas ponad tydzień, może dziesięć dni. W czasie jego pobytu był jakby pod wpływem depresji (…) trzeba go było zmuszać do wyjścia na spacer. (…) Potrzebował nieustannie kogoś kto by mu towarzyszył, nie chciał być sam przez dłuższy czas. Było w tym coś chorobliwego. Jeżeli ktoś okazał mu zainteresowanie i okazał zaufanie potrafił się hojnie odpłacić. (…) Caspar Witsch, powiedział, że Marek Hłasko za dziesięć lat będzie albo geniuszem albo nie będzie go wśród żywych.” Ta obserwacja dotyczy desperackiego stylu życia pisarza, a głównie picia. Był zawodowcem w piciu – pił od wielu lat, choć moim zdaniem nie miało to nic wspólnego z alkoholizmem. Alkohol był atrybutem jego postawy „loosera”. Przestawał pić gdy pisał, a pisał dużo. Pisał albo pił – jednym słowem uciekał.

    Na początku czerwca dostaje trzymiesięczną wizę izraelską. Może już bez administracyjnych problemów spotykać się z Esther Steinbach.

    Piątek, 13 czerwca – tak wspomina ten dzień Bobermin – „ … siedzieliśmy wspólnie, rozmawialiśmy słuchając muzyki, piliśmy trochę alkoholu. Około dziesiątej chciał nagle posłuchać pieśni rosyjskich w wykonaniu chóru armii radzieckiej, mam tę płytę jeszcze dzisiaj, kilka razy słuchał tej płyty, ogarnął go nastrój nostalgiczny, przed północą pożegnałem się z nim, bo musiałem być rano w telewizji.. Poszedłem spać. Żona mu jeszcze trochę towarzyszyła, potem został sam i dalej słuchał tej płyty. Przypuszczalnie wtedy wziął te środki nasenne. (…) Żona, która szykowała rano córkę do szkoły znalazła go martwego w pokoju. Nie reagował na pukanie do drzwi. (…) Lekarz stwierdził, że śmierć nastąpiła stosunkowo szybko na skutek zapaści spowodowanej przez alkohol w połączeniu ze środkami nasennymi”

    Der Spiegel (nr 26/69) po jego śmierci zamieścił znamienny nekrolog – „Marek Hłasko, 35. Żył, pił i pisał. Ten polski pisarz żył w Warszawie, Londynie, Berlinie, Hollywood, Tel Avivie; pracował w kibucu, protestował i rozrabiał. (…) Ten zadziorny, młody człowiek był jak buntownik w piekle tego życia, bezpaństwowiec. „Pisanie” – powiadał – „jest wspaniałe jak chlanie”. Kierował się tą maksymą. Po zawarciu małżeństwa z Sonią Ziemann w 1961 roku już nic więcej nie napisał”.

    Krajowy Ekspress Wieczorny (nr 141/69) zamieścił krótką notatkę – „W sobotę w Wiesbaden w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł Marek Hłasko. Istnieje podejrzenie iż popełnił samobójstwo. (…) jak wiadomo Marek Hłasko, autor wielu opowiadań szkalujących Polskę Ludową zdradził w 1958 roku ojczyznę i zbiegł do Berlina Zachodniego...”

    Pogrzeb Marka Hłaski odbył się 20 czerwca w Wiesbaden. Uczestniczyła w nim matka i była żona pisarza Sonia Ziemann.

    Fragment filmu „Pętla” według opowiadania Marka Hłaski w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa z 1957 roku, w roli głównej Gustaw Holoubek

    http://www.youtube.com/watch?v=pVfhuTWJ5ew

    Na filmie monolog Marka Hłaski

    http://www.youtube.com/watch?v=2PNCd3upqTw

    Marek Hłasko i Sonia Ziemann

    http://www.bu.umk.pl/Archiwum_Emigracji/Zdjecia/Hlasko44.jpg

    Tekst na podstawie książki Piotra Wasilewskiego „Śladami Marka Hłaski” (Oficyna Wydawnicza Parol sp. z o. o. Kraków 1994)

  • 96 Comments
  • Filed under: Kartki
  • kartki od Bogi

    DSCN2985

    7 – 8 lipca, Oviedo – San Juan de Villapaňada

    Wychodzę ze schroniska o ósmej. Pada deszcz. Wyciągam pałatkę, Holendrzy pomagają mi ją naciągnąć na plecak. Obserwuję jak idą, ale im się nie śpieszy, zachodzą do panaderii i do baru, więc ruszam do przodu. Upał, mimo deszczu. Po chwili jestem bardziej mokra od spodu niż od zewnątrz. Kluczę ulicami już dwie godziny. Mam mapę, ale jeszcze muszę wyjąć okulary… kijki „trzymam zębami”. Deszcz moczy mi mapę …zaraz zwariuję, w końcu udaje mi się wyjść z miasta. Mija mnie Alexsandro z Neapolu. Też przyleciał dopiero wczoraj czyli Nowicjusz.

    Wczorajszy dzień cudowny, spacer ulicami Oviedo – to chyba najpiękniejsze miasto jakie dotychczas widziałam. Co budynek to arcydzieło. Zachodzę do Katedry. Wszyscy przygotowują się do meczu ( półfinały? Hiszpania z Niemcami ), na ulicach dostawiają stoły, krzesła, widzę jakąś wyrzeźbioną niewiastę przewiązaną flagą.

    Zamawiam jedną szklankę Sidry ( młodego hiszpańskiego wina ), kelner przecząco kręci głową, muszę wziąć całą butelkę. Ok. Nalewa tak jak napisał Kartek, tak jakoś z góry i z ukosa, ale trafia do szklanki. Wszyscy to piją dookoła. Biorę jakieś dwa łyki i intuicja mnie ostrzega – uwaga biegunka. Kończę, zabieram butelkę i szklankę dla hospitalero – w końcu Hiszpan, jemu nic nie będzie. Po drodze zachodzę do supermercado po wodę. Odstawiam wino na chwilę na ziemię i dokonuję zakupu… . Nagle, bum!!!, Brzęk!!! Sidra wybucha, szklanka leci w górę i rozpryskuje się na tysiące kawałków. Kształtem przypominała nasze szklanki do piwa i myślałam, że jest plastikowa, teraz uświadamiam sobie, że rąbnęłam z baru szklankę. Przepraszam wielokrotnie, prawie po japońsku, sprzątam a w duchu zadaję sobie pytanie czy tak już będzie zawsze? Rozumiem w Polsce, ale tu także? Mam talent do nietypowych zdarzeń – kiedyś przykleiłam konduktora do podłogi. Rozkleił mi się but, kupiłam „Kropelkę” czy coś podobnego i w pociągu sobie sklejam ( kilkanaście lat już dojeżdżam do pracy ), psiknęło mi się za mocno i duża kropla spadła na podłogę. Właśnie dociskam podeszwę a tu wchodzi konduktor…zanim podałam bilet upłynęła chwila, chciał ruszyć dalej i patrzy na mnie – „co Pani zrobiła?! Przykleiła mnie Pani do podłogi?!” Ja w śmiech – „jaja Pan sobie robi?” Ale widzę, że jest poważny, więc rzucam się do jego nogawek i ciągniemy oboje. But się oderwał ale z kawałkiem podłogi i wtedy strach mnie obleciał, że kolej mnie obciąży za zniszczenie wagonu…wiałam z pociągu jakby mi ktoś „soli na ogon nasypał”, ale pasażerowie nieźle się ubawili.

    Tymczasem idę sobie, rozglądam dookoła, robię zdjęcia – plecak ciężki, torba na brzuchu wrzyna mi się w szyję, ale podkładam chusteczki i idę dalej stopniowo coraz wyżej i wyżej. Po jakimś czasie jestem kompletnie mokra, pot mi kapie z czoła, oczu, nosa, leci po całym ciele … . Przestałam się już nawet wycierać. Po pewnym czasie wysycham, przeciągam dłonią po twarzy – jest cała jakby posypana pisakiem, po chwili orientuję się, że to kryształki soli… . Dochodzę do Grado. Spotykam szóstkę Polaków, idą już szósty dzień – spaliśmy w tym samym czasie w Oviedo. Daję jednej z kobiet maść Ketonal, ma spuchniętą stopę, nie może włożyć butów i idzie w sandałach. Zostaję, żeby zrobić zakupy jak doradzał jeden z forumowiczów. Proszę ich żeby zajęli mi miejsce ( o ile to będzie możliwe ) w alberque. Mam teraz dodatkowe dwa kilogramy i prawie czterdziestopięciostopniowe podejście pod górę. Słońce pali, ja mało nie wypluwam płuc, siatka z owocami i wodą obija mi się o kijki, chce mi się wyć… . Po dojściu do schroniska jestem tak skonana, że chce mi się już tylko wymiotować a nie jeść. W końcu dostaję się do łazienki.

    W alberque tłumy, kochani Polacy zajmują mi łóżko na górze, ale jeden z nich będzie spał na podłodze. Później okazuje się, że w kuchni nocą cała podłoga też zajęta. Gwar, wszyscy się śmieją a ja mam chyba gorączkę – trzęsie mnie i ubieram wszystko co mam ciepłego na siebie. Na nogi nie mogę stąpnąć, ból porażający. Wieczorem podchodzi do mnie Elwira z zapytaniem czy pójdę z nimi na mszę ( okazuje się, że jest wśród nich ksiądz ). Tak, idę – Bóg mi jest w tej chwili bardzo potrzebny. Pierwszy raz widzę miniaturowe naczynia do mszy i bardzo skromny ornat. Msza pięcioosobowa, widok ze wzgórza na którym stoimy jest cudny, niebo przepiękne. Odmawiam głośno „Ojcze Nasz” a po twarzy płyną mi łzy – tak zakończyłam swój pierwszy etap. Nic nie jem, biorę dwie aspiryny i zasypiam.

    DSCN2990

  • 87 Comments
  • Filed under: Kartki
  • powódź, Nahavica i Mongolia

    P6150164

    Na okrągło w mediach wałkowana jest ostatnia powódź na styku granic polskiej, czeskiej i niemieckiej. W różnych, mniej lub bardziej prawdziwych i histerycznych relacjach umyka wyjaśnienie dlaczego nie ostrzeżono na czas ludzi mimo, że już dobę wcześniej jasne było, iż powódź spustoszy miasta i wioski. Oczywiście trwa ględzenie o „doskonaleniu procedur”, „określaniu zakresu odpowiedzialności” czy tworzeniu jakiś kolejnych „systemów ostrzegawczych”. Pusty śmiech mnie ogarnia gdy słyszę takie bredzenie. No bo czy „procedura” zmusi kogoś odpowiedzialnego z bezpieczeństwo ludzi do patrzenia za okno i sprawdzania czy pada? Czy „procedura” może stać się protezą nieistniejącej percepcji? Specyfiką worka żytawskiego jest to, że potoki wpływają do Polski zza czeskiej granicy. Ich zlewnia wynosi u nich blisko 300 kilometrów kwadratowych. O tym uczą – w oparciu o kosztowny, przymusowy obowiązek kształcenia – w szkołach. Tak więc jeśli za czeską granicą leje kilka dni to oczywiste jest, że woda ze zlewni w końcu wleje się do Polski. Burmistrz Bogatyni sugeruje, że to Czesi zalali miasto. Jest w tym trochę racji, bo Czechy są wyżej a woda jak wiadomo płynie z góry na dół – nie odwrotnie. Tak więc Czesi są winni zdaniem burmistrza istnieniu praw fizycznych. Na przykładzie tym widać, że tragiczne skutki powodzi nie tyle wynikają ze zjawisk meteorologicznych co raczej z ograniczonej głupotą ludzkiej percepcji.

    W jaki sposób to ograniczenie się objawia? Obserwuję to często w górach – pozbawionych już na szczęście granicy. Tam gdzie ona niegdyś biegła nie ma już nawet polskich słupów granicznych. Mimo tego ta granica wciąż istnieje w ludzkich głowach. Gdy ludzie stają na jej linii za plecami mają „swoje” czy raczej „swojskie” a przed nosem „obce”. I stoją karnie powstrzymywani lękiem przed „obcym”. Stoją na tej linii patrząc na czeskie Sudety, robią zdjęcia krańca swego świata, nawet podglądają ciekawie przez lornetki. Ale nie przechodzą. Przypominają plażowiczów, którzy wchodzą po kolana do morza i patrzą na horyzont ograniczony tylko falami. Obserwują horyzont, ale nie wchodzą dalej, bo by się potopili. Czemu ci w górach nie idą dalej mimo wygodnej ścieżki? Nie wiem. Pewnie myślą jak ci nad morzem, że się potopią. To jest ta emocjonalna, lękowa granica percepcji przekładająca się na intelektualną niemożność zrozumienia świata – również w kontekście powodzi. Niestety, „procedurami” tego kalectwa umysłowego się nie zastąpi.

    Zauważają tę intelektualną, polską niemożność również „obcy”. Ciekawie, na kanwie rozważań o kulturze mówi o niej Peter Zelenka – reżyser filmu „Rok Diabła”. Przypomnę, że film został wybrany Najlepszym Czeskim Filmem 2002 roku i otrzymał wiele nagród – między innymi w Cottbus czy w Karlovych Warach. W Czechach film stał się wydarzeniem, które tylko w pierwszych 8 tygodniach przyciągnęło do kin 100 000 widzów. Rok Diabła okrzyknięto filmem kultowym, a ścieżka dźwiękowa plasowała się na szczycie czeskiej listy przebojów przez 5 tygodni. Muzykom występującym w nim sukces przetarł drogę do kariery europejskiej a Zelenka otrzymał propozycje z Hollywood.

    W Polsce film dwukrotnie trafił do dystrybucji. Pierwsza polska premiera odbyła się 21 listopada 2003 roku zaś druga 25 listopada 2005 roku. Mimo interesującej promocji nie odniósł jednak sukcesu. Szczerze mówiąc przemknął przez kina przy pustych salach. Podobno stało się tak dlatego, że polski widz nie potrafił zrozumieć tekstów czeskich piosenek, których pewnie z powodów oszczędnościowych nie przetłumaczono. To ciekawe, bo główny bohater filmu Jaromír Nohavica pochodzi z Ostrawy i dobrze rozumie Polskę. No ale co z tego, skoro Polska nie chce rozumieć Nahavicy. Czy precyzyjniej mówiąc Polski nie interesuje co jest poza Polską – to takie mentalne i kulturowe ograniczenie percepcji o którym pisałem wyżej.

    O problemach z odbiorem filmu za granicą (w wybranych krajach) Peter Zelenka opowiada w wywiadzie „Jestem mizoginem” zamieszczonym w książce „Europa z płaskostopiem” (Aleksander Kaczorowski, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006)

    Peter Zelenka – „ … Byłem tam trzy lata temu (w Mongolii) na zaproszenie czeskiego attache kulturalnego. Jeździliśmy po stepie i pokazywaliśmy „Rok diabła” pod gołym niebem. Przygotowaliśmy nawet napisy po mongolsku, ale okazało się, że większość publiczności nie umie czytać. Najbardziej podobały im się drzewa, bo widzieli je pierwszy raz w życiu.

    W Mongolii zrozumiałem też, że film wcale nie jest czymś uniwersalnym. Zresztą muzyka też nie. Wcześniej zazdrościłem muzykom, że mogą się porozumieć z ludźmi pod każdą szerokością geograficzną, ale to nie prawda. Przynajmniej w Mongolii.

    Aleksander KaczorowskiA w Polsce?

    Peter Zelenka – W Polsce jest nieco lepiej. Nie mam nic przeciwko Mongołom; to bardzo inteligentni ludzie, utalentowani językowo itd., ale nie mają potrzeby kultury w takim sensie w jakim my ją odczuwamy. U nas panuje głęboko zakorzenione przekonanie, że naród bez kultury zginie, straci swą tożsamość. A Mongołowie obywają się bez niej. Po prostu życie tam jest tak ciężkie, że nie ma miejsca na kulturę – chyba, że uznać za kulturę oglądanie koreańskich telenowel. A mimo to jest to najbardziej stabilne społeczeństwo na świecie. Żyją wciąż tak samo jak pięć tysięcy lat temu. …”

    Ciekawe jak Mongołowie radzą sobie z powodziami?

    Na ilustracji filmowej scena z Roku diabła.

    http://www.youtube.com/watch?v=bjouIYEmLBU&feature=related

  • 96 Comments
  • Filed under: Kartki
  • kartki od Bogi

    DSCN2906

    Dziś niezwykle miła niespodzianka – pierwsza Kartka od Bogi. Boga w zeszłym roku czytając mój blog towarzyszyła mi w podróży. Później, po powrocie pisaliśmy do siebie czasem listy, miałem więc okazję obserwować jej przygotowania do camino i towarzyszyć jej w chwilach zwątpienia. W lipcu wyruszyła w Drogę. Mimo zmęczenia zaglądała na blog, więc mieliśmy okazję z nią być i wspierać. Po powrocie do kraju przesłała mi zdjęcia a wraz z nimi tyle energii, że zaproponowałem jej publikację wspomnień na blogu. Na szczęście zgodziła się po chwili wahania. Dziś przysłała pierwszy tekst, który mnie niesamowicie ujął. To ta najlepsza, pisana na gorąco relacja – bardzo osobista i kipiąca dobrymi caminowymi emocjami. Zapraszam do czytania – ucieknijmy na chwilę od codziennych trosk i kłopotów na szlak. Powędrujmy razem z Bogą trudnym ale frapującym camino primitivo.

    3 lipca, w drogę

    Wychodzę z domu. Jest piękne sobotnie przedpołudnie. Schylam się i podnoszę dwa kamyki, chowam je głęboko w kieszeni. Żegnam się z sąsiadką. Obie mamy w oczach łzy – zostawiam jej najnowszą książkę o Camino, sama nie zdążyłam przeczytać. Malbork. Warszawa. Wylatuję jutro rano, ale nasza kolej wydłużyła czas przejazdu z Malborka do Warszawy od 9 do 12 godzin. Za to sam lot do Barcelony zajmie mi 4… .

    Serce mam pełne niepokoju, przymykam powieki nie chcąc zdradzić co właśnie się zaczęło. Drżą mi ręce. Rozpamiętuję minione miesiące i narastającą obsesję podróży. Gorączkowe czytanie „Kartek” nocami ubiegłej jesieni – wydrukowanych ukradkiem w pracy. W końcu kupuję neta. Samotność. Ból. Moje rodzeństwo skutecznie zakwestionowało moje prawo do korzyści i pozbawiło mnie marzeń, …resztki przekuwam na podróż życia. Pierwszy zakup to skarpetki doradzone na forum camino, próżno doszukuję się w nich nitek srebra rzekomo pochłaniających pot ( ha, ha, ha, takich ilości potu jakie spływały mi do butów prawdopodobnie żaden producent nie przewidział ). Wracam wspomnieniami do pierwszej myśli o Camino… . Jest 94 rok – podpisałam zgodę na amputację piersi, czekam na zabieg… . Wcześniej czytam kolejną książkę ulubionego pisarza Davida Lodge’a. Tym razem to „Terapia” – podobno każda książka musi trafić na szczególny splot zdarzeń odbiorcy, by go poruszyć do tego stopnia, że zostanie zapamiętana. Tak było w moim wypadku. Historia mężczyzny, który spotyka swoją dawną znajomą i gdy próbuje ją odnaleźć ponownie ona już podąża szlakiem pielgrzymów. Rusza za nią i stopniowo odkrywa kolejne jej tajemnice, z których jedna była mi wówczas szczególnie bliska… . Zamiast standardowej koperty podarowałam lekarzowi, który mnie operował tą książkę i Album o Japonii, a pierś mi ocalała. Jeszcze dwukrotnie wracałam na onkologię, ale to wtedy podjęłam decyzję – pójdę kiedyś do Santiago de Compostela. Wiadomość o Santo Ano, pierwsza książka Lucyny Szomburg, trafienie na blog „Kartki z podróży” było niesamowitym splotem zdarzeń, których efektem było kupienie biletu do Barcelony jeszcze w listopadzie ubiegłego roku. A teraz boję się. Dygoce we mnie każda cząstka ciała, którejś nocy przed wyjazdem budzę się z tego lęku, odpalam komputer i idę do lodówki po resztkę wina na uspokojenie i… zalewam neta ( skutecznie ). Na szczęście po powrocie dostaję nowy.

    DSCN2949

    4 lipca, Barcelona

    Kolorowy zawrót głowy. Upał. Pachnie. Zbieram oliwki spod drzewek na „mojej” uliczce. Upycham po kieszeniach ( jedną przywiozłam do domu ). Zachwycam się dosłownie wszystkim. Pieszo docieram do Katedry Sagrada Familia. Nie wchodzę, odstrasza mnie kolejka ciągnąca się przez całą ulicę. Fotografuję bez opamiętania. Wykorzystuję zdanie po hiszpańsku jakie przesłała mi Ewa z Santiago i recytuję je przed młodym ojcem z dziećmi ( chodzi o przypilnowanie moich rzeczy ).Facet patrzy na mnie, uśmiecha się i informuje, że nie mówi po hiszpańsku, ale mogę zostawić obok niego swoją torbę. Sic!

    Woda wyśmienita. Pływam tak zachłannie jakbym miała już nigdy tego nie robić. Na promenadzie obok plaży widzę gościa kompletnie nagiego maszerującego zamaszyście, klejnoty starannie wygolone dyndają wesoło. Rozglądam się dookoła, nikt na niego nie zwraca uwagi. Właśnie mija dwie młode muzułmanki w chustach na głowie. Uśmiecham się sama do siebie – podoba mi się tu. Dyskretnie wyciągam aparat żeby nie przeoczyć następnej „okazji” i mija mnie fajna rodzinka na rolkach, piękna szczupła mama, tatuaże, imponująca szybkość…i nagle słyszę słowa po polsku…rozpływam się ze szczęścia. Awangarda made in Poland ! Tym razem udaje mi się ich utrwalić.

    Później Muzeum Picassa ( 3 godz. wzruszenia, niestety nie było mojego ulubionego obrazu z okresu błękitnego„Prasowaczka” ), La Rambla, Wzgórze Montjuïc …mam tylko dwa dni, jak tu się „najeść” Barcelony do syta? Wracam nocą kompletnie zmęczona. Jutro fly from Oviedo, jeszcze tylko dotrzeć na lotnisko i jak to zrobić nie znając żadnego istotnego języka?

    Rosyjski się nie liczy a niemieckiego i łaciny ze studiów nie pamiętam „ani w ząb”. Tymczasem w moim pokoju „wytrzeźwiała”. Klimatyzacja dont function. Proszę gościa z recepcji o pomoc… i walnął ją pięścią ! ( matko „Seksmisja”!!! ) Mówię mu, że będę spać w holu na kanapie. Po chwili przynosi gruby koc, tylko, że to nie koniec moich „przypadków”. Jakiś gość przekręca klamkę na tarasie a tam na doniczkach wiszą moje majtki, stanik i dwie bluzki. Tłumaczę „po mojemu” , że jutro rano odlatuję i muszę to zabrać… . Recepcjonista szlachetny przychodzi ze śrubokrętem i coś kombinuje a tu klamka plastikowa zatopiona w takich samych drzwiach czyli zero efektu. Biorę sprawy w swoje ręce – zdejmuję karnisz z zasłonami, udaje mi się otworzyć okno. Przełażę okrakiem przez parapet, zabieram moje desusy i otwieram nieszczęsne drzwi. Zasypiam marznąc w mokrych włosach.

  • 135 Comments
  • Filed under: Kartki
  • rachunek sumienia

    P6290386

    …Miasto żegnało go, tak jak witało – swoimi wstydliwymi sekretami. Znów szare przedmieścia i brudne – pokryte graffiti – korytarze pod autostradami; znów stare chałupy z jazgoczącymi psami i ogrodzone szczelnie, szare bryły magazynów i fabryk. W końcu zostawił za sobą miasto i wkroczył na sięgające po horyzont, zielone pola Kastylii. Przed nim równina, o której mówiono, że to czyściec pielgrzymów. Czekała go wędrówka monotonną drogą wśród pól, której końca nie widać; drogą łączącą niewidoczne za horyzontem wsie; drogą przecinającą się gdzieniegdzie z traktami polnymi. Skrzyżowania, na których nikt się nie mijał i przestrzeń ograniczona tylko samotnymi drzewami. Szlak monotonny jak klekot wiatraków, jak dźwięk modlitewnych młynków. Czasem znaki prowadzić go miały wzdłuż szosy do Burgos, gdzie w ryku pędzących ciężarówek, owiewany gorącymi spalinami doświadczać miał samotności podobnej do odosobnienia, które odczuwał w górach.

    Gdy szedł, był sam ze sobą – sam ze sobą rozmawiał, sam się ze sobą spierał i chciał zrozumieć samego siebie. Godziny wspomnień, godziny układania życia w głowie, godziny godzenia się z sobą. Szedł przed siebie a równocześnie jakby cofał się w sobie, odgrzebując w mózgu to co ważne, lecz zapomniane i wyparte. Szukał chwil, uczuć i obrazów, zasypanych śmieciami składanymi przez czterdzieści kilka lat. Robił porządki. Otwierał w mózgu szufladę za szufladą, sortował i wyrzucał stare śmieci pozostawiając tylko to co cenne. Pochylał się nad swoją pamięcią i mozolnie odczytywał stare, pożółkłe papiery.

    Krok za krokiem wdzierał się w swoją pamięć. Patrzył na zamglony horyzont, sine chmury przetaczane silnym wiatrem na północ i borykał się ze wspomnieniami. Sięgał w głąb siebie, szukał w sobie. Na dnie pamięci leżały dziecinne, infantylne obrazki malowane niepewną jeszcze ręką – patrzył na kwiaty, słońca, jabłka pokryte rozwodnionymi farbami. Potem czytał listy do matki i ojca, jakieś skargi i prośby pisane piórem maczanym w kałamarzu na kartkach z marginesami – tam miały być ich uwagi. Pismo rozchwiane, podrapany stalówką papier, gdzieniegdzie kleks i wodnisty ślad po łzach. Potem zmięte w kulki listy nienawiści i buntu, upstrzone wyblakłymi kroplami krwi, które kapały na papier zamiast łez. Wtedy już nie potrzebował rad i uwag. Dalej leżały kartki szydercze – groteskowe karykatury, rysunki przewróconych pomników, hasła i obelgi malowane farbą na murach. To zapis anarchii, tego dziecka rozpaczy, które jeszcze marzy, że coś się da zmienić. Przyśpieszył kroku, sił mu dodało słyszalne z oddali skandowanie tłumów. Prawie biegł jak dawno temu na wrocławskich ulicach.

    Potem znów zwolnił i poczuł ciężar plecaka. Za kimś szedł, kogoś minął. „Hola amigo” – rzucił na odczepnego. Z ludźmi trzeba przecież jakoś żyć, trzeba się jakoś układać. Odgrzebał w pamięci kolejną stertę śmieci: podania, odwołania, decyzje, odwołania od decyzji, umowy, wypowiedzenia umów, wezwania do zapłaty, odwołania od wezwań do zapłaty, świadectwa i dyplomy. Wszędzie pieczątki, pieczęcie, gryzmoły podpisów. Wszędzie urzędowe orły bez koron i orły z koronami – ptaki dziekanów, rektorów, urzędników, sędziów, policjantów, komorników, posłów. Martwe ptaki jak uduszony w szufladzie pamięci majestat państwa. Wtedy próbował jeszcze wpasować się w system, próbował znaleźć miejsce, w którym można wymościć sobie bezpieczne i przytulne gniazdo. Wtedy miał jeszcze nadzieję.

    Na chwilę wyszło słońce – uśmiechnął się do siebie. Odnalazł pijacką aurę w odgrzebanych listach. Sam pisał je do siebie literami chwiejnym i zdaniami bez zakończeń. Listy jak monologi do lustra przerywane czkawką – najpierw okazjonalne, a potem już codzienne z rana i z wieczora. No i w końcu wielotygodniowe korespondencje pisane z pustych pokoi i pozamykanych od środka mieszkań. Sprawozdania o ukrytych między książkami butelkach, rzyganiu żółcią i upiorach wychodzących spod łóżka. Bolesne wspomnienia, lecz nasycone jakimś gorzkim szczęściem. Nie chciał się okłamywać, był wówczas szczęśliwy tak jak tutaj, na tych pustych polach.

    Znów krok za krokiem zmierzał na południe. Pot, mimo chłodu kroplił się na karku. Ciepły pot owiewany zimnym wiatrem – poczuł chłód i biegnące po plecach dreszcze. To jak jego listy o miłości. Niewiele w nich spazmów, napięć i tkliwości, bo gimnastyce w łóżku nie służyły wzruszenia. To nie listy, to raczej poradniki. Jak porady od redakcji umieszczane w rogu ostatniej strony gazety dla facetów; listy jak dobrze wypaść, jak sprostać, zadowolić i posiąść; listy jak nagrodzić i przeprosić; rady jak nagrodę dostać i zasłużyć na więcej. Cholera, ważne tylko, by nie płakać i odchodzić z godnością gdy żal serce ściska. Zimny pot na tych listach osiadł.

    Poczuł zmęczenie marszem silne jak zmęczenie życiem. Przygarbiony wlókł się w błocie na zdrewniałych nogach. Miał już dość i odsłonił ostatnią skarbnicę pamięci. Znalazł w niej pliki recept od swych spowiedników – lekarzy. Prochy na spanie z wieczora i na wstawanie z rana, na dobry nastrój w tej chwili i dobry nastrój na dłużej. Prochy na drżące dłonie i spięte twardo mięśnie, na jesienne i wiosenne depresje. Tabletki i recepty na starość i młodość. Te tabletki były jak kolorowe landrynki, jak cukierki noszone w kieszeniach lub schowane zapobiegliwie pod poduszką. Tabletki – cukierki – nagrody w kolorowych fiolkach, ramkach i kartonowych pudełeczkach ślicznych jak bombonierki. Zatoczył koło, wrócił do punktu wyjścia. Dogrzebał się do zapomnianego zdjęcia. Zapłakany chłopiec w szpitalnej piżamie wyjada czekoladki. Dostał je gdy odeszła matka, dostał je na wyciszenie bolesnej samotności. Chłopiec w pasiastej piżamie kurczowo trzyma w dłoniach słodycz w metalowym, malowanym wyblakłymi farbkami pudełku. To jego pierwsze lekarstwo na słone łzy bólu i samotności. To pierwszy i najprostszy sposób na rozpacz. Jego pierwsze tabletki.

    W rytm kroków, godzina za godziną, mozolnie przebijał się przez swoją pamięć. Zagłębiony we wspomnieniach, dokonywał rachunku sumienia. Samotny na tych zielonych równinach przed oczami miał tylko ciemny horyzont zasnuty deszczowymi chmurami. Inni szli podobnie, oddzielnie, zgięci pod brzemieniem plecaków, a może pod brzemieniem życia. Szli jak mrówki mozolnie taszczące na grzbietach ciężary – mijali się bez słowa, skupieni i zmęczeni. Byli tylko małymi punktami na tych pustych drogach bez końca. …”

  • 88 Comments
  • Filed under: Kartki
  • detonator

    vio

    Eksplozja wstrząsnęła ziemią. Fala uderzeniowa wybiła wszystkie okna w kilku kamienicach aż do szóstego piętra. Ogłuszeni i oszołomieni przechodnie nie rozumieją, co się stało. Na chwilę zapada cisza. Po dwóch sekundach huknęło znowu, ale dźwięk był inny. Jakby wielka kupa żelastwa spadła z nieba na ziemię.

    Jest chłodny poranek 20 grudnia 1973 roku w Madrycie, godzina 9.28. Kilka minut wcześniej hiszpański premier admirał Luis Carrero Blanco wyszedł ze swojego apartamentu w ekskluzywnej dzielnicy Salamanca i wraz adiutantem wsiadł do czarnego pancernego dodge’a dart 3700. Jechał na codzienną poranną mszę.

    Kościół jezuitów znajduje się zaledwie 300 metrów od jego domu na ulicy Serrano, ale admirał nigdy nie chodził tam piechotą. Jego limuzynę eskortował jeszcze jeden samochód z żołnierzami, który pojechał przodem. Konwój skręcił w uliczkę Claudio Coello, by jak co dzień wjechać na klasztorny dziedziniec obok kościoła. Ładunek zamontowany w studzience kanalizacyjnej zamachowcy odpalili precyzyjnie, pod dodge’em premiera. Siła wybuchu wyrzuciła dwutonowe auto na wysokość 25 metrów. Samochód przeleciał nad kamienicą, zawadził o dach i spadł na klasztorne patio.”

    Jest to opis zamachu dokonanego przez bojówkę ETA (Euskadi ta Askatasuna – Ojczyzna Basków i Wolność) na premiera Hiszpanii Luisa Carrero Blanco. Carrero Blanco był zawodowym wojskowym. W 1918 wstąpił do hiszpańskiej Akademii Marynarki Wojennej. Później brał udział w kampanii wojennej w Maroku. Po wybuchu wojny domowej w 1936 roku znalazł się na terenach objętych kontrolą republikanów. Ukrywał się i dopiero w 1937 roku przedostał się na tereny opanowane przez nacjonalistów. Po ich zwycięstwie stał się jednym z najbliższych współpracowników generała Franco. Dzięki temu rozpoczął efektowną karierę rządową. W latach 1967-73 był zastępcą szefa Rady Państwa. W czerwcu 1973 roku został mianowany premierem. Stał się tym samym pierwszym zastępcą Franco i był wskazywany przez komentatorów politycznych jako jego prawdopodobny następca.

    Zamach na Carrero Blanco był najbardziej spektakularnym aktem terroru od momentu powstania ETA. Organizacja krwawa drogę przemocy rozpoczęła od wykolejenia pociągu w 1961 roku. Pierwszego politycznego zabójstwa dokonała w 1968 roku. Jej ofiarą stał się komisarz policji znany z torturowania więźniów politycznych. Uruchomiło to spiralę terroru – władze w baskijskich prowincjach aresztowały blisko 2 tysiące osób. W 1970 roku w części Pais Basco wprowadzono na trzy miesiące stan wyjątkowy a w Burgos, w procesie pokazowym skazano 16 jej najważniejszych działaczy – w tym 9 na karę śmierci. Na skutek międzynarodowych protestów Franco zamienił im wyroki śmierci na długoletnie więzienia (w sumie na 500 lat). Nie osłabiło to determinacji ETA. W tym samym roku przez przypadek tylko nie udał się zamach na samego Franco przebywającego w swej letniej rezydencji w Galicji. Kraj Basków na skutek protestów socjalnych, działalności Komisji Robotniczych i rewindykacji narodowych stał się przed śmiercią Franco najbardziej zrewoltowaną prowincją Hiszpanii. W lutym 1974 roku władze usiłowały deportować za granicę biskupa Bilbao, krytykującego reżim za prześladowania Basków – groziło to nawet zerwaniem konkordatu. W grudniu 1974 roku w strajku o uwolnienie 140 działaczy opozycyjnych wzięło udział 80% ludności prowincji – czynnej zawodowo.

    Detonator odpalający bombę pod samochodem Carrero Blanco uruchomił polityczną lawinę. Stało się jasne, że reżim po śmierci Franco tej próby nie przetrwa i Hiszpania potrzebuje demokratycznych reform. Kolejny premier Carlos Arias Navarro zaskoczył opinię publiczną planem ograniczonych reform politycznych. Tak zaczynała się powolna droga do demokratyzacji kraju. Franco dogorywał a wraz z nim jego dyktatura.

    Na filmie zamach na Carrero Blanco w rockowej interpretacji.

    http://www.youtube.com/watch?v=XnqqGNaAllg&feature=related

  • 114 Comments
  • Filed under: Kartki
  • la capuchinada

    dru

    Dziś kartka dotycząca najnowszej historii Hiszpanii – moim zdanie dotykająca ciekawego ze współczesnej, polskiej perspektywy udziału księży w rozmontowywaniu frankistowskiej dyktatury. Aktywność księży hiszpańskich na tym polu zaintrygowała mnie dlatego, że frankistowski reżim zrealizował właściwie wszystkie postulaty naszej współczesnej, katolickiej prawicy realizowanej w ramach idei narodowego katolicyzmu. Hiszpańskich system władzy nazywany nacionalcatolicismo został konstytucyjnie przyjęty przez Kortezy w 1958 roku i głosił, iż “naród hiszpański uważa za swą największą powinność podporządkowanie się Prawu Boskiemu, określonemu przez doktrynę Świętego Rzymskiego Kościoła Katolickiego, jedynej prawdziwej wierze, nieodłącznej od naszej tożsamości narodowej, inspirującej nasze prawodawstwo”. Franco tłumaczył tę doktrynę następująco -” państwo doskonałe to dla nas państwo katolickie. Oznacza to nie tylko, że ludzie wyznają wiarę chrześcijańską, ale również, że konieczne są takie prawa, które będą stały na straży katolickich zasad, eliminowały wszelkie przeciw nim wykroczenia”.

    Szerzej omówiłem ten system w kartce „Nacionalcatolicismo” zamieszczonej pod linkiem

    http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=710

    Skąd więc w tym katolickim „raju” wzięły się próby kwestionowania porządku prawno – politycznego przez księży? Pierwsze krytyczne zachowania kleru wobec reżimu miały miejsce w latach pięćdziesiątych, wśród księży działających w pacyfikowanych policyjnie środowiskach robotniczych. Ale w skali całego kościoła hiszpańskiego kontestacja frankistowskiego porządku stała się wyraźna dopiero po Soborze Watykańskim II. Jednym z powodów było na pewno to, że pojawiła się nowa generacja księży nie pamiętająca już wojny domowej i traktująca narodowy katolicyzm jako anachronizm nie pasujący w żadnej mierze do zmian społecznych. Drugim natomiast były idee Soboru kładące akcenty na prawa człowieka, tolerancję, demokrację i dystansujące się od związków z władzą świecką. Nowy papież Paweł VI miał krytyczny stosunek do frankizmu jeszcze jako biskup Mediolanu. Wtedy to wysłał list protestacyjny do Caudillo przeciwko wydawaniu wyroków śmierci w procesach politycznych opozycji. Problemy we współdziałaniu brały się też stąd, że papież na mocy konkordatu nie miał wpływu na nominacje biskupie. Wobec braku porozumienia Paweł VI powierzał diecezje biskupom pomocniczym, których nominacje nie wymagały aprobaty Franco. Z drugiej strony przywileje konkordatowe – księża podlegali jedynie jurysdykcji kościelnej – pozwalały im bezpieczniej angażować się w działalność opozycyjną.

    W 1960 roku 339 księży baskijskich podpisało list piętnujący gwałcenie praw człowieka w Kraju Basków. Baskijskie klasztory stały się oparciem dla konspiracyjnych grup opozycyjnych w tym ETA. Również w Katalonii kościół włączył się w działalność opozycyjną. Ośrodkiem dysydenckiego kleru stał się tam klasztor w Montserrat. W maju 1966 roku barcelońscy kapucyni udostępnili swój klasztor opozycyjnym działaczom studenckim, którzy chcieli założyć nielegalny związek. Policja polityczna wkroczyła do klasztoru rozpędzając towarzystwo. Na znak protestu około stu księży przeszło ulicami miasta – policja zareagowała pałowaniem. Właśnie to wydarzenie przeszło do historii jako la capuchinada. Od tego momentu demonstracje uliczne księży stały się hiszpańską specyfiką. W 1967 roku w Bilbao osiemdziesięciu księży demonstrowało na ulicach powtarzając swe postulaty z 1960 roku. W 1969 roku, po skazaniu trzech księży na więzienie za organizację la capuchinady następna setka zamknęła się w pałacach biskupich w Bilbao i Barcelonie prowadząc strajk głodowy. Pod koniec lat sześćdziesiątych władze były zmuszone otworzyć specjalne więzienie dla zbuntowanych księży.

    W 1971 roku doszło do wydarzenia o niezwykłym znaczeniu symbolicznym. Uczestnicy Zgromadzenia Wspólnego biskupów i kapłanów przeprosili za terror wojny domowej w której uczestniczyli. W orędziu napisano – „Uznajemy naszą winę i prosimy o wybaczenie, za to, że w swoim czasie nie potrafiliśmy być prawdziwymi rzecznikami pojednania w łonie naszego narodu podzielonego wojną między braćmi...”

    Protesty szeregowych księży początkowo miały charakter oddolny i często skierowany przeciw hierarchii, ale do zmian dojrzewali również biskupi. Krytyka reżimu nabrała wyrazu gdy ster hiszpańskiego kościoła przejął Vincente Enrique y Tarancona – najpierw arcybiskup Oviedo a później Toledo. W latach siedemdziesiątych otwarcie krytykował dyktaturę zarówno w swych kazaniach jak i dokumentach episkopatu. Bunt hiszpańskiego kościoła wywołał niespotykane szerzej zjawisko antyklerykalizmu prawicowego, mającego oparcie wśród najbardziej hermetycznej konserwy skupionej wokół Franco. Zdarzały się przypadki bicia księży (a nawet biskupa) przez bojówki pod nazwą „Żołnierze Chrystusa Króla” (Guerilleros del Cristo Rey). Na nabożeństwach i oficjalnych zgromadzeniach padały okrzyki i groźby – „Wymierzyć sprawiedliwość czerwonym biskupom!”, „Chcemy biskupów katolickich!”, „Tarancon pod mur!”.

    Jak pisałem na wstępie z naszej współczesnej perspektywy zachowanie hiszpańskich księży i hierarchów w tamtych latach jest trudne do zrozumienia. Większość polskiego kleru przecież marzy o narodowym katolicyzmie. Co gorsza doktrynę tę w coraz większym zakresie zaczyna realizować państwo. Warto więc chyba przypomnieć, że tę upiorną i nieludzką formę sprawowania władzy nie tak dawno zwalczali sami księża. No, ale byli to trochę inni księża.

    Na filmie wzorcowa katolicka rodzina samego Caudillo

    http://www.youtube.com/watch?v=q8ZzsEgHxJI

    Na zdjęciu nieznany mi bliżej posąg hiszpańskiego księdza

    Tekst na podstawie Historii Hiszpanii Tadeusza Miłkowskiego i Pawła Machcewicza ( Zakład Narodowy imienia Ossolińskich – Wydawnictwo Wrocław 2009 )

  • 66 Comments
  • Filed under: Kartki
  • brunatna fala

    P8071119

    Nocny i poranny ulewny deszcz narobił dziś sporo kłopotów na pogórzu sudeckim. Jak czytam na portalu Gazety Wyborczej „mieszkańcy Bogatyni walczą z wielką wodą po tym, jak po intensywnych opadach wylała rzeka Miedzianka. Zawaliło się kilka budynków, a do zalanego miasta nie można dotrzeć już drogą lądową. Jedna osoba nie żyje. Woda wdziera się także do okolicznych miejscowości, między innymi do Leśnej, gdzie wylała rzeka Kwisa. Trwa ewakuacja Radomierzyc. Mieszkańcy Bogatyni są ewakuowani. Wielu wciąż na dachach czeka na pomoc. Ewakuacja rozpoczęła się także w miejscowości Radomierzyce, gdzie znajdująca się na rzece Witka zapora grozi zerwaniem. W ciągu dwóch godzin, 75 procent powierzchni miasta zostało zalane – opowiada burmistrz Bogatyni. W niektórych miejscach woda sięga wysokości 4 metrów a większość mostów została zerwana. Miasto zostało już odcięte praktycznie od świata – nie da się do niego wjechać ani od strony Czech, ani Niemiec. W akcji ratunkowej w Bogatyni pomagają żołnierze i strażacy, także z Niemiec, którzy z niektórych rejonów miasta ewakuują pontonami i łodziami mieszkańców miasta. Na miejsce lecą także policyjne śmigłowce, które będą zabierać ludzi z dachów.”

    Na skutek ulewnego nocnego i porannego deszczu również w kotlinie wezbrały raptownie rzeki. Tak obfitego przepływu wody w rowach odwodnieniowych nie było od wielkiej powodzi. Strumyczki, których zwykle nie widać w trawach pozamieniały się w rwące brunatne rzeki. Studzienki nie nadążały z odbiorem wody. Rzeka Kamienna i Bóbr wezbrały raptownie sięgając w krytycznych momentach kamiennych koron swych koryt. Na szczęście system przeciwpowodziowy się sprawdził i miasto nie ucierpiało. No i jak zwykle pomogła łaska Pańska – po prostu przestało padać. Myślę, że jeszcze 2-3 godziny deszczu i byłyby poważne kłopoty. No ale nad kotliną znów zbierają się deszczowe chmury. Współczuję z całego serca tym, którzy mieszkają niżej. W dół spływa brunatna fala.

    Na zdjęciach poniżej rzeki i potoki po deszczu – w samo południe

    P8071120

    P8071111

    P8071116

    P8071110

    P8071099

  • 40 Comments
  • Filed under: Kartki
  • złoto, owce i rolowanie długu

    oko

    Ferdynand i Izabella to legendarne postacie w historii Hiszpanii. Uznaje się ich za tych, którzy scalili Hiszpanię w jednej twór państwowy. Działo się to w sposób bardzo skomplikowany i dynamiczny. Te historie są tak zawikłane, że ich opis przekracza objętość standardowej kartki. Nie wiem zresztą czemu nie budzą we mnie te postacie ani odrobiny sentymentu. Może przez ich pazerność na władzę, dewocję i chciwość, która wypełza spod nadętych nacjonalistyczną dumą opisów historycznych. Zresztą jakie sentymenty mogą budzić u kosmopolity – a tak się czuję – krwawe walki i rzezie o umocnienie państwowej władzy?

    Oboje prowadzili dość kosztowną politykę. W roku 1484 roku podjęli rekonkwistę czyli ostateczne „rozwiązanie kwestii arabskiej” na półwyspie. Zdewociała królowa nie wahała się nawet zastawić drogocennego naszyjnika, żeby wspomóc Świętą Wojnę. Po kilku latach odnieśli triumf – zdobyli Grenadę i półwysep stał się chrześcijański. Kampanię finansował papież, miasta i obciążeni przymusowym podatkiem Żydzi. Opłacało się, bo miasto było bogate, na dokładkę 100 tysięcy mieszkańców zostało sprzedanych na targach niewolniczych.

    Podobno również na skutek dewocji Izabella udzieliła finansowego wsparcia Krzysztofowi Kolumbowi. W zamian otrzymała tytuł “Matki Ameryk”. No i góry złota oraz srebra, które zaczęły zasypywać Espanię. Za jakiś czas produktem eksportowym Hiszpanii stanie się real de a ocho – bita w Ameryce moneta srebrna o nominale 8 uznawana na całym świecie. Dzięki niemu Hiszpania mogła wszystko kupić zamiast produkować.

    Izabella i Ferdynand wystarali się u papieża o zgodę zgodę na utworzenie inkwizycji hiszpańskiej, która podlegała państwu. Jednym z głównych zadań tej instytucji i stało się tym razem „rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Funkcjonariusze inkwizycji skupili się więc na tropieniu zarówno Żydów jak żydowskich konwertytów. Ich nieszczęście polegało na tym, że byli majętni. Wkrótce ich z Hiszpanii wypędzono.

    Mimo tych ekstra wpływów budżet Korony wciąż sprawiał problemy. Podstawowym jego źródłem był podatek od sprzedaży (alcabala) dający około 90% wszelkich przychodów. Dla pokrycia nadzwyczajnych wydatków pobierano nadzwyczajne podatki. Jednak wszystko to nie starczało na liczne potrzeby militarne i polityczne królestwa – np. ślub córki Królów Katolickich. Doprowadziło to do tego, że Korona płaciła rocznie 10% odsetek od zaciągniętych pożyczek (juros). Konieczność spłacania juristas czyli posiadaczy juros stanowiła olbrzymie, stale rosnące obciążenie dla skarbu państwa, z którym uporano się dopiero w XVIII wieku (!).

    Rozliczano się trzema typami złotych monet – dukatami kastylijskimi, exscelente z Walencji i principata z Katalonii. Każdy z tych trzech regionów bił własne monety. Aby było zabawniej rachunkowość Królestwa prowadzono w marawedis (375 marawedis = 1 dukat).

    Pieniędzy nadal brakowało, ale po wybitych, sprzedanych i wygnanych Arabach pozostały owce merynosy, których wełna przynosiła krociowe zyski. Hodowcy owiec zrzeszeni byli we wpływowym związku (Mesta) składającym się z wielkich i małych właścicieli. Toczyli oni walki z kastylijskimi rolnikami o prawo do przeganiania zwierząt na sezonowe pastwiska (canadas). Oczywiście uzyskali poparcie Korony w staraniach o ziemie należące do wspólnot wiejskich obniżenie opłat za dzierżawę innych ziem. W konsekwencji merynosy zniszczyły doskonale kastylijskie ziemie uprawne. Zbiegło się to ze wzmożonym po wojnie domowej przyrostem naturalnym co doprowadziło do kryzysu żywnościowego. Zmusiło to Hiszpanię do eksportu zboża.

    Historycy piszą, że „Hiszpania pod inspirującym przywództwem królowej Izabeli i króla Ferdynanda stała się najpotężniejszym, najbardziej podziwianym i rozwiniętym kulturowo krajem zachodniej Europy. W ciągu ponad stu lat po śmierci Izabeli wciąż rozkwitała tam bujnie sztuka i literatura, a okres ten przeszedł do historii jako Złoty Wiek Hiszpanii.”

    Po około 100 latach dług państwowy Hiszpanii sięgnął 68 milionów dukatów przy rocznych dochodach 10 milionów. Dla jego ratowania zdecydowano się na bicie monety vellon – miedzianej zamiast miedziano – srebrnej. Po kilku latach vellon przebito w mennicach dając mu podwójną wartość. Wzrost cen miedzi i zamieszanie wywołane wycofywaniem przez ludność z obiegu monet złotych i srebrnych zmusiło władze do zawieszenia bicia monet i zredukowania o połowę ich nominalnej wartości. W polowe XVII wieku Hiszpania będąca największym na świecie producentem złota i srebra nie miała w normalnym obiegu złotych i srebrnych monet. Nie liczono nominałów vellon – płacono nim na wagę. Na przykład 5 kilogramów sera kosztowało 3 kilogramy vellon. Wojny i handel zagraniczny opłacano za pomocą monet srebrnych, których zawsze brakowało. Spekulacje monetą velloon przyniosły Koronie 19 milionów dukatów. Dla porównania sama wojna w Niderlandach kosztowała 42 miliony. Tymczasem źródło srebrnego pieniądza wysychało, bo zmniejszały się jego transporty z Ameryki. Na początku XVII wieku zabrakło srebra na spłatę zagranicznych długów i wypłatę procentów od państwowych pożyczek juros. Filip III ogłosił bankructwo państwa. Kontrolę nad budżetem przejęli genueńscy bankierzy. Lecz odsetki rosły a kolejne wojny kosztowały. Filip III zmuszony był jeszcze trzykrotnie ogłaszać bankructwo. Stracili więc również pieniądze genueńscy bankierzy. Zostali zastąpieni prze portugalskich conversos, którzy zwrócili się z prośbą o pieniądze do wcześniej wyrzuconych z Hiszpanii Żydów. W tych latach 90% dochodów Hiszpanii pochłaniała spłata długów. Takie były realne koszty Złotego Wieku Hiszpanii.

    Acha, jeszcze co stało się z merynosami? Na skutek wywołanej transportami złota z Ameryki inflacji wyroby włókiennicze wysokiej jakości sprowadzane z zagranicy były tańsze od hiszpańskich i podupadały centra włókiennicze. Zakazano więc Mesta sprzedaży wełny za granicę. Nie na wiele to się zdało. Mesta też podupadła i wyrżnięto stada. Pozostała po nich tylko zdegradowana ziemia w Kastylii

  • 58 Comments
  • Filed under: Kartki
  • dzieci i polityka

    P8250144

    Przegląd informacji, kartkuję portale internetowe. W pewnym momencie wzrok przyciąga podtytuł – cytat wybity tłustym drukiem – „ ...U nas dostępna jest pigułka ,,trzy dni po”, w Polsce, która wymiera. Wizytuję parafie, to widzę, że już tylko w co dziesiątej parafii jest tak, że jest więcej chrztów niż pogrzebów. Umiera Polska. Umiera miłość w polskich rodzinach. Umiera miłość do ofiary, do męża czy do żony, bo narodziny kolejnego dziecka to zobowiązanie na całe życie …”. To zwykłe kazanie, standard w tym kraju – nie zwróciłbym na nie uwagi, gdyby nie słowo „ofiara”, które w nim pada. To słowo razi w kazaniu o rodzinie i rodzeniu dzieci. Czemu ten normalny, ludzki, intymny akt wynikający najczęściej z miłości nazywany jest ofiarą? Czemu ludzie, którzy najczęściej się kochają i z miłości robią dzieci nazywani są w tym kazaniu ofiarnicami lub ofiarnikami? Czemu w końcu wygłaszający kazanie spycha tych normalnych przecież ludzi na pozycje ofiar? Ofiar czego? Może kaznodzieja chciał powiedzieć losu? Czy wolny, radosny akt seksualny owocujący zrobieniem, urodzeniem i wychowywania dziecka można nazwać ofiarą? Czy wysiłek i satysfakcja z wychowania dziecka może być traktowana jako ofiara? To ponure słowo „ofiara” zniechęca do miłości – ono zarazem stygmatyzuje ludzi, którzy mają dzieci. Jest źródłem bolesnych stereotypów. To słowo jątrzy stawiając rodziców dzieci na pozycjach ponurych „ofiarników” i przeciwstawiając im innych, niefrasobliwych, którzy nie chcą ponosić „ofiary”. To słowo intymną decyzję dwojga wolnych ludzi wprzęga w rydwan beznadziejnej, bezmyślnej, współczesnej polityki, która przeciwstawia sobie już nawet bezdzietnych wielodzietnym.

    Czy polityków powinny interesować dzieci? Oczywiście, bo polityków powinny zajmować wyzwania przyszłości – przewidywana ilość rąk do pracy, błyskotliwych umysłów czy w końcu zwykłych podatników odpalających część swych pieniędzy na utrzymanie państwa. Ale nie sądzę, by zainteresowanie to miało się wyrażać w ględzeniu o „ofiarnikach”, bo kto o zdrowych zmysłach chce przeżyć życie jako „ofiarnik” czy „ofiara”. Jeśli więc nie w ględzeniu i kulcie „świętej rodziny”, to w czym państwo powinno wyrażać troskę o odtwarzanie czy rozwój swej tkanki społecznej czyli o rodzenie dzieci? W świecie współczesnej, przeżartej ideologią pop-polityki trudno jest znaleźć odpowiedź na to pytanie. Warto więc cofnąć się do klasyków – wybitnych indywidualności polityki światowej XX wieku.

    Czytam akurat „Pamiętniki wojenneCharlesa de Gaulla (Tom III, Ocalenie 1944 – 46, tłumaczenie Jerzy Nowacki, MON 1968). Jest początek roku 1945 – Francja tuż po oswobodzeniu. Kraj jest zrujnowanym bankrutem mozolnie odbudowującym swą pozycję po kolaboracji z hitlerowską rzeszą. Skarb jest pusty, trwa wymiana pieniądza, rozpoczynają się rozliczenia powojenne, francuska armia wspiera aliantów dobijających hitlerowski reżim. De Gaulle wraz ze zwycięzcami ustala przyszły europejski polityczny porządek, pilnuje zamorskich terytoriów państwa i odbudowuje jego struktury. On, kostyczny prawicowiec, zawodowy wojskowy po jezuickich szkołach układa się politycznie z francuskimi komunistami, którzy pomogli mu wyzwolić kraj. Lecz nie przytłacza go ogrom pracy i polityczny chaos. Taką myśl znajduję w jego wspomnieniach – „W 1945 roku zostaje całkowicie zreformowany i rozciągnięty na wiele dziedzin system ubezpieczeń społecznych obejmujący odtąd obowiązkowe ubezpieczenie wszystkich pracowników najemnych. W ten sposób zostaje zlikwidowany równie stary jak rodzaj ludzki, dręczący ludzi pracy strach przed choroba, nieszczęśliwym wypadkiem, starością i bezrobociem. „Zawsze będą wśród nas ludzie biedni” ale nie będzie już nędzarzy. Jednocześnie wprowadzony zostaje w życie wszechstronny system zasiłków rodzinnych. Państwo udziela pomocy rodzinom proporcjonalnie do liczby ich dzieci, przy czym dla każdego z nich świadczenia te trwają od chwili zapowiadającego się jego przyjścia na świat do momentu w którym będzie ono mogło samo się utrzymać. Ma to podnieść znowu przyrost naturalny, który – niegdyś tak wielki, że przyczyniał się do wielkości i prężności naszego narodu – w ciągu ostatnich stu lat spadł do takiego poziomu, że Francja stała się krajem statycznym o zmniejszonej liczbie ludności”. Piękna, patriotyczna myśl dumnego Francuza – tylko gdzie tu słowo „ofiara” serwowane ludziom we współczesnej, statycznej i wymierającej powoli Polsce?

    Minęło 65 lat od tego czasu, Charles de Gaule dawno już nie żyje. Francja przeżyła nie jeden dramatyczny, polityczny zwrot i przeorały ją zmiany obyczajowe. Lecz zasada sformułowana przez niego w 1945 roku nadal jest jednym z podstawowych, konsekwentnie wprowadzanych w życie kierunków polityki francuskiej. I przynosi efekty w tym laickim, praktycznym i pozbawionym zbędnej ideologii państwie. Francja cieszy się jednym z najwyższych w Europie wskaźników dzietności. Statystyczna Francuzka na skutek wolnej decyzji rodzi dwójkę dzieci! Dlaczego tak się dzieje? Otóż metaforycznie biorąc rodzi, bo nikt na nią nie nakłada moralnego obowiązku czynienia ofiary. Wręcz odwrotnie – państwo jej pomaga, chroni jej wolność a nie pielęgnuje w niej niewolnicze ofiarnictwo. Dzięki temu Francja w najmniejszym stopniu ze wszystkich krajów starej Unii zawdzięcza wzrost liczby ludności imigracji. Imigranci stanowią zaledwie jedną czwartą tego wzrostu, podczas gdy w całej UE – cztery piąte. Cudzoziemki podwyższają francuski współczynnik dzietności raptem o 0,07.

    Jak napisałem posiadanie dzieci jest efektem wolnych decyzji Francuzek. Aborcja w tym kraju została zalegalizowana przed trzydziestu kilku laty, a trzy czwarte kobiet używa środków antykoncepcyjnych. Dowodzi to, że w odniesieniu do decyzji o rodzeniu dzieci sensu nie mają katolickie obostrzenia obyczajowo-prawne – sakralizacja instytucji rodziny oraz piętnowanie antykoncepcji i aborcji.

    Zamiast skupiać się na moralizowaniu i zakazywaniu francuskie państwo na politykę pronatalistyczną nie żałuje grosza. Na świadczenia rodzinne przeznacza ponad 2,5 procenta PKB. Dla porównania – Polska na ten sam cel przeznacza raptem około 1 procent. Jak pisałem laickiej Francji nie krępuje ideologiczny konserwatyzm obyczajowy. Pieniądze wydawane są w taki sposób, żeby ułatwić rodzicom pogodzenie wychowywania i kształcenia dzieci z karierą zawodową. Politycy wychodzą z założenia, że nie zatrzymają kobiety w domu, jeśli ta raz zaznała smaku kariery. Efektem jest to, że współcześnie pracuje 80 procent francuskich kobiet. Preferencje finansowe zachęcają również Francuzów do tego, by mieli więcej niż dwoje dzieci. Na zachęty składają się nie tylko becikowe (dla mniej zamożnych) i dodatki na dzieci, ale także dopłaty do opiekunek i zniżki na żłobek czy przedszkole. Im mniej się zarabia, tym dodatki są większe, a najbiedniejsze rodziny w ogóle są zwolnione z opłat. Do tego dochodzą długie urlopy macierzyńskie oraz płatne urlopy wychowawcze – promujące większą liczbę dzieci w rodzinie i zmniejszenie przerw między ich narodzinami. Oczywiście bardziej wspierani są rodzice wcześniej pracujący. Francja ma też korzystny dla „dzieciatych” system podatkowy – na każde dziecko przysługuje ulga. Dzieciom refundowane są po części również wyprawki szkolne. Celowo pisząc o Francji używam zwrotu „polityka pronatalistyczna” a nie „prorodzinna” ponieważ system zachęt w tym kraju obejmuje również tych, którzy nie chcą żyć w sakramentalnym związku. Pod koniec lat 90 – tych zrezygnowano ze stawiania znaku równości pomiędzy rodziną i małżeństwem – według francuskiego prawa rodzina to kobieta i mężczyzna żyjący pod jednym dachem oraz ich potomstwo, niezależnie od tego, czy wiąże ich węzeł małżeński, partnerstwo cywilne czy konkubinat. Takimi samymi prawami cieszą się również rodziny niepełne. Co ciekawe polskie kaznodziejskie, kasandryczne wizje – „ …Umiera miłość w ( … ) rodzinach. Umiera miłość do ofiary, do męża czy do żony…” we Francji się nie sprawdzają. Schyłek sakramentalnej instytucji małżeństwa nie zwiastuje schyłku rodziny. Poza małżeństwem rodzi się blisko 50 procent dzieci a w przypadku pierwszego dziecka – blisko 60 procent.

    Czemu więc we Francji – bez konserwatywnej polityki prorodzinnej – rodzą się dzieci a w Polsce wciąż są z tym problemy? Znów muszę się cofnąć do cytowanego na wstępie kazania, bo ono jest symbolem owej polityki „prorodzinnej”. Jest symbolem zastąpienia sensowych wspartych pieniędzmi działań politycznych kontrolą i ograniczeniami – głównie życia intymnego. Prawny zakaz aborcji, blisko dwudziestoletnie boje o utrudnienie wychowania seksualnego młodzieży i stosowania środków antykoncepcyjnych, batalie o ograniczanie wolności słowa prowadzone pod szyldem ograniczania zasięgu pornografii, pikiety pod kinami wyświetlającymi „niemoralne” filmy, demolowanie wystaw artystycznych i wytyczanie procesów ich autorom, inicjatywy utrudniania rozwodów – trudno wymienić kolejne inicjatywy ograniczenia ludzkiej wolności seksualnej. Polacy od czasu wojny koreańskiej we wczesnych latach pięćdziesiątych nie doświadczyli takiej ideologiczno – prawnej presji na wzmaganie rozrodczości jaka przejawiała się w rozmaitych inicjatywach przez ostatnie dwadzieścia lat. I co? Nic z tego nie wyszło, bo homiliami i kazaniami o ofiarach nie da się zastąpić sensownej polityki społecznej. Robienie, rodzenie i wychowywanie dzieci nie jest żadną ofiarą. Kto tak mówi obraża rodziców i zniechęca ludzi do przecież przyjemnych aktów płodzenia dzieci.

  • 96 Comments
  • Filed under: Kartki
  • kartki do kartki

    P8011054

    Od czasu do czasu lubię posiedzieć na tekstami okolicznościowymi skłaniającymi do posumowań. Nocą przejrzałem co ważniejsze dyskusje na blogu onetowskim i blogach politycznych na których pisuję. Zrobiłem kwerendę krytycznych wobec wypowiedzi. Przy okazji miłe rozczarowanie, bo sądziłem wzbudzam więcej niechęci czy nienawiści a okazuje się, po rozsupłaniu pogmatwanych wątków dyskusyjnych, iż nie jest tego tak wiele. Wygląda na to, że dyskutanci obrzucają się błotem i inwektywami nawzajem, natomiast oszczędzają autora. W każdym razie dużo więcej jest pozytywnych recenzji aniżeli krytyki. To mnie cieszy, bo przecież kartki poruszają często kontrowersyjną tematykę a ja nie staram się schlebiać poglądom większości. To budujące, że jest tak wielu ludzi, którzy mimo powszechnego, nieznośnego moralizowania pielęgnują w sobie tolerancję i przekonania wolnościowe. Kwerenda, która nocą przeprowadziłem jest też dla mnie nauką. Okazuje się, że większość opinii krytycznych wynika z niezrozumienia treści moich kartek. Tak więc muszę się przyłożyć do pracy i pisać jaśniej.

    Dzisiaj oddaję blog moim krytykom – tematem są więc kartki do kartki. A moim polemistom życzę wszystkiego najlepszego i stawiam symboliczne piwo w górach.

    Kartka z podróży” swoimi wpisami na tym i innych blogach w tej sprawie dowodzi kompletnego braku instynktu i wyobraźni politycznej, a może ma w tym jakiś (propagandowy?) interes – ale,do licha, jakiż?…

    Tydzień temu “Kartka” obrzuciła mnie wyzwiskami i próbowała ośmieszyć (to gorzka prawda!), bo zakwestionowałem jej pogląd o błahości konfliktu o krzyż na Krakowskim, że to niby samo minie i nie ma co robić rejwachu. “Kartka” obraziła się śmiertelnie, bo zarzuciłem jej zupełny brak wyobraźni politycznej i zdolności przewidywania. Tydzień temu !!

    bełkot niedorozwiniętego

    Pepik SYMULANT jest prawdziwy żre knedliczki i chleje piwo, po prostu PENER po co o tym piszesz i to jeszcze z nutą glorii

    Wymowa Twojego tekstu jest mocno irytująca. Pochwała nieróbstwa, pasożytnictwa i pijaństwa. Strasznie wielki z niego filozof, daj spokój. „Od tamtej pory nie widziałem moich przyjaciół przez wiele lat”, z treści wynika, że to była jego inicjatywa, zerwanie kontaktów. Też mi przyjaciel. Wszystko krytykował, a czy stworzył jakąś własną doktrynę? Nawet jeśli tak, to chyba się z nią nie przebił. Z resztą, jak maoista może się przebić???? Podziwiam ludzi, który idą pod prąd (choć nie wszystkich), ale Twojego zachwytu takim życiorysem nie podzielam i nie rozumiem…

    Kartka i bardzo dobrze, że to wymierający gatunek. Nie wiem, czym się podniecasz tym, że całe życie się wałkonił i pił? To jest dla Ciebie postawa godna mężczyzny? Bo artyście i filozofowi więcej wolno? Nie, nie wolno wcale więcej. Jako kobieta współczuję jego kobiecie. I żeby nie było, mówię tu o jego stylu życia a nie o twórczości i jego wkładzie w czeską literaturę.”

    A najlepszy jest taki pseudointelektualizm w Twoim stylu… Wiem, wiem, tylko Ty i Tobie podobni dostrzegacie głębię postępowania i filozoficzne dokonania tego pana…”

    Ale kupa bzdetów, banałów i komunałów. Temat nawet nie muśnięty, jedynie widać, że autor/ka nic nie rozumie. Oglądasz strony pornograficzne, to lecz się, a potem poszukaj sobie mądrej kobiety – kupa śmiechu, z akcentem na kupę…”

    Po co ja ja tu wlazłem. Przypadkowo. Ale szajs i lanie wody. Oj kobieto, kobieto. Dno.”

    …to chyba nie do końca tak jest jak pisze autor. Sam wchodzę na strony darmowe… a są lepsze np pornhub.com i nie dlatego że nie potrafię się porozumieć z moją żoną tylko dlatego że ona (zapewne w sondażu wykazałaby zadowolenie z seksu) (i wcale nie jestem przekonany że nie skłamie ! ) ale dlatego że to ciężki przypadek jakich w Polsce nie brakuje. Z jednej strony chciałaby się kochać a z drugiej jest zmęczona (i ja to rozumiem bo naprawdę sporo pracuje). Jak staram się wprowadzić jakieś urozmaicenie – to nie ! a dlaczego ? bo nie ! i sex mam klasyczny jak to było powiedziane w pewnym filmie komediowym „my nie lubimy udziwnień,,,, my jesteśmy normalni !” Niestety nawet ten „bez udziwnień” jest bardzo rzadko !!! za rzadko…”

    autor artykułu jest w błędzie…..jestem kobietą i lubię porno”

    Myślisz stereotypami. Jestem kobietą i oglądam filmy pornograficzne. Na ogół jest tak, że mam jeden upodobany film, który już znam i wiem, że mnie nie zaskoczy, bez zezwierzęcenia, co często cechuje inne filmy. Nie sądzę, żebym była aż tak inna od pozostałych kobiet….”

    biczowanie o podłożu religijno-seksualnym? ludzie wam się w głowach poprzewracało! tak wam diabeł podpowiada!”

    Ohydny degenerat – o to podziwiany – przez kogo? – artysta. Inspiruje, uczy – takich samych śmieci, jak on sam.”

    Typowy „macho” w polskim wydaniu – music kląć, chlać wódę, mieć zatargi z prawem, i co najważniejsze, znęcać się nad kobieta. Taki wzór Polskiego mężczyzny przetrwał wszystkie kataklizmy tego świata i ciągle jest wzorem dla następnych pokoleń…Pozdrawiam!”

    I nad kim tu się kurde rozwodzić nad zwykłym jakimś … alkoholikiem?”

    Na podstawie Wikipedii. No wow, nie ma to jak rzetelne źródło, panie autorze.

    No i jasne, za każdym razem, kiedy “niemiecki profesor analizuje zbrodnie wojenne” puenta jest jedna i ta sama: taa, ok, mordowaliśmy, ale w sumie to każdy by mordował, więc się odwalcie. Jezu, nie on pierwszy, nie ostatni dochodzi do takich wniosków. Jakby posypanie głowy popiołem i zostawienie tematu było ponad czyjekolwiek siły…”

    naciągane to – dla kontrastu – piękna i bestia w jednym – najśmieszniejsze stwierdzenie – miała około 163 cm…kurcze, niezła miara w oku, poza tym – wyolbrzymione…”

    Do autora tekstu! W Niemczech był narodowy socjalizm, czyli nazizm! Faszyzm był we Włoszech, a nie przypominam sobie, żeby Włosi mordowali w obozach koncentracyjnych!”

    Waffen SS powstało w maju 1940 roku, więc jak Irma Grese mogła pracować w sanatorium dla Waffen SS już w 1939 roku? Ktoś w ogóle sprawdza tekst przed publikacją?

    hitlerowskim obozie zagłady – Konzentrationslager Auschwitz” – no, po łapach tego co to pisał !! już nawet nakazano prawnie pisać „niemiecki obóz…””

    LITERÓWKI. Poprawcie to”.

    i po co takie artykuły, to jest obrzydliwe, rzygać się chce”

    czy już nikt nie sprawdza poprawności tekstu? takie błędy są niedopuszczalne. Co z tego, że ciekawy tekst?”

    Interesujący artykuł. Myślę, ze pisząc coś takiego należy wymagać od autora większej skrupulatności przy opieraniu się na źródłach. Jej pejcz owszem był z celofanu, wysadzany perlami ale w środku był rdzeń z drutu. Moja znajomość tego tematu jest bardzo… pobieżna, ale wszystkie te wiadomości wyszukałem w niemieckich i angielskich stronach google. Pozdrawiam”

    Nie rozumiem autora. Mówi ze każdy może zostać bestia. Może. Ale każdy tez może zostać bohaterem. Każdy ma wolna wole. Możemy wybrać Boga albo diabla. Nie każdy może zostać bestią, żaden z nas kto powierza się Bogu i oddaje się jemu. Ale każdy ma wolna wole.”

    jaki nieskładny artykuł, nieskładne tłumaczenie…co … … znaczy “immunizacja”?”

    Jeszcze jeden życiorys lumpa, menela i pasożyta. I dobrze, że ten gatunek wymiera”

    Kartka z podróży. Ten Twój “peerelowski zaduch strachu” roznosi się wszędzie i czuć go nawet na blogu nieprzyjemnym fetorem. To chyba wypadek kliniczny, nadający się do leczenia i nietypowy. Dwa pokolenia Polaków żyło w tym zaduchu, niewielka grupa walczyła o Twoją wolność, a miliony mogą być z tego dumni, wielu nazwiska przeszły do historii. W sumie jesteś biedny, czego współczuję.”

    Kartka z podróży uwiła sobie tu gniazdko wraz ze sporą grupą członków ZZBWPRL (Związek Zawodowy Byłych Właściciel PRL). To dogmatycy, z racji życiorysu, wieku i chęci obrony “swoich” zwietrzałych i w znacznej części od początku fałszywych wartości.”

    …a nie podoba ci się śmieciu w POlsce? gnoju jeden…”

    Trafiłem widać samomianowanego władcę tego bloga w czułe miejsce, bo „kartka” rozwścieczona. A ja ośmieliłem się tylko zanalizować i nazwać przyczyny stoickiego stosunku „kartki” do fenomenu “krzyża pod pałacem”.

    „„Kartka” tłumi bunt na blogu tradycyjnymi środkami: „A on jest gupi i nie umie czytać ze zrozumieniem”. Ale, jak to mądry władca, posługuje się nie tylko kijem, lecz podsuwa też , po czterech godzinach, marchewkę, jakiś inny przedmiot emocji. Otóż należy, wg. niego, emocjonować się raczej futbolem (hiszpańskim) Dziękuję, nie skorzystam. To nic nowego. Tego rodzaju środki ogłupienia poddanych (igrzyska dla wielkich mas) stosowane są i dobrze znane już od dwudziestu paru stuleci.”

    Głupoty. Poziom argumentacji na poziomie bohaterów “Konopielki”. Informatyzacja to także tzw. “karty inteligentne”, czytniki biometryczne (służące identyfikacji i bezpieczeństwu danych), a nawet ultranowoczesne czytniki siatki naczyń krwionośnych (nie podrabialne). I nie ma w tym żadnego “Wielkiego Brata”, a jedynie prostota obsługi i wygoda.”

    Opis byłby interesujący, gdyby nie ilość popełnionych błędów. Kochany autorze! – w przyszłości poproś kogoś o sprawdzenie napisanego tekstu i nie katuj swoimi błędami ludzi wrażliwych na poprawną polszczyznę!!”

    Ten tekst to manipulacja. Nie wierze aby tak szybko to wszystko pobudowali. Przecież potrzebne są: opinie środowiskowe, konsultacje społeczne, negocjacje z zielonymi, plan zagospodarowania przestrzennego, uzgodnienia międzyresortowe, rozpisanie przetargów, rozpatrzenie odwołań, wyrzucenie 2 wykonawców z powodu opóźnień, rozpisanie nowego, wyłonienie nowych wykonawców. W tym czasie musiało przecież wygasnąć zezwolenie na budowę, więc….. opinie środowiskowe, konsultacje społeczne, negocjacje z zielonymi, plan zagospodarowania.”

    wmurowano kamienia węgielnego” czy „wmurowano kamień węgielny” Czy autor tekstu w ogóle czyta te głupoty które napisał?!!!”

    Przy okazji; gdzie są argumenty Kartka z podróży? Ja nie mogę dyskutować z ludźmi walczącymi bronią nienawiści. Dlatego widzę tez , ze dyskusja z tobą nie jest merytoryczna. Nie masz niestety argumentów! Kończę więc z tarcza.”

    Jarek to nie Hitler, ale Salazar – jak najbardziej, a czemu nie? Niemożliwe ! : dziś, w Europie, w EU ? Brak wyobraźni typowy dla “Kartki”, dogmatycznej lewicy i wszelkich fundamentalistów… Dzieją się u nas już TERAZ rzeczy, które są niemożliwe w Europie i w EU. A co dalej?”

    Czytając ten wpis pomyślałem sobie, że “kartkę” pogięło, od gorąca. Ale nie, “kartka” po prostu puściła w końcu farbę, też od gorąca :-) ) Na okrzyk “kartki” “Do dzieła, Lewico !” jako normalny zapluty karzeł reakcji kulę się ze strachu: a może “kartka” to Dzierżyński wiecznie żywy?”

  • 79 Comments
  • Filed under: Kartki
  • miasto

    P6190203

    Warszawa, stolica dużego, europejskiego państwa. Milionowe miasto. Jest 3 sierpnia 2010 roku – południe. Agencje informacyjne informują – „ ...Przeciwnicy przeniesienia krzyża przerwali kordon policji. Policjanci wyprowadzili kilku agresywnych pikietujących. Gdy księża z kościoła św. Anny przyszli po krzyż, protestujący zaczęli krzyczeć w ich stronę – „Kim jesteś, ubekiem czy księdzem?”. Tłum krzyczał w stronę policjantów, harcerzy i księży także – „Hańba!” i „Judasze!”, „Targowica!”, „Zdrajcy!” i „Nie oddamy krzyża”. Straż odprowadzała na bok niektórych uczestników zajść. Zgromadzeni głośno odmawiali różaniec, śpiewali „Barkę” ( … )Wcześniej jedna z kobiet próbowała przywiązać się do krzyża. Zareagowali na to funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu i siłą odciągnęli ją od krzyża. W obronie kobiety stanął mężczyzna. Doszło do przepychanek. Kordon funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu otoczył krzyż. Ludzie, którzy modlili się pod krzyżem, zostali od niego odsunięci. ( … ) Naprzeciwko krzyża, który ustawili harcerze w połowie kwietnia, ludzie ustawili kolejne drewniane krzyże. Są one ustawiane na chodniku po drugiej stronie ulicy, ogrodzonej barierkami. W nocy na Krakowskim Przedmieściu ustawiono barierki uniemożliwiające dojście w okolice krzyża. Jest tam kilka osób, które pilnowały go w nocy; ci, którzy przyszli rano muszą stać po drugiej stronie ulicy. ( … )Słychać okrzyki „Tu jest Polska!”, „Niech żyje Jarek!”, śpiewane są religijne pieśni i hymn państwowy, powiewają biało-czerwone flagi. Na Krakowskim Przedmieściu pojawiają się wciąż kolejni ludzie z własnymi, małymi krzyżami, dochodzi do utarczek słownych. ( … )Teren przed Pałacem Prezydenckim ok. godz. 3.00 w nocy został ogrodzony metalowymi barierkami, które odgradzają kilkanaście osób skupionych wokół krzyża harcerskiego. Otacza ich kilkudziesięciu strażników miejskich. Na miejscu jest tez straż pożarna i ambulans. Zgromadzeni wokół harcerskiego krzyża trzymają transparenty z napisami – „Polsko obudź się!”, „Katyń trwa”, „Czy Bóg tak chciał?”, „Czy zdrajcy i NKWD są tak silni?” Na miejscu wciąż płoną znicze i powiewają biało-czerwone flagi. Grupa osób z kolejnym krzyżem stoi poza barierkami. Zbity z surowych desek symbol ma wymalowany czarnym flamastrem napis „10 kwietnia 2010 – 3 sierpnia 2010 kolejny krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim”.

    Wzdłuż barierek ustawiła się też liczna grupa dziennikarzy. Pełno jest kamer, mikrofonów, wozy satelitarne stoją też przed kościołem św. Anny. Przed barierkami gromadzą się też gapie, pojawiają się okrzyki: „Brońcie krzyża”.

    Koniec tych nudnych, orwellowskich – już codziennych relacji. Mam dość Warszawydość tego miasta. Zapraszam do innego, przecież mamy wybór.

    …Sobota, miasto spało jeszcze. Chłodny wiatr przewiewał sweter, gdy szedł pustymi ulicami i przecinał rozległe, wymarłe place. W oblepionych żółtą gliną butach stąpał po spłukanym nocnym deszczem bruku, a stalowa skuwka kija dźwięczała donośnie, bo miasto tonęło jeszcze w ciszy. Z rzadka mijał skulonych w rannym chłodzie przechodniów. Zaspani, nieprzytomni biegli do swych zajęć spoglądając na niego niewidzącymi oczami – jakby był przezroczysty. Zagłębił się w labiryncie ulic starówki. W nielicznych, otwartych już kawiarniach budziło się życie. Niewielu gości wypełniało zadymione od rana wnętrza. Oddzieleni szybami wystaw, pogrążeni w rozmowach, w szeleście pachnących świeżą farbą gazet odbywali codzienne rytuały poranka. Czuł snujący się w powietrzu zapach świeżo parzonej kawy, aromat upieczonych nocą ciastek – czuł słodki zapach budzącego się do życia miasta. Krążył po nim bez celu, kluczył opustoszałymi uliczkami i wracał w te same miejsca.

    ( … )

    Kawalkady samochodów, motocykli i skuterów przepychały się wąskimi ulicami a między nimi kluczyli przechodnie. Światła sygnalizacji regulujące formalny porządek miasta nie były potrzebne, bo samo życie rozwiązywało problemy. Mruganie – czerwone, zielone i żółte – było jak kpiące perskie oko rzucane do dziewczyn ściskających w pasie pędzących motocyklistów. Dziewczyn z odsłoniętymi, opalonymi nogami, którymi obejmowały kurczowo, jak w miłości, chromowane maszyny przebijające się przez uliczne korki. Mruganie sygnalizacji było jak żart robiony z administracyjnych przykazań. I muzyka klaksonów unosząca się nad ulicami. Nie trąbili ze strachu, raczej z ostrożności. Po prostu mówili do siebie trąbiąc klaksonami – uważaj, jestem tuż za tobą. Zamiast tępych zakazów harmonijna współpraca. Południowy temperament Hiszpanów łagodziła wzajemna akceptacja. Żyli przecież w mieście powszechnej współpracy. Po to je zbudowali, po to teraz na nie płacą podatki, by być razem, wspólnie produkować, handlować i zarabiać. To takie oczywiste! Więc po co pluć na siebie i nienawiścią zatruwać życie? Po co rzucać obelgi w ulicznych korkach? Szkoda na to życia. Policjanci w żółtych kamizelkach i czarnych czapkach z daszkami przechadzali się w tłumie uważni i życzliwi. Miasto żyje z turystów, wiec policja miejska troszczy się o nich. Okradziony wyjedzie, nie wróci, opowie to gdzieś daleko i nie przyjadą inni a miasto straci pieniądze. Miasto sprzyja ludziom – ławki są do leżenia, trawniki do chodzenia, w fontannach przelewa się chłodna woda, którą można pić bez obaw. To miasto jest po prostu stworzone dla ludzi.

    ( … )

    Plac San Francisko jakby stworzono do odpoczynku. Wyciągnięty na ławce wygrzewał się w południowym upale. Gdzieniegdzie krążyli ludzie w butach jeszcze czystych, z niewyspanymi po podróży oczami. Tutaj rozpoczynali wędrówkę. Wysiedli rankiem z samolotów, pociągów i autobusów, którymi dojechali do miasta z wielu krańców świata zwabieni magią szlaku. Podekscytowani i gadatliwi nie czuli jeszcze zmęczenia marszem, bólu nóg i pieczenia obtartych od plecaka ramion. Patrzył na nich z wyrozumiałością. Czuł się starszy o trzy dni w górach, które miał już za sobą. Czuł się już doświadczony drogą. Stary wyga ze mnie – pomyślał z pyszałkowatym rozbawieniem.

    ( … )

    Pożegnanie miasta, ostatni przystanek w tłocznym barze nieopodal dworca. Chrom, nikiel, dudnienie zawieszonego wysoko telewizora. Kelnerki w białych fartuszkach przeciskały się między rozgadanymi kobietami i dziećmi plączącymi się między nogami stolików. Obok faceci trzymając się za ręce, wyznawali sobie miłość, szepcząc umalowanymi dyskretnie ustami a ich długie, podkręcone rzęsy trzepotały jak skrzydła motyli. Za nimi pochłonięty lekturą ksiądz w dobrze skrojonym garniturze. O stanie duchownym świadczyła tylko ledwie widoczna koloratka. I mocny zapach kawy, słodyczy ciastek przełamywany duszącym dymem fajek snującym się błękitnymi warstwami w powietrzu. Smaki wielkiego miasta, smaki tolerancji. Notował te chwile, zapisywał obrazy jak zatrzymane w kadrze. To jego pierwsza i pewnie ostatnia wizyta w tym mieście. Wiedział, że te wrażenia i nastroje nigdy nie powrócą. Po prostu ulotnią się jak gorzki aromat kawy i waniliowa słodycz ciastek…”

    Relacje z Warszawy na podstawie portalu Gazety Wyborczej.

  • 106 Comments
  • Filed under: Kartki
  • źródło

    P8011080

    Wczoraj skok przez góry do Czech. Spontaniczną decyzję podjąłem w sobotę wieczorem. Motywy miałem dwa. Po pierwsze znalazłem w portfelu osiemdziesiąt kilka koron pozostałych z jesiennego, trzydniowego wypadu w Izery. A po drugie dobijało mnie poczucie zgnuśnienia, obolałej fizycznej stagnacji spowalniającej myślenie. Potrzeba mi było kopa, więc dlatego szybka decyzja o niedzielnym wypadzie. Nawet nie zdążyłem planu drogi przygotować – spakowałem tylko worek i nastawiłem budzenie na rano.

    P8011058

    ( widok na czeskie Karkonosze )

    Rankiem łapię autobus do Jagniątkowa i po pół godzinie jestem już w górach. Tym razem wybieram szlak niebieski. Koralowa Ścieżka (Korallensteinweg), bo o niej mowa to kolejne stare przejście przez góry Prowadzi na wierzchowinę Karkonoszy. Przejście przez granicę jest pomiędzy Czarną Przełęczą a Śmielcem. Koralowa Ścieżka jest długim, początkowo monotonnym szlakiem wiodącym przez lasy wzdłuż zachodniego zbocza doliny rzeki Wrzosówki aż do Czarnego Kotła. Nie będę się rozwodził nad tym mniej lub bardziej stromym, męczącym podejściem. Było mi wyjątkowo ciężko – tylko pot i głuche walenie tętna gdzieś u podstawy czaszki. Dopiero powyżej tysiąca metrów widoki pozwoliły odprężyć się psychicznie po tej katordze. Piękny kawałek trasy – kosodrzewina pod pachy, z boku przepaść Czarnego Kotła i prześliczne widoki.

    P8011064

    (widok na czeskie Karkonosze )

    Już po chwili tablice „Pozor! Statni hranice” i jestem w Czechach. Po polskiej stronie jak zwykle pustka, więc uderza mnie ilość czeskich turystów – wkraczam w kulturę „ahoj – dzień dobry”. Więc rzucając co chwila „ahoj”, „dobry den”, „dzień dobry” lub hiszpańskie „hola” przechodzę porządną ścieżką do „Matinovej Boudy”. Knajpa jak marzenie – stojący w drzwiach kelner z sumiastymi wąsami zaprasza do środka. Kelnerów jest trzech – jeden nalewa piwo, drugi podaje wydruk z kasy a trzeci pobiera zapłatę. Trudno się dziwić, że przy przy takim podziale pracy Czechom nie dokucza bezrobocie. Co najdziwniejsze knajpa wygląda na rentowną. Dwoma wielkimi, jasnymi Koźlakami gaszę pragnienie. Są pyszne – wychłodzone, gorzkawe w sam raz, aż gęste i na dokładkę ze sztywną pianką. Już po kilku łykach czuję iskrzenie pobudzonych myśli. Wokół wyluzowani, roześmiani ludzie, psy się plączą pod nogami – jednym słowem atmosfera niedzielnego pikniku. W oddali kusi Spindlerowy Młyn a w nim pewnie kapitalne bary z piwskiem i biuściastymi blond bufetowymi. Ale nici z marzeń, bo musiałbym tam nocować a przecież nie wziąłem ze sobą kompa.

    P8011053

    ( schronisko z piwem )

    Porządną kamienną ścieżką idę wzdłuż masywu górskiego. Po lewej widoki na Czeskie Karkonosze, kopiaste i masywne. Zbocze po którym idę jest jak gąbka nasycone wodą, która z pluskiem wypływa spod kęp lichej trawy. Wszędzie wokół słyszę wodną melodię – co jakiś czas drewniane wodopoje, pod ścieżką szemrzą strumyki przepuszczane cementowymi rurami. Schodzę w dół do Labskiej Boudy – wielkiego, pokomunistycznego schroniska, które stoi w dolince jak monumentalna, cementowa barykada. Z góry, po kamieniach przebija się wątła jeszcze Łaba. Trochę niżej efektowny widok z tarasu na Labský Vodopád spadający do Labského Dolu. (fotografia tytułowa do wczorajszej kartki „Łaba”). Szczyty po prawej wyznaczają jej dorzecze, ale należą do niego również niewielkie fragmenty terytorium Polski – gdzie sięgają górne biegi Izery (Polana Izerska) i Dzikiej Orlicy. Schronisko oblężone. Jestem pod wrażeniem jak wielu Czechów wspina się tutaj z położonych niżej miejscowości. W knajpie nie ma wolnych miejsc, więc towarzystwo zalega w trawie z kanapkami i butelkami piwa. Klimaty rodzinne – mnóstwo dzieci, staruszków, kobiet w ciąży i znów pętających się pod nogami psów. Nie przepadam za familijną turystyką, ale po czeskiej stronie ona nie razi. Pewnie dlatego, że ludzie są spokojni, nikt nie drze gęby, nie dzwonią telefony. Są po prostu otwarci na innych, nie zamykają się w hermetycznych, rodzinnych klanach. Luzik – jakoś czas tu wolniej płynie.

    P8011057

    ( wodopój )

    Znów marsz lekko pod górę – tym razem przez liche łąki. Kiedyś tereny te, na wysokości ponad 1 300 metrów zarośnięte były kosodrzewiną. Przed wiekami wytrzebiono ją by pozyskać ziemię na pastwiska. Grunt przestał utrzymywać wodę i katastrofalne powodzie zmusiły ludzi do refleksji. Ponad sto lat temu podjęto próby odtworzenia dawnej flory. Niestety alpejska kosodrzewina, bo taką zasadzono nie chciała się tu przyjąć. W związku z tym tereny te są nadal wyłysiałe. Po drodze źródełka z tablicami „zona sanitarna”. Zastanawia mnie dlaczego ich nie ogrodzono. Wytłumaczenie jest jedno – najwyraźniej nikt tu nie syfi złośliwie wody. W końcu źródło Łaby ( na zdjęciu tytulowym )– to mały, okrągły, cementowy basenik z lśniącymi pod powierzchnią wody, wrzucanymi na szczęście monetami. Czechów od cholery – mam kłopot ze zrobieniem zdjęcia. Obok tablice fundatorów źródełka i murek na którym z mozaiki ułożono herby miast czeskich i niemieckich przez które przepływa Łaba. Źródełko jest odwiedzane przez turystów już od dobrych stu lat. Myślę, że to dla Czechów jest ważne miejsce, bo żeglowna Łaba łączy ich, wiąże z Niemcami i z morzem do którego nie mają dostępu. Dlatego chyba tak masowo pielgrzymują do tego miejsca. Jestem raczej sceptycznie nastawiony do rozmaitych miejsc narodowych pielgrzymek, ale popularność źródła Łaby odbieram pozytywnie, bo to bardzo konkretny i realny symbol. To coś ponad polityką a zarazem miejsce, które łączy a nie dzieli. To piękne, bo przecież chodzi o rzekę.

    P8011081

    ( źródło Łaby, herby miast przez ktore przepływa rzeka )

    Od źródła Łaby już niedaleko do granicy. Nie mam siły krążyć szlakami, więc schodzę do schroniska „Pod Łabskim Szczytem” skrótem zwanym „Mokrą Ścieżką”. Znów pustki, pod schroniskiem tylko kilka osób. W dole mam Szklarską Porębę, ale nie chce mi się tak szybko wracać, więc wybieram nieznaną mi ścieżkę do Jagniątkowa. Jest długa, piękna, zdziczała, ale schodzenie nią w dół to koszmar. Deszcze i potoki wypłukały piasek pozostawiając bezładnie usypane kamienie. Ponad godzinę wyłamuję stopy na głazach. Pewnie bym nie cierpiał gdyby nie kilkanaście kilometrów wcześniejszego marszu, który osłabił kręgosłup, kolana i kostki. Na szczęście niosę z Czech butelkę piwa. Więc powoli, krok za krokiem, łyk za łykiem zbliżam się do Jagniątkowa. Tam jeszcze tylko słodkie lody a później już tylko pół godziny mocnego snu w rozgrzanym autobusie. Jest niedzielny wieczór – jak co tydzień wita mnie mnie ziejący z podwórek – studni smród pieczonych na grillach kiełbas.

    P8011074

    ( łąki pod Łabskim Szczytem )

  • 207 Comments
  • Filed under: Kartki
  • Łaba

    P8011068

    Widoczny na zdjęciu potok to Łaba do której źródeł dzisiaj dotarłem. Łaba rodzi się na Labskéj louce, poniżej Łabskiego Szczytu – na wysokości 1387 m nad poziomem morza.. Od źródeł płynie na wschód. Poniżej schroniska spada Labským vodopádem do Labského dolu ( na zdjęciu). W środkowej części Sedmidoli, w miejscu zwanym U Dívči lávky łączy się z Bílé Labe i zmienia kierunek na południowy. Między miejscowościami Szpindlerowy Młyn a Vrchlabí płynie wąską doliną Labskou soutěskou. Od Vrchlabí po Jaroměř płynie na południowy wschód przez pagórkowate Podgórze Karkonoskie.

    Na wysokości 250 m dolina rzeki się rozszerza i aż po ujście Ohřy pod Litoměřicami nosi nazwę Polabí. Od Jaroměřa do Pardubic Łaba płynie na południe. W Pardubicach skręca na zachód i płynie w tym kierunku aż do Kolína, gdzie skręca ku północnemu zachodowi.

    Od Chvaletic, gdzie znajduje się port rzeczny rzeka jest uregulowana. Ziemie czeskie Łaba opuszcza w głębokim wąwozie znajdującym się w obszarze chronionym Labské pískovce.

    Po stronie niemieckiej Łaba płynie głęboką doliną przez Saską Szwajcarię przez Pirnę ku północnemu zachodowi. Od Pirny dolina zaczyna się rozszerzać. Rzeka przepływa przez Drezno, gdzie osiąga 100-150 m szerokości. Płynie przez Miśnię i dalej przez Nizinę Północnoniemiecką. Stąd aż do Hamburga meandruje. Na północ od Magdeburga łączy się Kanałem Łaba-Hawela z Hawelą. Po kilkudziesięciu km łączy się z lewostronnym dopływem Hawelą i zmienia kierunek na północno-wschodni.

    Za Wittenbergą w dwóch miejscach Łaba tworzyła granicę między byłymi NRD i RFN. Przed Hamburgiem Łaba rozdziela się na dwie odnogi Północną Łabę i Południową Łabę. Z Hamburga Łaba płynie dalej na północny zachód, a jej koryto jest szerokie na 300-500 m. Później się jeszcze rozszerza i przechodzi w estuarium. Z prawej strony łączy się z Morzem Bałtyckim przez Kanał Kiloński. Koło portu w Cuxhaven Łaba wpada do Morza Północnego (Zatoki Helgolandzkiej). Estuarium ma długość 100 km i szerokość 2,5-15 km.

  • 123 Comments
  • Filed under: Kartki
  • wymierający gatunek

    P6270366

    Idą ciężkie czasy. Sypie się powoli nudny jak flaki z olejem system bankowo – korporacyjno – biurokratyczny organizujący ludziom kiepskie życie. Zastanawiam się jak sensownie a zarazem przyjemnie przetrwać dekadencki schyłek tej polityczno – finansowej pop epoki, będący zarazem schyłkiem mojej egzystencji. Bo przecież chce się żyć, ale poza tym burdelem. I znów odpowiedź na pytanie jak to zrobić znajduję u braci Czechów, którym specyficzny sposób myślenia i styl życia pozwala pogodnie znosić bolesne zawirowania historii czyli surrealizm polityczny. Dziś więc kolejna kartka z Czech, o nietuzinkowym facecie – Egonie Bondym, czyli mistrzu czeskiego artystycznego podziemia w ponurych, komunistycznych czasach. Kartka o bezkompromisowym artyście należącym chyba do wymierającego gatunku prawdziwych facetów.

    Egon Bondy to pseudonim artystyczno – polityczny Zbynka Fiszera – prozaika, poety i filozofa. Fiszer urodził się w rodzinie czechosłowackiego generała 1930 roku w Pradze. W wieku kilkunastu lat, osierocony przez matkę rzuca naukę. W 1947 roku wstępuje do partii komunistycznej i po kilku miesiącach dostaje pracę w bibliotece Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Jest już wtedy zagorzałym marksistą. W czasie przewrotu (1948) wspiera na ulicach Pragi komunistów przejmujących władzę. Ale już pół roku później zaczyna kwestionować totalitarny system. Tak po latach podsumowywał tamte wydarzenia – „...W ciągu tych pięciu dni w trakcie wydarzeń lutowych, kiedy kroczyłem na czele pochodu z czerwonym sztandarem zrozumiałem, że to wszystko w czym biorę udział to zwyczajna manipulacja.( … ) Na przykład ten pochód, w którym codziennie maszerowałem przez plac Wacława, a kiedy tylko skręciliśmy za róg, wszyscy biegli do domu, żeby zdążyć na wieprzowinę z knedlikami….” Rozczarowany politycznie Fiszer wiąże się z dysydentami i odrzuconymi przez system artystami. Dzięki wsparciu krytyków literackich Karela Teige (ginie śmiercią samobójczą w 1951 roku) i Zavisa Kolendry (skazany na karę śmierci w 1951 roku) zaczyna pisać swoje pierwsze wiersze. Wiąże się się z Honzą Cerną – Krejcarową, córką Mileny Jesenskiej – ukochanej Franza Kafki. Przez cały okres okrutnych, stalinowskich czasów włóczą się oboje po Czechach żyjąc praktycznie poza prawem. Egzystują na granicy głodowej śmierci utrzymując się tylko z żebractwa i przemytu. Wtedy właśnie Zbynek Fiszer przyjmuje na znak protestu przeciwko antysemickiej, partyjnej czystce artystyczny pseudonim Egon Bondy – to jedno z popularniejszych w Czechach nazwisk żydowskich. Równocześnie redaguje pierwsze czeskie podziemne pismo „Edycja Północ”. Nie ma pieniędzy, kartek na żywność, meldunku, zaświadczenia o pracy – zaczyna nękać go policja. W trudnych chwilach pomaga mu Bohumil Hrabal (ginie śmiercią samobójczą w 1997 roku) resocjalizowany jako burżuj za pomocą fizycznej pracy w hucie w Kladinie. Sporo piją, prowadzą dekadenckie życie. Tak opisuje te czasy Hrabal w „Pięknej rupieciarni” – „ …Te dwa lata z Bondym. Pił jak smok, jednak dopiero przy dwunastym piwie mawiał – ”Kurde mol, nareszcie główka pracuje”. I zawsze się martwił, żeby było co pić. Pożyczał dwa wiaderka, dwie miski, no i szliśmy do pana Vaniszty. Biedaczysko już miał zamknięte, ale co tam, Bondy kopniakiem przedziurawiał mu drzwi i darł się przez tą dziurę – „Wstawaj, kurwa, poety idą!… O Jezu, chłopy durne, coście mi zrobili, zapłacicie mi za to… Zapłacimy, ale poety muszą się napić! Lej!” …”. Ni stąd, ni zowąd Bondy zrywa kontakty z Hrabalem i w 1957 roku na fali odwilży przyjmuje pracę w muzeum narodowym jako strażnik trzydziestometrowego szkieletu wieloryba. Tak o tej przemianie wewnętrznej opowiada po latach – „Któregoś dnia wiosną 1955 roku wstałem rano, to znaczy w południe i miałem przed sobą swój normalny program: spotkanie z Hrabalem i innymi. I nagle poczułem, że nie chce mi się nigdzie iść. ( … )Następnego dnia znowu to samo. Od tego dnia nikogo z moich przyjaciół nie widziałem przez całe lata. Zostałem sam, sam chodziłem do gospód z zeszytem i ołówkiem i pisałem. Dzięki temu w ciągu tych siedmiu lat mogłem przemyśleć wszystko co złożyło się później na moją pracę filozoficzną „ O pocieszeniu, jakie daje ontologia”. Ale powtarzam – to nie było z mojej woli, to był wewnętrzny przymus”. Z szalonego artysty przemienia się więc w miłośnika nauki. Z sentymentem wspomina czasy pilnowania wieloryba – „Przede wszystkim miałem stałą pracę i mogłem się ubiegać o zdawanie matury w wieku lat dwudziestu siedmiu a potem zdać na studia. Poza tym dzięki tej pracy miałem mnóstwo wolnego czasu, miałem ciszę i spokój, nikt mi nie przeszkadzał, mogłem czytać do woli. Do dzisiaj bardzo ciepło to wspominam”. Jest skrajnym lewicowcem – podaje się za maoistę. Sporo pisze, ale pryncypialnie odmawia jakichkolwiek kontaktów z cenzurą, więc wydaje swe prace jedynie w samizdacie. Po ukończeniu filozoficznych i psychologicznych studiów zaczepia się w Bibliotece Narodowej. Poznaje tam Julię – swą przyszłą towarzyszkę życia. Praca go nudzi, więc z powodzeniem stara się o rentę inwalidzką. Po pobycie w zakładzie psychiatrycznym uzyskuje wymarzone wariackie papiery – jak mówi wydane mu z uwagi na kretynizm. Wreszcie ma czas dla siebie. Filozofia go wciąga – zaczyna pisać pierwsze traktaty o styku filozofii wschodu i zachodu.

    Praską Wiosnę przyjmuje ze sceptycyzmem, nie wiąże z nią żadnych nadziei. Tak wspomina ten okres – „Ja tych aktorów Praskiej Wiosny pamiętałem z najgorszych czasów, wiedziałem, że wtedy oni wszyscy byli typowymi stalinistami. ( … ) Nie mogłem uwierzyć, że mogli zmienić się z dnia na dzień – im chodziło o przejęcie władzy, o wymianę elit, może na bardziej cywilizowane, ale co z tego? ( … )Kiedy wkroczyli Rosjanie Julia mnie obudziła – chodziła rano do pracy a ja jak wiadomo śpię do południa – i powiedziała, że nad miastem latają samoloty, że wjechały rosyjskie czołgi. „I co z tego, po co mnie budzisz?” – powiedziałem, przewróciłem się na drugi bok i spałem dalej.” Mimo tej sennej nonszalancji odczuwa szok okupacji. Zablokowany przestaje tworzyć. Do pisania wraca dopiero na początku lat siedemdziesiątych.

    Rozmawiając z ludźmi w praskich knajpach zaczyna zdawać sobie sprawę, że w publicznym obiegu myśli funkcjonuje jego podwójna tożsamość. Ludzie, którzy piją piwsko z filozofem Zbynkiem Fiszerem z nostalgią wspominają czasem legendarnego poetę Egona Bondego, który podobno od dawna nie żyje i po którym pozostały tylko dobre wiersze. Więc Zbynek Fiszer w podłych latach tzw „normalizacji” wraca do swego dawnego wcielenia – staje się na powrót Egonem Bondym. Znów zaczyna pisać buntownicze wiersze i przewodzić kolejnemu pokoleniu dekadenckich krytyków systemu. Wiąże się z Ivanem Jirousem, menadżerem legendarnej grupy „The Plastic People of the Uniwerse”. Tak wspomina poznanie Jirousa – „ W 1973 roku Jirousa zamknęli na rok za znieważenie ZSRR – po prostu opowiadał dowcipy w gospodzie. Kiedy wyszedł z kryminału przyszedł do mnie, usiadł przede mną na podłodze i powiedział – „Pan jest moim guru, ja sobie to wszystko w kryminale przemyślałem, chcę być pańskim uczniem mistrzu. Co miałem robić? Zaczęliśmy spotykać się częściej i to były początki tego undergroundu”. Plastiki za wykonywanie takich oto piosenek Bondego płacą kryminałami i represjami – „Dzisiaj wypiłem dużo piw, Więc mnie nie chwyci żaden syf, I wyczytałem z „Rudego Prava”, że rośnie naszej partii sława”. W lutym 1976 roku, po jednym z nielegalnych koncertów na dobre aresztowano muzyków grupy. Policja polityczna przygotowuje drobiazgowo proces „długowłosych chuliganów”. Pokazowy proces, między innymi Ivana Jirousa staje się impulsem do zjednoczenia czeskiej opozycji i podpisania słynnej Karty 77. Dokument podpisuje też Egon Bondy – jak zwykle odnosząc się do niego krytycznie. Na skutek nacisków opinii światowej reżim łagodzi muzykom wyroki. Po uwolnieniu grają koncert w domu ówczesnego dysydenta Vaclava Havla – w Hradeczku. Zarejestrowany materiał zostaje wydany na płycie „Egon Bondy’s Happy Hearts Club Banned” czyli „Zakazany Klub Szczęśliwych Serc Egona Bondego” składającej się z tekstów kontrowersyjnego poety. Płyta zespołu ukazuje się oficjalnie jedynie za granicą,. Do Czechosłowacji trafia tak zwanym systemem „na Bacha”, polegającym na oklejaniu płyt mylnymi okładkami. Egon Bondy zyskuje światową sławę.

    Zmianę ustroju w 1989 roku przyjmuje sceptycznie. Lewicowe poglądy nie pozwalają mu zaakceptować transformacji, a kapitalizm jawi mu się jako większe zło niż komunizm. A kiedy wielu dysydentów z Havlem na czele zaczyna walczyć o władzę on znów odsuwa się jak najdalej od establishmentu. Na początku lat 90 – tych po raz pierwszy wydaje oficjalnie swoje sześć tomów „Uwag do historii filozofii” – nie ma już przecież cenzury. Obciążony lustracyjnym knuciem zraża się do Pragi. Przeszkadzają mu też tłumy turystów oblegające jego ulubione knajpy. Przenosi się więc z żoną Julią z Pragi do Bratysławy i przyjmuje słowackie obywatelstwo. Wykłada filozofię i historię na tamtejszym Uniwersytecie im. Jana Amosa Komenskiego. Staje się znany jako alterglobalista i wróg konsumpcjonizmu. To nie tylko puste deklaracje, to praktyka jego życia – nigdy nie chciał mieć w domu ani telefonu, ani telewizora. W Bratysławie Bondy odnajduje się w prowincjonalnym rytmie miasta. Organizuje w swoim mieszkaniu spotkania pisarzy i muzyków, chadza do opery, śpiewa praskie piosenki folkowe z bratysławską grupą „Požoň sentimental”. Dokucza mu jednak zalewany piwem od 30 lat nowotwór jelita, więc izoluje się powoli od świata. Nadal jednak pracuje nad swoim dziełem o historii filozofii. Niestety nie kończy roboty – umiera na skutek poparzeń. Po prostu zasypia z papierosem w ręku, a jego piżama się zapala. Umiera w wielkanocny poniedziałek w wieku 77 lat.

    Śmierć jak życie – jeden płomień. Bondy nie pasował do naszej globalnej i popkulturowej rzeczywistości. Całe życie należał do tego, co kiedyś nazywano bohemą, a on sam określał mianem undergroundu – sfery, w której naczelną zasadą jest wierność własnej wizji świata, a życie traktuje się jako nieustanny akt twórczy. Imponujący, mądry i twardy facet – niestety należący do wymierającego już gatunku prawdziwych mężczyzn.

    Egon Bondy pod poniższym linkiem.

    http://www.youtube.com/watch?v=w8UARDgB1wk

    Materiał powstał na podstawie wywiadu z Egonem Bondy (1996) zamieszczonego w książce „Europa z płaskostopiem” autorstwa Aleksandra Kaczorowskiego (wydawnictwo Czarne, 2006) oraz art. w Tygodniku Powszechnym „Legenda undergroundu” zamieszczonego pod linkiem

    http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1548,1405460,0,dzial.html

    \

  • 73 Comments
  • Filed under: Kartki
  • dziewczyna

    P7150748

    …Siedział w barze, przy stoliku na uboczu i patrzył na ludzi schodzących krętą drogą z płaskowyżu. W oddali dziewczyna – szła jak zwykle bez pośpiechu, od niechcenia, jakby bez wysiłku. „Długie nogi, długie kroki” – pomyślał. Pomachał do niej, bo ucieszyło go to spotkanie – chyba na nią czekał. Przysiadła się, droga jednak dała jej w kość. Zdjęła buty, chwilę przebierała bladymi palcami stóp. Poprosiła, by przyniósł coś z baru. Zamówił kawę, bułkę i butelkę zimnej wody. Jadła z apetytem. Gdy trochę odsapnęła kupiła mu lemoniadę z cytryną i lodem. „Miły rewanż” – pomyślał, bo zapamiętała, że lubił kwaśną lemoniadę. Nie chciała przyjąć pieniędzy, widać nie lubiła zobowiązań. Jakiś czas siedzieli w barze, a potem rozleniwieni i syci grzali kości w słońcu. „Już czas” – mruknęła, lecz nie miał siły ruszyć się z trawy. Stała więc nad nim drwiąc i szturchając kijkiem. „Łatwo kpić” – pomyślał. Była dwa razy młodsza – jak jego córka. ( … )

    Odnalazł ją na wzgórzu, obok kościoła i zarośniętego chwastami starego cmentarza. Usiadł obok, przesunęła się i podzieliła śpiworem. Osłonięci przed ludźmi i wiatrem kamiennym murem cmentarza leżeli bok w bok, łapiąc resztki ciepła z zachodzącego nad mesetą słońca. Przez jej ramię podglądał rysunki w książce. Układ nerwowy – prześwitujące ludzkie ciała z widocznymi wewnątrz siateczkami nerwów; ciała rozrysowane cienką, czarną kreską i podzielone na intrygujące detale. Pajęczyny nitek oplatały dłonie, stopy, plecy i mózg; pajęczyny połączeń przewodzących smaki, kolory, temperaturę, wilgoć. Nerwy sygnalizujące bólem niebezpieczeństwo i zarazem przenoszące do mózgu przyjemność dotykania, głaskania i całowania. Patrzył na szkice ukrytego pod skórą, w głębi ciała, delikatnego układu odpowiadającego za rozkosz. Nagle zapragnął to sprawdzić, zapragnął tej chudej dziewczyny leżącej na brzuchu, z głową podpartą na rękach. Zapragnął dotknąć wystających, kruchych łopatek, wepchnąć się kolanem między jej nogi, przeczesać palcami zmierzwione włosy. Ciepła, piegowata skóra pachniała mydłem, słońcem i wiatrem. Wślizgnął się pod bluzkę, przytulił policzek do piersi słuchając jak spokojnie i głęboko oddycha. Miała chłodne i doświadczone dłonie. Pomyślał, że to dłonie lekarskie, zaufane, takie którym się można poddać. Szukała go nimi, dotykała, przyciągnęła do siebie. ( … )

    Nadeszła samotność – chyba poczuli ją równocześnie. Wysunęła rękę spod jego głowy, chwilę przebierała ścierpniętymi palcami. On przewrócił się na wznak, spodnie, guziki, znane na pamięć męskie porządki. Potem pomógł jej zbierać rozrzucone notatki i zeszli w dół, do wioski, spokojni i milczący. Szli obok siebie, nie dotykając się, ale byli blisko. Byli razem, ale jednocześnie wolni. Mężczyzna i kobieta w drodze. Tu był ich przystanek, miejsce, w którym spotkali się, do którego doszli swoimi drogami i z którego swoimi drogami odejdą. Taką miał w każdym razie nadzieję.( … )

    W schronisku gospodarz rozpalił ogień w żeliwnym piecu. Kilka konarów oleistego drewna paliło się jasnym płomieniem migającym za szybą. Wokół ciepło i wilgotnie, nad ogniem dosychało rozwieszone na sznurze pranie. Siedział nad szklanką wina myśląc o domu. Miał podobny żeliwny piec-kozę z metalową rurą sięgającą sufitu. Palił w nim wyschniętym akacjowym drewnem, które swym żarem rozgrzewało dom w zimowe noce. Magda lubiła ten piec. Wieczorami przysuwała do niego stary, obity pluszem fotel i opatulona kocami tłumaczyła wiersze. Na fajerkach, w kubku, grzała się herbata. Ciepło z tlących szczap usypiało, więc najczęściej skulona drzemała trzymając kurczowo w dłoni zapisane kartki. Gdy otwierał drzwiczki pieca by dołożyć do ognia gałęzi, dym buchał na pokój, a ona budziła się raptownie i szeptała – „Przecież nie śpię”. Tak jakby tłumaczyła się przed nim ze swojej senności. Tak jakby tłumaczyła słabość, którą wzbudzało w niej ciepło. Chyba się wstydziła swojego pragnienia ciepła. Chciała okazać mu, że jest twarda.

    Ogień dogasał, wino też się kończyło. Dziewczyna dawno już spała zagrzebana w śpiworze. Przełamując zmęczenie snuł z Berlinerem plany na następny dzień. Przed nimi duże miasto, niedziela, szykował się porządny obiad i gorąca kąpiel. Berliner dzielnie sobie radził na szlaku, ale tęsknił już do wygody i luksusu. Przytulony do pieca z miną konesera trzymał wyszczerbiony kubek z resztką sikacza. Też był śpiący, ziewał zacierając oczy kułakami. Trzeba się kłaść, bo jutro od rana szybki marsz do Burgos. Jeszcze chwilę szurając buciorami szukali swoich łóżek w ciemnej i pełnej nocnych głosów sali.( … )

    Za oknem szarówka. Szturchaniem obudził Niemca. Ten, półprzytomny, gramolił się chwilę i klnąc pod nosem wciągał długie buty. Dziewczyna też jeszcze nie gotowa; parskając myła się przed drogą w zimnej jak diabli wodzie. „Zdrowa i zahartowana niemiecka dziewucha” – pomyślał patrząc jak naciera blade ciało ręcznikiem. Chwilę na nią czekali popijając kawę. Potem, już na zewnątrz wysikali się w krzakach i wypalili pierwsze poranne fajki. Coś ich gnało w drogę. Bezchmurne niebo zapowiadało upalną pogodę.( … )

    Na placu, w fontannie – wodopoju dla ludzi i zwierząt – zmyli z twarzy, ramion i karków pot zmieszany z kurzem. Narobili hałasu ze śmiechem pryskając na siebie wodą. Potem rozłożeni na kamiennych ławkach łapali chwile oddechu. Czuł, że niewidoczne ręce uchylały żaluzje w oknach, zza których nieznane oczy obserwowały ich uważnie. Może ona szepnęła uspokajająco do niego, leżącego jeszcze w łóżku – „To tylko pielgrzymi idą do Burgos”. Później bose stopy szurały o podłogę, szeleściła pościel i oczy na powrót zamykały się sennie. Bo przecież był niedzielny ranek, pora spania i czas przytulania. Ale dla nich nie było święta, zerwali się z ławek i poszli dalej, bo miasto przyciągało z oddali. ( … )

    Do centrum było już niedaleko, więc mieli czas na lenistwo. Wygrzebał z plecaka parę plasterków jamonu i bułkę. Żuł powoli popijając wodą. Obok Berliner zasypiał rozłożony wygodnie na ławce. Dziewczyna ćwiczyła tai-chi z jego kijem w ręce. W powolnym rytmie, skupiona na sobie, walczyła z własnym cieniem przenosząc miękko ciężar ciała z nogi na nogę. Zapomniała o całym świecie skoncentrowana na łagodnym ruchu ramion i harmonijnym tańcu kija, którego stalowa skówka iskrzyła raz po raz w słońcu. Po mszy wychodzili wierni; mężczyźni w niezgrabnych, niedzielnych garniturach i ich kobiety o złych oczach trzymające kurczowo za ręce dzieci ubrane na modłę dorosłych. Omijali ją nieufnie jakby zagrażała i drażniła zmieniając tańcem zwykły niedzielny porządek. Dziewczyna skupiona na ciele i cieniu nie widziała nikogo, samotnie tańczyła z kijem w czarnym tłumie omijających ją szeroko ludzi.( … )

    W schronisku ewangeliczna kolacja. To co naturalne bywa czasem ceremonialne. W tym przypadku forma przytłoczyła treść. Zupa parowała pachnąc apetycznie, ludzie nerwowo przełykali ślinę, a gospodarz rozwlekle dziękował Panu za dary na stole. Dziewczyna trzymała kamienną twarz, Berliner z wysiłkiem tłumił śmiech. Pewnie Pan patrząc na to z niebios też dusił się ze śmiechu. Jeśli znalazł czas, aby na nich patrzeć, bo pewnie sporo ważniejszych rzeczy miał do zrobienia. Ziewnął. Pomyślał, że ciągłe dziękowanie potrafi uprzykrzyć życie nawet Bogu.

    Podchmieleni winem zbierali się do snu. Był z nią sam. Berliner marudził jeszcze na kolacji. Nie zrobił planu drogi na jutro, nie wiedział dokąd dojdzie, ale na pewno wiedział, że musi odejść jak najdalej stąd. Myślał, że ostatnio zrobiło się zbyt towarzysko, przyjemnie i miło wokół niego, zanadto społecznie. Miał za wiele związków z ludźmi, zbyt wiele niedopowiedzianych i tak naprawdę nie chcianych zobowiązań. Zaczynał znów patrzeć na świat cudzymi oczami, gubić się w szczegółach i rozmieniać na drobne. Znów obkładał duszę ciepłymi plastrami aby mniej bolała. Marsz niedostrzegalnie zamieniał się w spacer, w turystykę pieszą w gronie miłych znajomych. Czuł, że nie tędy droga, że brnie w jakiś bezpieczny zaułek. Zerknął na dziewczynę – była ufna. Czuła się swobodnie biegając z gołym tyłkiem w poszukiwaniu piżamy. Później, zwinnie jak lekkoatletka, wskoczyła ślizgiem na piętro swego łóżka. Rozbawiona sytuacją, dumna ze skoku uśmiechnęła się do niego. Lubili się, dobrze im było razem. Cholera, aż za dobrze! Pojął, że to ich ostatni wspólny wieczór. Dziś zaśnie jeszcze ze złudzeniem, że ma dwadzieścia lat, ale rankiem wstanie stary. O świcie będzie już sobą. Zwlecze się z łóżka, gdy ona będzie jeszcze spała, zegnie zdrewniały grzbiet, by z bólem zawiązać buty i ruszy przed siebie. Dziś ostatni raz ją widzi. Lekko uścisnął na pożegnanie opuszki palców dziewczyny. ( … )

    Zostawił miasto i ludzi. Wyszedł o pierwszym brzasku, właściwie wymknął się z sypialni na boso, aby nie budzić śpiących. Potem posykując z bólu przemknął przez uśpione bulwary. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na katedrę. Spieszył się, uciekał. Za nim zostawały zależności i kiełkujące więzi. W rytmie kroków oddalały się uczucia, emocje, wspólne z ludźmi sprawy. Rozpieprzał to, przecinał wcześnie – od razu – póki to nie bolało, póki było możliwe. Niosło go, niosła go ucieczka.

    Przedmieścia Burgos, szare dzielnice robotnicze. Masywne bloki, ponure jak pięćdziesiąte lata, dzieliły przestrzeń na szachownicę. Między nimi wyłysiałe trawniki, trzepaki z pordzewiałych rur i łopoczące na sznurach pranie. Przy drodze przystanek autobusowy jak kolorowa dziecinna zabawka porzucona na burym, zleżałym dywanie. W środku, półleżąc, siedziała na ławce kobieta. Otyła, wbita w za ciasną, kwiecistą sukienkę z wysiłkiem taktowała klaskaniem flamenco swej córce. Mała zatrzymała się tu jak każdego ranka. Filigranowa dziewczynka o śniadej cerze, z długimi włosami w kokardach, zgięta pod brzemieniem tornistra uwieszonego na plecach. Stała wpatrzona w nadające rytm, opuchnięte dłonie matki i wystukiwała takt obcasami czarnych półbucików. Stara, schrypniętym głosem podała frazę. Dziewczynka chwilę cichutko nuciła a potem podchwyciła głośno i strzelając palcami zaśpiewała flamenco. Wpatrzone w siebie krzyczały z głębi trzewi ochrypłą pieśń o miłości zabijając nudę czekania na szkolny autobus. Klaskanie, stukot obcasów i narastający krzyk rozsadzały przystanek. Patrzył jak ciężki tornister kołysze się na plecach i opadają kokardy trzymające na uwięzi włosy. Dziewczynka jak dojrzała kobieta wyzwalała flamenco podając mu rytm kroków. Niósł z Burgos podarowaną muzykę, zabierał ją z sobą na pola. …„

  • 88 Comments
  • Filed under: Kartki
  • psychodelic

    PA040002

    Czytając książkę „Europa z płaskostopiem” (Aleksander Kaczorowski, współpraca Tomasz Maćkowiak, wydawnictwo Czarne Wołowiec 2006) myślę o Peterze – czeskim emigrancie – z którym los zetknął mnie w czasie wędrówki przez Hiszpanię. Byłem w złej formie, okulałem i ten starszy ode mnie Czech bardzo mi pomógł w wędrówce do Santiago. Po kilku dniach wspólnego marszu, gdy się z nim zaprzyjaźnilem poczułem wstyd za udział moich rodaków w pacyfikacji Praskiej Wiosny, która wygnała Petera z kraju. Zacząłem się nawet mętnie tłumaczyć ale wtedy on parsknął śmiechem i powiedział – „A co mnie to obchodzi? Stare dzieje. Dla mnie dobrze się to skończyło. Kim byłbym, gdybym tam został? Pewnie tępym robotnikiem w zbrojeniowej fabryce. Nie lubię nawet tam wracać, do tych kilku osób z dalekiej rodziny, które mi zostały. Czuję w nich jakąś niezrozumiałą zazdrość i poczucie niesprawiedliwości, że lepiej i inaczej niż oni żyję. Jakbym ich zdradził przechodząc w tamtą sierpniową noc do Austrii przez opustoszałą granicę. Jakbym ich zdradził, nie będąc z nimi w skundlonych czasach normalizacji. Jestem dla nich inny, obcy dlatego, że nie dałem się skurwić. A przecież oni po prostu bali się uciec jak ja. Zostali ze strachu i kurwili się z tego strachu.” Mówił to bez żalu kopiąc kamyki czubkiem buta – „Tamte rozrachunki przyjacielu to już nie moja historia. Nie masz się z czego tłumaczyć.

    Ale nie wszyscy się skurwiali. W lipcu 1968 roku, gdy Peter przechodził o świcie przez austriacką granicę rozpoczynała się niezwykła kariera czeskiego psychodelicznego zespołu rockowego „Plastic People of the Uniwerse”, który po dziesięciu latach miał się stać symbolem czeskiej opozycji zmagającej się z komunistycznym państwem Husaka. Sława i legenda tego zespołu otworzyła Czechom drogę do wolnego świata. To zupełnie inna – psychodeliczna – droga aniżeli nasza, wiodąca przez obwieszoną świętymi obrazami bramę Stoczni Gdańskiej. Nie wiem czy mimo artystycznego i psychicznego „zamotania”, ostrego i nonkonformistycznego buntu droga „Plastików” nie była prostsza. Dla mnie w każdym razie jest bardziej zrozumiała i czysta.

    Zbiór wywiadów „Europa z płaskostopiem” otwiera rozmowa Tomasza Maćkowiaka z Milanem Hlavsą – liderem i basistą „Plastic People of …”. Wywiad jest uderzająco prawdziwym opisem życia i twórczości negującej ówczesną rzeczywistość. Prawdę w słowach Hlavsy czuje się szczególnie wyraźnie w naszych zakłamanych, nadętych i kombatanckich realiach.

    Oto fragmenty rozmowy o tym jak wolność psychodelicznego rocka rozpieprzała totalitarne państwo.

    Tomasz Maćkowiak – Plastic People of the Uniwerse powstało w w 1968 roku. To było przed czy po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację?

    Milan Hlavsa – Najważniejsze, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego.. Nie mogę powiedzieć żeby założenie Plastikowych było jakimś głosem sprzeciwu czy aktem oporu itd. Po prostu byliśmy grupą młodych chłopaków, którzy chcieli grać. Ja nawet dość dokładnie pamiętam dzień inwazji. 21 sierpnia obudził mnie mój starszy brat i wołał, że mam się pakować, że emigrujemy do Austrii, bo „Ruscy” weszli. Po południu nam przeszło ( … ) Interesowała nas muzyka. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych powstała w Pradze cała masa kapel rockowych, w tym i nasza. Nazwę wymyśliliśmy wspólnie ( … ) To się wzięło z kultury rockowej. Andy Warhol powiedział kiedyś: „Kocham wszystko co plastikowe, chciałbym sam być z plastiku.( … ) Ja już wtedy grałem w kapeli. Od trzynastego roku życia grałem co sobotę w gospodzie w zespole, który się nazywał Undertakers. Wykonywaliśmy znane rockowe kawałki z radia ( … ) zawsze kiedy wspominam te czasy, tę atmosferę luzu, przypomina mi się studium jakiegoś uczonego od muzyki, które wiele, wiele lat później czytałem w kanadyjskim piśmie. Dowodził, że rock and rolla wymyśliło kgb i polska tajna policja, żeby zdemoralizować zachodnie społeczeństwa i zatruć tamtejszą młodzież dekadencją.

    TM – Jak inwazja wpłynęła na swobodę tworzenia?

    MH – Wcale jej nie zauważyliśmy. W 1969 roku zyskaliśmy nawet status profesjonalistów. To oznaczało, że mamy klub, w którym wolno nam grać, sprzęt z którego możemy korzystać, stałe stawki za koncerty. Mnie to cieszyło, bo jakoś nie miałem szczęścia do szkół. Prawdę mówiąc poza graniem nic mnie nie interesowało. Wylali mnie z kolegą z technikum masarskiego i potem, żeby zarobić łapałem jakiś dorywcze prace w rzeźniach.

    TM – W tym czasie odsunięto Dubczeka i rozpoczęła się „normalizacja”. Nie zauważył Pan tego?

    MH – Nie. Graliśmy, koncertowaliśmy, polityka nas nie interesowała. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Dopiero w 1971 roku dowiedzieliśmy się o weryfikacjach. Była komisja, która słuchała każdego zespołu o profesjonalnym statusie i oceniała. Zalecali, żeby do repertuaru włączyć jakieś pieśni radzieckie, odrzucali anglojęzyczne nazwy, kazali ostrzyc włosy. To było upokarzające. Odmówiliśmy.

    TM – Czy to oznaczało np. ryzyko uwięzienia?

    MH – Nie, skądże! To oznaczało, że nie będziemy mieć aparatury i nikt nam nie będzie organizował koncertów i płacił tantiem – po prostu nikt nam w niczym nie pomoże ( … ) Zdecydowaliśmy, że gramy dalej. Pierwszym naszym krokiem był grupowy wyjazd na Wyżynę Czesko-Morawską. Pracowaliśmy tam jako drwale by zarobić na sprzęt. ( … ) Zdarzało się, że znaleźliśmy jakąś salę np. świetlicę na ogródkach działkowych i tam dawaliśmy koncert pod patronatem związku działkowiczów. Już wtedy byliśmy na swój sposób sławni, właśnie dlatego, że odmówiliśmy weryfikacji. Wytworzyło się wokół nas środowisko, które nasz menadżer Ivan Jirous nazwał potem „wesołe getto” a jeszcze później underground. To byli malarze, poeci, plastycy. Spotykaliśmy się w gospodach, popijaliśmy, staraliśmy się dobrze bawić. ( ..,. )

    TM – To kiedy zaczął się Pan interesować polityką?

    MH – Wtedy, kiedy polityka zaczęła się interesować mną. W 1974 roku już było jasne, że służba bezpieczeństwa zaczyna się koło nas kręcić. Był taki koncert w Czeskich Budziejowicach. Wtedy doszło do pierwszej akcji milicyjnej wymierzonej w publiczność. Grał jakiś zespół bluesowy przed nami, gdy nagle podjechały autobusy pełne milicji. Wyskoczyli i zaczęli tłuc do krwi. Ładowali ludzi do tych autobusów i odwozili na dworzec. Nam nic nie zrobili, ale sporo naszych fanów wtedy zatrzymano, pobito w celach, powyrzucano ze szkół. ( … ) W lutym 1976 roku graliśmy na ślubie Ivana Jirousa ( … ) To był wielki wieczór. Milicja nie interweniowała ale kilka dni po koncercie zatrzymano paru z nas. Trochę nas potrzymali a w końcu czterech z nas skazali.

    TM – Słynny proces, w trakcie którego powstała Karta 77, też był przecież w 1976 roku.

    MH – Przecież właśnie o tym procesie mówiłem!

    TM – Jak wyglądało pana aresztowanie?

    MH – Byłem na wsi, piliśmy z przyjaciółmi w gospodzie wino. Kierownik knajpy zaczął robić do nas dziwne miny, w końcu dyskretnie pokazał dwóch niepozornych panów w kącie. Chwilę się z nich pośmialiśmy, ale potem do nas podeszli, wzięli dowody i wezwali auto. ( … ) … bałem się. Wszyscy się wtedy bali milicji, bo oni mogli robić co chcieli. Zresztą trudno się nie bać – „Tu masz ciuchy, swoje wrzuć do worka! Wyciągaj sznurowadła! Stań w szeregu!” ( … ) W końcu oskarżyli nas o chuligaństwo, bo w tekstach naszych piosenek były słowa typu „dupa”, „kurwa”, „gówno”. Groziły mi za to dwa – trzy lata. W końcu puścili mnie po pół roku. Ale czterech chłopaków posadzili. ( … ) Nasz proces był pokazowy. W dokumentach prokurator napisał – „Uwaga! Nie strzyc! Nie golić”. Bardzo chcieli pokazać w telewizji brodatych, długowłosych chuliganów. ( … ) Podczas widzenia adwokat powiedział mi, że w Pradze jest petycja o nasze uwolnienie i że podpisało ją ponad 200 osób. Jak to usłyszałem jakby mi skrzydła urosły! Było mi wszystko jedno, czy dostanę dwa czy pięć lat. Wiedziałem, że dzieje się coś bardzo ważnego. Ogólnie się uważa, że zamknięcie Plastików było początkiem Karty 77. Jestem z tego dumny.

    TM – Co pan robił po wyjściu z więzienia?

    MH – Poczekałem aż puścili pozostałych, zebrałem z powrotem kapelą i znów zaczęliśmy próby. Eh, to były piękne czasy, teraz nie miałbym już tej energii. ( … )

    TM – Czyli jednak dało się grać nadal?

    MH – Nie. Te dwa czy trzy koncerty, te próby po mieszkaniach jeszcze nie znaczą, że przetrwaliśmy. ( … ) … represje właściwie nas sparaliżowały. Nie chcę opowiadać co nam robili, co zrobili niektórym z nas. To było dawno, w końcu sami wybraliśmy taki los. ( … ) Tamte czasy zdecydowanie nie nadają się też na materiał romantycznych legend o ruchu oporu. ( … ) W 1981 roku nasi fani z Czeskiej Lipy zaproponowali nam koncert u nich w domu. Ostrzegaliśmy, że to się źle skończy. Odpowiedzieli, że dom jest ich a u siebie mogą robić co chcą. Udało się zmylić służbę bezpieczeństwa. Koncert udał się nadspodziewanie dobrze. Wszyscy byli zadowoleni, że przechytrzyliśmy władze. A parę dni później dom w którym graliśmy spłonął, podpalony przez nieznanych sprawców. Wtedy zrozumiałem, że to już koniec, że to co robimy zagraża nie tylko nam, ale i naszemu otoczeniu ( … )

    TM – Z czego pan żył?

    MH – Łapałem różne głupawe prace. Najdłużej robiłem plastikowe opakowania dla spółdzielni chałupników ( … ) Tak dotrwałem do 1986 roku, kiedy przyszedł Gorbaczow i zaczął pierestrojkę. Wszyscy czuliśmy, że establishment traci pewność siebie i lada chwila coś się stanie. Potem przyszła „aksamitna rewolucja” i okazało się, że Plastikowi to legenda (… )

    TM – W wywiadach podkreśla Pan czasem swój katolicyzm. To nie jest typowe dla Czecha ani dla muzyka rockowego.

    MH – Nowa, bezwzględna rzeczywistość i kult pieniądza, jaki zapanował w Czechach po „rewolucji”, sprawiły, że zacząłem mieć poglądy polityczne. Jedna moja sąsiadka była emerytką. Nie miała na czynsz, na opłaty za prąd i ktoś jej poradził, by przestała się z tym męczyć i poszla do domu starców. Na drugi dzień znaleźli ją powieszoną. Właśnie takie wydarzenia sprawiają, że uważam się za lewicowego katolika.”

    Milan Hlavsa umarł w 2001 roku na raka. Żył pięćdziesiąt lat

    Poniżej archiwalne nagrania Plastików

    http://www.youtube.com/watch?v=Ucn5_CkPKnM&feature=related

    http://www.youtube.com/watch?v=ijmn1TWc53k&feature=related

    Poniżej potępiające czeską opozycję ( w czasie procesu Plastików) wystąpienia tzw „zwykłych ludzi”

    http://www.youtube.com/watch?v=6GybNHrpL_4&feature=related

  • 65 Comments
  • Filed under: Kartki
  • spolakowani

    P7080567

    W dzisiejszej internetowej Gazecie Wyborczej ( 2010-07-28 ) ciekawy i inspirujący do przemyśleń artykuł Tomasza Bieleckiego pt „Polacchizzati”. Jest to korespondencja z południowo włoskiego miasteczka Pomigliano d’Arco do którego koncern Fiata przeniósł produkcję swych samochodów z Tychów. Aby nie likwidować istniejącego dotąd zakładu koncern Fiata wymusił na włoskich związkach zawodowych wprowadzenie organizacji pracy podobnej jak w Tychach. Pracownicy zgodzili się w referendum pracować na trzy zmiany (dotychczas były dwie) aż do niedzielnego świtu Dotychczas tydzień pracy kończył się w piątek. Zgodzili się również na nadzwyczajne nadgodziny przy dużych zamówieniach, na dokładniejszą kontrolę zwolnień lekarskich, krótsze przerwy na posiłki i ograniczenie prawa do strajku. Zgodę wymusiła perspektywa likwidacji fabryki a więc wysłanie na bruk blisko 5,5 tysiąca włoskich pracowników Fiata i 10 tysięcy ludzi z lokalnych zakładów obsługujących produkcję. Koncern nie pozostawił robotnikom żadnych złudzeń – obok straszenia bezrobociem sycono ich opowieściami opowieściami o Polakach z Tychów rwących się do pracy w noce i niedziele. W Pomigliano nie ma innej alternatywy pracy aniżeli fabryka Fiata – dzięki niej ludzie mają pracę od dziesięcioleci.

    Polacchizzati oznacza „spolakowanie”. “Spolakowanie” dla Włochów jest synonimem „niewolnictwa”, jakiemu ulegli wcześniej Polacy. To główny temat związkowych wieców, knajpianych kłótni i niedzielnych kazań w Pomigliano d’Arco i kilkunastu miasteczkach wokół Wezuwiusza, którym przysłuchiwał się autor materiału – Tomasz Bielecki. Oto fragmenty reportażu.

    Tychy, Polska, a potem, niestety, Chiny. Wyzysk. To wszystko tutaj przyjdzie. Ale wcześniej nas zniszczy. ( … )

    Plac Primavera w Pomigliano d’Arco. Duszno, 40 stopni, idzie burza. Dzwony już dawno biły na południe. Dwoje młodych Włochów pędzi przez plac z dokumentami. – To polacchizzati. Dali się spolakować, to niech się męczą – objaśnia 39-letni Gianluca Pagano, były pracownik fabryki Fiata. ( … )

    Sjesta, w barze przy Viale Alfa Romeo odpoczywa kilkunastu robotników. – Głosowaliśmy „tak”, bo wykręcono nam ręce – zapewniają. ( … )

    Pytam, czy Pomigliano dogoni Tychy, najwydajniejszą fabrykę Fiata w całej Europie. – Mówią, że jesteśmy leniwi. A może to wy, Polacy, macie nie po kolei w głowie? Zastanawiacie się, po co tak harujecie? – odpowiada Raffaelle, sympatyk związku zawodowego FIOM, który wzywał, by w referendum głosować „nie”.

    Żona Raffaellego tłumaczy, że przed laty zgodziła się na ślub i troje dzieci z mężczyzną, który codziennie wraca do domu na noc, a nie w niedzielę nad ranem. We Włoszech zdarzają się fabryki pracujące na trzy zmiany, ale jej mąż na to się nie pisał, nie do takiej fabryki szedł pracować za ojcem i dziadkiem.

    - Godził się na mniejsze pieniądze w zamian za więcej życia. Tak, im mniej pracujemy, tym jesteśmy szczęśliwsi. Czy to nienormalne? – pyta 36-letnia Agnese.

    Agnese pokazuje dwa sklepiki pod jej balkonem przy Via Ercole Cantone. Mimo sjesty oba są otwarte. – Cztery godziny przed sjestą i cztery po niej: tak było od zawsze. Tak zbudowaliśmy nasz bogaty przecież kraj. A teraz? Ośmiogodzinny dzień pracy to przeżytek? Ile godzin one pracują dziennie? Kto je obiad z ich dziećmi? – Agnese wskazuje uwijające się sprzedawczynie.

    Model Pomigliano” – jak włoskie media nazywają wymuszanie zmian kontraktów pracowniczych pod groźbą przeniesienia produkcji do tańszych krajów – wywołuje coraz większy opór. Zwłaszcza że Fiat właśnie ogłosił, że nowego minivana chce produkować w Serbii, co może być przygrywką do kolejnej zmiany kontraktów robotników.

    Przeciw przenoszeniu produkcji za granicę protestuje watykański dziennik “L’Osservatore Romano”. Szef najpoczytniejszej gazety „La Repubblica” Ezio Mauro przestrzega, że „model Pomigliano” może wyzerować prawa pracowników wywalczone przez związki zawodowe w zachodniej Europie w latach 70.

    Strzeżcie się, bo wkrótce i was w tej Polsce czy Serbii wyprą tańsi Azjaci – mówi Gianluca Pagano. Jutro też przyjdzie na plac Primavera, by cieszyć się jeszcze niespolakowanym życiem.

    Przeniesienie produkcji samochodów z Tych do Pomigliano d’Arco oznacza zmniejszenie produkcji o około 250 tysięcy sztuk rocznie, likwidację linii produkcyjnych i masowe zwolnienia nawet 2 tysięcy osób, które mogą zacząć się już w najbliższych miesiącach. Wyprowadzkę Pandy z Tychów ostatecznie potwierdził 14 kwietnia dyrektor generalny koncernu, Sergio Marchionne prezentując nową strategię dla formy. Zgodnie z projektem “Fabbrica Italia”, w 2014 roku liczba produkowanych we Włoszech fiatów wzrośnie z 650 tysięcy do 1,4 miliona. Polski nadzór, który wcześniej wymusił wyzysk w fabryce w Tychach jak zwykle nie komentuje wydarzeń. Związki zawodowe z Tych jak zwykle ślą błagalne listy do rządu. Rząd jak zwykle milczy. Pracownicy, którzy wcześniej – jak zwykle – dali się „spolakować” nie rozumieją dlaczego mają być zwolnieni.

    Całość materiału z gazety Wyborczej pod linkiem.

    http://wyborcza.pl/1,75477,8185015,Polacchizzati.html

  • 87 Comments
  • Filed under: Kartki
  • komunizm

    P6270368

    Celnik Mateusz czyli Mateusz Lewi dołączył do Jezusa, podobnie jak Maria Magdalena – uliczna prostytutka – jeszcze w Galilei. Chyba się dobrze znali – to może tłumaczyć dlaczego Mateusz/Lewi po śmierci nauczyciela bronił jej pozycji w grupie przed rządnym władzy Piotrem. Ojcem Mateusza był Alfeusz a jego imię pochodzi od hebrajskiego imienia Mattaj lub Mattanja, co oznacza „dar Jahwe”. Ewangeliści – Marek i Łukasz – nazywają Mateusza najpierw “Lewi, synem Alfeusza” a dopiero później wymieniają go jako Mateusza. Prawdopodobnie Chrystus biorąc go ze sobą w drogę nadał mu to imię – dodam, że oryginalne i rzadko spotykane w Piśmie. Lewi pochodził z wpływowej i bogatej rodziny – dlatego miał dobrą państwową posadę. Był poborcą ceł i podatków w Kafarnaum – jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Niektórzy twierdzą że dochrapał się nawet funkcji kierownika i naczelnika celników w Galilei. Posada był dobrze płatna aczkolwiek niewdzięczna – ludzie pogardzali celnikami bo ściągali oni od nich horrendalne opłaty na rzecz Rzymian. Pobór podatków i ceł, jak każda państwowa robota sprzyjał też bezkarnej korupcji, której Lewi ze współpracownikami się oddawał. Celnikami pogardzano do tego stopnia, że każdy kto wchodził z nimi nawet w najmniejszy kontakt stawał się nieczysty i musiał poddawać się stosownym obmyciom.

    O życiu Mateusza Celnika niewiele wiadomo. Pierwsze i właściwie jedyne rzetelne informacje dotyczą przełomu psychicznego, którego doznał w Kafarnaum. Tam właśnie Jezus spotkał go w komorze celnej a później powołał na swojego Apostoła. Nastąpiło to tuż po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego Chrystus kazał spuścić uczepionego na linie przez otwór zrobiony w suficie domu. O tym cudzie było głośno, więc Lewi również musiał o tym słyszeć. Część badaczy Pisma twierdzi, że Mateusza Celnika mogły zainfekować buntem mowy pokutne Jana Chrzciciela. W każdym razie pewnego dnia razie na wezwanie Chrystusa rzucił robotę – jak to się teraz mówi „bez wypowiedzenia” i zaprosił go na pożegnalną imprezę do swojego domu w której udział brali również jego współpracownicy – celnicy. Jak pisałem wyżej urzędnicy ci uznawani byli za nieczystych i kontakt z nimi ograniczano do minimum. Znajduje to wyraz również w Ewangeliach. Jednak Jezus czasami odnosił się do nich życzliwie – odwiedzał ich, nawet z nimi jadał. Zachęcał w ten subtelny i wyrafinowany sposób do buntu a raczej biernego oporu. Taktyka rozmiękczania milością przynosiła skutki co widać na przykładzie Mateusza. Tak opisuje to w swej Ewangelii Łukasz – „ Potem wyszedł i zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: “Pójdź za Mną”. On zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim. Potem Lewi wyprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: „Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?” Lecz Jezus im odpowiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników”.

    Zastanawiające jest tło psychologiczne tego powołania. Dobrze oddaje ten moment obraz Caravaggio „Powołanie św. Mateusza”

    http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Caravaggio,_Michelangelo_Merisi_da_-_The_Calling_of_Saint_Matthew_-_1599-1600_(hi_res).jpg&filetimestamp=20100518155059

    Obraz przedstawia grupę celników zajętych w ciemnym kącie knajpy rozdziałem pochodzących z łapówek pieniędzy. Scena uderza realizmem – nietrudno wyobrazić sobie w takiej sytuacji współczesnych celników, policjantów czy urzędników. Do pomieszczenia wchodzi Jezus w towarzystwie Piotra. Jezus wyciągniętą ręką wskazuje na Mateusza a jego twarz wyraża zdecydowanie – zapewne przed chwilą padły słowa – „Pójdź za Mną”. Mateusz siedzący w środku grupy jest zaskoczony. Niezdarnie naśladuje gest Chrystusa i kieruje rękę na własną pierś, jakby upewniał się czy to o niego chodzi.

    Jak sądzę Jezus wybrał Mateusza, bo ten umiał pisać i mógł opisywać jego drogę i myśli. Pewnie wyczuł w nim też rodzące się wątpliwości. A czemu Mateusz zdecydował się na desperacki akt porzucenia lukratywnej państwowej roboty i wybór życiowej niewiadomej? Nie przekonuje mnie to, że jego praca była podła i ludzie nim gardzili. Ludzie państwa mają grubą skórę, dla pieniędzy i władzy zrobią wszystko – sprzedadzą nawet własne matki. Powody były głębsze – Mateusz chyba zwątpił w sens swojego życia. Tak kiedyś opisałem ten stan – „Czy ma odpowiedzieć Baskom, trzymanym twardo pod butem hiszpańskiego państwa, że jest urzędnikiem innego państwa? Że jest psem państwa tresowanym do trzymania ludzi w posłuchu? Czy zrozumieją, że czuje się jak celnik opisany w Piśmie, który stracił wiarę w to co robi? A może nigdy tej wiary w sobie nie miał? Przecież był urzędnikiem w stanie rozkładu, podobnie jak w stanie rozkładu było państwo, od którego brał pieniądze za służbę. ( … )Sam był odtrącony, czuł się przecież od lat jak uchodźca we własnym kraju. Był uchodźcą, był wykluczony – tylko sam jeszcze nie wiedział, czy z konieczności, czy z własnego wyboru. Odtrącony, ale bezpieczny, bo ukryty za maską psa pilnującego państwowego porządku. Kto by się domyślał, patrząc w oczy psa jazgoczącego na łańcuchu, jakie myśli zwierzę w sobie kryje? Kto nad tym się zastanawiał omijając z daleka psa i jego obsraną zagrodę?„ Tak więc Mateusz nic naprawdę nie miał, nie miał po co żyć – każda zmiana, wybór były lepsze aniżeli trwanie w inercji egzystencjalne na celnym posterunku. Zostawiając wszystko zaczynał nowe życie. Droga z Jezusem była jego odrodzeniem.

    Po śmierci Chrystusa pozostał przez jakiś czas w Palestynie – napisał tam pierwszą Ewangelię o odzyskiwaniu wolności. Nigdy nie wrócił na państwową posadę. Z obudzoną w sercu wolą życia ruszył dalej w drogę. Podobno przeszedł Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Podobno zginął od miecza. Jego kości znajdują się ono obecnie w Salerno. Miejsce to jednak nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Nie wiem czemu uznaje się go za męczennika. Czy można cierpieć mając takie życiowe credo – „Oto zawołał biedak i Pan go usłyszał i uwolnił od wszelkiego ucisku.”

  • 89 Comments
  • Filed under: Kartki
  • Copyright © 2009 KARTKA Z PODRÓŻY by KARTKA