Kartka z podróży

Kartka z podróży – ścieżki camino…

psychodelic

PA040002

Czytając książkę „Europa z płaskostopiem” (Aleksander Kaczorowski, współpraca Tomasz Maćkowiak, wydawnictwo Czarne Wołowiec 2006) myślę o Peterze – czeskim emigrancie – z którym los zetknął mnie w czasie wędrówki przez Hiszpanię. Byłem w złej formie, okulałem i ten starszy ode mnie Czech bardzo mi pomógł w wędrówce do Santiago. Po kilku dniach wspólnego marszu, gdy się z nim zaprzyjaźnilem poczułem wstyd za udział moich rodaków w pacyfikacji Praskiej Wiosny, która wygnała Petera z kraju. Zacząłem się nawet mętnie tłumaczyć ale wtedy on parsknął śmiechem i powiedział – „A co mnie to obchodzi? Stare dzieje. Dla mnie dobrze się to skończyło. Kim byłbym, gdybym tam został? Pewnie tępym robotnikiem w zbrojeniowej fabryce. Nie lubię nawet tam wracać, do tych kilku osób z dalekiej rodziny, które mi zostały. Czuję w nich jakąś niezrozumiałą zazdrość i poczucie niesprawiedliwości, że lepiej i inaczej niż oni żyję. Jakbym ich zdradził przechodząc w tamtą sierpniową noc do Austrii przez opustoszałą granicę. Jakbym ich zdradził, nie będąc z nimi w skundlonych czasach normalizacji. Jestem dla nich inny, obcy dlatego, że nie dałem się skurwić. A przecież oni po prostu bali się uciec jak ja. Zostali ze strachu i kurwili się z tego strachu.” Mówił to bez żalu kopiąc kamyki czubkiem buta – „Tamte rozrachunki przyjacielu to już nie moja historia. Nie masz się z czego tłumaczyć.

Ale nie wszyscy się skurwiali. W lipcu 1968 roku, gdy Peter przechodził o świcie przez austriacką granicę rozpoczynała się niezwykła kariera czeskiego psychodelicznego zespołu rockowego „Plastic People of the Uniwerse”, który po dziesięciu latach miał się stać symbolem czeskiej opozycji zmagającej się z komunistycznym państwem Husaka. Sława i legenda tego zespołu otworzyła Czechom drogę do wolnego świata. To zupełnie inna – psychodeliczna – droga aniżeli nasza, wiodąca przez obwieszoną świętymi obrazami bramę Stoczni Gdańskiej. Nie wiem czy mimo artystycznego i psychicznego „zamotania”, ostrego i nonkonformistycznego buntu droga „Plastików” nie była prostsza. Dla mnie w każdym razie jest bardziej zrozumiała i czysta.

Zbiór wywiadów „Europa z płaskostopiem” otwiera rozmowa Tomasza Maćkowiaka z Milanem Hlavsą – liderem i basistą „Plastic People of …”. Wywiad jest uderzająco prawdziwym opisem życia i twórczości negującej ówczesną rzeczywistość. Prawdę w słowach Hlavsy czuje się szczególnie wyraźnie w naszych zakłamanych, nadętych i kombatanckich realiach.

Oto fragmenty rozmowy o tym jak wolność psychodelicznego rocka rozpieprzała totalitarne państwo.

Tomasz Maćkowiak – Plastic People of the Uniwerse powstało w w 1968 roku. To było przed czy po inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację?

Milan Hlavsa – Najważniejsze, że jedno z drugim nie miało nic wspólnego.. Nie mogę powiedzieć żeby założenie Plastikowych było jakimś głosem sprzeciwu czy aktem oporu itd. Po prostu byliśmy grupą młodych chłopaków, którzy chcieli grać. Ja nawet dość dokładnie pamiętam dzień inwazji. 21 sierpnia obudził mnie mój starszy brat i wołał, że mam się pakować, że emigrujemy do Austrii, bo „Ruscy” weszli. Po południu nam przeszło ( … ) Interesowała nas muzyka. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych powstała w Pradze cała masa kapel rockowych, w tym i nasza. Nazwę wymyśliliśmy wspólnie ( … ) To się wzięło z kultury rockowej. Andy Warhol powiedział kiedyś: „Kocham wszystko co plastikowe, chciałbym sam być z plastiku.( … ) Ja już wtedy grałem w kapeli. Od trzynastego roku życia grałem co sobotę w gospodzie w zespole, który się nazywał Undertakers. Wykonywaliśmy znane rockowe kawałki z radia ( … ) zawsze kiedy wspominam te czasy, tę atmosferę luzu, przypomina mi się studium jakiegoś uczonego od muzyki, które wiele, wiele lat później czytałem w kanadyjskim piśmie. Dowodził, że rock and rolla wymyśliło kgb i polska tajna policja, żeby zdemoralizować zachodnie społeczeństwa i zatruć tamtejszą młodzież dekadencją.

TM – Jak inwazja wpłynęła na swobodę tworzenia?

MH – Wcale jej nie zauważyliśmy. W 1969 roku zyskaliśmy nawet status profesjonalistów. To oznaczało, że mamy klub, w którym wolno nam grać, sprzęt z którego możemy korzystać, stałe stawki za koncerty. Mnie to cieszyło, bo jakoś nie miałem szczęścia do szkół. Prawdę mówiąc poza graniem nic mnie nie interesowało. Wylali mnie z kolegą z technikum masarskiego i potem, żeby zarobić łapałem jakiś dorywcze prace w rzeźniach.

TM – W tym czasie odsunięto Dubczeka i rozpoczęła się „normalizacja”. Nie zauważył Pan tego?

MH – Nie. Graliśmy, koncertowaliśmy, polityka nas nie interesowała. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Dopiero w 1971 roku dowiedzieliśmy się o weryfikacjach. Była komisja, która słuchała każdego zespołu o profesjonalnym statusie i oceniała. Zalecali, żeby do repertuaru włączyć jakieś pieśni radzieckie, odrzucali anglojęzyczne nazwy, kazali ostrzyc włosy. To było upokarzające. Odmówiliśmy.

TM – Czy to oznaczało np. ryzyko uwięzienia?

MH – Nie, skądże! To oznaczało, że nie będziemy mieć aparatury i nikt nam nie będzie organizował koncertów i płacił tantiem – po prostu nikt nam w niczym nie pomoże ( … ) Zdecydowaliśmy, że gramy dalej. Pierwszym naszym krokiem był grupowy wyjazd na Wyżynę Czesko-Morawską. Pracowaliśmy tam jako drwale by zarobić na sprzęt. ( … ) Zdarzało się, że znaleźliśmy jakąś salę np. świetlicę na ogródkach działkowych i tam dawaliśmy koncert pod patronatem związku działkowiczów. Już wtedy byliśmy na swój sposób sławni, właśnie dlatego, że odmówiliśmy weryfikacji. Wytworzyło się wokół nas środowisko, które nasz menadżer Ivan Jirous nazwał potem „wesołe getto” a jeszcze później underground. To byli malarze, poeci, plastycy. Spotykaliśmy się w gospodach, popijaliśmy, staraliśmy się dobrze bawić. ( ..,. )

TM – To kiedy zaczął się Pan interesować polityką?

MH – Wtedy, kiedy polityka zaczęła się interesować mną. W 1974 roku już było jasne, że służba bezpieczeństwa zaczyna się koło nas kręcić. Był taki koncert w Czeskich Budziejowicach. Wtedy doszło do pierwszej akcji milicyjnej wymierzonej w publiczność. Grał jakiś zespół bluesowy przed nami, gdy nagle podjechały autobusy pełne milicji. Wyskoczyli i zaczęli tłuc do krwi. Ładowali ludzi do tych autobusów i odwozili na dworzec. Nam nic nie zrobili, ale sporo naszych fanów wtedy zatrzymano, pobito w celach, powyrzucano ze szkół. ( … ) W lutym 1976 roku graliśmy na ślubie Ivana Jirousa ( … ) To był wielki wieczór. Milicja nie interweniowała ale kilka dni po koncercie zatrzymano paru z nas. Trochę nas potrzymali a w końcu czterech z nas skazali.

TM – Słynny proces, w trakcie którego powstała Karta 77, też był przecież w 1976 roku.

MH – Przecież właśnie o tym procesie mówiłem!

TM – Jak wyglądało pana aresztowanie?

MH – Byłem na wsi, piliśmy z przyjaciółmi w gospodzie wino. Kierownik knajpy zaczął robić do nas dziwne miny, w końcu dyskretnie pokazał dwóch niepozornych panów w kącie. Chwilę się z nich pośmialiśmy, ale potem do nas podeszli, wzięli dowody i wezwali auto. ( … ) … bałem się. Wszyscy się wtedy bali milicji, bo oni mogli robić co chcieli. Zresztą trudno się nie bać – „Tu masz ciuchy, swoje wrzuć do worka! Wyciągaj sznurowadła! Stań w szeregu!” ( … ) W końcu oskarżyli nas o chuligaństwo, bo w tekstach naszych piosenek były słowa typu „dupa”, „kurwa”, „gówno”. Groziły mi za to dwa – trzy lata. W końcu puścili mnie po pół roku. Ale czterech chłopaków posadzili. ( … ) Nasz proces był pokazowy. W dokumentach prokurator napisał – „Uwaga! Nie strzyc! Nie golić”. Bardzo chcieli pokazać w telewizji brodatych, długowłosych chuliganów. ( … ) Podczas widzenia adwokat powiedział mi, że w Pradze jest petycja o nasze uwolnienie i że podpisało ją ponad 200 osób. Jak to usłyszałem jakby mi skrzydła urosły! Było mi wszystko jedno, czy dostanę dwa czy pięć lat. Wiedziałem, że dzieje się coś bardzo ważnego. Ogólnie się uważa, że zamknięcie Plastików było początkiem Karty 77. Jestem z tego dumny.

TM – Co pan robił po wyjściu z więzienia?

MH – Poczekałem aż puścili pozostałych, zebrałem z powrotem kapelą i znów zaczęliśmy próby. Eh, to były piękne czasy, teraz nie miałbym już tej energii. ( … )

TM – Czyli jednak dało się grać nadal?

MH – Nie. Te dwa czy trzy koncerty, te próby po mieszkaniach jeszcze nie znaczą, że przetrwaliśmy. ( … ) … represje właściwie nas sparaliżowały. Nie chcę opowiadać co nam robili, co zrobili niektórym z nas. To było dawno, w końcu sami wybraliśmy taki los. ( … ) Tamte czasy zdecydowanie nie nadają się też na materiał romantycznych legend o ruchu oporu. ( … ) W 1981 roku nasi fani z Czeskiej Lipy zaproponowali nam koncert u nich w domu. Ostrzegaliśmy, że to się źle skończy. Odpowiedzieli, że dom jest ich a u siebie mogą robić co chcą. Udało się zmylić służbę bezpieczeństwa. Koncert udał się nadspodziewanie dobrze. Wszyscy byli zadowoleni, że przechytrzyliśmy władze. A parę dni później dom w którym graliśmy spłonął, podpalony przez nieznanych sprawców. Wtedy zrozumiałem, że to już koniec, że to co robimy zagraża nie tylko nam, ale i naszemu otoczeniu ( … )

TM – Z czego pan żył?

MH – Łapałem różne głupawe prace. Najdłużej robiłem plastikowe opakowania dla spółdzielni chałupników ( … ) Tak dotrwałem do 1986 roku, kiedy przyszedł Gorbaczow i zaczął pierestrojkę. Wszyscy czuliśmy, że establishment traci pewność siebie i lada chwila coś się stanie. Potem przyszła „aksamitna rewolucja” i okazało się, że Plastikowi to legenda (… )

TM – W wywiadach podkreśla Pan czasem swój katolicyzm. To nie jest typowe dla Czecha ani dla muzyka rockowego.

MH – Nowa, bezwzględna rzeczywistość i kult pieniądza, jaki zapanował w Czechach po „rewolucji”, sprawiły, że zacząłem mieć poglądy polityczne. Jedna moja sąsiadka była emerytką. Nie miała na czynsz, na opłaty za prąd i ktoś jej poradził, by przestała się z tym męczyć i poszla do domu starców. Na drugi dzień znaleźli ją powieszoną. Właśnie takie wydarzenia sprawiają, że uważam się za lewicowego katolika.”

Milan Hlavsa umarł w 2001 roku na raka. Żył pięćdziesiąt lat

Poniżej archiwalne nagrania Plastików

http://www.youtube.com/watch?v=Ucn5_CkPKnM&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=ijmn1TWc53k&feature=related

Poniżej potępiające czeską opozycję ( w czasie procesu Plastików) wystąpienia tzw „zwykłych ludzi”

http://www.youtube.com/watch?v=6GybNHrpL_4&feature=related

spolakowani

P7080567

W dzisiejszej internetowej Gazecie Wyborczej ( 2010-07-28 ) ciekawy i inspirujący do przemyśleń artykuł Tomasza Bieleckiego pt „Polacchizzati”. Jest to korespondencja z południowo włoskiego miasteczka Pomigliano d’Arco do którego koncern Fiata przeniósł produkcję swych samochodów z Tychów. Aby nie likwidować istniejącego dotąd zakładu koncern Fiata wymusił na włoskich związkach zawodowych wprowadzenie organizacji pracy podobnej jak w Tychach. Pracownicy zgodzili się w referendum pracować na trzy zmiany (dotychczas były dwie) aż do niedzielnego świtu Dotychczas tydzień pracy kończył się w piątek. Zgodzili się również na nadzwyczajne nadgodziny przy dużych zamówieniach, na dokładniejszą kontrolę zwolnień lekarskich, krótsze przerwy na posiłki i ograniczenie prawa do strajku. Zgodę wymusiła perspektywa likwidacji fabryki a więc wysłanie na bruk blisko 5,5 tysiąca włoskich pracowników Fiata i 10 tysięcy ludzi z lokalnych zakładów obsługujących produkcję. Koncern nie pozostawił robotnikom żadnych złudzeń – obok straszenia bezrobociem sycono ich opowieściami opowieściami o Polakach z Tychów rwących się do pracy w noce i niedziele. W Pomigliano nie ma innej alternatywy pracy aniżeli fabryka Fiata – dzięki niej ludzie mają pracę od dziesięcioleci.

Polacchizzati oznacza „spolakowanie”. “Spolakowanie” dla Włochów jest synonimem „niewolnictwa”, jakiemu ulegli wcześniej Polacy. To główny temat związkowych wieców, knajpianych kłótni i niedzielnych kazań w Pomigliano d’Arco i kilkunastu miasteczkach wokół Wezuwiusza, którym przysłuchiwał się autor materiału – Tomasz Bielecki. Oto fragmenty reportażu.

Tychy, Polska, a potem, niestety, Chiny. Wyzysk. To wszystko tutaj przyjdzie. Ale wcześniej nas zniszczy. ( … )

Plac Primavera w Pomigliano d’Arco. Duszno, 40 stopni, idzie burza. Dzwony już dawno biły na południe. Dwoje młodych Włochów pędzi przez plac z dokumentami. – To polacchizzati. Dali się spolakować, to niech się męczą – objaśnia 39-letni Gianluca Pagano, były pracownik fabryki Fiata. ( … )

Sjesta, w barze przy Viale Alfa Romeo odpoczywa kilkunastu robotników. – Głosowaliśmy „tak”, bo wykręcono nam ręce – zapewniają. ( … )

Pytam, czy Pomigliano dogoni Tychy, najwydajniejszą fabrykę Fiata w całej Europie. – Mówią, że jesteśmy leniwi. A może to wy, Polacy, macie nie po kolei w głowie? Zastanawiacie się, po co tak harujecie? – odpowiada Raffaelle, sympatyk związku zawodowego FIOM, który wzywał, by w referendum głosować „nie”.

Żona Raffaellego tłumaczy, że przed laty zgodziła się na ślub i troje dzieci z mężczyzną, który codziennie wraca do domu na noc, a nie w niedzielę nad ranem. We Włoszech zdarzają się fabryki pracujące na trzy zmiany, ale jej mąż na to się nie pisał, nie do takiej fabryki szedł pracować za ojcem i dziadkiem.

- Godził się na mniejsze pieniądze w zamian za więcej życia. Tak, im mniej pracujemy, tym jesteśmy szczęśliwsi. Czy to nienormalne? – pyta 36-letnia Agnese.

Agnese pokazuje dwa sklepiki pod jej balkonem przy Via Ercole Cantone. Mimo sjesty oba są otwarte. – Cztery godziny przed sjestą i cztery po niej: tak było od zawsze. Tak zbudowaliśmy nasz bogaty przecież kraj. A teraz? Ośmiogodzinny dzień pracy to przeżytek? Ile godzin one pracują dziennie? Kto je obiad z ich dziećmi? – Agnese wskazuje uwijające się sprzedawczynie.

Model Pomigliano” – jak włoskie media nazywają wymuszanie zmian kontraktów pracowniczych pod groźbą przeniesienia produkcji do tańszych krajów – wywołuje coraz większy opór. Zwłaszcza że Fiat właśnie ogłosił, że nowego minivana chce produkować w Serbii, co może być przygrywką do kolejnej zmiany kontraktów robotników.

Przeciw przenoszeniu produkcji za granicę protestuje watykański dziennik “L’Osservatore Romano”. Szef najpoczytniejszej gazety „La Repubblica” Ezio Mauro przestrzega, że „model Pomigliano” może wyzerować prawa pracowników wywalczone przez związki zawodowe w zachodniej Europie w latach 70.

Strzeżcie się, bo wkrótce i was w tej Polsce czy Serbii wyprą tańsi Azjaci – mówi Gianluca Pagano. Jutro też przyjdzie na plac Primavera, by cieszyć się jeszcze niespolakowanym życiem.

Przeniesienie produkcji samochodów z Tych do Pomigliano d’Arco oznacza zmniejszenie produkcji o około 250 tysięcy sztuk rocznie, likwidację linii produkcyjnych i masowe zwolnienia nawet 2 tysięcy osób, które mogą zacząć się już w najbliższych miesiącach. Wyprowadzkę Pandy z Tychów ostatecznie potwierdził 14 kwietnia dyrektor generalny koncernu, Sergio Marchionne prezentując nową strategię dla formy. Zgodnie z projektem “Fabbrica Italia”, w 2014 roku liczba produkowanych we Włoszech fiatów wzrośnie z 650 tysięcy do 1,4 miliona. Polski nadzór, który wcześniej wymusił wyzysk w fabryce w Tychach jak zwykle nie komentuje wydarzeń. Związki zawodowe z Tych jak zwykle ślą błagalne listy do rządu. Rząd jak zwykle milczy. Pracownicy, którzy wcześniej – jak zwykle – dali się „spolakować” nie rozumieją dlaczego mają być zwolnieni.

Całość materiału z gazety Wyborczej pod linkiem.

http://wyborcza.pl/1,75477,8185015,Polacchizzati.html

komunizm

P6270368

Celnik Mateusz czyli Mateusz Lewi dołączył do Jezusa, podobnie jak Maria Magdalena – uliczna prostytutka – jeszcze w Galilei. Chyba się dobrze znali – to może tłumaczyć dlaczego Mateusz/Lewi po śmierci nauczyciela bronił jej pozycji w grupie przed rządnym władzy Piotrem. Ojcem Mateusza był Alfeusz a jego imię pochodzi od hebrajskiego imienia Mattaj lub Mattanja, co oznacza „dar Jahwe”. Ewangeliści – Marek i Łukasz – nazywają Mateusza najpierw “Lewi, synem Alfeusza” a dopiero później wymieniają go jako Mateusza. Prawdopodobnie Chrystus biorąc go ze sobą w drogę nadał mu to imię – dodam, że oryginalne i rzadko spotykane w Piśmie. Lewi pochodził z wpływowej i bogatej rodziny – dlatego miał dobrą państwową posadę. Był poborcą ceł i podatków w Kafarnaum – jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Niektórzy twierdzą że dochrapał się nawet funkcji kierownika i naczelnika celników w Galilei. Posada był dobrze płatna aczkolwiek niewdzięczna – ludzie pogardzali celnikami bo ściągali oni od nich horrendalne opłaty na rzecz Rzymian. Pobór podatków i ceł, jak każda państwowa robota sprzyjał też bezkarnej korupcji, której Lewi ze współpracownikami się oddawał. Celnikami pogardzano do tego stopnia, że każdy kto wchodził z nimi nawet w najmniejszy kontakt stawał się nieczysty i musiał poddawać się stosownym obmyciom.

O życiu Mateusza Celnika niewiele wiadomo. Pierwsze i właściwie jedyne rzetelne informacje dotyczą przełomu psychicznego, którego doznał w Kafarnaum. Tam właśnie Jezus spotkał go w komorze celnej a później powołał na swojego Apostoła. Nastąpiło to tuż po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego Chrystus kazał spuścić uczepionego na linie przez otwór zrobiony w suficie domu. O tym cudzie było głośno, więc Lewi również musiał o tym słyszeć. Część badaczy Pisma twierdzi, że Mateusza Celnika mogły zainfekować buntem mowy pokutne Jana Chrzciciela. W każdym razie pewnego dnia razie na wezwanie Chrystusa rzucił robotę – jak to się teraz mówi „bez wypowiedzenia” i zaprosił go na pożegnalną imprezę do swojego domu w której udział brali również jego współpracownicy – celnicy. Jak pisałem wyżej urzędnicy ci uznawani byli za nieczystych i kontakt z nimi ograniczano do minimum. Znajduje to wyraz również w Ewangeliach. Jednak Jezus czasami odnosił się do nich życzliwie – odwiedzał ich, nawet z nimi jadał. Zachęcał w ten subtelny i wyrafinowany sposób do buntu a raczej biernego oporu. Taktyka rozmiękczania milością przynosiła skutki co widać na przykładzie Mateusza. Tak opisuje to w swej Ewangelii Łukasz – „ Potem wyszedł i zobaczył celnika, imieniem Lewi, siedzącego w komorze celnej. Rzekł do niego: “Pójdź za Mną”. On zostawił wszystko, wstał i chodził za Nim. Potem Lewi wyprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu. Na to szemrali faryzeusze i uczeni ich w Piśmie i mówili do Jego uczniów: „Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?” Lecz Jezus im odpowiedział: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem wezwać do nawrócenia sprawiedliwych, lecz grzeszników”.

Zastanawiające jest tło psychologiczne tego powołania. Dobrze oddaje ten moment obraz Caravaggio „Powołanie św. Mateusza”

http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Caravaggio,_Michelangelo_Merisi_da_-_The_Calling_of_Saint_Matthew_-_1599-1600_(hi_res).jpg&filetimestamp=20100518155059

Obraz przedstawia grupę celników zajętych w ciemnym kącie knajpy rozdziałem pochodzących z łapówek pieniędzy. Scena uderza realizmem – nietrudno wyobrazić sobie w takiej sytuacji współczesnych celników, policjantów czy urzędników. Do pomieszczenia wchodzi Jezus w towarzystwie Piotra. Jezus wyciągniętą ręką wskazuje na Mateusza a jego twarz wyraża zdecydowanie – zapewne przed chwilą padły słowa – „Pójdź za Mną”. Mateusz siedzący w środku grupy jest zaskoczony. Niezdarnie naśladuje gest Chrystusa i kieruje rękę na własną pierś, jakby upewniał się czy to o niego chodzi.

Jak sądzę Jezus wybrał Mateusza, bo ten umiał pisać i mógł opisywać jego drogę i myśli. Pewnie wyczuł w nim też rodzące się wątpliwości. A czemu Mateusz zdecydował się na desperacki akt porzucenia lukratywnej państwowej roboty i wybór życiowej niewiadomej? Nie przekonuje mnie to, że jego praca była podła i ludzie nim gardzili. Ludzie państwa mają grubą skórę, dla pieniędzy i władzy zrobią wszystko – sprzedadzą nawet własne matki. Powody były głębsze – Mateusz chyba zwątpił w sens swojego życia. Tak kiedyś opisałem ten stan – „Czy ma odpowiedzieć Baskom, trzymanym twardo pod butem hiszpańskiego państwa, że jest urzędnikiem innego państwa? Że jest psem państwa tresowanym do trzymania ludzi w posłuchu? Czy zrozumieją, że czuje się jak celnik opisany w Piśmie, który stracił wiarę w to co robi? A może nigdy tej wiary w sobie nie miał? Przecież był urzędnikiem w stanie rozkładu, podobnie jak w stanie rozkładu było państwo, od którego brał pieniądze za służbę. ( … )Sam był odtrącony, czuł się przecież od lat jak uchodźca we własnym kraju. Był uchodźcą, był wykluczony – tylko sam jeszcze nie wiedział, czy z konieczności, czy z własnego wyboru. Odtrącony, ale bezpieczny, bo ukryty za maską psa pilnującego państwowego porządku. Kto by się domyślał, patrząc w oczy psa jazgoczącego na łańcuchu, jakie myśli zwierzę w sobie kryje? Kto nad tym się zastanawiał omijając z daleka psa i jego obsraną zagrodę?„ Tak więc Mateusz nic naprawdę nie miał, nie miał po co żyć – każda zmiana, wybór były lepsze aniżeli trwanie w inercji egzystencjalne na celnym posterunku. Zostawiając wszystko zaczynał nowe życie. Droga z Jezusem była jego odrodzeniem.

Po śmierci Chrystusa pozostał przez jakiś czas w Palestynie – napisał tam pierwszą Ewangelię o odzyskiwaniu wolności. Nigdy nie wrócił na państwową posadę. Z obudzoną w sercu wolą życia ruszył dalej w drogę. Podobno przeszedł Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Podobno zginął od miecza. Jego kości znajdują się ono obecnie w Salerno. Miejsce to jednak nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Nie wiem czemu uznaje się go za męczennika. Czy można cierpieć mając takie życiowe credo – „Oto zawołał biedak i Pan go usłyszał i uwolnił od wszelkiego ucisku.”

Apostołka Apostołów

kis

Maria Magdalena z Magdala dołączyła do Jezusa już w Galilei. Jak pisze Łukasz nastąpiło to gdy uwolnił ją od siedmiu złych duchów. Co symbolizowały te duchy niestety nie wiadomo. Niektóre, najbardziej popularne i oficjalne interpretacje sugerują, że opętał ją duch lubieżności – że była jawnogrzesznicą. Potwierdzają to jej wizje w których uwalnia się od pożądania. Inne z kolei interpretacje mówią iż przydomek jawnogrzesznicy nadany Marii Magdalenie wynika z pomyłki. Po prostu Marię z Magdala pomylono z Marią z Betanii, która nacierała Jezusowi nogi drogocennym olejkiem i wytarła własnymi włosami. Nie wiem jaka jest prawda – ja wolę widzieć Marię Magdalenę, jako kobietę z przeszłością, która pozwoliła jej dojrzeć i iść u boku Jezusa. Niestety, to co dla mnie jest próbą dojrzałości nie mieści się w moralnym, infantylnym kanonie katolickim. Owe plotki czy prawda o Marii Magdalenie jawnogrzesznicy pozwoliły zakłamać jej nauki i pozycję u boku Jezusa sprowadzając ją do dość żałosnej postaci pokutującej grzesznicy.

Myślę, że uwolnienie od cierpień i późniejsza podróż zbliżyły Marię Magdalenę i Jezusa do siebie. O tym, że byli blisko świadczy Ewangelia, w której Maria Magdalena jest jedną z głównych postaci. Jest pierwszą spośród świadków śmierci Jezusa i pierwszą, która odkrywa jego pusty grób. Ona również przekazuje uczniom nowinę o zmartwychwstaniu i jej pierwszej objawia się zmartwychwstały Chrystus. Tak opisuje to Jan – „Pierwszego dnia po szabacie Maria Magdalena poszła do grobowca wcześnie, gdy jeszcze było ciemno, i zobaczyła, że kamień jest od grobowca odsunięty. Maria natomiast stała przed grobowcem i płakała. Gdy płacząc nachyliła się do grobowca, zobaczyła dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa: jednego obok miejsca głowy, drugiego obok miejsca stóp. Odezwali się oni do niej: „Kobieto, dlaczego płaczesz?” Odpowiedziała im: „Zabrali mojego Pana i nie wiem, gdzie Go złożyli”. Po tych słowach odwróciła się i zobaczyła stojącego Jezusa, lecz nie poznała, że to jest Jezus. Jezus odezwał się do niej: „Kobieto, dlaczego płaczesz? Kogo szukasz?” Ponieważ wydawało się jej, że to jest ogrodnik, powiedziała Mu: „Panie, jeśli ty Go wyniosłeś, powiedz mi, gdzie Go złożyłeś, a ja Go wezmę”. Jezus rzekł do niej: „Mario!” Ona odwróciła się i powiedziała do Niego po hebrajsku: “Rabbuni” (”Nauczycielu!”). Jezus jej rzekł: „Nie dotykaj mnie, bo jeszcze nie wstąpiłem do Ojca. Idź do moich braci i powiedz im: „Wstępuję do Ojca mojego i Ojca waszego, do Boga mojego i Boga waszego””. Maria Magdalena poszła i oznajmiła uczniom: „Widziałam Pana i tak mi powiedział”. W scenie tej wyczuwam, że ich stosunek był szczególny – na pewno erotyczny. Nie na tyle jednak erotyczny, by była jego kobietą, bo przecież nie mógł przyjąć za nią odpowiedzialności. Miał inne sprawy do załatwienia. Lecz na pewno to erotyczne iskrzenie czy inspiracja pomagały mu w jego misji. Traktował ją zresztą inaczej, cieplej i poważniej aniżeli innych członków swej grupy. Zachowały się w Ewangeliach opisy ich stosunków. Filip przedstawia Marię jako symbol mądrości. Pisze – „… przy Panu zawsze kroczyły one trzy: Maria jego matka, jej siostra i Magdalena, która zwana była jego towarzyszką … ( … )… A towarzyszką Zbawiciela jest Maria Magdalena. A Chrystus miłował ją bardziej od innych uczniów i całował ją często w usta. Pozostali byli tym zgorszeni i okazywali niezadowolenie. Mówili doń: Dlaczego miłujesz ją bardziej niż nas? Zbawiciel odpowiadał im mówiąc: Dlaczego nie miłuję was tak jak ją?”. Również w Ewangelii Tomasza jest o niej mowa, tym razem w kontekście jej konfliktu z Piotrem, już po śmierci Chrystusa -„Szymon Piotr rzekł im: Niech Maria nas opuści, kobiety niegodne są życia”. W odnalezionych strzępach Ewangelii Marii Magdaleny konflikt o jej główną pozycję wśród uczniów jest jasno zarysowany. Gdy ogarnięci zwątpieniem mówią – „Jakże mamy pójść do niewierzących i głosić im Ewangelię Królestwa Syna Człowieczego? Nie oszczędzili jego życia, to dlaczego mieliby oszczędzić nasze?” Maria dodaje im otuchy. Pociesza ich i dodaje sił mówiąc – „Nie poddawajcie się trosce i zwątpieniu, albowiem jego Łaska poprowadzi was i pocieszy. Natomiast chwalmy jego wielkość. On wzywa nas, byśmy stali się w pełni ludzcy”. Wówczas Piotr zwraca się do niej o wyjaśnienia – „Siostro, wiemy, że Nauczyciel kochał cię inaczej niż inne kobiety. Powiedz nam, cokolwiek pamiętasz ze słów, które ci rzekł, a których myśmy jeszcze nie słyszeli”. Maria wyjawia im więc swoje widzenie – „ Powiem wam teraz o tym, czego nie dano wam usłyszeć”. Jej wizję kwestionuje Andrzej – „Powiedzcie mi, co sądzicie o tych rzeczach, które nam powiedziała? Co do mnie, to nie wierzę, żeby Nauczyciel mógł mówić w ten sposób. Te idee zbyt różnią się od tych, które myśmy poznali”. Wtóruje mu Piotr – „Jak to możliwe, żeby Nauczyciel rozmawiał w ten sposób z kobietą o tajemnicach, które nawet nam są nieznane? Czy mamy zmienić nasze zwyczaje i słuchać tej kobiety? Czy rzeczywiście ją wybrał i wolał ją od nas?”. Maria płacząc odpowiada mu – „Mój bracie Piotrze, cóż sobie myślisz? Czy sądzisz, że to tylko moja własna wyobraźnia, że wymyśliłam to widzenie? A może sądzisz, że kłamałabym o naszym Nauczycielu?”. Ujmuje się za nią Lewi – „Piotrze, zawsze byłeś człowiekiem porywczym i teraz widzimy, że odrzucasz tę kobietę, tak jak czynią to nasi wrogowie. Jeśli jednak Nauczyciel cenił ją, to kimże jesteś, żeby ją odrzucać? Z pewnością Nauczyciel znał ją bardzo dobrze, gdyż kochał ją bardziej od nas. Pokutujmy więc i stańmy się w pełni ludzcy, tak, by Nauczyciel mógł zapuścić w nas korzenie. Wzrastajmy tak, jak tego od nas wymagał i ruszajmy, by szerzyć Ewangelię, nie próbując wyznaczać żadnych reguł i praw. Innych niż te, o których on świadczył.”

Niestety ziemskie interesy kościoła nie mogły być realizowane za pomocą reguł i praw, które wyznaczał Jezus. Wizje i silna pozycję Marii Magdaleny u jego boku kościół zachodni zakwestionował. Tertulian głosił – „Nie wolno kobiecie przemawiać w kościele ani też nie wolno jej udzielać chrztów czy ofiarować Eucharystii, ani też żądać jakiegokolwiek udziału w męskich funkcjach, a zwłaszcza zaś funkcji kapłana”. W dokumencie „Porządek apostolski” stworzonym przez jej zazdrosnych oponentów, opisujących wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, znajduje się fragment – „Jan rzekł: „Kiedy Mistrz pobłogosławił chleb i kielich i rozdał je ze słowami: „To moje Ciało i Krew” nie zaproponował ich kobietom, które są z nami. Marta odpowiedziała: „Nie przekazał ich Marii, ponieważ się śmiała”. Takie i podobnie infantylne interpretacje ciążyły na Marii Magdalenie przez wieki. Dopiero w 1969 roku papież Paweł VI oficjalnie oczyścił imię Marii Magdaleny i jej niechlubną tradycję. W 1978 roku z rzymskiego brewiarza wyeliminowano inwokacje o Marii, jako pokutnicy i wielkiej grzesznicy.

Pełna Ewangelia według Marii Magdaleny

http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/aurea_catena_gnosis/ewangelia_marii_magdaleny.htm

Jako uzupełnienie kartki polecam film „Maria” Abla Ferrero z niesamowitą Juliette Binoche w roli głównej.

http://www.youtube.com/watch?v=kbaJgKprobI&feature=related

osaczenie

P7050494

Czy państwo może osaczyć człowieka? Czy może pełnić taką rolę jaką pełni psychopata w horrorze albo filmie kryminalnym? Czy można państwo obsadzić w takiej roli? Chyba tak, bo często czujemy liźnięcie leku przed bezosobowym państwem. Dwa lata temu napisałem mini powieść o osaczaniu, łamaniu człowieka przez państwo. Na kanwie historii, które mi opowiadano i własnych doświadczeń starałem się zmierzyć z tym poczuciem bezradności i lęku, które wzbudza bezkarna, nieograniczona władza. Zapłaciłem za ten tekst o strachu, prowokacji i zdradzie depresją – pewnie dlatego nigdy go już później nie poprawiałem ani nie uzupełniałem. Po prostu bałem się znów w nim zanurzyć. Dziś kilka fragmentów z tej powieści.

…Wracał do domu zmagając się z przeszywającym wiatrem, który przyniosła ze sobą odwilż. Zamyślony nie zwrócił uwagi na zaparkowany na poboczu, nieznany samochód. Nagle błysk, krótkie mrugnięcie reflektorów jak perskie oko puszczone w kierunku ciemnego lasu. Po chwili odpowiedź spod ściany niewidocznych drzew. Zalśniły z daleka światła drugiego, stojącego w mroku samochodu. To był tylko moment, krótka chwila po której droga znów zatonęła w ciemności. Ale ten krótki błysk był znakiem, że go znaleźli. Mrugnęli – byli, czekali. Przywitali go. Kpiąco błyskając rzucili – Cześć, Witaj, Jesteśmy… . Znaleźliśmy cię, wkrótce się znów zobaczymy….”

( … )

…Wstał i trzęsąc się z zimna wypatrywał samochodów stojących przy drodze. Wokół pusto, psy spały spokojnie. Może nocne mruganie świateł to tylko złudzenie pijanego mózgu – pocieszał się patrząc na las. Może to żarty romansujących nocami dzieciaków? Chciał w to wierzyć, więc wyglądał raz po raz na uśpioną drogę, lecz cierń lęku wbity pod sercem ciągle kłuł niepokojąco….”

( … )

…Pomachał jej na pożegnanie, to był miły spacer. Zapomniał się na chwilę. Dopiero skrzynka z wystającymi ze szpary kopertami przypomniała mu o ostrożności. Zerknął na drogę – pusto. Zmęczone gonitwą psy jak zwykle przepychały się do furtki nie zwracając uwagi na to co się dookoła dzieje. Szkoda czasu na listy i wezwania, przecież i tak nie odpisze, nie pójdzie. Machinalnie przerzucił kolorowe koperty do kubła. Słomka tkwiła w drzwiach tam gdzie ją rano upchnął, więc spokojnie nacisnął klamkę….”

( … )

…Nadbiegły psy. Podekscytowane, skakały do rąk zwracając na siebie uwagę. Najwyraźniej chciały mu coś pokazać. Chwilę miotały się wokół ognia a potem pobiegły na łąkę, w kierunku sosen za którymi krył się płot oddzielający gospodarstwo od lasu. Przecisnął się przez drapiące, sosnowe gałęzie i ruszył w ślad za ujadaniem wzdłuż ogrodzenia. Za graniczną sosną siatkę rozcięto na całej wysokości. Napięte druty rozszerzyły szparę pozwalając swobodnie przecisnąć się na drugą stronę dorosłemu mężczyźnie. Ktoś zadał sobie wiele trudu – siatkę upleciono z twardych, stalowych drutów. Równe ślady cięcia wskazywały, że użył ciężkich nożyc. To nie cążki do obcinania paznokci – nie nosi się takich nożyc w kieszeniach marynarki. Ten kto pruł musiał się więc do włamania wcześniej przygotować, znaleźć to ukryte miejsce, wybrać narzędzie i rękawice, bo latem siatkę wysmarował gęstym, wżerającym się w skórę smarem grafitowym. Na ściółce ani śladu butów, ani przewróconego kamienia, złamanej gałązki. „Zrobili to dziś” – myślał. Pewnie spłoszył ich wracając wcześniej z lasu. A może na razie tylko rozpruli siatkę licząc, że tego nie zauważy? Może chcą wejść przez zniszczony płot nocą? Może nie pasuje im podjeżdżać nad ranem samochodami, tłuc w drzwi i budzić wrzaskami sąsiadów? Czy to zresztą ważne. Istotne było, że znalazł przejście, które z wysiłkiem wycięli i pokrzyżował im plany. Zamierzali to ukryć, lecz nic z tego nie wyszło. Z szopy przyniósł nożyce, kombinerki i ciężki kłąb drutu kolczastego. Potem, kalecząc palce, fastrygował siatkę kolczastym drutem. Zszywał ją jak pęknięte na dupie spodnie. Gdy spiął wszystkie oczka, przeciągnął drut na górny brzeg siatki i obwinął go kłującymi pętlami. Gdy skończył drutowanie, odszedł kilka kroków i ocenił robotę. „Pięknie” – pomyślał. „Zupełnie jak w koncentracyjnym obozie….”

( … )

…Szczeniak leżał lekko przysypany porannym śniegiem. Gdyby nie brązowe łaty nie odróżniałby się od czystej bieli pokrywającej jak wykrochmalona pościel śpiący jeszcze ogród. Obok niego przywarowała suka. Chyba była przy nim gdy zdychał, bo nie zauważył jej śladów na świeżym śniegu. Podniosła łeb i dotknęła zimnym, wilgotnym nosem jego palców. Pogłaskał ją, popatrzył w brązowe ślepia. Nie rozumiała co się stało. Nie mogła pojąć dlaczego ten biało-rudy podrostek, którego wyniańczyła i nauczyła jak przetrwać w lesie leży w bezruchu pachnąc śmiercią. Dlaczego nie biega jak każdego dnia obszczekując przejeżdżające ciężarówki? Miała puste oczy. „To dobrze” – pomyślał. „Przynajmniej ta śmierć jej nie męczy”. Klęknął przy psie, szczeniak miał zamglone ślepia. Sprawiał wrażenie, że patrzy gdzieś w dal, przed siebie. Jeszcze nie stężał i przelewał się przez ręce, gdy go podniósł. W kudłach osłaniających białe kły zastygły pęcherzyki białej piany. Nie wyglądało na to by, pies miał bolesny koniec, raczej zasnął odurzony mocną dawką narkotyku. Ktoś, trując go nocą, nie chciał by wył i rzęził konając. Ktoś nie chciał, by agonia psa go obudziła. Przytulił szczeniaka jakby był żywy, tak jak przytulał go bawiąc się z nim w trawie. Uścisnął go mocno na pożegnanie. Kundel był zbyt ufny. Jego matka ocalała, bo nie wierzyła obcym, nawet gdy starali się głaskać i przerzucać przez płot pachnące smakołyki. Przeżyła dlatego, że nie jadła z cudzej ręki.

Postanowił pochować go tam gdzie im było najlepiej. Wybrał miejsce na łące, przy ognisku. Pies tężał na mrozie zasypywany płatkami śniegu. Ostrożnie ułożył go na boku, pyskiem w kierunku drzew. Chciał by tego ranka, gdy kopał mu grób, pies mógł po raz ostatni spoglądać na las. Zlodowaciała ziemia nie poddawała się szpadlowi. Spocił się, zadyszał, znów rozbolała go stopa. Nadeszła rezygnacja odbierająca siły. „Co im pies zawinił, czemu go otruli …?” Beznadziejne pytania, na które odpowiedzi były oczywiste. Zaklął czując kurczące żołądek liźnięcie nienawiści. Bluznął z głębi serca. Znał ludzi, wiedział do jakiej podłości są zdolni, ale zabicie psa dotknęło go swym okrucieństwem. „Co innego wiedzieć” – myślał – „a co innego poczuć na własnej skórze”. Nie miał już sił by zmagać się ze zmarzliną, więc zebrał kilka obłamanych przez wiatr gałęzi i między rozgarniętym śniegiem rozpalił ogień. Później skulony czekał z przytuloną do nóg suką aż żar ogniska roztopi zlodowaciałą ziemię i pozwoli mu wykopać dół. Śnieg ciągle padał zasypując zamarzającego szczeniaka….”

( … )

…Huk podkutych butów, bluzg – jak świder pod zmrużone powieki wbiło się światło latarek. Zimne, wyłamujące zęby żelazo w ustach. Smak smaru i krwi. Zbudził się gdy wyłamywali drzwi. Kilka chwil wcześniej zatłukli sukę. Rozespana, półprzytomna z jazgotem rzuciła się ku przyczajonym przy ścianach domu ciemnym postaciom. Kopniak trafił ją wprost w wilgotny nos i ogłuszył nagłym błyskiem bólu. Potoczyła się pod orzech jak bezkształtny kłąb sierści. Tam, na zaspie dosięgła ją pałka. Raz, drugi, trzeci… , znieruchomiała z pyskiem w aureoli ciemnej krwi. To przespał – otworzył oczy dopiero gdy wyrwane z zawiasów drzwi głucho grzmotnęły o kamienną posadzkę. Potem już tylko stukot podkutych butów, błysk latarek i zimny dotyk stali wbijającej się w rozgorączkowaną twarz. I wrzask, niekończący się bluzg gdy zwalali go z łóżka na podłogę i skuwali wykręcone do tyłu ręce. To było jak tandetny sen, jak kryminalna fabuła puszczana ludziom do kolacji ku pokrzepieniu drżących ze strachu serc. To było jak codzienny telewizyjny spektakl, jak zdjęcia z pierwszych stron szmatławych gazet. Kątem oka patrzył jak miotają się po domu rozwalając meble, tratując wszystko co staje im na drodze. I ciągły bluzg, łomot butów, brzęk rozbijanego szkła. Czarno – czarne buty, czarne mundury, czarne kominiarki. Gdy sprawdzili już pokoje i przetrząsnęli kąty rozdzwoniły się telefony. Krótkie hasła, krótkie meldunki. Już po robocie – zrozumiał ze strzępów zdań – już spokojniej. Adrenalinę wiszącą w powietrzu wywiewało przez rozbite drzwi w mroźną noc. Teraz kamera, włączyli żarówki wzmacniając światło latarkami. Czuł, że go filmują: brudne stopy, kostkę owiniętą pożółkłym bandażem, oszczane gacie i rozgrzebane łóżko. Wyszło nie tak jak trzeba, więc kopniak w obrzmiałą nogę a gdy skulił się z bólu powtórka. Potem, gdy zdjęcia ich zadowoliły, rozkuli go, pozwolili się ubrać i masować do woli obolałe od kajdanek przeguby. A oni zsunęli z twarzy kominiarki, pokazali spocone twarze i zmęczeni, metr po metrze, rozwalać zaczęli mieszkanie. Niewiele gadali, to dla nich nie była pierwszyzna. Już nie budzili strachu, patrzył na nich jak na brygadę facetów nawykłych do codziennej, brudnej roboty. Patrzył jak się kręcą, słuchał głuchego stukotu spadających się z półek książek, trzasku odrywanych framug i desek. Nagle brzęk fiolek i buteleczek – to poleciała na podłogę zawartość szuflady z lekami. I nagły krzyk, wezwanie – coś znaleźli. Znów załomotały na podłodze ciężkie bojowe buty. A potem na powrót kamera filmująca coś rozłożonego na pokrytym ceratą stole. „O tym mi chciała powiedzieć, gdy wymykała się nocą do domu” – pomyślał. Tego się nie spodziewał. Poczuł lęk – sądził, że ona tylko donosi.

Za oknem już jasno, minęła trzecia godzina rewizji. Przez szybę obserwował martwego psa i myślał, że jest sam, że nikt już z nim nie pozostał. Ale gdzieś, w głębi duszy, tkwił w nim jeszcze nocny sen. Jeszcze grzały go strzępy obrazów piasku, fal i słońca. Myślał o śnie, odtwarzał go. Starał się zapamiętać nocną wizję, bo wiedział iż tylko ona pozwoli mu przeżyć nadchodzące, trudne miesiące. Mężczyźni kończyli swą pracę, zbierali broń, nasuwali na twarze wełniane, bandyckie czapeczki. Znów wykręcone do tyłu ręce i chłodny ucisk kajdanek. Gdy zgięli go w pół poczuł nagły ból ramion. Zwiotczał. Jeszcze kurtka na głowę i ślepy, nieporadny bieg po lodzie do stojącego za furtką samochodu z usłużnie otwartymi drzwiami. Powtórka – znów zdjęcia nie wyszły. A później jeszcze jedna. „Kurwa, kiepski ze mnie aktor” – myślał gdy wywlekali go po raz trzeci z domu….”

( … )

…Pusto, bezruch, wieś jak wymarła. Ludzie zamknięci, zabarykadowani w domach czekali aż konwój samochodów z przyciemnianymi szybami odjedzie pozostawiając po sobie mgiełkę sinych spalin snujących się nad ziemią w mroźnym powietrzu. Tylko czasem drgały w oknach firanki świadcząc o tym, że ktoś patrzy i zapamiętuje niespodziewaną wizytę ludzi z miasta Doświadczali kolejny raz dotyku państwa – tak przecież w historii już bywało i doświadczenia te uczyły ich nieufności. Stały spektakl, zmieniały się tylko samochody – najpierw wojskowe gaziki i ciężarówki, potem wołgi, polonezy a teraz wypasione zachodnie fury. A w zmieniających się markach samochodów przyjeżdżali wciąż tacy sami młodzi i silni faceci różniący się od siebie tylko mundurami – po wojnie wojskowo – zielonymi, później milicyjnie – niebieskimi a teraz policyjnie – czarnymi….”

Archiwum internetu pełne jest filmów z zatrzymań i rewizji. Większość bohaterów tych spektakularnych akcji sprzed kilku lat jest na wolności – sądy odrzuciły sfabrykowane przez państwo zarzuty. Nie ma sensu do tych historii wracać i przypominać ludzkiego upokorzenia. Więc dla ilustracji filmowej tekstu wciąż aktualna, państwowa reklamówka.

http://www.youtube.com/watch?v=_-KaOg5blmw&feature=related

kuchnia i polityka

opo

Przyjemnie nasycony gulaszem z cukinii, papryki, pomidorów oraz ścinków kiełbas i boczków pozostałych po remanencie w lodowce poświęcę dziś kartkę kilku refleksjom o hiszpańskiej kuchni i polityce.

Socjalistyczny rząd Hiszpanii José Luisa Rodrígueza Zapatero, wyrastającego w Polsce na „czarnego luda” europejskiej polityki, oprócz skutecznego zmagania się z kryzysem gospodarczym, deficytem budżetowym i separatystycznymi politykami prowadzi również wiele skutecznych programów społecznych. Nie dość, że dba o prawa kobiet, mniejszości seksualnych i emigrantów, przeciwdziała biedzie i nędzy to na dokładkę stara się poprawić stan zdrowia obywateli. I to nie tylko utrzymując wysoki poziom publicznej służby zdrowia, ale również prowadząc społeczne programy prozdrowotne. Jak wyczytałem tamtejsze ministerstwo zdrowia postanowiło walczyć z nadwagą dzieci i młodzieży. Aby zrealizować ten cel od najbliższego roku szkolnego w hiszpańskich szkołach wprowadzono zakaz sprzedaży niezdrowej żywności, w tym coca-coli i sztucznie barwionych słodyczy. Tak więc od września ze szkolnych sklepików i barów znikną napoje gazowane, pizze czy nadziewane kremem ciastka. Zastąpią je naturalne soki, mleko, woda, owoce i kanapki. Rząd zdecydował o pozostawieniu na korytarzach szkolnych automatów z żywnością, pod jednym warunkiem – nie mogą być w nich sprzedawane produkty tuczące. Do nowych norm odżywiania będą musiały dostosować się również szkolne stołówki. Zdaniem ministerstwa, wprowadzenie zakazu jest najlepszą formą zmiany nawyków żywieniowych dzieci. Mimo że hiszpańska dieta jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie, co piąty dziesięciolatek ma nadwagę. Przyznam, że po przeczytaniu informacji poczułem wewnętrzny dysonans. Z jednej strona mój wolnościowy, liberalny pierwiastek krzyknął donośnie – „nic nie zakazywać!”. Ale z drugiej rozsądek podpowiedział, że José Luis Rodríguez Zapatero ma rację, bo otyłe, papuśne dzieci stają się problemem społecznym. Nie trzeba wiele wyobraźni, by przełożyć ich dziecięcą nadwagę na pożałowania godny stan zdrowia dojrzałych za kilka lat dorosłych. Skoro rodzice są bezradni wobec niezdrowych nawyków żywieniowych swoich dzieci to państwo powinno im w wychowaniu pociech pomóc.

Otyłe dzieciaki są stosunkowo nowym problemem społecznym – związanym chyba z rozleniwiającym dobrobytem ostatniego ćwierćwiecza. Gdy spytałem mamy jak to wyglądało dawniej odpowiedziała, że babcia wydzielała jej od czasu do czasu słodycze. Zresztą mama nie przepadała za nimi, bo nie miała kiedy się do nich przyzwyczaić. Przez pierwsze pięć lat życia jedyną słodkością, którą dysponowała był dżem z buraków – trwała wtedy akurat wojna. Więc mama przyjmowała słodycze w postaciach naturalnych np. jako cukry zawarte w owocach. Mama również wydzielała słodycze mnie, ponieważ byłem tzw „niejadkiem” i nie chciała mnie zapychać pustymi kaloriami – wolała bym jadł mięso, warzywa, owoce i tym podobne – niezbędne do rozwoju – produkty. Niestety, jak napisałem wyżej ostatnie 20-30 lat załamało w skali masowej ludzkie, racjonalne nawyki żywieniowe i państwa muszą profilaktycznie temu przeciwdziałać.

W programie chodzi również o ochronę kuchni hiszpańskiej i jej regionalnych odmian wpływających nie tylko na stan zdrowia społeczności, ale również budujących ich kulturową i polityczną tożsamość. W tym kontekście rząd Zapatero też ma o co walczyć, bo kuchnia hiszpańska nie dość, że jest zdrowa i smaczna to na dokładkę scala społeczności tego zróżnicowanego kulturowo kraju. Trudno znaleźć kuchnię europejską noszącą ślady wpływu tak wielu kultur oraz chlubiącą się tak różnorodnymi składnikami tworzącymi dania. Kuchnia hiszpańska kształtowała się przez tysiąclecia i wpływ na jej kształt miały lata najazdów i panowania obcych władców oraz napływ licznych imigrantów z różnych stron świata. W starożytności przez półwysep iberyjski wędrowały liczne ludy – Celtowie, Kartagińczycy, Fenicjanie, Rzymianie i Arabowie – pozostawiając swe żywieniowe upodobania. Na przykład po społeczności arabskiej zamieszkującej półwysep przez setki lat pozostała nie tylko wspaniała architektura i sztuka, ale również aromatyczna i dobrze przyprawiona kuchnia – głównie za pomocą cynamonu, kolendry, kuminu, migdałów i cytrusów. Nie tylko historia ale i położenie geograficzne wpływało na jakość iberyjskiego jadła. Centralne tereny górzyste sprzyjały pasterstwu, zielone i urodzajne równiny uprawom. Również dostęp do wielkich zbiorników wodnych – Morza Śródziemnego i Atlantyku wzbogacał dietę. Dzięki niemu w Hiszpanii ryb i owoców morza zawsze było pod dostatkiem. Ciepły klimat sprzyjał uprawie południowych warzyw i owoców – cytrusów, daktyli, bakłażanów, cukinii i pomidorów. Kraj słynął też z produkcji wina i oliwek, które namiętnie wzbogacano rozmaitymi farszami, np. serem, cytrynami i anchois. Hiszpańscy hodowcy szczycą się najwyższą poziomem wytwarzanego mięsa i serów. Wiele specjałów oznaczanych jest i chronionych unijnym certyfikatem jakości DO (Denominación de Origen), co jest dowodem, że dany produkt został wytworzony w tradycyjny i naturalny sposób – charakterystyczny tylko dla danego gospodarstwa czy regionu w Hiszpanii. Do takich produktów zaliczyć można uchodzącą za delikatniejszą od parmeńskiej surową szynkę jamon iberico (pisałem o niej odrębny tekst) oraz wszelkie sery kozie i owcze np. ser manchega wytwarzany z mleka owiec pasących się na górzystych terenach La Manchy w Kastylii. Wiele dań hiszpańskich cieszy się sławą światową. Do nich zaliczyć można paellę, gazpacho, tortillę czy krem kataloński. Jednak każdy z regionów szczyci się również własnymi, oryginalnymi potrawami, co wiąże się z silnymi tradycjami autonomicznymi. Gdy do tego doda się jeszcze wpływy obcych kuchni – meksykańskiej, argentyńskiej, francuskiej … – śmiało można mówić o najwyższej, markowej jakości kuchni hiszpańskiej.

Rząd socjalisty Zapatero ma więc czego bronić, bo w kuchni hiszpańskiej jak w soczewce skupiają się historia i tradycje tej społeczności. Skrajną nieodpowiedzialnością byłaby zgoda na wypieranie hiszpańskich specjałów przez amerykańskie czy globalne „pasze”, które serwują ludziom na całym świecie chciwe koncerny – tucząc przy okazji dzieci słodkimi berbeluchami albo batonami. To zbrodnia, bo tamtejsza dieta nie sprzyja tyciu. Hiszpańskie słodycze wywodzą się z tradycji arabskiej. To najczęściej mdłe ciastka albo kremy podawane jako deser (postre) po obfitym obiedzie. Są słodkie jak ulep i zaręczam, że niewiele można ich zjeść pod czarną cygaretke i szklanicę wina. Ciastko jest po prostu szybkim, cukrowym strzałem na pobudzenie energii w sennym od obżarstwa organizmie. Jedno ciastko i starczy – mowy nie ma o kompulsywnym zaspokajaniu łaknienia. Tak opisałem konsumpcję między innymi słodkiego deseru we wspomnieniach z Hiszpanii – „…Comedores to rodzaj gospody robotniczej, do której przychodzą uboższe rodziny na sobotnio niedzielne obiady. Ceny niewysokie, a w zamian duży wybór potraw. Hiszpański syndykalista był fundatorem i chciał tradycje kulinarne swego kraju pokazać od najlepszej strony, więc zdał się na jego wybór. Najpierw zalatana dziewucha podała ociekającą oliwą ensaladę, potem wazę pożywnej i esencjonalnej zupy rybnej i półmisek pieczonych na węglach steków z kością. Do tego sosy, warzywa i dzban pysznego, czerwonego wina, po którym te specjały miały łagodnie układać się w żołądku. Porcje wielkie jak dla konia, ledwie zdołał je w sobie zmieścić. Finałem uczty był deser – puchar słodkiego kremu czekoladowego i maleńka filiżanka diabelsko mocnej kawy. Nie mieli się gdzie spieszyć, więc zamówili jeszcze po lufie brzoskwiniowej wódki i cygarze, których spory wybór zaproponował kuzyn fundatora. Później, zatopieni w kłębach wonnego dymu, dyskutowali o urokach tego kraju i jego kuchni….”

Reasumując – kibicuję walce Zapatero z plagą otyłości wśród dzieci. Mam też nadzieję, że w Polsce ktoś się w końcu obudzi i wprowadzać zacznie – przynajmniej w szkołach – sensowne nawyki żywieniowe. Nie wiem czy do przeprowadzenia tak sensownego projektu potrzeba aż socjalistycznego rządu. A liberalny by nie mógł?

Na zdjęciu chorizo – moje podstawowe źródło energii w Estramadurze

Na ilustracji filmowej przyrządzanie tortilla de patata – smacznej potrawy biednych ludzi.

http://www.youtube.com/watch?v=RsIDWHvI0Gc

Velká vlaková blamáž czyli wielki kolejowy blamaż

P6040876

Pierwszy tekst, który napisałem w ubiegłym roku, tuż po powrocie z Hiszpanii nosił tytuł „Lokomotyw dym”. Kartka była próbą opisu poczucia osaczenia, którego doznaje się po powrocie z wędrówki. Tak wówczas pisałem – „ …Noc, ostatni papieros na ganku. Z daleka słyszę przeciągłe wycie lokomotywy. Po chwili krótki stukot wagonów i znów zapada cisza. Przypomina mi się zima 1982 roku. Państwo wywaliło nas wówczas z uczelni na przymusowe wakacje. Ciężko znosiłem tę biurokratyczno – policyjną atmosferę osaczenia. W ciche noce, bo godzina milicyjna uwięziła ludzi w domach, słuchałem dobiegających zza okna sygnałów lokomotyw. To wycie było jak sygnał wolności – ktoś był w ruchu, w drodze. Ktoś był wolny w tym kraju przypominającym zamarznięte więzienie.

Pociąg, który niedaleko domu przeciągle wyje po nocy, kończy bieg w Szklarskiej Porębie. Ale tory biegną dalej – do Czech. Ta linia od kilkudziesięciu lat jest martwa, wyłączona z ruchu. Nie wiem czemu, bo to przecież góry i piękne widoki. To atrakcyjna trasa Widocznie ludziom nie chce się przejechać na drugą stronę. Nie interesuje ich co jest za górami. To dziwne – jak może ludzi nie interesować co jest za górskim pasmem na które codziennie patrzą? To tak jakby te kopiaste szczyty były granicą ich świata. Przecież nie trzeba rozwalać ich jak muru berlińskiego – wystarczy przejechać wygodną kolejką na drugą stronę. No ale nikomu się nie chce, nikogo to nie interesuje więc tory rdzewieją.

Piszę tę kartkę grubo po północy. Zza uchylonego okna znów słyszę cichy stukot wagonów. Czekam na sygnał lokomotywy – tym razem nie zawyła. Szkoda.” Następnego dnia dnia dostałem kilka listów w których Czytelnicy zarzucali mi nadmierny pesymizm. No i otrzymałem sprostowanie, do którego odniosłem się w ten sposób – „ ….dostałem też list na który powinienem odpisać szybko. Otrzymałem go kilka godzin po opublikowaniu kartki „Lokomotyw dym”. Przypomnę, że z nutą goryczy i zniechęcenia pisałem w o nieczynnej linii kolejowej łączącej poprzez Karkonosze Polskę z Czechami. W liście moja czytelniczka (czytelnik?) pisze, że tory w Jakuszycach już niemal są położone i od kilku miesięcy trwają szybkie prace nad połączeniem z Czechami. Pozostała tylko naprawa kilkuset metrów torowiska….” Nie pozostało mi więc nic innego jak wejść pod stół i odszczekać – co zrobiłem. Ale tym samym reaktywacja kolei biegnącej przez Karkonosze stała się motywem przewodnim moich tekstów – czymś w rodzaju symbolu polskich chęci, możliwości i aspiracji. Nie ukrywam, że ten błyskotliwy projekt praktycznej realizacji idei zjednoczonej Europy – bez granic – stał się probierzem mojej oceny sytuacji w Polsce. Wracałem więc wielokrotnie do tematu Kolei Izerskiej chodząc po górach i wymieniając poglądy z moimi Czytelnikami. W lipcu tego roku Czytelnicy z Polski i ze świata zaczęli do mnie pisać, że kolej jest już uruchomiona więc warto bym się nią przejechał i może napisał z tej podróży jakąś relację. Nabrałem apetytu na podróż – tym większego, że trasa jest bajkowo piękna. Jeszcze tylko kilka słów wyjaśnienia o jakiej właściwie linii kolejowej – cudzie technicznym i krajoznawczym – piszę.

Kolej Izerska ( Tannwalder Zahnradbahn ) została wybudowana w latach 1888-1902 w Karkonoszach i Górach Izerskich. Łączyła pierwotnie austro-węgierskie miasta Jungbunzlau ( dziś Mladá Boleslav w Czechach ), Reichenberg ( dziś Liberec ) i Gablonz ( Jablonec nad Nisou ) z pruskimi miastami Hirschberg ( dziś Jelenia Góra ) i Waldenburg ( Wałbrzych ). Nie chcę omawiać historii frapującej budowy tej linii kolejowej. Nie jest to bezpośrednim tematem mojego tekstu. Zachęcam do odwiedzenia strony, na której w pasjonujący sposób opisano realizację projektu sprzed ponad stu laty zamie3szczając przy okazji archiwalne zdjęcia.

http://www.goryizerskie.pl/?file=art&art_id=171

Ważne jest jak doszło do obumarcia tej kwitnącej za Niemców linii? Działania wojenne nie spowodowały zniszczeń na szlaku Kolei Izerskiej. Dopiero powojenna grabież infrastruktury kolejowej przez maruderów Armii Czerwonej, szabrowników a także prowadzony przez państwo polskie demontaż wszystkiego, co wartościowe na byłych ziemiach niemieckich wpłynął na jej dewastację. W rezultacie kilka lat po wojnie koleje zdemontowały resztki bezużytecznej trakcji elektrycznej w wyższych partiach szlaku, do których bandy złodziei nie zdołały lub nie zdążyły dotrzeć. W 1946 roku kursowały na najwyższym odcinku granicznym tylko dwie pary pociągów, natomiast na początku lat 50 – tych już cztery. Ze względu na uszczelnienie granicy za pomocą zaostrzenia od 1948 roku przepisów o przebywaniu w strefie nadgranicznej, polski odcinek pomiędzy Jakuszycami a Tkaczami był dostępny tylko dla pracowników leśnych, posiadających specjalne przepustki oraz dla żołnierzy pilnujących granicy. Polityczne odcięcie polski od świata oraz obowiązujące w latach 50 – tych przepisy, uniemożliwiające praktycznie turystykę w pasie nadgranicznym spowodowały, że trasę Kolei Izerskiej skrócono do Szklarskiej Poręby Górnej. W 1958 roku Polska i Czechosłowacja podpisały umowę korygującą przebieg granicy w rejonie wsi Tkacze i Harrachov. W rezultacie Polska odstąpiła Czechosłowacji wieś Tkacze wraz ze stacją kolejową, tunelem kolejowym i mostem nad rzeką Izerą. Tkacze otrzymały nazwę Mýtiny i stały się wkrótce częścią Harrachova. W 1963 roku Czesi oddali do eksploatacji odcinek Kolei Izerskiej Mýtiny – Kořenov, dzięki czemu Harrachov uzyskał za pośrednictwem pozyskanej od Polski stacji połączenie kolejowe z resztą Czechosłowacji. Po agresji sowieckiej na Czechosłowację w 1968 roku – z udziałem wojsk polskich – jakiekolwiek rozmowy o reaktywacji linii, z uwagi na sytuację polityczną pozbawione były sensu.

Współcześnie linia używana była tylko na osobnych odcinkach – polskim ( między Szklarską Porębą a Jelenią Górą ) oraz czeskim ( między Harrachovem a Tanvaldem ). Próbę wznowienia ruchu na odcinku granicznym podjęto w 1992 roku , ale bez prób kontynuacji. Ruch wznowiono jeszcze tylko 5 lipca 2002 roku – w stulecie istnienia Kolei Izerskiej. W maju 2009 roku uroczyście rozpoczęto remont linii kolejowej od Szklarskiej Poręby do granicy Polski i dalej do Kořenova. Ambitny projekt dofinansowała Unia ofiarowując stronie polskiej 3 mln euro, a braciom Czechom prawie 700 tys euro – na remont starych torów Uroczyste otwarcie linii miało nastąpić 2 lipca tego roku a dzień później pociągi miały już poruszać się wg nowego rozkładu jazdy. Według zapowiedzi dziennie miało jeździć sześć pociągów tam i z powrotem. Jak pisze Maria Kusz w art „Pociąg pod specjalnym nadzorem, czyli Kolej Izerska” ( GW – dodatek dolnośląski z 08.07.2010 ) ze Szklarskiej Poręby, przy entuzjazmie zebranych na dworcu mieszkańców, zgodnie z przyjętym terminem wyjechał do Korenov pierwszy pociąg pełen polskich prominentów z wicemarszałkiem województwa dolnośląskiego, europosłem, posłanką, starostą, radnymi sejmiku i ambasadorem Polski w Czechach. Jednak po stronie czeskiej nikt ich nie powitał. Ów dyplomatyczny chłód wyjaśnił w czeskiej telewizji Martin Sepp – przedstawiciel lokalnych władz z Liberca – który odmówił uczestnictwa w uroczystej inauguracji linii. Powiedział – „Uważamy za niestosowny udział w przedsięwzięciu, z którego nie będzie mógł korzystać zwykły pasażer”. Pasażerowie o których mówił Martin Sepp nie mogą jeździć „niby” reaktywowaną Koleją Izerską, ponieważ samorząd województwa dolnośląskiego – właściciel linii – nie zadbał o to, żeby stacje czeskie i polskie miały sformalizowaną łączność. Tak więc pociąg może dojechać tylko do Jakuszyc. Aby mogła odbyć się oficjalna, propagandowa szopka wymyślono specjalny, jednodniowy regulamin, który legalizował pierwszy, uroczysty przejazd. Czemu nie dopełniono formalności i nie dokonano uzgodnień nikt nie potrafi jak do tej pory wyjaśnić. Ja Czechom się nie dziwię – kolej to poważna sprawa i wymaga zachowania procedur bezpieczeństwa – o to przecież chodzi w łączności. Czesi są zresztą zresztą nacją rozważną – pewnie dzięki temu ich samoloty z władzami na pokładzie nie spadają na zamglone lasy.

Tak więc Kolej Izerska mimo generalnego remontu nadal nie działa. Dziś ( 23 lipca ) rozpytywałem się o możliwości przejazdu. Nic nie wskazuje na to by w najbliższym czasie (miesiącach) linia miała nabrać transgranicznego charakteru. Rozmowy z Czechami się toczą ospale a przecież jeszcze trzeba kabel łączności rozciągnąć. Władze milczą albo robią dobrą minę do złej gry. Koleją dojechać można jedynie do granicy w Jakuszycach, później przesiadka na podstawiony autobus i kierunek Harrachov. Dobrze tę prowizorkę określiła spikerka czeskiej telewizji mówiąc o nowym połączeniu, którego nie ma – „Velká vlaková blamáž” czyli po naszemu – wielki kolejowy blamaż. Nic dodać, nic ująć. A mnie pozostaje tylko nadsłuchiwać z rezygnacją cichnącego wycia lokomotyw. Kolejny, sensowny projekt UE z którego nic, jak na razie nie wyszło.

Na ilustracjach filmowych odcinki polski i czeski Kolei Izerskiej

http://www.youtube.com/watch?v=jhLkveveIBA

http://www.youtube.com/watch?v=Bh4QFujTqIo&feature=related

Na zdjęciu zarośnięte tory Kolei Izerskiej prowadzące w góry – do Czech.

porno-samotność

por

Znów statystyka – jak zwykle inspirująca do przemyśleń. W prasie i internecie oczywiście pierwsze analizy powyborcze wskazujące na wzrastający konserwatyzm i autorytaryzm rodaków wyrażany głównie wciąż wysokim wskaźnikiem poparcia do przywrócenia kary śmierci – ponad 80 % badanych chciałoby wieszać za szyję złych ludzi. To zaskakujące w Europie w której od wojny wskaźnik poparcia dla kary śmierci systematycznie maleje. Jest to zarazem wskaźnik niezwykłego jak na kontynentalne warunki poczucia społecznego lęku. Dalej jeden z najwyższych w Europie poziomów masakry na drogach czyli stosunek zabitych do rannych – podobny ma tylko trawiona głębokim kryzysem Grecja. Następnie kilka zaskakujących wskaźników dotyczących niezwykle wysokiego poczucia zadowolenia z życia erotycznego polskich kobiet. Ponad 40 % Polek kocha się częściej aniżeli raz w tygodniu i wyraża głębokie poczucie zaufania do partnerów, którzy w przypadku Polek mają decydujący głos w sprawie stosowanych metod antykoncepcji. Nie jest jednak tak słodko w polskich łóżkach. Obraz sielanki erotycznej, moim zdaniem ciężko jest powiązać z trudnymi do interpretacji danymi opublikowanymi przez amerykańską firmę Alexa badającą zasięg korzystania z pornografii. W jej raporcie można przeczytać informację, że „polscy internauci znaleźli się w światowej czołówce amatorów stron porno. Jesteśmy piątą co do wielkości klientelą RedTube – jednego z największych serwisów pornograficznych na świecie. W aktualizowanym codziennie rankingu popularności stron WWW – serwis pornograficzny RedTube znalazł się na 26 miejscu wśród najchętniej odwiedzanych stron przez polskich internautów – dane z 15 lipca 2010 roku. Osiągnął wynik lepszy niż portal społecznościowy grono.net, strona z rozkładem jazdy PKP i popularny serwis z ogłoszeniami pracy. Amerykańska spółka Alexa dostarcza informacji o generowanym ruchu do stron internetowych. Według danych spółki, użytkownicy polskiego internetu znaleźli się w światowej czołówce amatorów e-pornografii. Wśród użytkowników witryny pornograficznej RedTube są na piątym miejscu i stanowią 4,3 proc. wszystkich odwiedzających tę stronę. Użytkowników polskiego internetu wyprzedzają jedynie Amerykanie (21,3 proc.), Brazylijczycy (7 proc.), Brytyjczycy (4,8 proc.) i Włosi (4,6 proc.). To zaskakujące dane w kontekście cytowanych powyżej – z jednej strony Polki okazują satysfakcję ze swego pożycia seksualnego natomiast z drugiej strony ich partnerom najwyraźniej jest mało, bo całe godziny spędzają na samotniczym oglądaniu kopulacji w darmowych serwisach porno. Z mojej wiedzy życiowej wynika bowiem, że to faceci są główną klientelą porno biznesu i pod ich upodobania kręci się te dokumentalne filmy. Zazwyczaj nie ekscytują one kobiet – co najwyżej śmieszą albo swą monotonią doprowadzają do senności. Porno – kinematografia mimo okazywanego przez aktorów entuzjazmu ma w sobie coś ponurego i samotniczego. No bo oglądanie jest przez swą jałowość depresyjnym zajęciem, nawet gdy odbywa się w miejscach publicznych. Przypominam sobie ponure salony komputerowe w podłych hiszpańskich dzielnicach z których nadawałem czasem teksty na blog – kojce oddzielające stanowiska, mokre serwetki pod nogami i sapanie dobiegające zza przepierzeń. Miałem wrażenie, że klawiatura lepiła się do palców. Podobny, ponury i depresyjny klimat unosi się nad podłączonymi do porno stron komputerami w biurach i domowych zaciszach. To jakaś dziwna, zastępcza forma seksu – jak w więzieniach czy klasztorach. Właściwie to dość prymitywna forma psychoterapii. Jak pisze profesor Lew Starowicz – „ ….Jeżeli ktoś masturbuje się codziennie, gdyż w ten sposób się uspokaja, wynika to z mechanizmów nerwicowych, neutralizuje jego napięcie psychiczne, lęk, a nie dlatego, że jest obdarzony tak wielkim temperamentem.”. Przyznam, że mnie trochę przytłaczają te olbrzymie rozmiary nerwicowych lęków przekładające się na statystykę firmy Alexa. Czemu mężczyźni wybierają tak wyalienowane metody zaspokojenia oraz ulżenia trawiącemu ich napięciu i lękowi? Przecież dobry układ partnerski oparty na zaufaniu, zrozumieniu i szczerości pozwala realnie realizować nawet ryzykowne marzenia erotyczne i czerpać z nich satysfakcję. No ale chyba problem jest właśnie w osiągnięciu zaufania i szczerości – to dużo trudniejsze niż nawet kilkukrotna w ciągu tygodnia seksualna gimnastyka. Dla niektórych to nawet niemożliwe, bo wymagające okiełznania autodestrukcyjnego egoizmu czy poczucia paraliżujacego lęku przed kobietą. Potwierdza to historia Marka – podobno seksoholika – wymyślonego jako osobowy przykład porno – zagrożeń. Marek (30 lat) jest doktorantem na Uniwersytecie Warszawskim. Pierwszy film pornograficzny zobaczył kilkanaście lat temu, na nieistniejącym już kanale Filmnet. Potem dostał komputer i zaczął przegrywać płyty od kolegów. Ale dopiero pojawienie się bezpłatnych serwisów pornograficznych w internecie zintensyfikowało moje uzależnienie – stwierdza. Marek wchodzi na strony porno 3-4 razy dziennie. Ogląda od 12 do 16 filmów. Poświęca na to od 60 do 100 minut. ( … ).Nie szukam miłości na całe życie. Nie nadaję się do tego. Interesują mnie przygodne znajomości – przyznaje Marek. Czy historia sapiącego przed internetem Marka może odstręczyć od pornografii? Chyba nie, bo pornografia podobnie jak alkohol czy gra na wyścigach jest dla ludzi – wystarczy tylko korzystać z niej z głową. Marek dość asekurancko tłumaczy się, że nie szuka miłości na całe życie. A po co ma szukać? Nie wystarczy, by choć na trochę odnalazł się w dobrym, iskrzącym napięciem związku. Tyle że Marek najwyraźniej boi się jakichkolwiek związków. Pozostaje mu więc smętna psychoterapia w grupie zdołowanych, anonimowych seksoholików. Tylko jak ma żyć dalej – gdy już odspawa się od darmowych serwisów porno? Polecałbym przeprowadzenie porządnego rachunku sumienia – to zawsze jest dobre w przypadku życiowych kłopotów. „ …Poczuł chłód i biegnące po plecach dreszcze, to było jak jego listy o miłości. Niewiele w nich spazmów, napięć i tkliwości, bo gimnastyce w łóżku nie służyły wzruszenia. To nie listy, to raczej poradniki. Jak porady od redakcji umieszczane w rogu ostatniej strony gazety dla facetów; listy jak dobrze wypaść, jak sprostać, zadowolić i posiąść; listy jak nagrodzić i przeprosić; rady jak nagrodę dostać i zasłużyć na więcej. Cholera, ważne tylko, by nie płakać i odchodzić z godnością, gdy żal serce ściska. Zimny pot na tych listach osiadł. …” Panie Marku – gdy już pan obetrze zimny pot po rachunku sumienia proszę się rozejrzeć za jakąś mądrą kobietą. I niech się pan z nią przede wszystkim nauczy rozmawiać. Wiem, że to trudne ale warto takiej kobiety poszukać.

Całość omówionego wyżej materiału pod linkiem

http://www.tvn24.pl/-1,1665075,0,1,polak-kocha-porno,wiadomosc.html

Costa da Morte

P8160064

Costa da Morte czyli Wybrzeże Śmierci – tak nazywa się postrzępiony, klifowy brzeg Galicji. Ten niezwykły pas lądu ciągnie się od La Coruna do przylądka Finisterre – najbardziej na zachód wysuniętego miejsca Hiszpanii, który swą nazwę zawdzięcza Rzymianom. Gdy dotarli tu około 140 roku przed naszą erą. zobaczyli dokoła tylko wodę i uznali, że to kraniec świata czyli finis terrae. Rzeczywiście, kiedy stoi się na samym krańcu cypla wystającego z wody na kilkadziesiąt metrów z trzech stron widać tylko stalowoszary ocean – posępny i niezmierzony.

Nazwa Costa da Morte podobno wiąże się z nieszczęściami dotykającymi zbieraczki pąkli – morskich skorupiaków. W dawnych czasach zajęciem tym trudniły się głównie kobiety. Z powodu silnych porywów wiatru i nagle pojawiających się „znikąd” fal, dochodziło często do wypadków. Złośliwe fale zmywały miłośniczki pąkli w otchłań oceanu i stąd nazwa „Wybrzeże Śmierci”. Obecnie kobiety nie zajmują się już niebezpiecznym zbieractwem skorupiaków. Pąkle są hodowane w specjalnych przybrzeżnych farmach, które przypominają stada powiązanych ze sobą tratw.

Zła sława tego wybrzeża wiąże się też z licznymi morskimi katastrofami. Na klifie natknąć się można na dziesiątki, setki białych, kamiennych krzyży. Przez lata o zdradzieckie skały roztrzaskało się wiele statków. Krzyże to pamiątki tych tragedii. Galicyjski brzeg jest dla nich niebezpiecznym rejonem. Skały, silne prądy, porywiste wiatry i mgła sprawiają, że nawiguje się tu trudno. Oprócz krzyży znakiem rozpoznawczym tego wybrzeża są latarnie morskie. Oddalone od siebie o nie więcej niż 20 mil wskazują statkom drogę. Linia brzegowa jest tu postrzępiona, fale oceanu rozbijają się z łoskotem o skaliste cyple. Oczywiście współcześnie katastrof morskich jest mniej. Pełne zakamarków wybrzeże stało się natomiast rajem dla przemytników. To jedna z głównych dróg dostarczania na europejski rynek kokainy z Ameryki Łacińskiej jak również nielegalnych emigrantów z Afryki. Myślę, że Costa da Morte z racji tego procederu jest pokaźnym źródłem dochodów dla mieszkańców Galicji.

Miałem okazję dwukrotnie być na Wybrzeżu Śmierci. Ubiegłoroczny marsz do Finsterre opisałem dość dokładnie na blogu. Dziś więc kartka sprzed kilku lat – dotarłem wtedy do Muros, niewielkiego portu atlantyckiego. Krótka wizyta w Muros była finałem mojego pierwszego camino.

„ ….Mgła. Autobus przebijał się przez jej mleczne kłęby. Zaparowane szyby oddzielały go od świata, więc drzemał usypiany warkotem silnika. Wóz czasem stawał, by zabrać w podróż machających na poboczach ludzi. Czasem zwalniał i trąbiąc przeraźliwie płoszył idące asfaltem stada krów. W autobusie wiejskie nastroje. Wszyscy tu się znali, witali wylewnie i nie mogli się nasycić rozmowami prowadzonymi od przystanku do przystanku. Powoli zjeżdżali coraz niżej krętą drogą prowadzącą wzdłuż delty rzeki wpływającej leniwie do oceanu. Chwilami budził się, przecierał zamglone okno i wypatrywał portu, ale za szybą przesuwały się tylko wzgórza porośnięte gęstym lasem. Między wzgórzami rzeka wymościła sobie koryto. Jej ujście łączyło się niedostrzegalnie z wąską i krętą zatoką morską. Tylko olbrzymie głazy leżące na jej brzegach, ciemne od wilgoci i oblepione glonami, były przypomnieniem nocnego przypływu oceanu. Gdzieniegdzie przycumowane łódki tkwiły w bezruchu na nieruchomej, jak pokrytej olejem, tafli wody. Cmentarzysko łódek – pomyślał . Przypominały stare samochody porzucone przez właścicieli na peryferiach miast. Zmurszałe łodzie, z obłażącą na drewnianych burtach farbą, napisami ledwie widocznymi pod warstwą morskiego planktonu, dogorywały napełnione do połowy wodą, zaryte dziobami w nadbrzeżnym mule. Mgła otulała litościwie wraki rozkładające się latami w cichym plusku fal. Wybrzeże śmierci, koniec świata. Trudno się dziwić, że tak nazwano ten dziki i posępny atlantycki brzeg. Mgła odpłynęła, więc autobus pędząc nadrabiał czas – ścinał niezliczone zakręty wijącej się między skalnymi usypiskami drogi. W dole zauważył pierwsze plaże, właściwie wąskie paski piachu, jak złote rogaliki wciśnięte między nadbrzeżne głazy. Zapachniało portem, tą dziwną wonią morza, mokrego piasku, gnijących ryb i wodorostów. Mocny zapach oceanu wtłoczył się do wnętrza autobusu. Delta rzeki przechodziła w zatokę.

Wyskoczył przy opustoszałym nabrzeżu. Przed oczami ocean, a za plecami ciche i opustoszałe miasto. Muros jeszcze spało przedłużającym się zimowym snem. Muros drzemało w oczekiwaniu na letników, którzy w wakacje zapełnią plaże, knajpy i bary portowe. Wśród skrzeczenia mew ruszył wprost przed siebie nabrzeżem przechodzącym w falochron wcinający się głęboko w ocean. Szedł kamienną drogą jakby zapragnął wejść w głąb Atlantyku. Daleko na horyzoncie kłębiły się deszczowe chmury przypominające rozpływającą się we mgle, wzniesioną wysoko w niebo, kolejną linię brzegu. Było cicho, woda ledwie chlupotała między głazami, z których usypano kamienną ostrogę chroniącą port przed sztormem. Z południowego krańca zatoki, turkocząc silnikiem, płynęła łajba rybacka. Przecinała powoli nieruchomą taflę wody, pozostawiając za sobą rozchodzące się na boki fale. Śmieszna łódka, jak dziecinna zabawka ze sterówką wystającą wysoko nad pokład, płynęła na granicy szarej wody, mgły i chmur przesuwających się w powolnym tempie ku brzegowi. Zmierzała do portu. Po chwili wzbudzone przez nią fale dotarły do falochronu i z cichym pluskiem znikły między skalnymi blokami. Stanął na końcu ostrogi. Dalej już nie mógł pójść, dalej był tylko ocean. To był koniec jego drogi. Gdy stał patrząc na spokojny Atlantyk, z nagła się rozpadało. Przelotna ulewa trwała raptem kilka chwil. To było tak, jakby ktoś z wysoka machnął potężnym kropidłem i poświęcił ocean. Krople zmarszczyły powierzchnię wody, zadudniły o plecak i ze szmerem uderzyły w kamienne bloki. Poczuł zimno wędrujące po grzbiecie, zadrżał. Czas było wracać do miasta, ledwie majaczącego w oddali. Czas było wracać do bielejących na tle zielonego lasu domów.

Za portem rozciągały się szare i puste plaże, wąskie płachetki piasku porozdzielane przystaniami i stromo opadającymi ku wodzie zboczami wzgórz. Przysiadł na kamieniach falochronu, zdjął buty, przywiązał je sznurówkami do plecaka i wysoko ponad kolana, podwinął nogawki spodni. Morska woda chłodziła wygrzane nogi. Szedł mokrym piaskiem, wzdłuż linii załamujących się fal. Czasem brodził głębiej mocząc nogawki, potem znów wychodził na piach przypatrując się odbiciom swoich stóp, których spokojnie rozlewająca się woda długo nie mogła zatrzeć. Przed sezonem nikt jeszcze plaż nie sprzątał. Zimowe sztormy pozostawiły na nich osad kolorowych opakowań, drewniane skrzynki zaryte głęboko w piasek, porozrzucane boje i kłęby sznurów od rybackich sieci. Wędrował wzdłuż tej oceanicznej rupieciarni omijając ostrożnie pokłady muszli i gnijące ryby, na które czatowały krążące nad jego głową mewy. Wokół cisza, pustka i samotność. Smutek unosił się nad tą zaniedbaną plażą, jak nad wszystkim co stworzyła natura, a człowiek oszpecił pozostawiając ślady swej obecności. Po ludziach pozostały tylko śmieci, zasypane piaskiem schody do miasta i skrzypiące, naderwane przez fale, deski przystani. Szedł zamyślony. Nie liczył kroków, nie mierzył czasu i nie patrzył już na plan. Przecież nie miał się gdzie spieszyć. Za ostatnią przystanią zatrzymał się przy roztrzaskanym przez sztorm i przysypanym piachem szkielecie łodzi. Zrzucił plecak i usiadł wtulony w deski burty. Skulił się, dłonie ukryłi głęboko w rękawach swetra, szukał w sobie ciepła. Nadeszło znużenie i niedostrzegalnie odpłynął na granicę snu i jawy. Dźwięki wokół zaczęły dzielić się na frakcje – oddzielnie plusk fal, pisk ptaków, szelest osypującego się wokoło piasku. Przez skrzeczenie mew przebił się cichy odgłos dzwonków. I wtedy go ujrzał. Jakub przyszedł z oddali, jak zawsze boso i z rozwianymi połami długiego płaszcza. Spotkałem cię jednak – pomyślał. On, swoim zwyczajem, kucnął i muszlą zaczął rysować na piachu znaki. Chyba nie były ważne, bo pozwalał wodzie zmazywać to co narysował….”

Na ilustracji filmowej Costa da Morte

http://www.youtube.com/watch?v=dEQEPrtn6wY

Przerwa techniczna…

P7101019

Informuję, że w związku z nadmiernym obciążeniem strony KARTKAmi i dyskusjami strona wymaga nagłej, niespodziewanej przerwy techniczneJ. Przerwę wykorzystujemy z KARTKĄ na:
a/ smarowanie kartek z poprzedniego roku
b/ oliwienie kartek tegorocznych
c/ schładzanie (pozostałych) komórek mózgowych
d/ defragmentację myśli
e/ wymazywanie chorych pomysłów
f/ resetowanie pamięci
g/ formatowanie mózgu
h/ projektowanie przyszłości ze szczególnym uwzględnieniem ranka
i/ słuchaniu piosenki ‘Tupot białych mew’

i innych skomplikowanych czynności.

Pozdrawiam Rozmysł

skrzydlate rozkosze

P7201036

Po Babci zostało mi trochę szpargałów – głównie dokumentów i książek. Między innymi pozostawiła mi w spadku przedwojenne książki dotyczące prowadzenia domu. Książki nie są zaczytane – co prawda ze starości pożółkły im kartki, ale nie mają pozaginanych rogów ani odcisków po zatłuszczonych palcach. Babcia z książek nie korzystała, bo nigdy tak naprawdę nie prowadziła domu. Krótki okres jej małżeństwa przerwała wojna i wkrótce została wdową. Nie zajmowała się profesjonalnie domem, bo życie wypełniała jej praca, konspiracja i utrzymywanie przy życiu mojego chorowitego w dzieciństwie Ojca. Tak więc książki o prowadzeniu gospodarstwa domowego bezużytecznie przeleżały na etażerce blisko 70 lat i po śmierci Babci trafiły do mnie.

Mam przed sobą dwutomową encyklopedię „Kultura i życie domowe – Dzieło encyklopedyczne do użytku codziennego. Podręcznik wszelkich praktycznych wiadomości. Doradca w czasach zdrowia i choroby”. Wydawca, autor i rok wydania jest niestety nieznany ponieważ zaginęła strona tytułowa. Ale wykaz licznych współpracowników wskazuje, że encyklopedia jest inicjatywą międzynarodową. Wydrukowano to dzieło w Katowicach – w drukarni „Vita”. Encyklopedia składa się z XV ksiąg obejmujących tematyką właściwie wszystkie dziedziny życia – od urządzania mieszkania, ogrodu, hodowli zwierząt, szycia, gry na fortepianie aż do porad zdrowotnych i intymnych. Dziś więc kartka konkretna i dotycząca praktycznych aspektów życia – pozwolę sobie zacytować fragment dotyczący chowu kur i ich gotowania, który obrazuje przed jakimi wyzwaniami stały przed wojną kobiety prowadzące dom. W rozdziale kucharskim znalazłem również tekturową busolę, która pozwala skomponować „24 obiady zwyczajne przystosowane do danej pory roku” – dodam, że obiady czterodaniowe. Oto fragment encyklopedii pt „Skrzydlate rozkosze”.

„ ….Najodpowiedniejsze do chowu rasy obiecujące największą wydajność i najlepszy smak.

Białe amerykańskie leghorn

Przybyły one przez Włochy z Ameryki do Europy przed mniej więcej 20 laty. Wydajność tych kur wynosi rocznie 300 jaj na jedną kurę.

Białe Wyandoty

Pochodzą również z Ameryki; do nas przybyły przed 50 laty i osiągnięto tu z niemi doskonale wyniki; wytrzymują jak Rhodelandery słotę, znoszą jaja w zimie a przeciętnie rocznie sztuk 185.

Czerwone Rhodelandery

Przybyły do nas z Ameryki przed 28 laty, wzięły nazwę swą od nazwy północnoamerykańskiego kraju Rhode Island. Rasę tę można uczynić łatwo i bardzo użyteczną, jest ona wytrzymała na słotę i znosi licznie jaja w zimie. Ogólnie w środkowej Europie znosi rocznie 250 sztuk jaj.

Kury włoskie

osobliwie z gatunku o upierzeniu kuropatwy, zyskują sobie u nas coraz większe wzięcie; hodowane były najpierw w Ameryce skąd przyszły do Europy. Są one bardzo odporne i można je doprowadzić łatwo do większej wydajności, nawet do 290 jaj rocznie. Wartość ich polega głównie na ich własności polegającej na tem, że znoszą jaja pilnie w zimie

Dobór rozpłodników

Wybierając rozpłodniki trzymajmy się jednej zasady: tylko najlepsze kury i koguty dobremi są rozpłodnikami!

( … )

…Ze względu na ich najróżnorodniejszą użyteczność cieszą się kury w kuchniach wielkim popytem. Spożywa się je od najwcześniejszej wiosny, już jako pieczone kurczęta, kiedy to stanowią ozdobę każdego spisu potrawa, aż do późnej jesieni kiedy jako wyrosłe kury dają znakomitą pulardę. Sposoby przyrządzania są najrozmaitsze: pieczone, jako kura w rosole, smażone lub duszone, podawane na zimno lub na gorąco. Zawsze stanowią pożądaną odmianę.

Rozbieranie drobiu

Zabić kurę poderżnięciem szyi tuż pod głową. Oskubać na sucho lub zanurzyć na kilka minut w gorącej wodzie, trzymając kurę za nogi. Pierze da się wówczas łatwo wyskubać, a z pozostałych puszek opalić nad płomieniem lampki spirytusowej lub płonącym papierem. Obsuszyć, poobcinać nóżki w kolankach, wykłuć oczy i odciąć koniec dzioba; położyć kurę na grzbiecie, otworzyć ją od dołu aż do mostka ostrożnie nożem, tak aby wnętrzności nie pokaleczyć. U góry, od głowy zsunąć skórkę i odciąć główkę wraz z szyjką. Przez otwór zrobiony nożem wyciągnąć wnętrzności wraz z żołądkiem sercem i wątróbką. Z wątroby usunąć żółć, żołądek przekroić, zawartość wyrzucić i oderwać żółtą skórkę, w żołądku się znajdującą. Następnie wymyć kurę z zewnątrz i wewnątrz zmieniając wodę 2-3 razy. Pozostawić by odciekła i położyć na lodzie lub w chłodnem miejscu na 2-3 dni. Gdy kura ma być pieczona wystarczy zostawić ją na kilka godzin.

Duszone kurczęta z cytryną

Porządnie oczyszczone i przysposobione kurczęta posolić wewnątrz i zewnątrz, skropić sokiem cytrynowym, obłożyć cienkiemi plasterkami słoniny i ułożyć do rondla z rozpalonem masłem. Wcisnąć soku z pół cytryny, dolać trochę gorącej zupy lub wody i dusić aż będą miękkie obracając kilkakrotnie aby do rondla nie przylgnęły. Gdy kurczęta są już miękkie zaprószyć sos kopiastą łyżką mąki i zalać zupą.

Gołębie

Przyrządza się i piecze tak samo jak kurczęta.

Ragout z drobiu

Dowolne mięso z drobiu, mleczko, podróbka albo grzebienie kogucie, wątróbki z drobiu, zielony groszek i pieczarki ugotować na miękko – naturalnie każde z osobna – zrobić ciemniejszy lub jaśniejszy sos zaprawiony zieloną pietruszką, skórką i sokiem z pół cytryny i włoszczyzną, zalać rosołem z drobiu ale tylko tyle aby był gęsty. Wszystko razem podgotować. Włożywszy na półmisek ubrać ryżem, półksiężycami z kruchego ciasta lub krokietami. Wykwintne ragout można też podawać w muszelkach, zapiekając je uprzednio nieco w rurze ….”

Smacznego!!!

powrót do kraju – ekstrakt ( zakończenie )

P9140398

4 września 2009,“Te quierro Mucho”

Bilbao, knajpa przy dworcu. Gdy otworzyłem korespondencję znalazłem list od dziewczyny, której kilka tygodni temu poświęciłem tekst. Mój tekst się spodobał – to dla mnie satysfakcja, bo jest to dowodem, że piszę prawdziwie o ludziach i Hiszpanii. Ale napisała też kilkanaście zdań o sobie, o dokonanych od czasu naszej rozmowy wyborach życiowych. To było kilkanaście mocnych i pięknych zdań o szczęściu. Siła tych kilkunastu zdań sprawiła, że opis Bilbao i politycznych problemów Basków stał się nagle dla mnie niewiele znaczący. Pisała ten list sercem – aż skrzył się od emocji. Chciałbym doznać stanu, który pozwala wyzwalać z siebie takie jasne myśli. Przeczytałem i napisałem kilka zdań odpowiedzi – myślę, że dość zdawkowych i ogólnych, bo skrępowany byłem jej nagłym obnażeniem uczuć. Mam 50 lat i życie nauczyło mnie ukrywać co czuję – moje wybory życiowe są niestety wciąż marną polską kalkulacją. Nawet tu, w Hiszpanii zamiast żyć księguję i kalkuluję w stetryczałym mózgu jakieś bzdury bez znaczenia.

Gdy przytłoczony energią listu zgasiłem ekran komputera ze starego telewizora wiszącego w rogu knajpy zabrzmiało „Te quierro Mucho”. To piosenka, która towarzyszy mi w drodze od samej Sevilli. W gruncie rzeczy to zwykły, sentymentalny kawałek o miłości, który jednak ma w sobie niesamowitą emocjonalną siłę. Popatrzyłem na ten bar – przytułek dla ludzi w drodze, samotnych kobiet, starych baskijskich mężczyzn, których nuda wygania z domów i wyleniałych psów plączących się pod nogami. I było tak jak zwykle gdy słychać tę piosenkę – kciuki mężczyzn z plecakami przestały niezgrabnie wystukiwać sms-y na które i tak nikt nie odpowie, ucichły śmiechy kobiet a zamyślone oczy zwróciły się w stronę migoczącego ekranu. „Te quierro Mucho” jest prawdziwe – znów wyzwoliło znów w tych ludziach nadzieję. Pomyślałem, że ta piosenka jest jak list, który dostałem….”

8 września, cienka biała linia

…Czasem czynię sobie wyrzuty, że krytycznie piszę o Polsce, Polakach i społeczeństwie, które tworzą. Powinienem będąc tu mieć te sprawy w dupie. No ale jak można pisać dobrze a nawet zmilczeć po takim incydencie jak dzisiejszy ( San Sebastian – ucieczka polskich turystów na dźwięk polskiego języka). To jest dopiero paranoja – uciekać na dźwięk swojego własnego języka. No ale tę alergię na własną mowę i ludzi mówiących po Polsku przecież przywieźli tu właśnie z Polski. Tam się tego nauczyli. Tam mówiąc po polsku czuli się zagrożeni przez mówiących po polsku. Język budzący strach – nic dodać, nic ująć…”

10 września, interior

Piszę tę kartkę nocą. Z balkonu pokoju widzę rozświetlone miasto. Dalej Pireneje i mroczna francuska granica. Do tego wymarłego przed kilkoma godzinami hostellu sporo ludzi na nocną libację przyjechało. Piją gdzieś piętro niżej, słyszę głosy, lecz nic nie rozumiem, bo mówią w eusqerra. Ale jest bezpiecznie – właściciel spuścił z łańcuchów psy, które krążą wokół knajpy. Mądre są – pstryknąłem z balkonu niedopałkiem i nawet nie zaszczekały. Nastrojowo tu jest – ściany obite błękitną glazurą, nad łóżkiem rycina atlantyckiego klifu i sztych z żebraczką pt. „Insidro Nonell” w tonacji rozpaczy Muncha. A obok odbita płytka – chyba ktoś też w rozpaczy walił głową w ścianę. ( … ) Mówił mi francuski hostalejro w schronisku w Irun – „Po co chcesz iść tą drogą. Nikt tamtędy nie idzie – wracaj lepiej do domu”. Faktycznie, jak sprawdziłem w księdze gości tego albergue, tylko ja wybrałem „interior” jako cel swojej podróży….”

13 września, San Adrian

Widok mnie obezwładnia – biała kamienna ścieżka pnąca się ku górze a na jej końcu tunel przebijający się pod stromymi skałami. Wejście częściowo ograniczone kamiennym murem, z boku łukowata brama – na tyle szeroka by zmieściło się w niej przepędzane przez góry bydło. Wchodzę do środka i w mroku widzę niską, długą kaplicę. To właśnie jest San Adrian. Wewnątrz mroczno i wilgotnie. Drewniany Chrystus zwisający z krzyża stężały w górskim zimnie. Obezwładnia mnie magia tego miejsca. Chwilę stoję zamyślony w kamiennym tunelu. Cisza – jakby czas się zatrzymał. To granica na której stoję. To jakiś znak, jestem tego pewien. To jasna myśl, decyzja. Więc przechodzę na drugą stronę, wynurzam się na słońce.

Później schodzę w dół po wyślizganych przez wędrowców kamieniach i myślę o Beatrix, Baskijce z którą przebijałem się przez góry na Ruta de La Plata. Kiedyś powiedziała – „Odkąd idę przestałam do krwi obgryzać paznokcie”. Moje dłonie też nie drżą od wielu tygodni, nie budzi mnie ból spiętego stresem kręgosłupa. Nie budzi mnie strach. To czego się bałem stało się nieistotne, to jakaś stara historia bez znaczenia. To co było dramatyczne stało się po prostu śmieszne. Może to złe słowo – stało się groteskowe. Więc chyba czas wracać do Polski i kolejny raz zmierzyć się z tą groteską – z państwem, systemem i ogłupiałymi ludźmi. Chyba pora podpalić jakieś lonty, wystrzelić fajerwerki, zakłócić cmentarny spokój anarchistyczną fiestą….”

16 września, początek ewakuacji

Piszę ten tekst w kawiarni obok dworca autobusowego w Vitoria Gasteiz – sporego i ciekawego baskijskiego miasta. Dotarłem tu z Estebaliz po dwóch godzinach paskudnego marszu w deszczu, tak więc tradycyjnie już suszę na sobie ubranie i buty. Kupiłem bilet do Barcelony na 15.15 i myślę, że dotrę tam nad ranem. A potem zobaczymy co dalej….”

16 września, pomnik

W jednym z miast, które mijałem idąc z Santiago do Fisterra na skwerze postawiono pomnik Emigranta. Facet z węzełkiem na kiju idzie przed siebie. Za nim ściana. Za ścianą zapłakana kobieta tuli do siebie dzieciaka. W ścianie okrągły otwór przez który wychyla się drugi dzieciak i rozpaczliwie łapie idącego ojca za pasek, zatrzymuje go. Biedna Galicja zawsze dostarczała bogatej Europie rzeszy emigrantów. Również stąd wypływał strumień ludzi szukających pieniędzy i szczęścia w Ameryce Południowej. Trudno się więc dziwić, że zamówiono u rzeźbiarza dzieło na taki właśnie temat. Pomnik jest zarazem symboliczny jak i realistyczny, bo pod gusta mieszkańców tego miasta w którym muchy z nudów zasypiają w locie. „Trochę to płytkie i infantylne” – pomyślałem robiąc w biegu fotkę. ( … ) Szedłem wówczas z Iną. Gorąco było więc została z tyłu. Gdy po kilku godzinach spotkaliśmy się w schronisku spytała czy widziałem pomnik. „Jasne, że widziałem” – odparłem –„Pomnik jak pomnik, co z tego?”. „A widziałeś jego nogi?” – zwróciła mi uwagę – „Ten pomnik jest o tobie”. Żachnąłem się. Przecież nie jestem facetem, którego bieda wygania z kraju. Żadna baba za mną nie płacze i dzieciaki też nie wyją z rozpaczy. Tym razem Ina wzruszyła ramionami – „Jego nogi to język, którym się posługujesz. To język w którym piszesz. To obraz świata, który widzisz i o którym myślisz gdy układasz zdania”. Ina się o mnie troszczyła. Liczyłem się z jej zdaniem, dlatego wróciłem wieczorem na skwer z pomnikiem. Gdy spojrzałem na nogi Emigranta zauważyłem, że od kolan w dół są koszmarnymi korzeniami. Facet szedł wyrywając swoje własne korzenie. Był jak powalone drzewo, którego karpy wiatr historii wyrwał z ziemi. To pomnik o jakiejś formie samobójstwa, samookaleczenia. Ina miała rację, nieistotna była płacząca baba i dzieciaki – istotne były wyrywane korzenie czyli język. Istotny jest kod którym opisuje się świat. Ważny jest język w którym się myśli i pisze. To coś głębszego niż okolicznościowe ględzenie i przegadywanie jakiś idiotycznych spraw. Język to historia człowieka, jego osobowości i uczuć – język to właściwie jedyny dorobek życia. Nawet śni się obrazami, które opisuje język. Dlatego ten facet od kolan w dół był tak tragiczny. Pstryknąłem drugą fotkę nóg – korzeni, mam ją w swoim archiwum. To ważne zdjęcie – pamiątka po mądrej Niemce, która mi dobrze życzyła….”

17 września, Barcelona

…Nad ranem ciasna poczekalnia, bo zamknęli halę dworca. Ludzie śpią pokotem na podłodze. Tektura cieszy się tu powodzeniem, wybrano chyba wszystko ze śmietników. Facet mnie opierdolił, bo mu na tę tekturę niechcący nadepnąłem – taki czyścioch. Niesamowity klimat – głośników zawieszonych pod sufitem tej klitki gra uspokajająca symfoniczna muzyka. To jest artystyczny pomysł – symfonia nad człowieczym dnem, które tworzy ta maleńka poczekalnia. Są tu ludzie, którym po prostu spóźniły się autobusy, są czarni jak heban emigranci afrykańscy i ci którym w życiu nie poszło. Naprzeciw mnie dziewczyna z maniakalnym uporem piłuje paznokcie przerywając to zajęcie tylko po to by zmiętą, zebraną z podłogi serwetką wycierać nerwowo z twarzy nieistniejący brud. Ale nikt nie zwraca na to uwagi, każdy męczy się z sennością. Ludzie są słabi, ziewają, kulą się – brak im siły. „Cholera, tylko dwie godziny do rana i otworzą bar z gorzko, słodką kawą” – marzę. Nie mogę spać, czuwam skulony na plecaku….”

23 września, lokomotyw dym

Trzeci dzień w Polsce. Dużo jem, dużo śpię … . Wypoczywam po hiszpańskim marszu. Ale w sumie niewiele się zmieniło, dalej jestem w podróży. Znów wałęsam się po mieście patrząc ciekawie na ludzi, sklepowe szyldy, podbijane tynki odsłaniające stare niemieckie napisy, psie gówna pod nogami – na wszystko co tworzy akurat teraz świat wokół mnie. Znów z kawiarnianego ogródka pod ratuszem łapię sieć i wysyłam kartki. Do tego cienkie, czeskie piwo, które rozjaśnia myśli. Niewiele mówię, tak jak w Hiszpanii. Nie chce mi się rozmawiać o byle czym. Starczy – „dzień dobry”, „proszę”, „dziękuję”, „ile płacę”. Przecież gdy piszę nie mówię. By pisać wystarczy tylko patrzeć i słuchać. To życie jak za szklaną szybą kawiarni przez którą obserwuje się przechodniów zajętych swoimi sprawami. Więc chodzę i patrzę a potem jem i śpię. No i myślę jak to krótko i jasno opisać. To dobra, dająca dystans perspektywa. Patrząc w ten sposób widzę obcy kraj i obce miasto, w którym dziś jestem a jutro może mnie już nie będzie. …”

Ilustracja muzyczna – „Te quierro Mucho” w wykonaniu Alby Molina i Andrea Lutza

http://www.youtube.com/watch?v=S2ueuPIrwpM&feature=related

powrót do kraju – ekstrakt ( II )

P8120036

29 lipca 2009, port w deszczu

Fisterra tonie w deszczu, buro sine chmury zakryły szczyty okalających zatokę wzgórz. Piszę w hostellu, bo nie chce mi się biec w zacinającym deszczu do najbliższego baru. Od nieszczelnego okna piździ atlantyckie wietrzysko. Odziedziczyłem ten pokój po Ralfie, który wyjechał z rana. W dole dachy rybackich chałup pokryte zielonkawym od mchu eternitem. Niżej port z kołyszącymi się na falach łódkami przypominającymi łupinki po laskowych orzechach. (…)W wiadomości z Polski nuta wyrzutu, że mnie mnie tam nie ma. Niezrozumiała nuta, bo czując nadchodzącą śmierć bliskiej mi osoby proponowałem, że zostanę – poczekam z podróżą. Co z tego, że proponowałem skoro mnie nie słuchano. To paradoksalne – język, mowa nie służą już do komunikacji. Słowa nic nie znaczą, bo nie są słuchane. Dialog staje się tylko monologiem wsłuchanych w samych siebie ludzi. Słowa nic nie znaczą, język nic nie przekazuje, umowy nie obowiązują. Gdy idę przez Hiszpanię układam w głowie zdania, metafory, opisy tego co widzę i czuję. A potem zapisuję je przy barowym stoliku. Już nie umiem inaczej posługiwać się polskim językiem. Mam wrażenie, że gdy mówię po polsku do spotkanych po drodze rodaków mówię do ich pleców, mówię do ściany. Łapię się na tym, że rozmawiam z nimi za pomocą ułożonych wcześniej tekstów, które opublikowałem na blogu albo schowałem zapobiegliwie w czeluściach komputerowej pamięci. Cholera, wierzę tylko w to co napisane po polsku, tylko w to co widzę na ekranie komputera. To konkret, słowo mówione rozpływa się jak targane wiatrem chmury nad portem. Jest niczym bo ludzie przestali się nawzajem słuchać. …”

3 sierpnia, Ina

Dziś pożegnałem Inę. Przed południem odjechała z dworca w Santiago na lotnisko. Pierwszy lot do Madrytu, drugi do Berlina. Pożegnanie na pozór oschłe, bo nadrabialiśmy minami. Życie nauczyło nas nie okazywać uczuć. Ale to taki nawyk, maska na twarzy i nonszalancja w oczach. Za dużo się jednak zdarzyło byśmy w to uwierzyli. Więc cmok, cmok i schowała się w autobusie za przyciemnioną szybą. Postałem chwilę, machnąłem ręką i znów kurwa w drogę.

Knajpa w Fisterra kilka dni temu. Śniadanie – Ina nad grzanką, ja nad zupą rybną. Smaruje tę grzankę masłem i mówi do mnie – „W powieściach taka historia, którą mamy za sobą kończy się morderstwem, małżeństwem albo szaleństwem. Co zrobimy ?” – pyta patrząc na mnie mądrymi, zielonymi oczami. Uśmiecham się – przecież to jasne co zrobimy. Nie jesteśmy mordercami a blizny po małżeńskich obrączkach jeszcze się nie zagoiły i bolą jak cholera. ( … ) Znów ma złe sny, znów przytulam. Nie wiem czemu śpimy jak dwie ściśnięte sardynki na wąskim łóżku. Przecież wykupiliśmy dwa wyra – jesteśmy oboje wygodni. Nie wiem czemu śpimy na tej niewygodnej tratwie, czemu na niej jemy i palimy patrząc sobie w oczy. (…) Knajpa przy lotnisku, camino tędy biegnie. Dałem sobie w kość, koszulka mokra od śmierdzącego potu. Sączę piwo i myślę, czy zadeptać te kilka dni czy zachować w pamięci. Mówiła – „Mamy tylko trzy piękne dni – później będzie katastrofa, która cholernie zaboli”. Choć wiem, że ma rację pytam – „Dla czego?”. „Bo tak jest zwykle” – odpowiada i ma rację. Ostrożna Niemka, obolała Niemka. Ostrożny Polak, obolały Polak. Myślę jak ułożyć sobie w sercu te trzy dni a nad głową przelatują z hukiem samoloty lecące do Madrytu. Małe są – kilkanaście miejsc. Jak ona ułoży w tym ścisku swoje długie, obolałe nogi? Kurwa, ciężko mi to pisać….”

4 sierpnia, pod prąd

Arzua, bar bez nazwy – trzecia po południu. Doszedłem tu pod prąd co znaczy w odwrotnym niż wszyscy kierunku. To nawet zabawne i sympatyczne – budzę spore zainteresowanie. Ktoś mnie poucza, że idę odwrotnie, ktoś inny pyta dokąd idę. Są też pytania praktyczne – o najbliższy bar lub albergue. Ale na ogół widzę zdziwienie w oczach Niemców i Anglosasów. No i czuję wsparcie Hiszpanów, którzy nie zadają idiotycznych pytań, bo wiedzą, że trzeba swoje przejść – nawet w odwrotnym kierunku…”

22 sierpnia, kartka okolicznościowa

Tak jak pisałem, według moich wyliczeń przeszedłem już 1 500 kilometrów. Los chciał, ze dzisiejszy jubileusz spędzam w wyjątkowo pięknym miejscu. Miejscowość nazywa się La Isla a schronisko za jedyne 5 euro mieści się tuż przy plaży. Za mną pasmo górskie o nazwie Sierra de Sueve przez które przemknąłem rankiem. Tak wiec przed nosem mam Atlantyk a za sobą wysokie niebieskawo – zielone góry o których szczyty zaczepiają przemykające po niebie białe obłoki. Pogodę tez mam jubileuszowa – wczoraj przestało padać i w końcu zza oparów mgły wyjrzało słońce. Od rana idę z Albertem – 67 letnim facetem – i z nim obchodzę ten swój kilometrowy sukces. Albert jest Niemcem, członkiem społeczności, która przegrała wojnę a po klęsce potrafiła się tak zorganizować i zmobilizować by przekuć przegrana na zwycięstwo. Albert za swoja ciężka prace przy odbudowie Niemiec ma porządna opiekę lekarska i emeryturę, która pozwala mu wałęsać się po Europie na starość. Zresztą, jak mówi, gdyby przestał się ruszać to by umarł. Rozumiem go bo tez “trwając” w Polsce miałem przeczucie, ze zdechnę za chwile. Tak wiec doszliśmy tu wspólnie popijając piwo i ciesząc się moim sukcesem.

Dziś na blogu znalazłem ciekawy list (…) [ fragmenty odpowiedzi na list] … Panie, skoro tak niepokoi Pana moja wędrówka po prostu nie czytaj Pan kartek. Pisze to choć moja rada nie ma dla Pana znaczenia. Pan będzie je czytał czekając na moja klęskę. Pan będzie je czytał dzień po dniu czekając na mój upadek. Tylko po to by powiedzieć -”A nie mówiłem!”. Pan na ten moment czeka i ja to rozumiem, bo to jest takie czysto polskie.(…) Dziękuje Panu za list. Wzmocnił Pan we mnie determinacje by iść dalej. Nic tak nie wzmaga we mnie chęci wędrówki – byle dalej od Polski – jak takie listy. Ale najpierw przejdę się po plaży, rozgrzeję słońcem plecy, wymoczę nogi. Potem z Albertem skoczymy na piwo, bo dziś ważny dla mnie dzień. Albert swoje przeszedł wiec to rozumie….”

27 sierpnia, dom

Polanca – jęzor ziemi ograniczony z jednej strony krajowa autostrada a z drugiej lokalnymi drogami. Pośrodku tego jęzora sterczące jak pryszcz albergue. Ma wielkość przystanka autobusowego zbudowanego z granitowych głazów. Siedzę na plastikowym krześle, lachy schną na sznurku i patrze na “zona industrial” bo tak nazwano te jałowa ziemie. Na wprost magazyn “Disna Import s.l – muebles teka”. Pustki przed “muebles”, bo po cholerę komu meble skoro nie sprzedają się mieszkania. Po prawej opustoszałe magazyny “Cuevas” – tu tez nie widać ruchu. Miedzy nimi “Bar Quin”. Dziwny bar w którym nie można siedzieć i pic. Za to po zastukaniu kołatka w drzwi dostaje się w cenie 1 euro puszkę piwa “Canaveral” opakowana w szary papier. Bar? To raczej swojska, domowa melina. Zasypiam w słońcu. Miedzy kamieniami ścian schroniska przemykają jaszczurki. Upodobały sobie te zalana asfaltem i cementem ziemie. Lubię je jak jak moje siostry mrówki. Tez jestem jaszczurką i mrówka zarazem szukająca miejsca dla siebie w słońcu, oparach benzyny i cieple plastiku. To przecież dziś mój dom, moja “casa”. … .”

1 września, moje siostry pluskwy

Wypiłem wapno, zjadłem. Oczy się zamykają. Potem krótki, ale podły sen o kraju. Już drugi raz odkąd gryzą mnie pluskwy. Topię się w pocie, coś gadam po polsku. Stara Włoszka, która dowlokła się tu pół godziny po mnie uspokaja, chwyta za rękę. Wyrywam się, wyłażę z tego pieprzonego schroniska i siadam na rozgrzanych słońcem schodach. Naprzeciw Niemcy – chrzanią coś o polityce. Zaciągam się głęboko papierosem i myślę – „Mój Boże, tyle kilometrów przeszedłem i nie zadeptałem wspomnień. Znów do mnie wracają jak pluskwy. Wraca ten upiorny świat o którym chciałem zapomnieć. Naiwny byłem – już pod koniec drogi On rzucił na mnie pluskwy. Zaśmiał się z mojej naiwności”. Noszę w sobie pluskwy zdrady i oszustwa. Noszę w sobie pluskwy naiwności. Noszę w sobie przeszłość, która swędzi mnie jak pokryte strupami krosty. Przypomina mi o sobie. Chciałbym o tym zapomnieć, spróbować coś nowego zacząć. Ale jak skoro się nie oczyściłem? Nie jestem jeszcze gotowy by spróbować od nowa. On mi to mówi rzucając na mnie garściami pluskwy. Jestem bezradny – pozostało mi tylko iść dalej. On mi o tym nie daje zapomnieć szpecąc czerwonymi syfami skórę….”

powrót do kraju – ekstrakt ( I )

P7280922

15 lipca 2009 roku, polskie akcenty

…Poranna depresja. Obudziłem się wcześnie a tu szaro – buro wokół. Od okna ciągnie chłód, mięśnie i gnaty bolą. Wokół chrapiący hiszpańscy rowerzyści. Baskijka wyszła wcześniej – marudziła wczoraj wieczorem, że chce iść do Ourense a to cały dzień drogi. W końcu wkurzony zdecydowanie odmówiłem. Zaczęło mnie już męczyć jej tempo (życia?), jakby miała jakiś wewnętrzny niedosyt, czarną dziurę którą chciałaby zapełnić wariackim marszem albo skrętami palonymi bez opamiętania. Tak więc wymieniliśmy internetowe adresy i adios.

Ina też z rana rozespana. Poczekałem na nią dusząc się pierwszymi fajkami i do baru. Jedna, druga kawa niewiele pomogły. Wokół faceci półprzytomni, bo dopiero co zwlekli się z łóżek, do roboty nie chce im się iść, więc stoją w milczeniu i patrzą ponuro w głąb kieliszków. Jednym słowem podły ranek.

Później było już lepiej, bo zza chmur wyjrzało słońce. Z Iną idzie się relaksująco – nie tyle wybijane nogami kilometry ją obchodzą co raczej świat wokół niej. Kobieta jak nie z tego świata – figura modelki, ciężkie marszowe buty i mimo problemów jakiś wewnętrzny luz. No i rozbrajająco dziecinna buzia. Gwiżdże na psy, zagaduje babcie dłubiące w ogródkach, zagląda w różne kąty. A akurat dziś ciekawe rzeczy zauważaliśmy. Od Vilar de Barrio zaczęła się galicyjska „strefa” spichlerzy wspartych na kamiennych nogach. Skończyła się natomiast bieda gryząca w oczy wysoko w górach…. „

17 lipca, fado i tango – słodycz Galicji

„ … Mam za sobą piękną noc. Najpierw włóczęga po starym mieście – tu przekąska, gdzie indziej kieliszek wina. A godzinę przed północą koncert pod kościelną bramą. Trzy godziny przesiedziałem na parapecie kawiarnianego okna słuchając muzyki. W programie tylko argentyńskie tanga i portugalskie fado, bo oba te kraje są dla Galicjan drugą ojczyzną. Mała scena ustawiona w zaułku, kilka rzędów krzeseł dla publiczności i restauracyjne stoliki. I mnóstwo ludzi żywiołowo reagujących na muzykę. Koncert bez żadnego efekciarstwa – kilka reflektorów, fortepian, gitara, akordeon i wokalistka swym śpiewem wyciskająca łzy z oczu. Jeszcze para tancerzy splecionych w tangu. Muszę przyznać, że dawno nie doznałem takiej dawki słodyczy, melancholii i romantyzmu. No i erotyzmu bo tango i fado to miłość. Ina się kompletnie rozkleiła, siedzący obok mnie facet o wyglądzie nożownika miał łzy w oczach no bo trudno być twardym kiedy się człowiek topi się w takiej miłosnej esencji. ( … )

Rano zaspaliśmy i obudziła nas dopiero sprzątaczka schroniska – czarna, sroga kobieta. Więc plecaki na grzbiety i na ulicę. Poszukiwania pokoju w hostellach bezowocne – wszędzie komplety gości albo ceny horrendalne. Stanęła mi przed oczami czarna wizja 20 kilometrów pod górę do najbliższego albergue. Ale jak to się mówi – chcieć to móc. Hostalejro dał się przekonać, że musimy nocować w Ourense jeszcze jedną noc. Ina zatrzepotała rzęsami, Ralf wykazał zdolności negocjacyjne a ja … . Chyba ruszyło go to, że idę aż z Sevilli. Więc śpimy w Ourense znów za 3 euro….”

18 lipca, Se vende

„ … Jakoś bezboleśnie mi przeszły dzisiejsze 23 (4) kilometry. Podejście tylko jedno do Castro de Beiro – fakt, że wysoko, ale wczołgałem się z Iną jakoś tę górkę. Aby się nie krępować swoim sapaniem rozdzieliliśmy się jak dwie mrówki i pomalutku pokonaliśmy przełęcz(?). Po drodze ślicznie – zielone i zadbane wioski. Przystrzyżone żywopłoty i pięknie prowadzone uprawy winorośli. Parkany zacienione krzewami, podwórka osłonięte dachami z zielonych liści. Na pozór sielanka, którą zakłócają tylko budzące niepokój i wątpliwości napisy „se vende tel …” . Gęsto się od nich zrobiło tuż przed Ourense i nie wisiały na starych galicyjskich ruinach, lecz na nowych, dopiero co wykończonych domach. W Ourense też kłują w oczy plakaty z napisami : „na sprzedaż, likwidacja, wyprzedaż okazyjna”. Okna niektórych knajp zabite deskami, drzwi omotane łańcuchami spiętymi masywnymi kłódkami. „Se vende” – „Na sprzedaż”. Kto wie za iloma z tych napisów kryją się ludzkie dramaty? Jakieś ludzkie złudzenia, że można osiągnąć szczęście na kredyt? ( … ) Sprawców kryzysu nie często spotykam. Są skryci jak piranie w akwarium za przyciemnionymi szybami korporacyjnych biur. Czasem wpada do baru jakiś mężczyzna w błękitnej koszuli, ciemnych spodniach i wyglansowanych butach. Ułożone „na mokro” włosy i rozbiegane oczy. No i komórka dzwoniąca nieustannie jak na trwogę. Śmiać mi się chce, bo znam takich z Polski – to sprzedawcy lichwiarskich kredytów, zbędnych przedmiotów, złudzeń bogatej starości lub leczenia za darmo. Ale jakoś tych złodziei mniej tu widać niż w Polsce – podobnie jak żebraków. Hiszpania jest realna i twardo stoi na ziemi. „Więc o czym on tak nerwowo gada?” – myślę patrząc chodzi zaaferowany po barze z wciśniętym w ucho telefonem. O czym tu mówić skoro rynek nieruchomości w Hiszpanii stoi a ludzkie majątki tracą na wartości. Może rozmawia z kimś z Polski? Może tam jeszcze zostało coś do rozkradzenia? Może jego podwładni – też w błękitnych koszulach – z Warszawy, Wrocławia, Gdańska mają nowy pomysł jak okraść biedaków z ostatnich groszy? Może „darmowa pożyczka” lub „pomnożenie majątku na starość”. Katolicka polska jest łatwowierna – religia dyktuje wiarę w cuda. Może w Polsce się uda zarobić na kwartalną premię? Ci polscy chłopcy przecież zrobią wszystko bez mrugnięcia okiem. Sprzedadzą własną matkę mówiąc, że to dla dobra rodziny. Śmiać mi się chce gdy patrzę jak hiszpański złodziej z korporacji dzwoni do swoich kumpli. Nie dają mi spokoju napisy„Se Vende” – „Na sprzedaż”. Wszystko na sprzedaż, nawet ludzka godność i marzenia….”

19 lipca, Szymborska czyli językowe przypadki

…Ranek w Monasterio de Oseira. Z kilku barów czynny jest tylko jeden. Zrzucamy z Iną plecaki. „Piwo, cola” – co można więcej chcieć o takiej godzinie. Przy barowej ladzie dwóch zmęczonych życiem facetów. Ina jest ładna, więc odrywają wzrok od szklanek z piwem. „Skąd jesteście?” – rzucają. „Alemania, Polonia” – mruczy Ina na odczepnego. Piwo rozluźnia żołądek, więc proszę jeszcze o chorizo wiszące w pętach nad barem. Facet na drewnianym talerzy kroi kiełbasę na plasterki. Do tego grube kromki chleba. „Kurcze kwaśny” – myślę żując spieczoną skórkę. Jak polski – na żytniej mące. Gość z barowego stołka patrzy na mnie przekrwionymi oczami: „Wielki polski poeta?” – pyta łamaną angielszczyzną. „Trzszczszrzsz?” – kurwa znów nic nie rozumiem. „Słowacki?” – myślę, przecież to słowo tak szeleści. Gość znów swoje – „Trzszczszrzsz?”. Męczy go to nazwisko. I nagle myśl iskrzy mi w głowie – „Szymborska!!!”. Trafiłem, aż podskoczył z radości. „Nobel”. Jasne – „Nobel”, trzaskamy sobie grabę. Wychodzi i mówi, że za chwilę wróci. Ina znika w kiblu, bo się spociła i musi zmienić koszulkę. Gość zjawia po minucie i daje nam piękne, drewniane krzyżyki na szyję. Jestem zażenowany – chcę płacić, lecz Ina trąca mnie stopą. To prezent za Szymborską – Ina zwykle lepiej wyczuwa sytuację.

Monasteiro zamknięte. I dobrze, bo nie mam chęci tracić czasu na łażeniu po budowanym przez 800 lat klasztorze. Krążymy po dziedzińcu pstrykając bez opamiętania fotki. Z boku monastyru cmentarz – kilka grobów „cywilnych” a z tyłu groby zakonników. Jednakowe kamienne krzyże jak na wojskowym cmentarzu. Większość stara, świadczy o tym mech obrastający kamień. Czytam napisy: „Josph German, Hose German, Jakub German …”. „Czyżby bracia?” – zadaję sobie pytanie. Ina też jest zdziwiona, ale co tam – przed nami jeszcze kawał drogi i nie ma co zaprzątać sobie tym głowy. Wychodzimy z doliny, znów kilkadziesiąt metrów pod górę. „German, German, ….” – natrętnie wraca obraz cmentarza. Na szczycie wzgórza czekam na Inę. Jak zwykle chce dobrze wypaść na finiszu, więc idzie wyprostowana wstrzymując przyśpieszony oddech. „Ina” – pytam.”Przecież gdyby byli z Niemiec to na nagrobku napisano by Aleman”. Chwilę myśli zwijając w palcach skręta. „To ich nazwisko – takie przybrali wchodząc do monasteru”. „Jasne” – myślę. „Joseph Niemiec, Jose Niemiec, Jakub Niemiec … . To po prostu zupełnie nowe życie – jakby się na nowo urodzili, bez rodziny, dzieci …”. Przed zarośniętymi mchem krzyżami nie było kwiatów, lampek. Nowe samotne życie, samotna śmierć – jakaś swoja własna wybrana droga. Przytłacza mnie ten wymiar wolności….”

22 lipca,“o galego une”

…Taberna da Ponte, okna zalane deszczem – strumyki wody spływają jak łzy po policzkach. ( … ). Ciasno od facetów, są już na niezłym fleku więc podśpiewują na całego w galego. W dłoniach kieliszki z mocnym alkoholem, na głowach kaszkiety z daszkiem jak w Portugalii. Ktoś tłucze strzałkami w tarczę, ktoś inny traci moniaki na automacie do gry. Za barem rządzi Ona. Kocia, trójkątna twarz, tlenione blond włosy do ramion, zgarbiony nos i niesamowite czarne oczy. No i zęby białe, drapieżne. Ma na sobie czerwoną bluzkę spod której wystaje czarne ramiączko stanika. Spodnie też czarne, opięte na okrągłym tyłku. I wypukły brzuszek – nic tylko przytulić do niego policzek i słuchać co się w środku dzieje. Kobiety tu nie są lalkowato piękne – one są intrygujące jak korzenny zapach perfum snujący się za nimi po ulicach. Nie mogę od Niej oczu oderwać – wie o tym, lecz patrzy gdzieś w przestrzeń. Ktoś rzuca do Niej – „dla Polaka …”, brzęk monet i kolejne piwo wędruje do mnie po marmurowym barze. Jestem skrępowany, lecz Ona rzuca mi spojrzenie, które mówi – „co ci zależy …”. To lubię u kobiet – „ co ci zależy …, po prostu zrób to”. ( … )

Rozkładam na barze sprzęt, chcę pisać. Ona patrzy zaintrygowana. „Diario camino” – rzucam. „Skąd idziesz?” – pyta. „Z Sevilli – odpowiadam patrząc w jej czarne oczy. Po chwili knajpa znika, jest już tylko lśniący ekran i zdania, które układają się w opowieść. Ciepły dotyk dłoni, piersi który czuję na plecach odrywają mnie od skrobaniny. Zaczepiła mnie, szukam jej wzroku, lecz ona znów za barem patrzy gdzieś w przestrzeń ponad moją głową. Tylko uśmiech zaczepiony w kącikach ust mówi mi, że to nie sen – to uznanie za tę moją drogę, piekielny etramadurski calor, opuchnięte stopy i dzisiejszą ulewę. Zaczepka, propozycja … . Uśmiecham się do lśniącego ekranu kompa, ale wiem, że Ona to widzi. Znów głucho brzmią bębny, faceci za barem śpiewają, dzieciaki plączą się między nogami. Dziesiątki dłoni uderzają w blaty stołów, szkło kieliszków brzęczy. Nad jej głową siny dym „Ducatos” rubio. W jej dłoni szklanka z czarną, mocną herbatą. Musi być trzeźwa, bo fiesta trwa mimo deszczu, który łzawymi kroplami spływa po szybach Taberna da Ponte.Piszę słowo za słowem, na monitorze kompa wędrówka czarnych robaczków zdań. Monika – tak do niej mówią. Szkoda, że muszę wcześnie wstać i nie doczekam końca fiesty. Monika, tlenione włosy, czarne oczy i biały papieros w dłoni o długich palcach. „Hola” – rzucam przez ramię i patrzę w jej iskrzące oczy. Ona uśmiecha się na wspomnienie flirtu w zatłoczonej knajpie. Po chwili krople deszczu zimno przywracają mnie do rzeczywistości…. „

25 lipca,kolejne ramię pulpo

„ … Noc w Santiago, przedostatnia noc fiesty. Przyjaciel Hiszpan załatwia nam stolik w taniej, ale dobrej knajpie z widokiem na Katedrę. Skromna kolacja, bo miasto wyssało z nas sporo pieniędzy – zupa rybna,ensalada i butelka wina. W knajpie tłok niesamowity, siedzimy ściśnięci jak szprotki. Przy barze zajęte miejsca siedzące więc ludzie piją stojąc w ścisku. Brak intymności nie przeszkadza dziewczynie w czerwonej sukience. Jej facet – macho jak z telewizyjnych reklam – otacza ją ramionami. Czuć w powietrzu, że bardzo chcą siebie i odizolowali się tym pragnieniem od rozgadanego tłumu. Kątem oka zerkam na Inę, obserwuje parę uważnie, miękną jej rysy wyostrzone zmęczeniem. Nagle wyczuwa mój wzrok, otrząsa się z marzeń i sięga po kieliszek….”

28 lipca, cabo de Fisterra

„ … Wieczór, Cabo de Fisterra – zachodni kraniec Europy. Koniec starego świata. Pod kamiennym krzyżem tli się moja przepocona podkoszulka. Obok płomyki trawią białą bluzkę Iny. Dym wilgotnej, przepoconej bawełny snuje się między kamieniami klifu. Słońce jeszcze wysoko, ale nabiera już pomarańczowego blasku. Ocean jest spokojny jakby zasypiał wraz z zachodem. Dym palonych tu od setek lat ciuchów osmalił kamienie. Siedzę w tym smrodzie i patrzą jak płoną moje problemy. Od czasu do czasu poruszam kijem zwęgloną kupkę szmat jakbym chciał przyśpieszyć, unicestwić do końca to co ciąży mi gdy się budzę i wraca w dołujących snach. Sięgam kijem do resztek białej bluzki. „Nie ruszaj – to moje, nich się spokojnie spali”. Cofam kij – ma rację, to przecież jej dramaty. ( … ) Zobaczyłem ją gdy siedziała na poboczu asfaltowej drogi tuż za Cea. Oczy przetarłem ze zdumienia – biały kapelusz, biała bluzka i czerwona spódnica tuż przed kolano. No i ciężkie buty na nogach. A właściwie jeden, bo drugi leży na białej linii pobocza. Cholera, przecież powinna być już w Santiago. Podchodzę, ona zdejmuje przeciwsłoneczne okulary. Nikt inny tylko Ina – te same zielone, zmęczone oczy… „Co się stało” – pytam. A ona uśmiecha się smętnie i mówi : ”Pochorowałam się, infekcja mnie dopadła”. Faktycznie kostka spuchnięta jak moja kilka dni temu, na białej skórze sina obwódka po ściągaczu skarpetki. Oczy też podkrążone, bo infekcja dotarła do zatok. Spocona, słaba, chorobą pachnie jej pot – hiszpański lekarz przepisał jej wczoraj końską dawkę antybiotyków, jakby chciał ratować rodzimy przemysł farmaceutyczny. Przypomniał mi się dzień gdy pierwszy raz wyruszałem z nią w drogą. To było za Salamancą, drugi dzień szła camino. Jak dziś pamiętam te kilka godzin na 20 kilometrach rozgrzanego asfaltu. „Ze mną zaczęłaś, to i ze mną skończysz, zbieraj się Ina”– niechętnie wstała.

Nie ma sił by wspinać się na wzgórza, więc skracamy idąc asfaltową drogą. Ja z przodu, ona z tyłu – od czasu do czasu zerkam kątem oka jak sobie radzi. Znów usiadła na poboczu, więc wracam. Cierpliwie czekam aż wydłubie z ramki te swoje tabletki. Łyknęła, popiła, pomagam jej zarzucić plecak. Dwa dni temu nie pozwoliła by na to.

Do miasta idziemy długą, pustą plażą. Środek wakacji a ludzi nie widać. Patrzę na stojące przy brzegu pensjonaty i hostelle – znów biją po oczach napisy „se vende …”.

Zdejmuję buty, bo ocean kusi. Wiążę w supeł sznurówki i wieszam je na kiju. Plecak, kij z dyndającymi butami i po chwili spodnie mokre do kolan. Ona idzie ostrożnie po twardym, mokrym piasku. Jest w tym swoim kapeluszu wyższa ode mnie o głowę. Ma duże stopy i dłonie – czuję się kurwa przy niej bezpiecznie.

Mija nas dziewczyna spacerująca po plaży. Ubrana jest tylko w czarne majtki i przypięty do nich telefon. Idzie kołysząc opalonymi piersiami. Parskamy śmiechem – komiczne jest to niespodziewane spotkanie dwóch światów.

Kolejka pod schroniskiem, długi sznur ustawionych pod ścianą plecaków. Stoję cierpliwie i czekam jak w Polsce 30 lat temu. ( … ) „Completo”: mówi dziewczyna do czekających w niepewności ludzi. „Szukajcie miejsc w hostellach, albo śpijcie na plaży”.

El Nino i La Nina

P8300170

Nocą burza – niestety sięgająca całego horyzontu, więc postrzępiona i rozlazła. Najpierw błyskała daleko za górami a potem ześlizgnęła się wysoko ponad chmurami i popłynęła w głąb Polski. Tylko gęste błyski odsłaniające niskie, postrzępione chmury i głuche dudnienie gdzieś wysoko – ponad nimi. Ze trzy godziny trwał ten jałowy hałas – za oknem deszcz tłukł w parapety a ja, spocony jak bura mysz przewalałem się z boku na bok na łóżku. Ani odrobiny ulgi od dusznego upału, bo mimo pootwieranych okien w domu już chyba na dobre zakisło gorące powietrze. Ranek duszny i parny – rozgrzana ziemia jak w tropikach oddaje nocny deszcz z powrotem atmosferze. Gdy cuciłem się gorącą kawą przepijaną lodowatą, mineralną wodą wpadł mi w oko komunikat Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa, który ostrzega przed możliwością wystąpienia w Polsce suszy w co najmniej 128 gminach. Jak wyczytałem „Wartości Klimatycznego Bilansu Wodnego (KBW), na podstawie których dokonywana jest ocena stanu zagrożenia suszą, są na większości obszarów Polski ujemne”. Pięknie – jeszcze nie uprzątnięto szkód po katastrofalnej powodzi a natura na odmianę suszą przypomina o swojej niszczącej mocy.

Niewątpliwie ten rok nas nie rozpieszcza – jest trudny do zniesienia również w aspekcie klimatycznym. Ta tematyka znajduje również miejsce na moim blogu. Od stycznia piszę systematycznie kartki klimatyczne – o śniegach kopnych, mrozach, roztopach, powodziach a teraz upałach. Niektórzy twierdzą, że to kara Boska za liczne grzechy, których się tutejsza ludność dopuszcza. Nie wiem czy to kara Boska, ale na pewno zasługa Dzieciątka Jezus czyli jak mówią Hiszpanie El Nino.

Nazwę El Nino nadali nieprzewidywalnym, niespodziewanym i drastycznym zmianom klimatycznym peruwiańscy rybacy na początku XX wieku. Konkretnie nazywali tak niespodziewany napływ ciepłej wody z zachodu w rejony zimnego Prądu Peruwiańskiego, który następował najczęściej w okresie Świąt Bożego Narodzenia – stąd nazwa Dzieciątko Jezus. Pierwsze zapiski dotyczące El Nino sięgają XVI wieku. To wtedy rybacy pływający po wodach przybrzeżnych Peru zaważyli, że występujące okresowo ocieplenie wód oceanu przyczynia się do ograniczenia połowów sardeli. Również peruwiańscy chłopi zaobserwowali, że ocieplenie wód oceanicznych wpływa na zwiększenie opadów deszczu, co prowadzi do przekształcenia zwykle jałowych terenów w urodzajne pola uprawne.

Przyznam, że powstawanie El Nino jest cholernie skomplikowane. W skrócie można opisać to zjawisko następująco. Źródłem El Nino są okresowe zaburzenia równowagi cieplnej, które dotykają Ziemię co kilka lat. Zjawisko to dotyczy basenu Pacyfiku, ale ma wpływ na wariację pogody na całej kuli ziemskiej – w tym oczywiście w Europie. Zjawisko El Nino tworzy ciepły prąd morski zwany również El Nino, który płynie co kilka lat od wybrzeży Australii w kierunku Ameryki Południowej. Ten ciepły prąd stawia na głowie normalne warunki klimatyczne i dotyka katastrofalnymi skutkami zamieszkujące na cały globie ludzkie społeczności.

W normalnych latach w rejonie zachodniego Pacyfiku, u wybrzeży Australii i Indonezji tworzy się ogromny basen ciepłej wody, wielkości Australii, zwany „ciepłym morzem”. Emituje on w górę ogromne ilości gorącego, wilgotnego powietrza tworząc nad oceanem ośrodek niskiego ciśnienia. Unoszące się wysoko masy powietrza wyziębiają się i tworzą potężne chmury przynoszące opady monsunowe. Następnie suchsze powietrze z górnych warstw atmosfery niesione przez wiatry dociera do wybrzeży Ameryki Południowej, gdzie jest już zimne. Opada wtedy ku powierzchni ziemi, tworząc ośrodek wysokiego ciśnienia i zawraca z powrotem na zachód w kierunku Australii i Indonezji, tworząc wiatry równikowe – pasaty. Pasaty spychają ciepłe wody powierzchniowe na zachód, powodując tropikalne deszcze w północnej Australii, Indonezji oraz deszcze monsunowe w Indiach.

Konsekwencją cyrkulacji ciepła jest wzrost poziomu wód zachodniego Pacyfiku o około 45 cm i obniżenie się ich poziomu o tyle samo na wschodnim Pacyfiku. U wybrzeży Ameryki Południowej panuje susza, a z głębi oceanu wypływają zimne, żyzne wody Prądu Peruwiańskiego bogate w plankton i ryby. To zjawisko jest podstawą życia w rejonie Peru, Ekwadoru, Chile. Żyzne wody wykarmiają wszystko co tam żyje – od planktonu poprzez ryby, ptaki, zwierzęta domowe po człowieka. Chłodne i odżywcze wody Prądu Peruwiańskiego są znakomitymi łowiskami, jednym z najlepszych na świecie. Olbrzymie ławice małych sardeli są w Peru i Ekwadorze podstawą przemysłu rybnego.

Co kilka lat z bliżej nie znanych powodów w rejonie Australii i Indonezji następuje silniejsze niż zwykle nagrzanie wód Pacyfiku. W tych warunkach powstaje El Nino i diametralnie odmienia życie. Pasaty zanikają, a nawet zmieniają kierunek. Normalny układ ciśnień odwraca się. Ciepła woda, o powierzchni Kanady, gromadząca się wzdłuż wybrzeży Ameryki hamuje wypływ zimnych, żyznych wód Prądu Peruwiańskiego. Życie w ciepłym oceanie powoli zamiera co zwiastuje katastrofę przemysłu rybnego. Podczas El Nino w 1972 roku przemysł rybny w Peru i Ekwadorze doprowadzony został prawie do upadku, a w latach 1982/83 połowy spadły do 50 % swojej normalnej wielkości.

Ocieplenie wód oceanu, które przynosi El Nino powoduje tragiczne konsekwencje klimatyczne – ulewne deszcze, sztormy, huragany, katastrofalne powodzie na obszarach zazwyczaj suchych i pustynnych. Powoduje też anomalia klimatyczne – cieplejsze i suche zimy na północno – wschodnim Pacyfiku, w Afryce suszę, cieplejsze i bardziej wilgotne zimy nad Zatoką Meksykańską, brak monsunów w Indiach, susze w Australii i Indonezji. Na szczęście im dalej od Pacyfiku, tym słabszy jest wpływ El Nino na pogodę na danym obszarze. Słaby ale jednak jest – udowodniono, że europejskie powodzie z 1997 roku nastąpiły na skutek El Nino. Działalność typowego Dzieciątka Jezus trwa średnio 12 – 18 miesięcy. Potem pasaty przywracają sytuację do normy. El Nino ma też siostrzyczkę zwaną La Nina czyli dziewczynka. Dziewczynka ma przekorny charakter, więc o ile El Nino przenosi ciepłe wody przez Pacyfik z zachodu na wschód i topi ulewnymi deszczami Peru to La Nina gromadzi ciepłe wody w rejonie Indonezji i Australii, powodując tam ulewne deszcze. Na wybrzeża Ameryki Południowej sprowadza natomiast suszę.

Obserwacje klimatyczne prowadzone przez ostatnie 50 lat pozwalają stwierdzić, że w 54 % tego czasu trwały nieprzewidywalne anomalia pogodowe wywołane przez El Nino i La Nina. Zaś tylko 46 % stanowiły czasy normalne. Mimo zastosowania wyrafinowanych programów komputerowych skutków El Nino i La Nina nie da się przewidzieć – dotychczasowe próby nie przyniosły większych rezultatów. Pozostaje więc gdy toniemy w powodzi, zamarzamy w zimnie lub smażymy się w upale po prostu czekać aż zasną zmęczone zabawą EL Nino z La Niną.

Tekst na podstawie strony

http://www.eioba.pl/a73939/el_nino

sztuka wyrywania zębów

PA210185

Często zastanawiam się jakie umiejętności są potrzebne, by dobrze przeżyć swoje życie, by się zanadto nie skundlić. Czasem gdy nie czuję się spełniony myślę nocami, czego mi brakowało, jakich zdolności nie posiadłem, by być człowiekiem szczęśliwym. Sądzę, że na tych moich, najczęściej jałowych refleksjach ciąży to, że żyję w czasach sztucznych, plastikowych, oderwanych od tętna prawdziwego życia. Kiedyś było inaczej, życie dawało bardziej w kość. Dzieciństwo i młodość spędziłem w górach, tuż przy granicy. To teren peryferyjny na którym zawsze szukali egzystencjalnego azylu ludzie o pogmatwanych życiorysach – tu uciekali, tu ich ścigano. Jednym zdaniem – idealne miejsce dla ludzi, którzy potrafią przetrwać. Więc może na przykładzie jednego z nich warto zastanowić się co trzeba umieć, jak żyć by przeżyć i nie czuć do siebie wstrętu.

Szukając materiałów o protestanckich kościołach w Karkonoszach, przypomniałem sobie postać kapelana wojskowego Wilhelma Kubsza – niezwykle tu przed laty popularnego i szanowanego. Znali go moi rodzice, więc historie z jego barwnego życia – jak z wojennego filmu przygodowego – często przewijały się w rozmowach przy kolacji. Kubsz był uwikłany w najnowszą historię Polski, ale nie chcę, nie czuję się na siłach, by go z tej perspektywy oceniać. Najbardziej intryguje mnie jakie przymioty ducha i umiejętności pozwoliły mu przetrwać dramatyczne koleje losu.

Wilhelm Franciszek Kubsz urodził się w 1911 roku w Gliwicach. Jego rodzice – Ślązacy – urzędnik kolejowy Karol Kubsz i Jadwiga z domu Szeltz dorobili się jedenaściorga dzieci. Rodzina była propolska, uczestniczyła w trzech powstaniach śląskich. Z powodu zaangażowania w jedno z powstań Niemcy zamordowali wuja Wilhelma Kubsza. Trudno się dziwić, że niesiony żarliwością religijną i idealizmem młody chłopak postanawia zostać misjonarzem. Naukę rozpoczyna w Niższym Seminarium misjonarzy Oblatów. Po jego ukończeniu, w 1930 roku wstąpuje do nowicjatu Oblatów w Markowicach. Po roku trafia do wyższego seminarium Oblatów w Krobii, w którym przez dwa lata studiuje filozofię. Później ukończy jeszcze czteroletnie studia teologiczne w Obrze – w Wielkopolsce. W międzyczasie uczy się umiejetności praktyczniejszych – potrzebnych misjonarzom. Między innymi zdobywa zawód technika dentystycznego. Po studiach zostaje ekonomem seminarium w Obrze, gdzie pracuje do 1939 roku. W sierpniu, dwa tygodnie przed wybuchem drugiej wojny światowej zostaje wikarym parafii Łunin na Polesiu – na wschodnich, w większości prawosławnych kresach Polski. Tam przeżywa klęskę wrześniową i upadek Polski.

Po 17 września (wejście sowietów) 1939 roku zostaje wikariuszem przy dziekanie Poczobucie – Odlanickim a od 1941 roku sprawuje dozór nad parafią Puzicze koło Baranowicz. Jak sobie radzi, jak unika kolejnych wywózek na Syberię nie wiem – źródła o tym milczą. Jedynym konkretem biograficznym z tych lat jest to, że leczy chłopom zęby. Po agresji niemieckiej na ZSRR parafia Kubsza wchodzi w skład Generalbezirg „Białoruś” w której szaleje hitlerowski terror. Kubsz nadal leczy zęby ludziom – między innymi rosyjskim partyzantom. Dzięki znajomości niemieckiego i śląskim korzeniom zdobywa zaufanie Niemców, co pozwala mu na poruszanie po rozległym terenie parafii. Jednak odmawia podpisania Volkslisty za co zostaje aresztowany w 1942 roku. Gnije w więzieniu w Baranowiczach mając w perspektywie koncentracyjny obóz albo rozstrzelanie. Tak wspomina ten okres – „ ...Siedząc w celi miałem dość czasu na zastanowienie się nad swoją fatalną sytuacją. Wszy bez miary, brudu nie mało, jedzenie stanowił kawałek chleba wielkości pudełka od zapałek i litr czystej wody na dobę. Zdziwiłem się, gdy raz dostałem kawałek chleba od strażnika więziennego. Był to katolik, Austriak, przeciwnik hitleryzmu. Okazał mi wiele serca … .” Austriak ten w lipcu 1942 roku, w przeddzień wyznaczonej egzekucji umożliwia Kubszowi ucieczkę. Niestety parafia jest zdziesiątkowana terrorem, Kubsz nie ma dokumentów, więc nie może uciec ani się ukryć. Pozostaje mu tylko jedno – dołącza do oddziału rosyjskich partyzantów. Przyjmują go życzliwie, znają go, bo rwał im zęby. Katolicki, polski ksiądz zostaje więc dentystą oddziału zwanego „Brygadą imienia Lenina” dowodzonego przez niejakiego „Dziadzię Wasię”. Z „Dziadziem Wasią” Kubsz tuła się po lasach i błotach użerając z Niemcami do wiosny 1943 roku. Jest odważny i twardy – męstwem zaskarbia sobie uznanie Rosjan. Jednak pewnej majowej nocy ekspediują go z leśnego lotniska samolotem do Moskwy. Tam dowiaduje się, że ma objąć opiekę duchową nad formującą się polską dywizją. Nie wiem dlaczego akurat na niego padł wybór – czy pomogły dobre referencje z rosyjskiej partyzantki czy po prostu innych, żywych księży już wtedy w ZSRR nie było. Z miejsca zostaje wybrany do prezydium Związku Patriotów Polskich, a przez Berlinga mianowany majorem i kapelanem dywizji. 15 lipca 1943 roku, w rocznicę bitwy grunwaldzkiej odprawia mszę przed przysięgą żołnierską dywizji. „Jako pierwszy złożył przysięgę na moje ręce dowódca dywizji – płk Zygmunt Berling. Byłem ubrany w komżę, a w ręku trzymałem krzyż. Następnie poszedłem z płk. Berlingiem na trybunę, gdzie dowódca, stojąc w asyście Wandy Wasilewskiej i kapelana dywizji odbierał przysięgę od żołnierzy” – wspominał po latach duchowny.

Bierze udział w bitwie/rzezi pod Lenino – jest na pierwszej linii. Tak wspominał tę jatkę – „Poszli jak huragan, parli naprzód, raz po raz ciężko padając na ziemię. Byłem wtedy wraz z nimi, błogosławiłem walczących, koiłem umierających, znakiem krzyża wskazywałem jednym drogę do wolności, drugim do zmartwychwstania”.

Jeszcze sprawa katyńska o którą też się otarł. 30 stycznia 1944 roku odprawia mszę przy symbolicznych mogiłach pomordowanych przez NKWD oficerów. Niestety otoczka polityczna mszy jest fatalna – uroczystość zorganizowano na rozkaz władz radzieckich, które oficjalnie zbrodnią obciążają Niemców.

W 1944 roku zostaje dziekanem I Armii Polskiej w ZSRR. Dociera z nią na terytorium Polski. Jednak popada w konflikt z gen. Żymierskim, którego geneza jest dla mnie niejasna. Niektórzy piszą, że konflikt dotyczył traktowania żołnierzy AK na wyzwolonych terenach. Inni sugerują, że źródłem tarć było jednoznaczne podporządkowanie kapelanów Armii komunistycznej władzy. Nie potrafię tego rozstrzygnąć. Jedno jest pewne – z końcem 1944 roku Wilhelm Kubsz zostaje wydalony z armii i znów zaczyna się ukrywać.

Pomagają mu Oblaci do których zgromadzenia wciąż należy. Pod fałszywym nazwiskiem Franciszek Kopiec zostaje przełożonym ich zakonu na Świętym Krzyżu w górach świętokrzyskich. Później tuła się po Polsce – jest księdzem w Poznaniu, misjonarzem ludowym w Gdańsku, proboszczem w Laskowicach w województwie kujawsko-pomorskim. Ale cały czas marzy o powrocie do armii. Stare, frontowe przyjaźnie umożliwiają mi rehabilitację. W 1964 zostaje kapelanem, a następnie proboszczem kościoła garnizonowego św. Elżbiety we Wrocławiu. Od 1969 do 1972 roku jest proboszczem parafii garnizonowej św. Kazimierza Królewicza w Katowicach, natomiast w latach 1972–1978 proboszczem garnizonu i parafii św. Krzyża w Jeleniej Górze. Wtedy właśnie poznałem historię burzliwych zakrętów jego życia.

Umiera w Jeleniej Górze, gdzie zostaje pochowany na cmentarzu komunalnym. W 1993 roku Rada Miasta nadaje jego imię jednej z ulic okalających jeleniogórski kościół garnizonowy – dawniej zwanego kościołem Łaski. Po śmierci losy kapelana Kubsza, Ślązaka splatają się więc z historią tego starego, śląskiego kościoła.

Pośmiertnie kapelan Wilhelm Kubsz zostaje odznaczony odznaczony Krzyżem Virtuti Militari IV klasy.

Życiowa droga księdza Wilhelma Kubsza mogłaby być tematem niejednego filmu wojennego. Przewalała się z hukiem wokół niego historia. Żył w trudnych, lecz bardzo ciekawych czasach, wymagających znaczących życiowych wyborów. Co mu pomogło w tych wyborach? Teologia? Filozofia? A może śląskie pochodzenie i umiejętność niemieckiego? Myślę, że wszystko po trochu, ale głównie – oprócz życzliwości Boskiej – pomogła mu umiejętność wyrywania zębów.

Na zdjęciu ostatnia parafia księdza Kubsza, kościół garnizonowy dawniej zwany kościołem Łaski.

biczownicy

PA210190

Upał dusi, powiewy ciepłego wiatru zza okna wysuszają wilgotne od potu czoło. Ale żrące, słone krople nadal wyciskają łzy z kącików oczu. Ciało swędzi w tym ukropie, podkoszulka drapie jak włosiennica. Czytam codzienne informacje. Coraz gorzej, napięcie rośnie – ciężkie i podłe słowa o trumnach i trupach, awantury o krzyże – symbole cierpienia i bólu, jacyś ludzie o rozgorączkowanych oczach udają zmasakrowanych pasażerów rozbitego samolotu. Danse macabre – ekspresja politycznej, słodkiej udręki sado – maso. Facet o lodowatym spojrzeniu tak tłumaczy ten ekshibicjonizm bólu dającego satysfakcję – „trzy miesiące milczeli, tłumili napięcie w sobie, więc muszą je z siebie wyzwolić”. Ten człowiek znający ludzkie, psychiczne jądro ciemności czuwa nad wyzwalaniem – on się zna na tym. Ja też coś o tym wiem, więc pewien jestem, że będą wyzwalać na potęgę i ciągle im będzie mało – tak nieraz już w historii bywało. Gdy słucham jego słów o upuszczaniu frustracji myślę o biczownikach, którzy idąc kolumnami przez Europę 700 lat temu tez wyzwalali z siebie ciążące napięcie burząc przy okazji porządek ówczesnego świata.

Jak to się stało, że tajemnica rozkoszy, którą daje ból i śmierć wypełzła niegdyś na ulice miast z skalnych pustelni, zamkniętych na głucho zakonów, dyskrecji małżeńskich sypialni i rozpusty burdeli? Jak to się stało, że narzędzie kary – bicz i rózga – stały się narzędziem dobrowolnej pokuty i umartwienia, a zarazem doznawania niezwykłej rozkoszy?

Po raz pierwszy biczownicy wyszli na ulice miast w XII wieku, w trawionych konfliktami Włoszech. Nie wiem kto kazał im wyjść na ulice Perugii – pewnie jakiś polityczny gracz bez zahamowań. Kraj pustoszony był wojną gwelfów i gibelinów, więc ludzie fanatyczni, przygnębieni nędzą i dręczeni wyrzutami sumienia, pragnęli odpokutować swe grzechy za pomocą biczowania ciała aż do krwi – publicznie i zbiorowo. Psychozę otaczał swą opieką kościół, więc dręczono się w trakcie obrzędów religijnych. W świątyni lub na placu przed nią ludzie padali na ziemię, wyciągali ręce i biczowali się po grzbiecie, dopóki się nie skończono śpiewać hymnu o męce i śmierci. Biczowano się publicznie dwa razy na dzień i prywatnie, intymnie raz w nocy. Satysfakcję wzmagał zachwyt publiczności, bo zadawany sobie przez biczowników ból budził powszechne współczucie. Otaczano ich czcią – cichły rozmowy, śpiewy i muzyka wobec publicznie wyrażanej boleści.

By akt biczowania przyniósł satysfakcjonujące efekty doskonalono jego praktykę. Umartwiające przygotowania do bicia trwały 33 dni – tyle ile lat żył Jezus. Przez ten czas nie można było się kąpać, golić, prowadzić rozmów, przebierać się, spać w łóżku, oraz uprawiać seksu. Do bicia używano wyrafinowanych narzędzi, które tak opisywał Henryk z Herefordu – „Każdy bicz był pałką, a z jej wierzchołka zwisały trzy węźlaste rzemienie. Przez środek każdego węzła przywleczono w obie strony niby igły ćwieki, tak że wszystko razem miało kształt krzyża, którego końce wychodziły na wierzch poza ów węzeł na grubość ziarna pszenicy, choć niekiedy nieco mniej. Tymi to biczami smagali gołe ciała, dopóki poranione i opuchnięte nie spłynęły krwią tryskającą na pobliskie ściany. Nieraz ćwieki owe, jak sam widziałem, wrzynały im się przy biczowaniu tak głęboko w skórę, że trzeba było czasem więcej niż dwóch szarpnięć, żeby je wyciągnąć”. Po obrzędzie biczowania zakrwawione strzępy szat zbierała publika i przechowywała w domach z czcią jako relikwie.

Epidemia „czarnej śmierci” czyli dżumy, która wybiła jedną trzecią mieszkańców Europy wyzwoliła kolejną falę biczownictwa. W ślad za przenoszoną przez ludzi i szczury zarazą, od Hiszpanii do Polski kontynent przemierzały procesje chłoszczących się ludzi. Zapowiadała ich legenda o liście od świętego Piotra nakazującym masochistyczną pokutę, który podobno spadł z nieba na ołtarz w Jerozolimie.

Kościół nadal ich chronił, więc czymś normalnym stały się procesje i wędrówki półnagich, biczujących się do krwi kobiet i mężczyzn – prowadzonych przez księży z krzyżami i flagami. Tak opisywał gromady biczowników Długosz„Ludzie, do tego bractwa należący, chodzili procesjami z zakrytemi głowami na kształt mnichów, a obnażając się po pas, smagali jedni drugich po plecach biczyskami, kręconemi z poczwórnych rzemyków, mających w końcach węzełki. Obchodzili stacje, odpusty i czynili dziwne nabożeństwa, śpiewając pieśni, każdy w swoim języku, niestworne i grube; była to bowiem hałastra ludzi rozmaitego plemienia i języka. Sami się nawzajem, nie będąc księżmi, słuchali spowiedzi i odpuszczali sobie największe grzechy.

Psychoza powoli przechodziła w fazę kompletnego szaleństwa. Masochistyczna ekstaza wymknęła się spod kościelnej kontroli. Biczownicy, jak pisze Długosz spowiadali się nawzajem, odpuszczali sobie grzechy, odrzucali sakramenty. Ich procesje przeradzały się w ociekające krwią seksualne orgie. Heretyccy, wyzwoleni spod kurateli kościoła budzili sprzeciw, bo życie po epidemiach wracało do normy. Poza tym biczownicy – fanatyczni, anarchiczni, wyzwoleni rozkoszą z lęku przed śmiercią – kruszyli feudalny porządek społeczny. Wreszcie papież Klemens VI w 1349 roku w bulli Inter sollicitudines pod groźbą klątwy zakazał publicznego samobiczowania. Choć praktykowano jeszcze orgiastyczne bicie ruch tępiony przez władze zaczął zanikać. Znów wrócę do Długosza, który tak opisuje ten okres – „Gdy zaś to bractwo przybyło do Krakowa, po zwiedzeniu kościołów i dostąpieniu niby odpustów, natychmiast z niego wynosić się musiało. Prandota bowiem, biskup, zagroził onym biczownikom więzieniem, gdyby natychmiast z miasta nie ustąpili. W innych także djecezjach polskich wyśmiani zostali i pogardzeni, gdy Janusz, arcybiskup gnieźnieński, i inni polscy biskupi wraz z książętami polskimi, powydawali zakazy, ażeby nikt, pod ciężkiemi karami i utratą majątku, nie łączył się z tą sektą gorszącą. W r. 1351 z obawy powietrza, grasującego na Węgrzech, zgraja biczowników z chorągwiami i śpiewem zawitała do Polski, ale za zgodną uchwałą biskupów polskich została wypędzona z Polski”.

Oczywiście potrzeby doznawania masochistycznej przyjemności z bólu nie można zlikwidować nawet represjami. Praktykę biczowania utrzymano w zakonach – oczywiście pod stosowną kontrolą. Tak tę słodycz bolesnej pokuty opisuje w Dzienniczku siostra Faustyna Kowalska – „Dziś poznałam jak niedaleko naszej furty popełniały się grzechy ciężkie. Było to wieczorem, modliłam się w kaplicy gorąco, potem poszłam odprawić biczowanie, kiedy zaś uklękłam do modlitwy, dał mi Pan poznać, jak cierpi dusza odrzucona przez Boga…” (…)”Nieraz się zdarza, że czuję zupełny rozkład własnego trupa, co to jest za wielkie cierpienie, to trudno wyrazić. Choć wolą jestem najmocniej z tym zgodzona, ale jednak dla natury jest to wielkie cierpienie, większe aniżeli noszenie włosiennicy i do krwi biczowanie”.

Ci, którzy chcieli doznawać równie silnej satysfakcji bez kurateli kościoła byli tępieni przez inkwizycję. Na ciekawy pomysł wybijania praktyk flagellacyjnych z głów zagubionych wiernych wpadli duchowni włoscy – tam gdzie to szaleństwo się narodziło. Otóż karą dla złapanego biczownika była publiczna chłosta. Oczywiście praktyki grupowego biczowania przetrwały represje. Tak w XVIII wieku polski ceremoniał biczowniczy opisuje Jędrzej Kitowicz – „Kładli się wszyscy krzyżem i poleżawszy tak do pewnych słów w śpiewaniu kościelnym nadchodzących (…) podnosili się na kolana i zawinąwszy kaptura z pleców na ramie, biczowali się w gołe plecy dyscyplinami rzemiennymi albo nicianymi, w powrózki kręte splecionymi. Niektórzy końce dyscyplin rzemiennych przypiekali w ogniu dla dodania większej twardości, albo szpilki zakrzywione w dyscypliny niciane i rzemienne zakładali, ażeby ciało swe lepiej wychłostali”.

Biczownictwo przetrwało do dziś jako praktyka o podłożu religijno – seksualnym. Oczywiście praktyki flagellacyjne nie są już uprawiane publicznie. Chyba, że chodzi o biczowników politycznych. Ci nadal budzą zachwyt publiki. Tych nie trzeba daleko szukać – mamy ich tuż obok siebie. I jak dawniej zaznają przyjemności pod kościelną kuratelą. Ciekawe czy z rozkoszy znów się spod niej nie wymkną? A może już się wymknęli?

Na filmie dokumentalnym z 1960 roku flagellanci włoscy.

http://www.youtube.com/watch?v=aCeXiayJvFw

Materiał na podstawie Encyklopedii Staropolskiej

http://pl.wikisource.org/wiki/Encyklopedia_staropolska/Biczownicy

Strony Kościół Średniowieczny

http://www.arekbednarczyk.republika.pl/her.shtml

Strony Nieznana Historia

http://nieznanahistoria.blox.pl/2009/12/Biczownicy.html

oraz Słownika herezji w kościele katolickim Herve Massona

Selva znaczy puszcza

P7031008

GPS ostatnio podpowiedział mi ciekawy temat emigracji – nie tylko zarobkowej – Polaków. Trochę już co prawda pisałem o emigrantach, lecz tylko w kontekście tych, którzy zrywają całkowicie więzy z Polską. Ale fala dwumilionowej emigracji zarobkowej, która odpłynęła z kraju o akcesji do Unii jest na tyle złożonym zagadnieniem, że muszę poszukać na ten temat materiałów a przede wszystkim problem ten przemyśleć. By było jasne – mam na ten temat swoje zdanie, odbiegające zresztą od nostalgiczno – infantylnych teorii, które za sprawą patriotycznych lektur szkolnych snują się po kraju jak smród po kulkach na mole. No ale muszę swoje przeczucia jakoś wzmocnić argumentami.

Dziś więc trochę przewrotnie – zamiast o Polakach za granicą kartka o Hiszpanach w Polsce. A konkretnie o Hiszpance, którą do nas sprowadziła życiowa pasja. Nuria Selva Fernandez jest Andaluzyjką, z wykształcenia biologiem prowadzącym od kilkunastu lat badania na terenie Puszczy Białowieskiej. To symboliczne, bo Selva znaczy właśnie puszcza. Kiedyś, przed laty czytałem jej bardzo ciekawą charakterystykę zamieszczoną w Wysokich Obcasach. Nie ukrywam, że życie młodej kobiety spędzającej czas na często ekstremalnych badaniach w surowej puszczy mnie wtedy zafascynował. Tekst jest niestety obecnie niedostępny, więc zebrałem na jej temat inne – niestety mniej wyczerpujące – materiały zamieszczone w w internecie.

Przypomniałem sobie o Nurii Fernadez pisząc tekst o polskich dębach, bo przeczytałem jej biograficzną notkę na stronie puszczy białowieskiej. Nuria, jak czuję jest kobietą niezależną i niespecjalnie jej zależy na internetowej sławie. Nie ma jej na portalach plotkarskich i forach dla celebrytów. Występuje natomiast bardzo często jako autorka, współautorka książek o przyrodzie, projektów naukowych i rozmaitych rezolucji, listów które publikuje w ramach działalności w ruchach ekologicznych. Jak napisałem wcześniej jest biologiem z doktoratem, który uzyskała na Uniwersytecie w Sewilli. Tematem jej pracy naukowej była “Rola padliny dla społeczności drapieżników w Puszczy Białowieskiej” Czyli wilków, rysi, żbików. Jest adiunktem w Instytucie Ochrony Przyrody PAN w Krakowie. Jej partnerem życiowym jest dziennikarz Gazety Wyborczej Adam Wajrak – wspólnie pracują, piszą i angażują się w ochronę dzikiej przyrody. Poznali się w trakcie jednej z wypraw, które Wajrak odbył do Puszczy Białowieskiej. Nuria Fernandez zajmowała się wówczas – przy wsparciu Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży – problemem zwierząt padlinożernych, żywiących się tym, czym pogardziły drapieżniki – wilki i rysie. Wspólne zainteresowania i wzajemna sympatia szybko przerodziły się w poważniejsze uczucie, które przesądziło o ich osiedleniu się w Puszczy. Początkowo zamieszkali w wynajętym mieszkaniu w Białowieży. Jednak z biegiem czasu dojrzeli do kupna domu. Z braku pieniędzy zdecydowali się na zakup niewielkiej siedziby we wsi Teremiski. Wioska leży na polanie w środku puszczy, kilka kilometrów od Białowieży. Kupili dom tradycyjny, z drewnianych bali spajanych wapnem. Dom, oczywiście po generalnym remoncie się sprawdził – jest ciepły w zimie, a chłodny latem. Gospodarstwo składa się również z innych zabudowań gospodarczych, ogródka oraz sadu. Nowi właściciele przy domu zorganizowali azyl ptaków i innych zwierząt z problemami. Czasami w wolierach przebywało naraz czterdzieści bocianów. A do tego jeszcze zamieszkujące z nimi wydry i kuny.

Wieś początkowo przyjęła ich z dystansem – część z ciekawością, część z niechęcią. Dziś mają tu przyjaciół, ale też wrogów, postrzegających ich jako tych, którzy chcą ich wszystkich zamknąć w rezerwacie. Nie cierpią ich pracownicy Lasów Państwowych. Powodem tej niechęci jest ich aktywność na niwie ekologicznej – między innymi walka z wycinką drzew w puszczy. Inni natomiast doceniają, że dzięki Nurii i Wajrakowi powstał we wsi Uniwersytet im. Jana Józefa Lipskiego dla młodzieży z popegeerowskich wsi. Pomysłodawcą był jeszcze Jacek Kuroń, którego Wajrak dobrze znał.

Wieś odżyła też towarzysko, bo do Wajraków ściągały tabuny dziennikarzy i aktywistów ekologicznych. Ale z tego co wyczytałem na blogu Wajraka wynika, że obecnie bywają już w Białowieży rzadziej. Akcja w obronie Rospudy, podróże zagraniczne, publicystyka i praca naukowa pochłonęły ich oboje. Być może okres puszczańskiego życia mają już za sobą. Ale trzeba przyznać, że to intrygująca historia. Ciekawą dokumentacją tego okresu jest film o białowieskim życiu Nurii, który nakręciła andaluzyjska telewizja. Film jest niestety bez tłumaczenia, więc rozumiem piąte przez dziesiąte. No ale mam nadzieję, że zaciekawionym historią Nurii pomoże Lui. Mnie w tym filmie ujęła pierwsza scena – to hiszpańskie cmok, cmok w policzki. Brak mi tutaj tego zwyczaju.

http://www.youtube.com/watch?v=rb7K1ZW3vLs

pali się

tri

Wczoraj, tuż przed meczem elektroniczne media obiegła informacja, że artysta Rafał Betlejewski spalił stodołę w gminie Zawada, niedaleko Łodzi. Oto zdjęcia ze spalenia stodoły

http://wyborcza.pl/duzy_kadr/1,97904,8129063,Splonela_stodola.html

Betlejewski podłożył ogień pod stodołę w 69 rocznicę spalenia około 300 Żydów w Jedwabnem. Historia o tym – jednym z wielu – pogromów urządzonych w trakcie wojny i później przypomniana przez Grossa kilka lat temu przyczyniła się do dość spazmatycznej i zakłamanej próby rozliczenia się z niechlubnymi i przemilczanymi kartami z naszej przeszłości. Nie będę do tego wracał, bo nie tyle interesują mnie traumy i psychozy zbiorowe co raczej indywidualny człowiek i jego reakcje na ekstremalne wydarzenia. Poszedłem już dawno tym tropem, bo czułem bezsens prób przekształcania zbiorowej świadomości. Przyjąłem więc do wiadomości, że dokonywano pogromów, przemyślałem to, zyskałem wiedzę gdzie i z kim żyję – mam się na baczności, choć z tego co wiem to nie jestem Żydem. Jedynym zadośćuczynieniem, które wynikać może z mojej obiektywnej przynależności do wspólnoty, której członkowie przed laty palili Żydów w stodołach jest to, że gonię antysemitów w internecie. Przyznam, że robię to tylko dla siebie, bo skutek moich utarczek i awantur z antysemitami jest niewielki, by nie powiedzieć żaden. Nawet gdy zatkam któremuś gębę ostrym słowem, to na jego miejsce dwóch następnych wchodzi i zatruwa wyziewami chorych mózgów atmosferę. A piszę przecież tylko o tym co się wyprawia w internecie. Słowo pisane zostaje – jest materialnym dowodem tej choroby. Ale przecież obok myśli zapisanych są jeszcze myśli szeptane. Na tę tajemną wiedzę o demonicznych Żydach przekazywaną sobie wprost do ucha nie mam już siły reagować. Podobnie zresztą jak na wiedzę o Niemcach, kryjących się podstępnie pod polskimi nazwiskami, ruskiej agenturze w rządzie i innych spiskach, o których szepcze na okrągło ta kraina.

Spalenie stodoły przez Rafała Betlejemskiego też jest, moim zdaniem wyrazem bezsilności wobec powszechnego tu, podskórnego antysemityzmu. Jest próbą rozpoczęcia dyskusji o nim na nowo. Niewątpliwym sukcesem akcji Betlejewskiego jest to, że ludzie nie wiedzą jak ją zinterpretować. Stodoła efektownie spłonęła, chłopi jak widać na zdjęciach obserwowali wydarzenie ze zwykłą obojętnością. Ktoś chciał nie dopuścić do – jak sądził – bezczeszczenia pamięci żydowskiej, więc się w stodole przed podpaleniem zamknął. No ale stodoła była Betlejewskiego, więc policja intruza wyprowadziła, bo właściciel ma prawo spalić co jego jeśli dopełni stosownych formalności. Poza tym ludzie spieszyli się na mecz i chcieli bez zwłoki zobaczyć ogień. Nie odbył się co prawda planowany przy zgliszczach poczęstunek dla wioski, który przygotować miały panie z koła gospodyń wiejskich, bo sołtys tuż przed spaleniem zrozumiał kontekst sytuacji. No ale coś się działo … . W sumie wszyscy mają mieszane uczucia – i rozmaite środowiska żydowskie i polskie. Nikt nie wie co o tym myśleć, bo to jest niejasne. I o to chodzi – ważne by niejasność wzbudzała refleksje.

To nie pierwsze podpalenie symbolu przez Betlejewskiego. Wcześniej przeprowadził kilka edycji akcji „Spal wstyda”. Chodziło o to, by umożliwić ludziom spalenie na stosie tego co musieli stworzyć (do czego ich zmuszono np. w pracy) a czego się wstydzą. Akcja cieszyła się dużą popularnością co dobrze świadczy o świadomości ludzi, którzy czują, że muszą tworzyć, produkować gówna i im to ciąży. Akcja niemal ewangeliczna, bo artysta jak Jezus pomógł im dokonać rachunku sumienia i odciążył ze wstydu ciążącego w sercach.

Betlejemski lubi i świetnie aranżuje intrygujące aczkolwiek niejasne sytuacje. Przed laty, w trakcie kilkudniowych pobytów w Rio de Janeiro i Kapsztadzie realizował projekt pod tytułem „Wolę Polskę”. Wypoczywającym na plażach turystom, sprzedawcom lodów i hotelowym portierom wkładał w ręce kartony z wypisanymi flamastrem hasłami: „Sopot to dla nas legenda”, „Pomieszkałoby się w Radomiu”, „Bałtyk to prawdziwy wypas” czy „Niech żyje bigos”. Zdjęcia wydał w formie pocztówek – trzeba przyznać, że to dość jadowity pomysł na popularyzację naszej buraczanej krainy. I też skłaniający do refleksji nad dętym i oderwanym od realiów wymiarem deklarowanego przez nas patriotyzmu.

W wywiadzie dla Piotra Pacewicza z Gazety Wyborczej Betlejewski opowiada o zdarzeniu artystycznym, które zaaranżował w trakcie swej wystawy w Nowym Jorku. Między nim a panią kustosz wystawy, jak mówi zaiskrzyło erotyczne napięcie. Było tak silne, że tylko kwestią czasu była konsumpcja rodzącego się uczucia. Problem w tym, że pani kustosz i Betlejemski tkwili w stałych, kontraktowych związkach. By nie dopuścić do nieuchronnej, banalnej zdrady artysta zaproponował kustosz trzy dni tylko we dwoje w jednym z ogólnodostępnych pomieszczeń galerii. Kilka miesięcy przekonywał ją do tego artystycznego wydarzenia. W końcu zgodziła się – co się przez trzy doby tego aktu artystycznego działo Betlejemski nie wyjaśnia. Wzrusza ramionami w odpowiedzi na pytanie jak przyjęli ten happenig ich małżonkowie. Nie był to przecież jednoznaczny i banalny numerek na boku. Znów podstawa do dyskusji na temat emocjonalnych fundamentów świętej tu rodziny.

Spalenie stodoły było symbolicznym zakończeniem akcji „Tęsknię do Ciebie Żydzie”, którą Betlejemski prowadził od kilku lat malując powyższy napis na ścianach, murach i na nielicznych pozostałych po polskich Żydach budynkach. Akcja zyskała rozgłos, wielu ludzi się do niej przyłączyło. Miała na celu „oswojenie”, ocieplenie społeczne słowa Żyd, które w potocznym języku wciąż ma negatywny kontekst. Myślę, że odrobinę mu się to udało. Troszkę oswoił słowo „Żyd” a potem spalił stodołę – pustą. Były w niej tylko karteczki ze złymi myślami o Żydach, które przysłali mu ludzie. Takie jest tutaj życie – znów jego rękami spalili wstyda. Betlejewski te wstydliwe potrzeby czuje i rozumie.

groupies

P7101026

Grouppies czyli najogólniej mówiąc grupowe podążanie w poszukiwaniu emocjonalnej bliskości. Doświadczam tego w sobotni wieczór. Przed zachodem słońca zagarnia mnie tłum ciągnący z peryferii do centrum. Główny plac wciąga ludzi jak odkurzacz kurz z wysuszonych ulic. Z misternie ułożonej ze stalowych rur sceny, z kłębów kolorowego dymu niesie się śpiew rasta. „Idą ludzie Babilonu…” – myślę chroniąc przed tłumem kruchą szklankę piwa. Ostrożnie wymijam ludzi, bo nastrój taki sobie. Upał zagęścił atmosferę, jest jak przed burzą. Mury obdrapanych kamienic oddają ciepło, piwo swędzącymi kroplami potu spływa po karku. Czuję napięcie kisnące w ludziach – nikt tu nie przyszedł dla przyjemności. Z domów i śmierdzących grillami podwórek wygoniła ich na plac miejski nuda. Więc krążą jak ja, ocierają się o siebie, przysiadają na rozgrzanych słońcem stopniach nawet nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę szukają zaczepki, pretekstu by wywalić na kogoś ciążący im upalny jad. Nie subkultura, nie jakiś jeden wspólny i jasny cel zgromadził tu tych ludzi. To przypadkowa zbieranina, którą usiłuje łączyć niosący się nad placem, głucho wytłumiony śpiew rasta „niech lew zwycięski podniesie swoją głowę, a środkiem nieba niech przeleci wielki biały orzeł…”. Tu, w sobotni wieczór zebrała się jak zwykle przypadkowa Polska.

Tłum wciska mnie w stalowe bariery pod sceną. Trzymam kurczowo ciepłą rurę jak pętlę w zatłoczonym autobusie. Dziewczęcy pot spływa mi po plecach, rękach. Rąbkiem koszulki wycieram obiektyw aparatu. Jestem tu dla zdjęć – potrzebuję ilustracji do tekstu. Patrzę na blade plecy, spięte agrafkami ramiączka staników, wdycham kwaśny zapach potu – szukam perspektywy dla efektownego zdjęcia. Ale nic z tego nie będzie, dziewczyny nie zaszaleją – są trzeźwe, nie otumanione jeszcze zielskiem i piwem. Podobnie jak ja przyszły tu trochę interesownie – będą robić foty komórkami. Później, nocą wkleją je na „Naszą Klasę” z dumnym podpisem „Byłam, było cudnie” – podobnie jak ich starsze siostry wklejają zdjęcia z wakacji w Tunezji.

Zaraz koncert – jeszcze tylko polityczna formalność. Z żółtego dymu wylania się łysawy gość. Dziś jest swojski, wyluzowany – pewnie wrażenie luzu daje krótki rękaw koszulki w krateczkę. „Spełniłem wasze marzenia – mamy największą scenę. Wesołych wakacji!” – krzyczy uszczęśliwiony z całkiem niezłą dykcją. Ktoś z tyłu skanduje „Wy – pier – da – laj, wy – pie – da – laj”, ale bluzg na kilka gardeł tłumi pisk setek rozkręcających się dziewczyn. Znam gościa, widziałem go tydzień wcześniej, gdy perspektywa wyborczej klęski kazała go premierowi wygonić z urzędu na ulicę. Sztywny, podduszony krawatem, wbity w garnitur jak w gorset wlepił mi wtedy z przymilnym uśmiechem lakierowana ulotkę „Zgoda buduje”. Wziąłem, bo żal mi go było. Kilka minut wcześniej kobieta wydarła na niego gębę – „Do czego mnie kurwa namawiasz? Jaki mam wybór? Głosować na złodzieja czy na faszystę?”. Gdy później patrzyłem znad piwa jak wtrynia znudzonym ludziom tę „budującą zgodę”, pomyślałem, że jest chyba najlepiej opłacanym w tym kraju akwizytorem reklam. Za takie pieniądze też bym z kelnerskim, zawodowym uśmiechem znosił rzucane prosto w oczy gorzkie słowa prawdy.

Myslowitz zaczyna o czasie. Nie czuję emocji, to smutna, nieco dekadencka muzyka – wciąż ten sam wysublimowany na użytek małoletniej Polski nastrój upadłego Śląska sprzed dziesięciu lat. Kiedyś lubiłem słuchać tych opisów zdychającej w inercji prowincji. Ale ile można? Przecież nie zatrzyma się czasu a ja z prowincjonalnym więzieniem się nie identyfikuję. Pstrykam więc tylko zdjęcia – to dla mnie koniec koncertu. Tłum zanadto mnie osaczył, z ulgą chamsko przepycham się na zewnątrz.

W knajpie chłód, mrok i tłok – czekam na zimne piwo. Nagle pchnięty odfruwam spod baru pod ścianę. Brzęk tłuczonego szkła, kobiecy krzyk i strzały. To wielka, masywna dłoń z hukiem wali raz za razem o barową ladę. Huk, wrzask, bluzg jak na policyjnym filmie. Patrzę na łyse czaszki, rozlazłe karki i napakowane sterydami mięśnie. To chłopcy z miasta – najmłodsze pokolenie, które akurat w te wakacje przejmuje dla siebie knajpy. Pijani, z zatkanymi amfą nosami są jak bulteriery gotowe by zagryźć. Ktoś ich spuścił z łańcucha – widocznie restaurator nie płaci. Rano, gdy przechodziłem pod knajpą wyrywali mu iglaki z donic, które poustawiał przy wejściu. Pouczepiane murów kamery filmowały to bezradnie, strażnicy i policjanci jak zwykle w takich sytuacjach znikli. Teraz dresy wróciły tylko po to bym wyszedł, więc wymykam się wraz z innymi gośćmi chyłkiem na ulicę. I znów krążę po rozgrzanym placu ogłuszony salwą kolumn z monstrualnej sceny – Wieczorami chłopcy wychodzą na ulicę, Szukają czegoś, co wypełni im czas, Rzucają kamieniami w koła samochodów, I patrzą na spódnice dziewczyn, które nie chcą ich znać.

Pusta ulica, tylko w bramach żarzą się ogniki papierosów. W oddali niebieskawy zarys gór, których nikt tu już nie zauważa. Została mi tylko jedna stacja w tej zastygłej od upału dzielnicy. Knajpa jak chłodne lipcowe marzenie – śmierdząca dymem i migająca po kątach lodowatymi światłami dyskotekowej muzy. Knajpa dla starych, bo w tych zrujnowanych kamienicach starość dopada ludzi tuż po trzydziestce. Przy barze trochę chłopaków po odwykach, więzieniach, udarach i wylewach. W końcu bezpiecznie, bo ciężkie życie wyssało już z nich adrenalinę. Dresy, łańcuchy, bermudy do kolan spod których wypełzają wyblakłe znaczki tatuaży to tylko wspomnienia młodości. Ładna kelnerka, bardzo kobieca, chyba po trzydziestce – śliczne nogi, zgrabny tyłek ledwie zakryty kusą, przepoconą spódniczką. Ma dobry humor, tańczy za barem. Ciasno tam jej, więc jak tancerka z Rio szuka sobie miejsca między stolikami. Ostra babka – wibrują biodra, brzęczy moniakami saszetka przypięta do pasa. Z linii gęstych, ciemnokasztanowych włosów spływają po policzkach drobne krople potu. Ładnie pani tańczy – mówię podając pieniądze za piwo. A co tam .,. . Lubię – odpowiada zadyszana. Taka ze mnie szczera dziewczyna jest – patrzy mi ciekawie w oczy. Jeszcze jedno – zamawiam. Odsuwam resztę dłonią. – Dziękuję. Uśmiecha się, wrzuca złoty pięćdziesiąt do saszetki na biodrze i zaczyna tańczyć.

P7101032

obok Ciebie

P6210236

Piszesz – chcę być obok Ciebie. Podglądam maleńki ekran, osłaniam go dłonią od palącego słońca. Podoba mi się to. Nie – „chcę Ciebie” albo „chcę być z Tobą” tylko „chcę być obok Ciebie”. Obok mnie – jak mój maleńki, południowy cień, który jest ze mną, choć go nie zauważam. Chcesz, więc jesteś – idźmy razem po miękkim, rozpalonym asfalcie.

Miasto tonie w upale. Spocona dziewczyna kroi drożdżowy placek z rozciekłym, lepkim lukrem. Nad jej głową brzęczą ogłupiałe od gorąca osy. Ścieram z kącików oczu piekące krople, potem na nos okulary, by wybrać kilka monet z wilgotnej od potu dłoni. Starannie pakuje prostokąt ciasta w biały pergamin. Spod bieli przebijają czerwone truskawki. Zjesz – myślę. Urwiesz szczupłymi palcami kawałek drożdżowego placka. Mam Cię obok, jak zawsze – w cukierniach, bramach, knajpach, górach, plażach, na polach. Jesteś obok – w błocie, upale, mrozie i ulewie.

Zimne piwo – gorzki łyk przebity gorzkim dymem z papierosa. Patrzę jak budują scenę, arenę, piramidę. Spoceni, brązowi od słońca wnoszą coraz wyżej stalowe rury, pną się po nich, z nimi, aż do blado-błękitnego nieba. Będą nocą tu grać – do dobrze, przecież kochasz muzykę. Lubisz jej słuchać wtulona w moje plecy. Upiłaś łyczek piwa – to miłe, gdy próbujesz co moje. Na rąbku szklanki czerwony ślad szminki. Dotykam go lekko czubkiem języka.

Czasem Cię gubię. Znika gdzieś Twój zapach na koszulce, poduszce … . Myślę wtedy z ulgą – To dobrze że znikłaś. Wolę być kurwa sam i na nikogo nie liczyć. Głęboko oddycham po tym nagłym spaźmie odwagi, ulgi i wydaje mi się, że spływa na mnie wolność. Ale potem, po kilku dniach, tygodniach, miesiącach znów wraca niepokój i czekam na Ciebie coraz bardziej wkurwiony – zły jak dzieciak, któremu zabrano ukochaną zabawkę. Aż w końcu piszę, wywalam z siebie ten syf wyczekiwania… . A potem osłaniając ekran czytam czarne, drukowane słowa – Jeszcze poczekaj, wiatr nam w oczy wieje. Ale chcę być obok Ciebie. Wzruszam ramionami. Tylko kiedy, gdzie – ile kurwa mam czekać? – pytam rozżalony. Gdziekolwiek – odpowiadasz z cienia. Tam gdzie będziesz – w Pradze, Monachium, Madrycie …. . Na poboczu szosy, w pociągu, przy źródle. Tam gdzie będziesz chciał … . Tylko poczekaj … .

Chcę być obok Ciebie – ładnie to napisałaś.

Więc czekam sącząc gorzkie piwo na rozpalonym placu. I wypatruję śladu szminki na krawędzi szklanki. Chcesz? – podsuwam lepkie ciasto. Jak zawsze urywasz kawałek szczupłymi palcami. Słodkie, gorzkie – parskasz śmiechem i znów sięgasz po szklankę.

nie próbuj

P6260326

„Don`t try” („Nie próbuj”) – takie epitafium wyryto na grobie Charlesa Bukowskiego. Linda Lee Bukowski – jego ostatnia żona twierdzi, że znaczy to „Jeżeli spędzasz cały czas próbując, wtedy wszystko co robisz to tylko próbowanie. Więc nie próbuj. Po prostu rób”. Zawikłane tłumaczenie, to epitafium oznacza po prostu – „Jeśli ci na czymś zależy, idź na całego. Jeśli nie to nawet nie zaczynaj”.

Czytam Bukowskiego już od dwudziestu lat. Nigdy nie był dla mnie żadnym odkryciem, kimś kto przenicowuje mi mózg na drugą stronę. Jestem facetem po przejściach, więc mam już dawno za sobą fascynacje artystami „przeklętymi” – Wojaczkiem, Bursą, Iredyńskim, Riedlem, Morrisonem, Deanem i innymi, którzy kręcili moją wyobraźnia, gdy chciałem, ale bałem się buntować. Te fascynacje przeżywane na wygodnej kanapie minęły mi przed laty. Czemu więc sięgam od czasu do czasu po wiersze i opowiadania Bukowskiego? Chyba dlatego, że żyje obok mnie – równolegle – i jest jak nienarzucający się, dobry, stary kumpel. Teraz mam w zasięgu ręki, na zakurzonej podłodze obok łóżka, „Światło błyskawicy za górą” – zbiór jego wierszy wydany pośmiertnie. To właściwie nie wiersze – to świetnie opowiedziane historie pozwalające spokojnie zasnąć, których pełne szuflady w jego biurku znaleziono po śmierci. Nawet nie trzeba ich czytać do końca – jak na przykład tego wiersza „Lata sześćdziesiąte?”

pamiętam niewiele z lat sześćdziesiątych pracowałem nocami po dwanaście godzin na poczcie

ale pamiętam pewnego dnia mój kumpel zabrał mnie do domu swego kumpla

dziwnie ten dom wyglądał – pomalowali go na czerwono zielono żółto i niebiesko.

kolory rozbiegały się we wszystkich kierunkach a potem łączyły – kawał psychodelii

w środku leżała masa ludzi przeważnie bez ruchu

wydawało się, że śpią chociaż była dopiero trzynasta

oto są ludzie, piękni ludzie” powiedział do mnie kumpel.

no – powiedziałem – niektóre babki wyglądają całkiem całkiem”

byłem pewny siebie i podszedłem do tej która wyglądała najlepiej.

miała długie blond włosy i nieomal doskonałe ciało.

wyciągnęła się na kanapie przy kominku

potrząsnąłem nią.

chodź mała, podupcymy”

pokój bracie – powiedziała -

może innym razem….

Tak więc Bukowski jest jak dobry kumpel, do którego zachodzi się pogadać gdy ciężko. Ważny facet, trzeba go cenić, bo w moim wieku kumpli się już zwykle nie ma.

Charles (Henry) Bukowski urodził się w 1920 roku w Niemczech jako dziecko amerykańskiego weterana wojennego i Niemki. W 1923 roku wrócił z rodzicami do Stanów i zamieszkał w Los Angeles. Ojciec – tępy, wojskowy kapral nieźle dawał mu w kość. Ta tresura niewątpliwie wpłynęła na jego życie i pisarstwo. Piekło dziecięcych lat przebija z jego powieści, wierszy i opowiadań. Tak wspominał swego starego – „ …Wredny sukinsyn o śmierdzącym oddechu. Taaa, sporo o nim pisałem przez wszystkie te lata, bo sądzę, że od tego wszystkiego się zaczęło – od kiedy z obrzydzeniem uświadomiłem sobie, że potrzeba czegoś niezwykłego, jak picie, pisanie czy muzyka klasyczna, żeby stanąć ponad takimi ludźmi. To dlatego tak szybko polubiłem Dostojewskiego. Pamiętacie, co mówi w „Braciach Karamazow” – „Kto nie chce zabić swojego ojca?” No kto? Spuszczał mi straszliwe manta, które skończyły się dopiero w dniu kiedy oddałem. W wieku szesnastu lat rozłożyłem go jednym ciosem. Nigdy więcej mnie nie dotknął. Lecz obrzydzenie, jakie zostawił mi na całe życie, nigdy mnie nie opuściło. Ale obrzydzenie jest lepsze od złości. Kiedy jesteś zły, chcesz tylko się odgryźć. Kiedy czujesz obrzydzenie, chcesz tylko uciec….

Skończył Los Angeles High School a potem uczył się w miejskim college`u dziennikarstwa, filologii angielskiej, teatru i historii. Po szkole podjął pracę – kiepsko płatną robotę fizyczną. Rzucał ją często, wędrował, z reguły żył w drodze. Mieszkał w najgorszych dzielnicach Nowego Orleanu, San Francisco, St. Louis, Filadelfii i Nowego Jorku. Zaczął pić, grać na wyścigach i układać sobie życie z dziwkami. Szukał prawdy o świecie w zakłamanej rzeczywistości Ameryki lat pięćdziesiątych. Szukał prawdy, którą wyzwalają w ludziach ekstremalne warunki życiowe. W enklawach życia bez złudzeń odnalazł tematy i inspirację do pisania.

Był brzydki i agresywny – budził niechęć kobiet, chyba dlatego miał obsesję na tle seksu. Ale w tym świecie pijanych kurew i zarzyganych łóżek odnalazł też uczucia. Gdy miał 27 lat poznał starszą o 10 lat Jane Cooney Barker – pierwszą prawdziwą kochankę i miłość swego życia. Była alkoholiczką cierpiąca na łagodną schizofrenię, która porzuciła dwoje dzieci i wybrała niekończący się rejs po najgorszych knajpach. Ich związek miał burzliwy przebieg. Cierpiący z powodu jej zdrad Bukowski wielokrotnie lądował w areszcie za awantury domowe i pijaństwo w miejscach publicznych. To jednak Jane, a nie jego późniejsze żony i kochanki, stała się pierwowzorem kobiet z jego wierszy i powieści. Jej cechy nosiła Betty z debiutu powieściowego „Listonosz” i Laura z „Faktotum”. Jane zadedykowany był także – uznawany za najlepszy – tom poezji Bukowskiego „Dni uciekają jak dzikie konie ze wzgórza”. Starał się dla niej, więc podjął stałą pracę jako listonosz na poczcie. Potem ugrzązł tam na długie lata jako niskiej rangi urzędnik. Jane zniknęła z jego życia, ale mordęga parszywej roboty została. Nocami sortował listy, potem pił i pisał i tak kilkanaście lat.

W 1957 roku ożenił się z pisarką Barbarę Frye. Dla niej znów się starał próbując zerwać z nałogiem. Próby były bezskuteczne – chyba tak naprawdę nie chciał. Małżeństwo przetrwało dwa lata. W 1964 roku kochanka Frances Smith urodziła mu córkę Marinę Louise Bukowski. Do wydatków na wódę doszły wydatki na alimenty.

Druga połowa lat sześćdziesiątych to okres kiedy zaczęli go wydawać, więc rzucił pracę na poczcie i zajął się już tylko pisaniem. Był fundamentalnie niezależny, podkreślał swą niechęć i niezależność nawet wobec kontestacyjnych – jak jego twórczość – prądów literackich, krytyków i wydawców. W dupie miał sławę i politykę – cieszył się jedynie pieniędzmi, bo w końcu mógł tylko pić i pisać. Wieczny outsider – z natury i z zasady apolityczny. Mawiał – „Wybierać między Nixonem a Johnsonem, to jak określać różnicę między ciepłym a zimnym gównem.” Popularność swą traktował z dystansem i ironią, nieufny wobec wszystkich i wszystkiego nadchodzące pieniądze trwonił na to, co w życiu uważał za najlepsze i najważniejsze – kobiety, wyścigi konne oraz alkohol. Stał się popularny w Europie co go cieszyło, bo mógł spokojnie pracować w Stanach – „Sława rozprasza. To kurwa, dziwka, pożeracz czasu. Mnie się udało, bo jestem sławny w Europie, a tutaj nieznany. Jestem jednym z największych szczęściarzy w okolicy. Fartowny ze mnie gość.”

W 1976 roku Bukowski poznał Lindę Lee Beighle, dużo młodszą od siebie właścicielkę restauracji ze zdrowym jedzeniem. Po dziewięciu latach związku pobrali się. Razem z Lindą przeprowadził się z East Hoolywood (w którym mieszkał przez większość życia) do San Pedro. To ważna dla niego kobieta – w jego książkach pojawia jako „Sara”.

Zmarł w 1994 roku na białaczkę tuż po ukończeniu powieści „Szmira”. Miał 73 lata.

Był pracowity – w ciągu ostatnich trzydziestu lat życia wydał prawie 50 pozycji poetyckich i i prozatorskich. Jego pisarstwo wpłynęło na wielu artystów – na przykład Bono czy Waitsa. Zostawił po sobie niezliczoną ilość rysunków, zapisków i wierszy. Pisał głównie o sobie używając pseudonimu „Henry Chinaski”. Gdy czyta się Bukowskiego można odnieść wrażenie, że żył tylko po to, by później móc to opisać. A przy takim założeniu ciekawe przeżycia gwarantują ciekawą fabułę. O przeżyciach jest w jego książkach sporo. W liczbach podsumowuje je wiersz „niedoświadczonym wstęp wzbroniony”. Na jego życie złożyło się 20 odsiadek, 30 straconych posad i 54 lata nałogowego alkoholizmu. Pisze – „Nawet jak często będzie ci się urywał film, masz okazję złapać kilka tematów dziennie.” Lubię czytać jego refleksje o wódzie – „ … Alkohol jest prawdopodobnie jedną z najlepszych rzeczy, jakie pojawiły się na ziemi ( … ) Na większość ludzi działa skrajnie niszcząco. Ja jestem tu wyjątkiem. Większość mojej twórczości powstaje pod wpływem. Tak samo z kobietami, no wiesz, kochając się zawsze byłem małomówny, więc alkohol pozwolił mi w seksie na więcej swobody. Rozluźnia mnie, bo w gruncie rzeczy jestem nieśmiałą, zamkniętą w sobie osobą, a alkohol pozwala mi być tym bohaterem, kroczącym przez przestrzeń i czas, robiącym wszystkie te rzeczy… więc go lubię… taaak. …”

Dobrze robią mi też jego refleksje o śmierci. Oswoił ją – dlatego też chyba dożył siedemdziesiątki. Tak o niej pisał – „Bardziej boję się życia niż śmierci. Życie jest większym ciężarem. Śmierci nawet oczekuję. Nie jest dla mnie wielką groźbą. Myślę, że jeśli żyłeś „mocno” i zrobiłeś większość rzeczy, które chciałeś zrobić, śmierć nie jest taka straszna, bo zrobiłeś z siebie dobry użytek. Użyłeś swoich dni, użyłeś swoich lat tak, jak chciałeś, więc śmierć nie przychodzi jako coś strasznego, bo nie przepuściłeś swojego czasu. Dla mnie śmierć nie jest taka zła.”

Co tu dużo mówić Stary Kumplu – dla mnie też nie.

Podobnie zresztą myślimy o kobietach. Jak mawiał Charles – „Kiedy zapytano Richarda Burtona, na co przede wszystkim zwraca uwagę u kobiety, odparł: „Musi mieć co najmniej 30 lat”

Jako ilustracja muzyczna Johny Cash śpiewa o Bukowskim

http://www.youtube.com/watch?v=ROBwH-cDu08&feature=related

Na ilustracji filmowej Bukowski i jego ostatnia żona Linda

http://www.youtube.com/watch?v=g8KJiay6EI0&feature=related

Tekst na podstawie książek Bukowskiego oraz poświęconej mu strony -

http://free.art.pl/bukowski/menu.html

Chodzenie po linie to życie. Wszystko inne jest tylko czekaniem.

oto

Wczoraj kartka o lękliwym, bezsensownym trwaniu, a dziś o nadających sens życiu uczuciach czyli o emocjonalnej esencji Hiszpanii – Sanfermines, święcie rozsławionym książką Ernesta HemingwayaSłońce też wschodzi” z 1926 roku.

W Pampelunie Sanfermines – święto ku czci św. Fermina – obchodzone każdego roku od szóstego do czternastego lipca. Fiesta słynie głównie z encierro, gonitwy z bykami po ulicach miasta. Szóstego lipca, w samo południe na Plaza de Consistorial – pod miejskim ratuszem – burmistrz Pampeluny strzałem rakietnicy oznajmia rozpoczęcie tygodniowej fiesty. Tysiące ludzi z Hiszpanii i całego świata zebranych na placu i otaczających go uliczkach rozpoczyna wielką zabawę. Strzelają szampany, które wylewane są na głowy zebranych i ubrani w białe stroje z czerwoną chustą ( pańuelo ) i przepasani czerwonymi szalikami ( bufanda) mężczyźni głośno śpiewają tańcząc na cześć Świętego Fermina – patrona miasta. Nocą zabawa przenosi się na uliczki starówki i trwa do rana. O godzinie 8.00 rozpoczyna się pierwsze encierro. Stado składające się z 6 krów i 6 byków przemierza blisko kilometr wąskimi uliczkami kończąc bieg na Plaza de toros czyli arenie. W gonitwie uczestniczą mężczyźni, których z roku na rok przybywa, bo legenda encierro niesie się po świecie. Jedyną ich bronią są trzymane w dłoniach zwinięte gazety. Biegnący ludzie prowadzą stado do celu. Wieczorem, każdego dnia fiesty odbywa się korrida, w trakcie której stracone zostają byki z rannej gonitwy.

Początki encierro sięgają XIV wieku. Od 1592 roku odbywają się regularnie w lipcu. Sanfermines z biegiem lat traciło charakter religijny stając się wydarzeniem świeckim – aczkolwiek metafizycznym. Jednak mieszkańcy Pampeluny podchodzą do fiesty bardzo poważnie i wszyscy – od dzieci do seniorów – biorą udział w uroczystościach, tym bardziej, że czas sanfermines jest wolny od pracy.

Byłem w Pampelunie, ale niestety nie w czasie fiesty. Musiałem iść dalej – miałem inne sprawy do załatwienia. Nie będę więc się mądrzył na ten temat i oddam głos tym, którzy na gonitwach się znają.

W najnowszej Polityce z 10-07-1010 (nr28(2764)) doskonały reportaż z sanfermines pt „Biegnący z bykami” autorstwa Katarzyny Kobylarczyk. Oto wybrane fragmenty – całość na razie w wydaniu papierowym ale wkrótce w elektronicznym.

„ … Joseph Distler pracował w agencji reklamowej w Nowym Jorku, kiedy przeczytał książkę Roberta Daleya „The swords of Spain” i zrozumiał, że jego życie jest nudne. W 1967 roku przyjechał do Pampeluny i ustawił się na trasie enciero. To była prawdziwa katastrofa. – Nie miałem pojęcia o co chodzi. Ktoś klepnął mnie w ramię, machnął ręką w dwie strony i powiedział: Byki tam! Ty tam!

Miał wówczas 23 lata. Był młody i bardzo szybki. Usłyszał petardę i ruszył. Jako pierwszy dobiegł na arenę do korridy, gdzie kończy się bieg. – Publiczność zaczęła buczek i gwizdać. Wtedy nie wiedziałem, że na tych, którzy pędzą jeszcze zanim stado pojawi się na horyzoncie, mówi się ironicznie valientes, odważniacy. A ja byłem najodważniejszym z odważniaków – śmieje się.

Ale wtedy, 43 lata temu się nie śmiał. Kiedy pierwszy byk wyłonił się z bramy areny zmoczył spodnie. – Po prostu posikałem się ze strachu. A potem zabrałem plecak, złapałem stopa i uciekłem z Pampeluny – opowiada. Chciał jak najszybciej zapomnieć o Hiszpanii, o sanfermines, o tych cholernych bykach. Nie mógł, nie potrafił tego z siebie wyrzucić. Wreszcie ktoś poradził mu miejsce z którego można dość bezpiecznie obserwować jak gna stado. Joseph wrócił do Pampeluny. Stanął na trasie. Zza zakrętu wyłoniły się pięćset kilowe, czarne, ruchome góry. Po prostu z nimi pobiegł. Od tego czasu gonitwy stały się jego obsesją, nie przegapił ani jednego San Fermin i ani jednego encierro. Zęby na bieganiu z bykami stracił w 1997 roku. Przednie.

Tego dnia pampeluńską trasą biegły byki z hodowli Cebada Gago. Distler poczuł cios w plecy. Uderzenie rzuciło nim o ziemię; usłyszał tylko jak siekacz chrupnął o bruk. – Zawsze byłem czuły na punkcie wyglądu, więc zamiast leżeć płasko na ulicy jak ostatni kretyn podniosłem głowę i poszukałem mojego zęba – opowiada. I znalazłem. A wtedy byk trafił mnie znowu … .

W ciągu 43 lat Joseph został pobodzony jeszcze dwukrotnie, miał połamane żebra, poskręcane stawy, poobijane ciało … . Zawsze wracał na trasę już następnego dnia.

( … )

Bojowy byk waży pół tony, ma ostre rogi i jest zwinny jak kot. Pędzi ze średnią prędkością 24 kilometry na godzinę i kiedy zbliża się do oczekującego go tłumu niektórzy biegacze zaczynają piszczeć. Nad ulicą niesie się wrzask, łomot kopyt i – gdzieś w tle – cienki pisk tych, którym nie wytrzymały nerwy.

( … )

Byki różnią się charakterem. Te z hodowli Cebada Gago są nerwowe, drażliwe, bardziej nadają się do korridy niż encierro. Miury słyną z szybkości. Najlepsze dla biegaczy są zwierzęta, które pędzą zgodnie, nie rozglądając się na boki, jak sewilskie stado Dolores Aguirre Ybarra.

Ten byk nazywał się Capuchino, pochodził z hodowli Jandilla, miał jasnobrązową sierść, ważył 515 kilogramów i od początku były z nim kłopoty. Tuż po opuszczeniu zagród rozdarł rogami koszulę jednego z biegaczy. Zanim materiał pękł byk rzucił mężczyzną o drewnianą barierę. Potem odłączył się od stada i pobiegł sam. Samotny byk jest ekstremalnie niebezpieczny. Traci orientację, nie wie dokąd ma uciec. Nerwowo rozgląda się na boki. Wtedy może dostrzec człowieka. Jeśli człowiek ucieka dopadnie go i zaatakuje.

( … )

O ludziach, którzy przewrócili się podczas encierro, ale uniknęli ataku byka mówi się, że św. Fermin okrył ich swoją kapą i ocalił. W ubiegły roku święty się spóźnił.

Daniel Jimeno Romero miał 27 lat, pochodził z Alcala de Henares pod Madrytem, lubił piłkę nożną i snowboard. Pracował w magazynie z armaturą. Do Pampeluny przyjechał z rodziną i narzeczoną. Na czwarte encierro założył bluzę w poziome biało-brązowe pasy. Biegał już wielokrotnie w gonitwach, musiał wiedzieć, że jeśli upadanie powinien leżeć płasko. Przewrócił się na zakręcie pod budynkiem Telefoniki

Spróbował się podnieść. Podpełzł w stronę drewnianej barierki i zrobił najgorszą rzecz na świecie.. Oparł o nią plecy. Właśnie wtedy róg Capuchino trafił go w szyję. W następnej sekundzie sanitariusz, który czuwał za barierką już odciągnął chłopaka na bok, już tamował krwawienie. Nie miał szans. Daniel Jimeno Romero zmarł w drodze do szpitala, jeszcze zanim pasterzom udało się zagonić szalejącego Capuchino ku arenie.

Podczas popołudniowej korridy publiczność zwykle pozdrawia walczące byki brawami. Capuchino przywitały gwizdy. A kiedy matador El Fandi, w sposób odważny i momentami błyskotliwy – jak pisali znawcy – zabił byka mordercę, na widowni zamiast owacji zaległa głucha cisza. Następnego ranka na trasie encierro znów ustawiło się trzy tysiące ludzi.

( … )

Miguel Angel Rguiluz nigdy nie doznał carneady, jak w Hiszpanii nazywa się ranę od rogu, ale wiele lat temu był świadkiem jak byk, już na arenie rozpruł brzuch jednego z biegaczy. Larry Belcher w ciągu 34 lat biegania też widział rzeczy straszne. Sam miał połamane żebra. Ale – jak mówi – nie musi już niczego nikomu udowadniać. – Te gonitwy dają mi czystą radość i energię, coś co Hiszpanie nazywają alegrią.

Joseph Distler, który na encierros stracił przednie zęby dobrze to rozumie. – Słynny linoskoczek Karl Wallenda powiedział kiedyś: Chodzenie po linie to życie. Wszystko inne jest tylko czekaniem – cytuje …. .”

Cholernie mnie pociągają te gonitwy. Czuję w opisie coś bardzo mi bliskiego i intymnego. Po prostu czuję ten tekst, rozumiem ludzi w nim występujących. Czasem, gdy mam polskie, beznadziejne doły zastanawiam się co mi jeszcze w życiu pozostało ekscytującego. I dochodzę do krzepiącego wniosku, że wiele rzeczy – w tym właśnie sanfermines. To dobre na końcówkę życia – przebiec się wąskimi uliczkami znów uciekając przed bykami – zomowcami. Zrobię to jak mi Bóg miły, choćbym ze starości miał biegać tam o kulach.

Pierwszy tegoroczny bieg z bykami odbył się tego roku 7 lipca.

Gorąco zachęcam do przeczytania całości tego fascynującego, hemigwayowskiego reportażu.

Na ilustracji filmowej gonitwa z ubiegłego roku.

http://www.youtube.com/watch?v=FYUizYoOUGU

placówka

P5220716

Deszcz, z niskich chmur pada rzęsiście. Przemykam więc przez miasto skokami od bramy do bramy. Grube krople wzbudzają na kałużach pęcherzyki powietrza. Popada jeszcze – myślę i przytulony do cuchnącej uryną ściany patrzę na biegnących w strugach deszczu przechodniów. Teraz ta dzielnica to slams patrolowany często przez policyjne suki. Drzwi i okna budynków pozabijane deskami, czarne napisy – Budynek grozi zawaleniem. Pod sklepami – dziuplami znudzeni kolesie w kapturach przestępują z nogi na nogę. Kiedyś tu było lepiej. Kamienica naprzeciw bramy pewnie należała do zamożnej niemieckiej rodziny. Może kupców lub fabrykantów celulozy? Nie wiem, nie znam przedwojennej historii tego domu. Pamiętam, że w siedemdziesiątych latach ubiegłego wieku siedzibę miała w niej szacowna państwowa instytucja. Miasto od niedawna cieszyło się wojewódzkim statusem, więc jak pień hubą obrastało różnymi urzędami.

Później, w osiemdziesiątym pierwszym roku parter budynku zajmował opozycyjny związek zawodowy. Państwo przeniosło się na górne pietra. Na frontonie wisiał biały transparent z budzącymi wówczas nadzieję czerwonymi literami. W tamte wakacje całe dnie zajmowało mi polowanie w opustoszałych sklepach na fajki. W przerwach między wystawaniem w kolejkach zachodziłem do siedziby związku po drukowane na powielaczach ulotki. Trochę śmieszył mnie niosący się po korytarzach prowincjonalny klimat opozycyjności – tłumy zaaferowanych emerytów, nawiedzonych działaczek i nielojalnych urzędników, którzy czując wiatr historii przychodzili tu kapować na swych szefów. Patrzyłem na nich z wyższością – zbuntowane wrocławskie uczelnie dawały taką perspektywę.

Jedenastego grudnia tego roku zakończył się długi strajk na mojej uczelni. Po strajkowej abstynencji ostro popiłem, a gdy wytrzeźwiałem, nocą z dwunastego na trzynastego grudnia, wróciłem na święta do domu. Z pociągu wysiadłem o świcie. Autobusy nie jeździły z powodu strajku. Nie zdziwiłem się – wtedy było normą, że wszyscy strajkują, więc niewiele myśląc pieszo przyszedłem do domu. Koło kamienicy wiodła najkrótsza droga – nie wiem czemu wybrałem okrężną. Przez przypadek więc nie zobaczyłem, jak mundurowi i policja polityczna kończą nocną pacyfikację związkowego budynku. Nie zobaczyłem wyrwanych drzwi, wybitych okien i podeptanego w śniegu transparentu. O stanie wojennym dowiedziałem się kilka godzin później. Na uczelnię wróciłem po kilku miesiącach.

Do poniemieckiej kamienicy trafiłem znów przez przypadek – w grudniu 1998 roku. Pracowałem wtedy od dwóch lat w wojewódzkiej administracji – tej od biedy i bezrobocia. Przeszedłem tam z prywatnej firmy uciekając przed grożącym jej bankructwem. Praca była niezbyt absorbująca i ciekawa, bo pozwalała obserwować socjalne dno od strony państwa. Można było z wysoka i beznamiętnie patrzeć jak rozwala się w gruzy życie tysięcy ludzi z likwidowanych falami dekoniunktury przedsiębiorstw – ludzi z dnia na dzień pozbawianych pracy a więc pieniędzy. Miałem tematy do pisania, ale za to nie miałem w tym urzędzie perspektyw, bo pół roku wcześniej dowiedziałem się o likwidacji województw. Od kilku miesięcy zabijałem więc nudę obserwując na odmianę życie urzędu przeznaczonego do likwidacji. Dystans i komfort obserwacji dawało mi to, że miałem już inne plany zawodowe i mogłem stać z boku – nie włączać się w urzędnicze wojny o przetrwanie. Czułem się więc jak zabezpieczony ratunkową kamizelką pasażer tonącego statku, który nie musi zabijać ludzi, by znaleźć miejsce w ratunkowej szalupie. A urzędnicy wyżynali się na całego – gdyby mogli używać noży krew lałaby się po ścianach. Nie wszyscy zresztą – niektórzy zastygli w trwożnym letargu nie przyjmując do wiadomości tego co nadchodziło, jeszcze inni gorliwością starali się wkupić w łaski przełożonych przygotowujących listy swych pracowników przeznaczonych do zwolnień. Ciekawe, że nikt nie myślał o ucieczce. Chyba granicami ich świata były segregatory i biurka pełne własnoręcznie sporządzonych sprawozdań o panującej wokół biedzie i nędzy. Chyba w te swoje sprawozdania wierzyli.

Właśnie w grudniu 1989 roku dostałem ciekawe zlecenie. Rząd zainteresował się przeznaczonymi do zwolnień biurokratami z likwidowanych urzędów i polecił przeprowadzić ankietę dotyczącą ich perspektyw życiowych. Badanie prowadzałem na próbie siedmiuset osób, więc musiałem się zdrowo nabiegać w grudniowe mrozy. Ankieta była anonimowa i oprócz standardowych pytań o wiek, płeć, wykształcenie zawierała pytania fundamentalne – z czego pragniesz skorzystać po likwidacji twego urzędu – z renty, zasiłku dla bezrobotnych czy kursu komputerowego? Przyznam, że to była przykra robota. Wraz z ankietą do ludzi z całą jasnością docierała prawda, że to już koniec – że tydzień, dwa i będą na bruku. Z całą jasnością docierało do nich, że państwo, któremu przez wiele lat wiernie służyli właśnie ich wyrolowało. Trzeba znać biurokratów, ich przywiązanie do hierarchii, by zrozumieć jak głębokie poczucie niesprawiedliwości wówczas odczuwali. Poczucie niesprawiedliwości i bunt, który przybierał różne formy – odmawiano wypełniania ankiet trzaskając dłońmi o biurka, kobiety płakały nad nimi, mężczyźni gnietli je w dłoniach i z rozmachem wrzucali do kubłów. Obwiniano mnie za nadchodzącą egzystencjalną tragedię jak posłańca przynoszącego tragiczne wieści.

Pamiętam, że tuż przed Wigilią trafiłem do instytucji w poniemieckiej kamienicy. Smutna droga z ankietami po pustych korytarzach i ciasnych pokojach pełnych urzędników. Segregatory, kurz, słoiki po sałatkach jarzynowych i poprzyczepiane do ścian wasalne instrukcje „Jak czcić Szefa swego?”. I pytania – z czego pragniesz skorzystać po likwidacji twego urzędu – z renty, zasiłku dla bezrobotnych czy kursu komputerowego? Przygnębiający nastrój. Ten opisałem go później w jednym z „ucieczkowych” tekstów. „ …Ostatnie dni przed wyjazdem wypełniła bzdurna gonitwa. Jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy, nerwowe telefony, pisma do podpisu, rachunki do zapłaty. Szarpali go za poły marynarki, gdy biegł korytarzami, a on opędzał się przed ludźmi jak przed natrętnymi muchami. Myślami był już daleko od nich, zniecierpliwiony warczał, spławiał, zbywał byle czym, strząsał ich z siebie. Kurwa, byle szybciej ten jazgot mieć już za sobą. Pieprzone, rozgrzebane kijem mrowisko pełne gorączkowo biegających owadów. Wyłysiałe chodniki tłumiły odgłos kroków a blade światło migających jarzeniówek maskowało strach czający się w ludzkich oczach. ( … ) Spod tynków wyłaziły plamy uryny wyciekającej z pordzewiałych rur, przewody elektryczne przepalały się z cichym trzaskiem a futryny okien butwiały zalewane wiosennymi deszczami. Budynek rozpadał się jak pracujący w nim ludzie….”

Przestało padać, wymykam się z bramy. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na starą kamienicę. Obok drzwi tablica w narodowych barwach z napisem „Delegatura ….”. Na najwyższym pietrze trzy okna z nowymi futrynami. Za szybą, w doniczkach rachityczne kwiatki. Parskam śmiechem – jednak przetrwali wojnę i utrzymali placówkę. Ile to już lat? Trzydzieści cztery lata – Placówka trwa mimo wszystko! Chyba świat o nich zapomniał.

Na ilustracji tytułowej powódź zalewa wodowskaz

Ilustracja filmowa na temat

http://www.youtube.com/watch?v=OgV4iBQVNyU

inwestować w siebie

P4200629

Zbliża się rocznica bitwy pod Grunwaldem, która pewnie na fali wzmożenia patriotycznego rozbudzi silne emocje – szczególnie wśród mężczyzn. Rocznica wiąże się bowiem z inscenizacją bitwy, w ostatnich latach jednym z ulubionych zajęć części męskiej populacji. Miłośnicy bitew zrzeszeni są w grupach rekonstrukcyjnych, które – najczęściej z okazji politycznych imprez, inscenizują rozmaite narodowe, a głównie wojenne dramaty – poczynając od bitew, poprzez zasadzki konspiracyjne aż do banalnego pałowania z lat osiemdziesiątych. Mnie te bitwy „na niby” nie przeszkadzają mimo nacjonalistycznego, politycznego smrodku, który się nad nimi unosi. Zawsze lepiej udawać walkę aniżeli wyżynać się naprawdę. Emocje ludzkie muszą znaleźć ujście a to jest stosunkowo bezpieczny a zarazem widowiskowy zawór. Tym bardziej, że męskie, infantylne zabawy dotyczą ciekawych fragmentów historii.

Podobnie jest z bitwą grunwaldzką silnie wrytą w narodową świadomość za sprawą poczytnej ramoty – na dokładkę lektury – czyli „Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza i równie propagandowego w treści i formie obrazu Jana Matejki. Na popularyzację bitwy wpłynął też film Aleksandra Forda pod tym samym tytułem. Wielka i droga produkcja batalistyczna została zrealizowana pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, również na fali nacjonalistycznego wzbudzenia skierowanego wtedy akurat przeciw Niemcom (zachodnim) z którymi PRL wówczas nie miała nawet podpisanych układów międzynarodowych. Atrakcyjnie zrealizowany film cieszył się olbrzymią popularnością i trafiał dosłownie „pod strzechy”. Pierwszy raz oglądałem go dziecięciem będąc na wsi pod Włocławkiem, gdzie trafił wraz z kinem objazdowym. Jeszcze pamiętam emocje, które wyzwalał wśród publiki zgromadzonej w remizie strażackiej. Aleksander Ford, reżyser pochodzenia żydowskiego nie przypuszczał chyba, że wyzwolone przez niego emocje obrócą się przeciwko niemu. Kilka lat później wzmożenie patriotyczne skierowało się przeciw mniejszości żydowskiej. W ramach wymierzanie narodowej sprawiedliwości reżysera pozbawiono wszelkich funkcji w kinematografii i zakazano kręcić filmy. W 1969 roku wyjechał wyemigrował więc z kraju i po dziesięcioletniej tułaczce popełnił na Florydzie samobójstwo. Jak widać bitwa pod Grunwaldem trwa od setek lat i przybiera nieoczekiwane formy za sprawą rozmaitych koniunktur moralno – politycznych oraz propagandowych mgławic.

Ja chciałbym jednak wrócić do źródeł czyli przygotowań do batalii 1410 roku i rozpatrzyć je biznesowo czyli racjonalnie. Ciekawy materiał na ten temat znalazłem w poniedziałkowej Gazecie Wyborczej (04-07-2010). Materiał pt „Wojna to zawsze była inwestycja, ale zyski z niej czerpie wąskie grono” jest wywiadem, który przeprowadziła Sylwia Śmigiel z dr Michałem Bogackim z Zakładu Historii Wojskowej Instytutu Historii Uniwersytetu w Poznaniu. Doktor Michał Bogacki wyjaśnia wyczerpująco jakie nakłady finansowe musieli ponosić rycerze polscy, by uczestniczyć w inwestycjach militarnych, którymi były ówczesne wojny.

Sylwia Śmigiel – Ile w czasach Grunwaldu kosztowało rycerza uzbrojenie?

Michał Bogacki – W odniesieniu do tamtych czasów możemy powiedzieć, jakie ceny w ówczesnej “walucie” osiągały poszczególne rodzaje broni. I tak w XV wieku w Polsce za kompletną zbroję płacono w zależności od jej jakości od 240 do 1 440 groszy. 48 groszy stanowiło równowartość 1 grzywny, ówczesnej jednostki miary. Przykładowo 1 grzywna krakowska w XV wieku to niecałe 200 g, czyli w przypadku pieniądza ok. 200 g czystego srebra. Łatwo więc obliczyć, że zbroja stanowiła równowartość od 1 do nawet 6 kg czystego srebra!

Sylwia Śmigiel – Wtedy to było dużo?

Michał Bogacki – Na przełomie XIV i XV wieku cena jednego wołu wynosiła ok. 30 groszy. Za jedną pełną zbroję można więc było kupić od ośmiu do 48 wołów.

Sylwia Śmigiel – Sama zbroja to chyba nie koniec wydatków.

Michał Bogacki – Oczywiście, rycerz musiał kupić miecz, tarczę, kopię, konia i inne elementy uzbrojenia. Sam koń kosztował od 480 do 720 groszy. W przeliczeniu na dzisiejszą walutę za całe uzbrojenie bardzo dobrej jakości wraz z rumakiem rycerz w czasach Grunwaldu musiał zapłacić ponad 80 tys. zł. Koszt przeciętnego uzbrojenia to ok. 65 tys. zł. A pamiętajmy, że rycerz najczęściej musiał stawić się na wezwanie władcy nie tylko „konno i zbrojno”, ale również „ludno”. W Polsce przeciętny rycerz zabierał na wyprawę dwóch lżej uzbrojonych jeźdźców – strzelców wyposażonych w kusze. Przeciętny koszt uzbrojenia jednego to ponad 11 tys. zł. A to oznaczało, że uzbrojenie przeciętnego rycerza wraz z pocztem wynosiło ok. 90 tys. zł.

Sylwia Śmigiel – Samo uzbrojenie rycerza to 65 tys. zł. Za tyle teraz możemy kupić średniej klasy samochód.

Michał Bogacki – Wczasach Grunwaldu to też były spore sumy. Zamożniejszej szlachcie majątki ziemskie dawały dochód ponad 1 tys. grzywien, czyli ok. 1,5 mln zł rocznie. Najliczniejsze jednak było drobne rycerstwo. Ich majątki dostarczały ok. 200 grzywien, czyli nieco ponad 32 tys. zł. Choć nie wydaje się to mało, pamiętajmy, że rycerze nie przeznaczali pieniędzy wyłącznie na uzbrojenie, tak samo jak my nie kupujemy tylko samochodów. Oczywiście, nieliczni rycerze mogli sobie dodatkowo „dorobić”. Piastowali różne dochodowe stanowiska w ówczesnej lokalnej administracji, uczestniczyli w turniejach rycerskich.

Sylwia Śmigiel – Ale i tak pewnie lichwiarze zbijali majątek na zadłużających się na zbroję szlachcicach.

Michał Bogacki – Raczej nie. Rycerze zbroili siebie oraz strzelców w miarę własnych możliwości ekonomicznych. W niektórych przypadkach uzbrojenie przechodziło z ojca na syna. Choć – wbrew utartej opinii – rycerstwo polskie spod Grunwaldu dysponowało w większości dość nowoczesnym uzbrojeniem, nieodbiegającym jakością od tego przeciwników. Ale i tak 65 tys. zł przy dwukrotnie niższych rocznych dochodach drobnej szlachty wydaje się sumą zawrotną.

Sylwia Śmigiel – Dlaczego nie odpuszczała takich zakupów?

Michał Bogacki – Odpowiednia broń była wtedy widocznym wyznacznikiem statusu społecznego. Ale przede wszystkim w XV wieku każdy rycerz posiadający ziemię musiał mieć uzbrojenie i być gotowy na wezwanie władcy. Inwestowanie w dobrej jakości uzbrojenie leżało więc w żywotnym interesie rycerstwa. Tym bardziej że wojna była dla niego dochodowa.

Sylwia Śmigiel – Dochodowa?

Michał Bogacki – Wojna zawsze jest dochodowa, tylko z reguły zyski z niej czerpie wąskie grono osób. Wówczas byli to przede wszystkim przedstawiciele zamożniejszej szlachty pełniący np. obowiązki dowódców. Władysław Jagiełło w drugiej części kampanii 1410 roku, już po wiktorii grunwaldzkiej, nadawał ziemie na terenach państwa krzyżackiego swoim najbardziej zaufanym i zasłużonym dowódcom. Poza tym w tym czasie w Europie była spora liczba rycerzy, którzy w zamian za odpowiednie wynagrodzenie oferowali swoje umiejętności władcom toczącym wojny. Nie inaczej robili rycerze polscy, choć akurat pod Grunwaldem walczyli oni raczej z obowiązku.

Sylwia Śmigiel – Wojna to ryzykowny sposób na pomnażanie majątku. Co w sytuacji, kiedy rycerz ginął podczas bitwy?

Michał Bogacki – Rodzina pozostawała z majątkiem, jaki ten miał przed wyruszeniem na wyprawę. Ale z reguły rycerze średniowieczni częściej dostawali się do niewoli lub po prostu tracili część uzbrojenia. Polska szlachta była w dobrej sytuacji. W myśl przywileju koszyckiego z 1374 roku król w razie wyprawy poza granice Królestwa Polskiego zobowiązany był wykupić pojmanego do niewoli rycerza oraz wypłacić równowartość utraconego sprzętu.

Jak widać bitwa pod Grunwaldem była normalnym aczkolwiek nieco ryzykownym biznesem rządzącym się ekonomicznymi prawami. Warto o tym pamiętać patrząc na inscenizację. Jedno tylko wydaje się niezrozumiałe. Przecież współcześnie zbroje i miecze też kosztują. Ale przecież bitwa jest „na niby” i nie można na niej zarobić. Po co więc współcześni ponoszą te wydatki? Takie bezsensowne inwestowanie nie mieściłoby się chyba w zakutych w szyszaki głowach średniowiecznych biznesmenów. Przecież przyjemniej te pieniądze w karczmie z dziewkami przepić.

Na ilustracji inwestycja.

Na ilustracji filmowej biznesmeni w akcji

http://www.youtube.com/watch?v=J4AykGkmeCU&feature=related

wygrać słonia

P7010957

Dziś Kartka powyborcza, którą – choć to prosta robota – piszę ze znużeniem. Podobnie jak większość Czytelników jestem już zmęczony polską polityką. Zmęczony i zniechęcony, bo mam świadomość traconych wspólnie – w sensie społecznym – dni, miesięcy i lat. Nie tylko zresztą – mam też świadomość marnowanej codziennie ludzkiej energii i zdolności. Zdaję sobie też sprawę z marnotrawionych dzień w dzień publicznych pieniędzy – śmierdzących przecież naszym codziennym potem. Tyle dobrego, że polityce nie oddaję serca, nie inwestuję w nią nadziei i uczuć. Im jestem starszy, tym bardziej patrzę na publiczne sprawy cynicznie. Pewnie wpływ mają na to doświadczenia młodzieńcze do których coraz częściej sięgam grzebiąc w bezsenne noce w zakamarkach pamięci.

Nie da się ukryć, że swoje polityczne uniwersytety kończyłem w stanie wojennym. Z jednej strony była to przymusowo wbijana mi do głowy wiedza, czym naprawdę jest państwo i smak jego przemocy, a z drugiej strony wszczepione mi wówczas liberalne antidotum na autorytarny, wojskowy reżim, który za nic miał ludzką wolność. Pamiętam jakim wyzwalającym, intelektualnym odkryciem były pierwsze, rozprowadzane jeszcze nielegalnie książki Friedmana czy Hayeka. Działo się to w połowie lat osiemdziesiątych, w okresie wyjątkowo toksycznej, politycznej stagnacji. Oficjalny PRL gnił już na całego a złamana opozycja zaległa bezczynnie w kościelnych kruchtach. Te książki dla człowieka zawieszonego między jednym a drugim były jak łyk nadziei w tamtych gorzkich czasach. Nauczyłem się z nich, że wolności człowieka zagraża właściwie tylko państwo, więc „im” – ludziom państwa – nie można ufać i trzeba uważnie patrzeć na ręce. Nauczyłem się też, że gdy tłum niosą emocje trzeba trzeźwieć, dystansować się do niego dla swego bezpieczeństwa. Te proste zasady „higieny psychicznej” wobec polityki sprawdzały mi się przez całe dorosłe życie. Z tej perspektywy obserwowałem również wczorajszą elekcję, a teraz piszę kilka powyborczych uwag.

Nie chcę już męczyć Czytelników ponurymi wizjami przyszłości, więc dziś lekko i odprężająco o pozytywach wynikających z wczorajszych wydarzeń. Jeszcze nocą światowe serwisy prasowe podały, że międzynarodowe rynki finansowe z ulgą przyjęły polski wybór. To dobry zwiastun na najbliższe kilka, kilkanaście miesięcy – tym bardziej krzepiący, bo przecież nie znamy stanu finansów państwa. Na dobrą sprawę nikt ( nie licząc ludzi zadłużonych w szwajcarskich frankach ) się tym nie interesował od kilku miesięcy, więc cieszyć się należy, że ktoś daleko o naszych pieniądzach myśli, analizuje stan finansów państwa i formułuje uspokajające prognozy.

Również przywódcy ważnych dla nas państw i Unii Europejskiej wybór przyjęli z ulgą. To też budzi nadzieję, bo przez najbliższe kilka, kilkanaście miesięcy nie będziemy napotykać w naszych kontaktach z obcokrajowcami na uczucia politowania bądź zażenowania. Przez ten okres również będziemy traktowani jako społeczność w miarę racjonalna i przewidywalna. Oczywiście myślę o mniejszości, która do tego przywiązuje jakąkolwiek wagę.

Na arenie wewnętrznej, w kraju również zyskaliśmy, bo dzięki wyborowi przez najbliższe miesiące aparat biurokratyczny nie zostanie wciągnięty w wyniszczający konflikt polityczny. Czeka nas przykry okres wzajemnych obelg i niegodziwości, ale przynajmniej bez użycia państwowej przemocy. Tak więc niedzielny wybór odwlekł odrobinę symboliczny powrót chłopaków w czarnych kominiarkach.

Innym, budzącym nadzieję wnioskiem jest wyraźna oznaka destabilizacji systemu. Przykry okres gnicia i zastoju – podobny do tego z 80-tych lat ubiegłego wieku – trwa już pięciolatkę i najwyższa pora na głębokie zmiany. Niezły wynik lewicy w pierwszej turze wyborów daje temu ugrupowaniu szansę na rozłupanie prawicowego monopolu władzy w przyszłych parlamentarnych wyborach. Ta szansa zależy od tego czy lewica potrafi zdystansować się od systemu, jego języka, pryncypiów i świętości – myślę oczywiście głównie o kościele katolickim. To samo dotyczy tzw liberałów, którzy przez cały okres wyborów byli na celowniku kościelnych snajperów i na zdrowy rozum powinni w końcu otrzeźwieć z ewangelicznych zapałów. Szansa jest nikła, bo wymaga dużej odwagi i poczucia wewnętrznej wolności a trudno jest doszukiwać się tych cech u tzw lewicowców, którzy rzeźby kastrują ze strachu lub liberałów chcących na odmianę kastrować zboczeńców. No ale jest jakiś symptom nadziei tym bardziej, że szeregi rozczarowanych a nie mających jeszcze państwa w dupie rosną. To część z tych, którzy nie głosowali, głosowali skreślając obu kandydatów lub szli do urny z zaciśniętymi z wściekłości ustami, by popierać mniejsze zło.

Innym konstruktywnym wnioskiem płynącym z kampanii wyborczej jest coraz powszechniej rozumiany i akceptowany fakt, że za beznadziejną sytuację państwa, ciemnotę społeczeństwa i rozniecanie niszczących konfliktów odpowiedzialność ponosi kościół katolicki. Nie było by trwających od dwudziestu lat problemów z destrukcyjną, autorytarną Polską, gdyby nie wpływ kościoła na państwo i świadomość ludzi. Chyba jasne jest, że marzenia o modernizacji Polski podduszonej katolickim kneblem między bajki można włożyć.

Innym pozytywem najbliższych kilku, kilkunastu miesięcy jest socjalna stabilność naszego życia – w tym okresie ani nie zbiedniejemy ani się nie wzbogacimy. Z zapowiadanych hucznie reform nic nie wyjdzie, bo rząd praktycznie stracił parlamentarną większość (wieś poparła skrajną prawicę) a nowej nie ma z kogo sklecić. Dziś już tzw liberalna opcja wycofała się z przedwyborczych dyrdymał o podwyżkach dla sektora publicznego. Bolesnych cięć wydatków też nie może przeprowadzić z powodu sejmowej arytmetyki i politycznych kalkulacji – ceną za reformy byłaby całkowita klęska w parlamentarnych wyborach. Po prostu „przeczołganie się” hrabiego na urząd prezydencki nie daje tzw liberałom mandatu do niezbędnych reform. A nawet gdyby taki mandat dawało zdecydowane zwycięstwo, to zastygła od lat w inercji biurokracja i tak by ich nie zdołała przeprowadzić. Tyle, że poczucie socjalnego bezpieczeństwa nie potrwa długo. Prędzej czy później przyjdzie nam zapłacić za bizantyjskie pogrzeby, straty powodziowe, kampanię wyborczą i inne, daleko większe wydatki o których nawet nie mamy pojęcia. Ale po cholerę myśleć o przyszłości – ważne, że przez kilka miesięcy problem mamy z głowy.

Podsumowując wybory można powiedzieć, że wygraliśmy słonia z którym nie bardzo wiadomo co zrobić – oczywiście poza tym, że trzeba go karmić przez najbliższe miesiące. Słoń, choć bezproduktywny jest w miarę łagodny i to jest jego jedyną zaletą. Niewątpliwie gorszy byłby słoń zdziczały i nienawidzący ludzi. Tak więc nadal trwać będziemy w państwowej inercji, ale przynajmniej ocalimy prywatną porcelanę w kuchni – oczywiście przez kilka, kilkanaście miesięcy.

anatomia klęski

P7030993

Wczoraj część trasy wiodła przez rezerwat ścisły, więc miałem okazję obserwować pokłosie klęski ekologicznej. Nawiedzeni ekolodzy twierdzą, że to widok tragiczny, ale ja oceniam ten krajobraz pozytywnie. Po pierwsze obumarcie świerków tzw górnego regla odsłoniło przepiękne widoki. Po drugie przyroda po klęsce rozwija się niezwykle bujnie – ta witalność widoczna gołym okiem podświadomie budzi we mnie nadzieję. A po trzecie i najważniejsze obumarłe drzewa są pamiątką po błędach, które ludzie poczynili wykańczając na swoje nieszczęście wysokogórskie lasy. To jest pomnik ludzkiej głupoty i krótkowzroczności a zarazem przestroga na przyszłość. Więc dziś kartka o tym jak łatwo z chciwości i głupoty zniszczyć miejsce swojego życia, jak się na skutek tego cierpi a potem ile się trzeba napracować, by to co zniszczone odbudować.

Jak pisałem wczoraj Karkonosze do X – XI wieku były niezamieszkane. Osadnictwo skupiało się w dolinach. Góry w części dolnej, tzw reglu dolnym (500-1000 m ), były porośnięte lasami liściastymi – bukowo-dębowymi i łęgowymi. Obecnie pozostały tylko enklawy tych lasów zachowane w głębokich, cienistych dolinkach.

Regiel górny (1000 – 1250 m) zalesiony był świerkiem, jarzębina i jaworem. Większość lasów górnoreglowych uległa jednak zagładzie w wyniku klęski ekologicznej a w miejscu dawnych borów świerkowych rozciągają się obecnie rozległe halizny (na zdjęciach), z których wyrastają w niebo kikuty drzew.

Od wysokości 1200 m naturalne lasy zaczynają się stopniowo przerzedzać, wielkość drzew maleje za to rozwijają się zarośla kosodrzewiny. To górna granica lasu, której najciekawszym elementem są fantastyczne formy świerków modelowane prze wiatry i śnieg.

Jeszcze wyżej, do wysokości około 1450 m, niegdyś gęsto porastała kosodrzewina – obecnie ograniczona przez łąki (hale). Dawniej były one użytkowane przez hodowców bydła a obecnie narciarzy.

Najwyższe piętro – alpejskie porastały naskalne murawy wysokogórskie z charakterystycznym, rudziejącym jesienią sitem – skuciną.

Szczególny system przyrodniczy tworzyły kotły polodowcowe. Dominowały w nich nie znane w innych górach polskich zarośla krzewów liściastych, czeremchy skalnej i jarzębiny, z bogatym runem ziół. Roślinność kotłów jest w najmniejszym stopniu zniszczone przez człowieka.

Zamieranie lasów rozpoczęło się w Górach Izerskich pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i postępowało od górnej strefy regla górnego w dół. Później klęska dotknęła Karkonosze – w tym najcenniejsze lasy górnoreglowe. Na terenie Nadleśnictwa Świeradów obumarło 55% lasów na powierzchni 4 482 ha. Na terenie Nadleśnictwa Szklarska Poręba obumarło 29% lasów na powierzchni 3 902 ha. Widocznym znakiem tej ekologicznej katastrofy są olbrzymie bezleśne połacie stoków karkonoskich w rejonie Jakuszyc, na przedpolu Śnieżnych Kotłów, w rejonie Polany i w Sowiej Dolinie oraz pola kikutów drzew, widoczne na przykład poniżej Przełęczy Karkonoskiej czy też w dolinie Łomniczki.

P7030966

Przyczyny katastrofy były złożone i wiązały się z działalnością człowieka podjętą kilkaset lat wcześniej.

Już w XVII wieku góry objęło intensywne osadnictwo związane wydobyciem rud metali, wypalaniem węgla drzewnego i hutnictwo szkła – wymagających dużych ilości drewna. To początek trzebienia pierwotnej puszczy i rugowania z lasów buka i jawora. Równocześnie rozwijało się żywiołowo pasterstwo i zielarstwo pustosząc dawną szatę roślinną. Wyrąb lasów na potrzeby przemysłu oraz zamienianie terenów leśnych na pola uprawne i wypasane łąki przyczyniły się nie tylko do zaniknięcia wielu gatunków roślin i zwierząt, ale przede wszystkim do niemal całkowitego wytrzebienia puszczy karkonoskiej w XIX wieku. Wycięto lasy nawet w najwyższych partiach gór.

Oczywiście wytrzebienie lasów wiązało się z zagładą lub migracją żyjących w nich zwierząt. Wytępiono zupełnie niedźwiedzie – ostatni został zastrzelony w 1802 roku. W XVII i XVIII wieku zniknęły z Karkonoszy wilki, żbiki i rysie. Podobny los spotkał wielkie ptaki drapieżne – orły wyginęły w latach trzydziestych XIX wieku a puchacze na początku XX wieku. Wraz z zagładą puszczy obumierało jej poszycie, co z kolei prowadziło do zakłócenia dotychczasowej gospodarki wodne, bo grunty nie absorbowały wody. Na konsekwencje nie trzeba było długo czekać Pod koniec XIX wieku Karkonosze i ich podnóże nawiedziła seria katastrofalnych powodzi. Ogromne ilości wody z ulewnych deszczów, niczym nie hamowane, błyskawicznie przemieszczały się ku dolinom. Powierzchniowe warstwy gruntu, silnie nasycone wodą obsuwały się i zamieniały w lawiny gruzowo-błotne o ogromnej sile niszczącej. Wezbrane wody potoków zalewały i zasypywały żwirami pola uprawne, niszczyły drogi, mosty i nasypy kolejowe oraz domy mieszkalne – ginęli ludzie.

Te tragiczne doświadczenia oraz potrzeba drewna dla przemysłu celulozowego skłoniły Niemców do ponownego zalesienia gór. Wybrano najwygodniejszy wariant – zalesienie obcym i słabszym świerkiem co spowodowało wyparcie z resztek starego drzewostanu jodły. Niestety za gęste – z żądzy zysku – sadzenie drzew, brak pielęgnacji doprowadziło do kolejnych strat. Świerk sadzony za gęsto ma płytkie korzenie i niewielką koronę. Ostre, górskie wiatry zamieniały połacie tych lasów w wiatrołomy. To co pozostało stanowiło nową, obcą dla środowiska monokulturę płytko ukorzenionego świerka.

Po wojnie nie było lepiej, nadal nie prowadzono wycinek pielęgnacyjnych i bezsensownie zalesiano góry świerkiem. Mroźne zimy, suche lata, wiatry i inwazje korników coraz bardziej osłabiały system leśny.

Ostatnim gwoździem do trumny było wybudowanie w latach pięćdziesiątych kopalni i elektrowni na węgiel brunatny w rejonie Turoszowa, w zachodnich Czechach i we wschodnich Niemczech, których toksyczne wyziewy wiatry kierowały wprost na Sudety. Już na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych widać było na świerkach pierwsze chorobliwe przebarwienia igieł. Niestety nie rozpoznano ich wówczas.

W latach osiemdziesiątych słaby system leśny zaatakowała wskaźnica modrzewianeczka. To właśnie ona rozpoczęła tragiczne wykańczanie lasów karkonoskich. Za modrzewianeczką podążyli inni smakosze drewna – drwalnik paskowany, czterooczka świerkowca, polesiak obramowany, drzewożerek wielożerny …. . To co nadżarły te owady dokończył kornik drukarz, który uwielbia się rozmnażać w dekadenckich warunkach klęskowych.

W 1982 roku władze PRL uznały stan klęski ekologicznej w dawnym województwie jeleniogórskim i skierowału pierwsze, gigantyczne pieniądze na ratowanie lasów. W latach 1983-1986 dokonano największych po wojnie cięć sanitarnych. W 1988 roku dokonano z kolei największych zalesień na terenach klęskowych. Ale to nie koniec problemów – rozwijająca się populacja jelenia zaczyna niszczyć nasadzenia. Szkody czynią też masowo pojawiające się nornice rude i norniki bure. Aby młodniaki przeżyły w latach dziewięćdziesiątych wspomagane są nawożeniem mineralnym. Szkółki są modernizowane, budowane rynny erozyjne, restytuuje się jodłę i drzewa liściaste. Za cenę horrendalnych pieniędzy w 2000 roku tereny poklęskowe zostają częściowo zalesione.

Obecnie w dużej mierze za odnowę dawnej, karkonoskiej puszczy płaci Unia Europejska. Na szczęście góry stały się wartością dla całej Europy. Pisałem o tym wczoraj w kontekście remontu Ścieżki Pod Reglami. Tak więc za odtworzenie dawnej puszczy karkonoskiej płacić będą słono ci którzy ją zniszczyli – Niemcy, Czesi i Polacy. To konstruktywne podejście – pewnie dlatego nie straszą mnie uschnięte świerki pod Śnieżnymi Kotłami.

P7030970

nie pękaj Kartka

P7030992

Nocą upał, spać nie mogę, więc trochę piszę. Zasypiam nad ranem, gdy chłodnie, ale po trzech godzinach pobudka. Dziś cisza wyborcza a ja tradycyjnie gdy cisza idę w góry. Mimo dystansu do Polski za dużo syfu politycznego absorbuję – ten syf plus tygodniowy upał wykończył mnie psychicznie i muszę się odbić. Więc rankiem szybka, mocna kawa i w drogę. Tym razem biorę ze sobą minimum – portki bojówki z drobiazgami i mapą w kieszeniach, podkoszulka, praktyczny worek z demobilu bundeswehry i kij. W worku bandana, bo przewiduję skwar.

Miasto podobnie jak ja jeszcze drzemie. Na szczęście znajduję sklep – dwa piwa z lodówki, zapas fajek i sobotnia Wyborcza. Autobus mam za kilkanaście minut, więc w towarzystwie skacowanych chłopaków z ferajny wzmacniam się beczkowym Żywcem. Już lepiej, zaczynam się rozbudzać i nareszcie myśleć.

Szklarska też budzi się do życia – kupcy powoli wystawiają na chodniku podrabiane oscypki, kierpce, naszywki Z Che Guevarą. Chwilę kluczę chcą wydostać się na szlak z coraz bardziej rozgrzanego miasta. W końcu łapię znaki i w drogę – kurcze nie chce się iść, gorąco, duszno. Ale co tam. Nie pękaj Kartka – mruczę pod nosem i nabieram tempa.

P7030961

Idę Czeską Ścieżką. To jedno z najstarszych przejść przez góry. Jej historia sięga jeszcze czasów wpływów rzymskich, gdy osadnictwo zaczęło wciskać się w doliny górskie, co wiązało się z rozwojem handlu. Tereny ta zasiedlała ludność prasłowiańska, z której po okresie wędrówek ludów wykształciły się we wczesnym średniowieczu plemiona słowiańskie. Utarło się przekonanie, że tereny aż po Karkonosze zamieszkiwali Bobrzanie, ale kwestionuje je wielu badaczy, którzy twierdzą, iż Bobrzanie mieli swoje siedziby znacznie dalej na północ, zaś Karkonosze nadal pozostawały bezludne. Można zatem przyjąć, że obszar tych gór był bezludny aż do X-XI wieku. No ale ścieżka, która włażę do góry była. Jest przez naszych przodków doskonale wytyczona, urozmaicona a co najważniejsze przebija się przez cienisty las, więc kilka kilometrów w górę przechodzę bezboleśnie.

P7030998

Schronisko pod Łabskim Szczytem zapuszczone, obdrapane – nie sensu robić zdjęć. Za to hala piękna, soczyście zielona. W trawie kępy dorodnego szczawiu sprowadzonego kilkaset lat temu z Holandii, gdy w miejscu wytrzebionego lasu zakładano pastwiska dla bydła. Pod schroniskiem przypominam sobie o piwie – jeszcze chłodne, bosko zwilża zeschnięte po marszu gardło. Sprawdzam czas – nieźle, godzina marszu. Do granicy byłoby półtorej. Przypomina mi się rada mojej śp Babci – Pamiętaj Kartka, czasem tak w życiu bywa, że trzeba w jedną noc przejść przez granice. Przejdę Babciu, spokojna głowa w niebie – myślę i z satysfakcją pociągam długi łyk gorzkawego piwa.

P7030971

Już Ścieżka Pod Reglami – moja główna w dniu dzisiejszym trasa. Ominąłem ją w trakcie poprzedniej ciszy wyborczej i poszedłem górą zbaczając do Republiki Czeskiej. Dziś czas nadrobić tamtą stratę, więc ruszam kamienistą ścieżką. Ścieżka Pod Reglami jest remontowana w lwiej części za unijne pieniądze. Stosowna tablica informuje, że projekt wart jest blisko 3 miliony dwieście tysięcy złotych z czego Unia pokrywa prawie dwa miliny siedemset tysięcy. Trudno się dziwić, że projekt ten zyskał akceptację – widoki wokół bajkowe i możliwość obcowania z przyrodą jak piszą na tablicach „”właściwą dla epoki polodowcowej”. Szlak jest świeżo utwardzony, bezpieczny a nad torfowiskami rozpięto solidne drewniane mostki. Ciszę mam prawie absolutną – nie licząc świergotu ptaków. Po drodze spotykam niewielkie grupy Niemców i Czechów – rodaków jak na lekarstwo, więc nie ma brzęczenia komórek i nieustannego nawoływania się co męczy wyżej, na granicznym szlaku. Swoją drogą dziwne jest to fizyczne lenistwo rodaków, których podstawowym, egzystencjalnym stanem jest lęk o własne zdrowie. Nie rozumiem jak można bać się o zdrowie a równocześnie nie dbać o swoje ciało – choćby chodząc po górach. Ciekawy jest również brak potrzeb wyższego rzędu np. obcowania z pięknem przyrody. To ciekawa tematyka – również w kontekście politycznym – aczkolwiek nie spędza mi snu z powiek. Szczerze mówiąc im ich w górach mniej, tym mnie tam lepiej.

P7031001

Śnieżne Kotły od dołu robią wrażenie. To groźny majestat jeszcze z białymi liszajami śniegu. Jest chłodno – siedzę z pół godzin mocząc nogi w stawie z krystaliczną wodą.

P7030988

Za czarnym Kotłem Jagniątkowskim już jestem zmęczony, słodko pobolewają kostki od kamienistej drogi. Nie wziąłem nic do żarcia, więc głód skręca kiszki. Jeszcze mam jedno piwo. Jest letnie – co robić, więc wypijam ciepłą lurę przepalając Mocnym. Oczy się kleją, bo słonce wyssało siły. Kładę się więc na chłodnym kamieniu w leśnym uroczysku i słodko zasypiam.

P7031004

Wracam Petrowką, dawną drogą górniczą. Ledwie schodzę te kilka kilometrów w dół, bo aż mi mdło z głodu. Ze Szklarskiej do Jagniątkowa górą jest chyba ze dwadzieścia kilometrów. Na szczęście na rogatkach mieściny knajpa – Gospoda wedle Bucków. Ledwie do niej wchodzę na obolałych nogach. Ceny w karcie oszałamiają, ale nie mam siły szukać tańszej knajpy. Zamawiam sok z czarnej porzeczki z lodem i żur podlaski, bo szefowa kuchni ponoć lubi podlaską kuchnię. Do towarzystwa mam wyżartego rudo – białego kocura. Miłe bydlę, z charakterem – daje się za uchem drapać i w końcu dosiada się do stołu. Rozmawiamy ze sobą przez chwilę – marudzę mu o bolących stopach a on słucha i co jakiś czas mruczy współczująco pod nosem – Nie pękaj Kartka.

P7031016

Ma kocisko rację, nie ma co pękać – żur w głębokiej misce jest pyszny i sytny, gęsty od kiełbasy, mięciutkich skwarów i posiekanych po podlasku jajek. Z koszykiem chleba wart jest ceny – nie przepłaciłem. Jeszcze tylko słodkie jak ulep lody pod sklepem i wsiadam do powrotnego autobusu. Czas zerknąć w Wyborczą – myślę, lecz po chwili znów słodko zasypiam nad zasyfiałą od polityki gazetą.

Na tytułowym zdjęciu Śnieżne Kotły

cel

P7240864

Dziś kartka wspomnieniowa z Santiago, z finału mej pierwszej podróży. To zapiski moich odczuć po trzydziestu dniach męczącego marszu. Równocześnie jest to opis stanu niedosytu, którego czasem doświadczmy osiągając cel. A może zmęczenia? Nie tylko camino może wyzwolić takie uczucie – również miłość, władza czy bogactwo. Ludzkie uczucie – nie cel jest przecież ważny tylko wyboista czasem droga do niego.

…Wieczorem miasto było już inne, zwyczajne i przyjazne. Odjechały w świat autokary z niedzielnymi pielgrzymami a z ulic znikły kłębiące się tłumy. Znów był wśród swoich. Znajomi z drogi, znajomi ze schronisk. Nawet nie sądził, że poznał tak wielu ludzi. To był dobry wieczór – już nie wibrowały w nim poranne emocje. Ciągnęło go do katedry. Czuł, że świątynia czeka szeroko otwarta, opustoszała i gotowa odsłonić przed nim wnętrze. Na placu katedralnym pusto, uchylona brama zapraszała do wejścia. Wślizgnął się więc do środka. Szedł powoli wzdłuż posągów i malowideł, wzdłuż niezliczonych wizerunków Chrystusa i jego apostołów. Mijał sceny biblijne i sceny historyczne. Wpatrywał się w ludzkie wyobrażenia o życiu, śmierci i wieczności. Tysiąc lat Europy zaklęte było w murach katedry. Poczuł, że jest w sercu tego świata – poczuł, że staje się jego częścią. Jego ból stał się bólem tych, którzy przyszli tu przed nim i będzie bólem tych, którzy dopiero nadejdą. Jego samotność była samotnością innych i nic nie różniło jego pragnienia wolności od pragnień innych ludzi. Był częścią tej cywilizacji. Był elementem świata pozornie podlegającego zmianom, lecz tak naprawdę ciągle takiego samego – świata skłębionych namiętności, cierpienia, miłości i szczęścia. Pod figurą Jakuba dotknął drzewa Jessego, opuszkami palców badał wgłębienia w marmurze, które wyżłobiły dłonie milionów jego poprzedników. Złoty święty patrzył z ołtarza w przestrzeń swego domu, podniosły i obojętny. Był ponad ludzkimi emocjami, ponad ludzkim cierpieniem, miłością i nienawiścią. Był wolny, nie miał w sobie lęku. Długo patrzył w jego martwe, złote oczy. Wydawało mu się, że widzi w nich iskierki. Sam nie wiedział, czy to światło iskrzy w szlachetnym metalu, czy to błyski drwiącego śmiechu. Potem stanął w kolejce do relikwii Jakuba. Wąski korytarz pozwalał na przejście tylko jednej osobie, ale długo nie czekał. Po chwili stojąca przed nim dziewczyna z dzieckiem na biodrze odrzuciła palonego łapczywie papierosa i schylona znikła w tunelu. Szedł za nią schodami i zanim się obejrzał stanęli przed szkatułą z kośćmi. Dziecko uczepione ramion matki ciekawie patrzyło jak ona modli się cicho z pochyloną głową. Myślał co ma mu powiedzieć. Co tu myśleć? To było oczywiste. Dotknął dłonią serca i powiedział cicho – „dziękuję za wszystko”.

Powoli zmierzchało. Leżąc na wygrzanych kamieniach obserwował toczące się na placu katedralnym życie miasta. Patrzył na zabieganych facetów z teczkami, pary zakochanych, pijaków zaczepiających przechodniów prośbami o grosz na kolejną butelkę wina. Plac żył swoim życiem. Kobiety zaczepiały pątników proponując nocleg. Policjanci w żółtych kamizelkach rozglądali się czujnie. Ale on był wśród swoich. Wsparci o prawie puste już plecaki, w rozwiązanych butach postukiwali kijami o bruk. Niewiele mówili – przecież powiedzieli już sobie wszystko. Rozleniwieni ciepłym wieczorem patrzyli na dom Jakuba, który zasłaniał zachodzące słońce. Myślał o przyjaciołach, towarzyszach wędrówki. Święty, wkrótce spojrzy swymi złotymi oczami na Francuza w kapeluszu z szerokim rondem, Kati zatopioną w filozofii wschodu, Berlinera w zabłoconych butach, zapłakaną dziewczynę z Sycylii, bankiera z Teksasu, biegnącą na oślep Helenę, Izę dźwigającą siódmy krzyżyk na karku i innych idących śladem żółtych strzałek na południe. I gdy dojdą do celu, będą siedzieć podobnie jak on na placu katedralnym i śledzić zachodzące nad świątynią słońce. Oparci o ciepły piaskowiec, w rozsznurowanych dla wygody butach myśleć będą co dalej. Ważyć będą decyzje. A później ruszą dalej swoimi własnymi drogami. Przed nimi sieci autostrad i zagubione ścieżki, zatłoczone dworce i opustoszałe nocami terminale lotnisk, samotność i chwilę zbliżenia z ludźmi. I melodia owczych dzwonków dająca nadzieję, w chwili gdy już żyć nie ma siły i nie wiadomo którędy iść dalej.

Ostatnia noc w schronisku. Noc na walizkach, a raczej – na plecakach. Ludzie zbierali się do powrotu. Przejrzał swoje manele. Napoczętą tubę maści kamforowej oddał Czechowi, który zamierzał dojść jeszcze do Atlantyku. Maść przyda mu się na bolące stopy, bo do wybrzeża zostało kilka dni drogi. Opakowanie aspiryn sprezentował Angielce kaszlącej głucho na sąsiednim łóżku. Pozbył się podartych skarpet, zniszczonych podkoszulków, butelki na wodę. Zostawił tylko to, co mogło mu się przydać w najbliższych dniach. Ludzie namawiali na pożegnalną, zakrapianą kolację z owoców morza. Wymówił się grzecznie. Przecież jutro w portowych knajpach naje się do syta sardynek, ośmiornic, zupy rybnej, kalmarów i krewetek wystawionych w barowych gablotach. Autobus nad Atlantyk miał wcześnie rano, więc nie wdawał się w rozwlekłe pożegnania. Uścisnął kilka dłoni, poklepał plecy i nadstawił swoje do klepania. Nie lubił pożegnań. Chciał już być daleko od tego miejsca. Jeszcze tylko wiadomość do kraju. Napisał krótko – „Dotarłem do celu”. Potem chwila wahania czy napisał prawdę? Poprawił na – „Doszedłem do Santiago”. Nie czekał na odpowiedź. Przykrył głowę śpiworem i zasnął jak na rozkaz….”

Na zdjęciu zmierzch nad katedrą w Santiago.

kompleks kastracyjny

P7010952

Dziś trudny i przykry temat, którym jest kompleks kastracyjny tzw polskiej lewicy. Kompleks kastracyjny jest wg Freuda nieświadomym lękiem odczuwanym przez mężczyzn oraz chłopców przed utratą członka w wyniku kastracji. Skąd taka tematyka Kartki z podróży. Otóż jak podała kilka dni temu Gazeta Wyborcza Prezydent Zielonej Góry – kojarzony z lewicą – polecił dokonać kastracji rzeźby mężczyzny usytuowanej przed świeżo oddaną do użytku pływalnią miejską. Rzeźbę przedstawiającą „przeciągającą się” leniwie nagą parę zamówił prezydent miasta, ale po dopatrzeniu się u mężczyzny członka polecił rzeźbiarce dokonanie amputacji. Nieszczęsna kobieta bojąc się utraty honorarium oraz kosztów demontażu rzeźby uległa i w desperacji obcięła rzeźbie penisa. Zdjęcia okaleczonego okaleczonej rzeźby pod linkiem

http://zielonagora.gazeta.pl/zielonagora/3292000,35161,8069948.html?back=/zielonagora/1,35161,8074310,panie_prezydencie__oddajmy_rzezbie_przyrodzenie_.html

Pewnie bym pominął milczeniem ten kolejny w naszym kraju przejaw moralno-cenzorskiej gorliwości, gdyby nie to, że znam Zieloną Górę, darzę jej mieszkańców sympatią i przykro mi gdy miejska władza naraża tę zacną społeczność na śmieszność. Do napisania kilku zdań na ten temat skłonił mnie również wywiad przeprowadzony przez GW ( 30.06.2010 ) z seksuologiem, profesorem Lwem Starowiczem dotyczący wykastrowania rzeźby przez zielonogórski magistrat. Profesor Starowicz niewątpliwie jest autorytetem w sprawie traum seksualnych Polaków. Od lat pomaga ludziom okaleczonym intymnie przez obłudną moralność rodem z kruchty. Zna się więc na męskich członkach, ma pojęcie o ich znaczeniu nawet w kontekście politycznym. Bo wbrew pozorom sprawa dotyczy polityki i to nie tylko w wąskim, miejskim rozumieniu, ale szerszym – ogólnokrajowym.

Mamy za sobą pierwszą turę wyborów prezydenckich w której symboliczne zwycięstwo odniósł młody przywódca lewicy Grzegorz Napieralski. Polityk ten wbrew oczekiwaniom zebrał sporo głosów i to nie tylko ludzi starszych, pielęgnujących PRL-owskie sentymenty, ale i młodzieży zmęczonej obłudnym, klerykalnym stylem życia w naszej siermiężnej krainie. Po prostu część społeczeństwa mająca dość obyczajowej hipokryzji jak tonący brzytwy chwyciła się Napieralskiego, który swej dezaprobaty dla owej obłudy nie ukrywał. Przyznam, że miałem sceptyczny stosunek do głosowania na niego, ponieważ niejednokrotnie obserwowałem lewicowych prezydentów miast prowadzących klerykalną politykę – byli niestety „za pan brat” z lokalnymi proboszczami. Przez to pewnie byli moralnie, obyczajowo zamknięci i gorliwi w zapędach moralizatorskich jak typowi neofici. Do nielicznych wyjątków ( np. Prezydent Krakowa Majchrowski ) należeli lewicowi samorządowcy użerający się z klerem o grunty czy nielegalnie stawiane krzyże. Historia zielonogórska wskazuje, że miałem rację sceptycznie patrząc na liberalne umizgi lewicy. Na górze Napieralski snuje wizje wolnej, tolerancyjnej Polski a na dole – tam gdzie żyją ludzie – rzeczywistość skrzeczy. Nie chcę już zanudzać Czytelników refleksjami moralno – politycznymi. Oddaję głos autorytetowi, profesorowi Starowiczowi, który w wywiadzie z Mają Sawłacką pt „Czy w Zielonej Górze mieszkają same dziewice?” dokonuje wiwisekcji tej tragikomicznej decyzji politycznej.

Maja Sałwacka – Prezydent Zielonej Góry nakazał autorce rzeźby nagiego mężczyzny, aby amputowała penisa, bo dzieło sztuki gorszy ludzi. Co pan o tym myśli?

Lew Starowicz – Naprawdę kazał to zrobić? A czy ten penis jest w pochwie?

Maja Sałwacka – Nie.

Lew Starowicz – Pytam, bo tylko wtedy mógłbym to jeszcze zrozumieć. To oczywiste, że rzeźba nagiego mężczyzny przedstawia też penisa. To część jego budowy. W ogóle nie chwytam tej idei, żeby mężczyznę kastrować. Może prezydent lubi kastratów watykańskich? Penis jest częścią ciała, dlaczego mamy to negować? Dla mnie jest to niepojęte nie tylko z punktu widzenia artystycznego. Przecież jest jakaś konwencja przedstawiania nagiego ciała. Decyzja prezydenta daje bolesne przesłanie – mężczyzna ma się wstydzić tego, że ma penisa, i powinien go ukrywać.

Maja Sałwacka – Prezydent tłumaczy, że penis mógłby siać zgorszenie wśród mieszkańców.

Lew Starowicz – Przepraszam, a mieszkańcy Zielonej Góry nie wiedzą, jak jest zbudowany mężczyzna? Nie wiedzą, jak wygląda męski penis? Czy w mieście mieszkają same kobiety i do tego dziewice?

Maja Sałwacka – Spodziewałby się pan takiej decyzji od liberalnego prezydenta SLD?

Lew Starowicz – Przynależność partyjna niewiele nam tu wytłumaczy. Chodzi o mentalność, podejście do życia. Nie każdy polityk SLD jest otwarty i tolerancyjny wobec spraw seksu. Dla mnie zdumiewającą sprawą są metamorfozy polityków lewicy. W czasie kampanii wyborczej to oni są bardzo lewicowi, a kiedy obejmują stanowiska, przemieniają się w konserwatystów. I już nie widać różnicy między SLD a prawicą. Zaznaczam, że sam jestem apolityczny.

Maja Sałwacka – Skąd bierze się myślenie, że nagi mężczyzna może gorszyć?

Lew Starowicz – Sądzę, że prezydent wystraszył się miejscowych fundamentalistów albo innych organizacji katolickich, które mogłyby protestować pod pomnikiem. Mógł się obawiać, że taka akcja społeczna może osłabić jego szanse w wyborach. Podejrzewał, że naga rzeźba z penisem może wywołać ostrą reakcję ultrakatolickich stowarzyszeń. Setki pism, petycji.

Maja Sałwacka – A może prezydent nie chciał, by członka mężczyzny oglądały dzieci?

Lew Starowicz – Dzieci? Niech oglądają. Przedszkolaki już powinny wiedzieć, jak zbudowany jest mężczyzna, a jak kobieta. Czy małe dzieci nie widzą. jak kopuluje pies z suczką? W takim razie co z tymi psami trzeba zrobić? Wykastrować?

Maja Sałwacka – Może prezydent uznał, że społeczeństwo jest pruderyjne i naga rzeźba to nic innego jak obraza moralności?

Lew Starowicz – Eeee tam. Przestraszył się, że katolickie organizacje zaczną go obsobaczać i zacznie się zadyma wokół członka.

Maja Sałwacka – Polacy są pruderyjni?

Lew Starowicz – Pruderia to zachowanie pana prezydenta. Ludzie podchodzą do nagości normalnie. Myślę sobie, że do Zielonej Góry będą zjeżdżać teraz tłumy wycieczek, żeby zobaczyć ewenement na skalę kraju. Czyli jak w XXI wieku wygląda cenzura obyczajowa w dużym mieście na zachodzie Polski. Pierwszy raz spotykam się z sytuacją, gdy kastracji dokonuje się na stojącej już rzeźbie. To się naprawdę nadaje do kabaretu.

Maja Sałwacka – Jak pan interpretuje zachowania prezydenta jako seksuolog? Niektórzy mówią, że w grę mogą wchodzić utajone kompleksy…

Lew Starowicz – To typowa gra polityczna, nie ma w tym żadnej psychologii. Po prostu pan prezydent wystraszył się konsekwencji politycznych i tyle.

Maja Sałwacka – Co pan profesor doradziłby prezydentowi w tej kłopotliwej sytuacji?

Lew Starowicz – Trochę męskiej odwagi.

Nic dodać, nic ująć. Pozostaje tylko życzyć prezydentowi odrobiny męskiej odwagi. A raczej odwagi prowadzenia męskiej, lewicowej polityki – z jajami.

Lecz z życzeń chyba nic nie będzie. Wczoraj, na skutek ogólnokrajowej fali kpin prezydent spotkał się z autorką pod pomnikiem wykastrowanej rzeźby. Artystka liczyła, że prezydent zgodzi się na zamontowanie choć protezy penisa. Jednak rozmów o przyprawieniu przyrodzenia nie było. Zamiast rozmawiać prezydent wręczył rzeźbiarce koszulkę ze zdjęciem rzeźby z członkiem. Nad fotografią widnieje czerwony napis – Tylko mi tego brak!!! Nic tylko boki zrywać ze śmiechu – ręce opadają po prostu na widok tej dziecinady. Stary Freud się znów kłania. To dziecięcy kompleks kastracyjny lewicy – inaczej takiego zachowania przecież nie można wyjaśnić.

Rzeźbiarce rozmowy na temat przytwierdzenia na nowo amputowanego członka zaproponowali natomiast katoliccy fundamentaliści. Co im tam członek … . Przecież wybory samorządowe na karku. Oni już dojrzeli, ich kompleks kastracyjny po nocach nie męczy. W tym wszystkim ważna jest przecież tylko podniecająca erotycznie słodycz władzy – nawet zdobytej za pomocą członka.

Na zdjęciu tytułowym poniemiecki Neptun. Artysta, by zadość się stało XIX wiecznej moralności, ukrył jego członka pod zwojami wodorostów. Ryba leżąca między nogami dodatkowo zakrywa przyrodzenie Neptuna ogonem.

Na zdjęciu kończącym kartkę wykastrowany brutalnie aniołek z kościelnej kruchty.

P7010954

piękna bestia

P6300948

Harald Welzer – niemiecki profesor psychologii społecznej po przeanalizowaniu biografii wykonawców masowych, faszystowskich mordów z okresu II Wojny Światowej doszedł do wniosku, że w zasadzie każdy człowiek może być mordercą. W rozmowie z Piotrem Burasem (GW 29-30 maja 2010 nr 124.6942) tak wyjaśnia ten mechanizm psychologiczny.

Piotr Buras – Tytuł ostatniego rozdziału brzmi “Wszystko jest możliwe”. Pański wniosek, że każdy człowiek nadaje się na masowego mordercę, jest wstrząsający.

Harald Welzer – Dla mnie najbardziej szokujące było raczej odkrycie, jak łatwo ludzie potrafią nadać sens swojemu działaniu, nawet gdy w gruncie rzeczy uważają je z początku za niewłaściwe, złe lub sprzeczne z ich osobowością. ( … )Nie ma sytuacji, której człowiek nie byłby w stanie nadać sensu po to, by sobie z nią poradzić. Ten mechanizm jest fascynujący.

Piotr Buras - Ale czy naprawdę każdy jest do tego zdolny? Można by przecież sądzić, że to osobowość albo charakter człowieka predestynują go do zbrodniczych czynów?

Harald Welzer – Już autorzy prowadzonych po II wojnie światowej badań nad psychologią sprawców zbrodni doszli do bardzo nieprzyjemnych wniosków. Nie ma żadnych cech związanych z pochodzeniem społecznym czy geograficznym, wyznawaną religią, warunkami socjalizacji, poziomem wykształcenia, a nawet płcią czy wiekiem, które pozwalałyby na skonstruowanie profilu typowego sprawcy. Masowi mordercy nie wyróżniają się niczym. Tym samym nie ma żadnej grupy społecznej ani typu osobowości, które byłyby immunizowane na niebezpieczeństwo ześlizgnięcia się jednostki na zbrodniczą ścieżkę. Psychologiczna analiza osobowości w tej sytuacji do niczego nie prowadzi. Masowe mordy to proces społeczny, w którym ludzie odnajdują swoje role. W momencie gdy je znaleźli, nie mają problemu, by w nim uczestniczyć. Odstępstwa od tej reguły to margines. Tylko jakieś 5 proc. stanowią patologiczni sprawcy, którzy z radością i sadyzmem oddają się sprawie. W warunkach Holocaustu mogli dać upust swoim skłonnościom. Drugie 5 proc. to ludzie mający skrajnie pacyfistyczne lub humanistyczne nastawienie, które w żaden sposób nie pozwala im na zabijanie. Te skrajne postawy są o tyle bez znaczenia, że istnieją one we wszystkich warunkach społecznych. Także dzisiaj jest jakieś 5-10 proc. ludzi, którzy pod względem psychicznym odstają od większości….”

Ilustracją tej teorii może być „kariera” Irmy Grese – wiejskiej dziewczyny kompletnie zdeprawowanej przez system hitlerowskiego państwa, którą jej ofiary nazywały „Piękną Irmą”, „Aniołem Śmierci“, „Aniołem Piekieł”, „Blond Aniołem z Auschwitz”, „Hieną z Auschwitz”, „Szarą myszą”, „Królową SS” czy po prostu „Bestią”.

Irma Grese pochodziła ze zwykłej, z pozoru szczęśliwej, wielodzietnej rodziny mieszkającej w małej wiosce w Meklemburgii. Wiejska, zamknięta rodzina przeżywała jednak wewnętrzne dramaty. Jej matka, Bertha Grese, popełniła samobójstwo wypijając kwas solny, gdy dziewczyna miała 12 lat. Powodem samobójstwa był romans męża. Ojciec, Alfred Grese – z zawodu mleczarz – po trzech latach ożenił się ponownie. Jego pięcioro dzieci z pierwszego małżeństwa zyskało czwórkę przyrodniego rodzeństwa. Irma przytłoczona sytuacja rodzinną skończyła edukację w wieku 14 lat i snuła plany ucieczki z domu. Marzyła o wstąpieniu do Bund Deutscher Mädel – siedmiomilionowej faszystowskiej organizacji młodzieżowej. Sytuacja socjalna zmusiła ją jednak do podjęcia pracy. W 1938 roku wyjechała do Fürstenbergu, gdzie przez pół roku pracowała w mleczarni. Przez kolejne pół roku była urzędniczką w małym sklepie w Lychen i rozliczała sprzedaż detaliczną.

W 1939 roku, piętnastoletnia Grese rozpoczęła pracę w elitarnym sanatorium dla żołnierzy Waffen – SS w Hohenlychen. Pracowała tam dwa lata jako asystentka pielęgniarki. Po nieudanym egzaminie zawodowym zrezygnowała z tego zajęcia. Urząd zatrudnienia skierował ją znów do Fürstenbergu na stanowisko asystentki w sklepie mleczarskim. Po kolejnym oblaniu egzaminu pielęgniarskiego urząd zatrudnienia skierował ją do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, na szkolenie dla nadzorczyń SS. Szkolenie rozpoczęła 1 czerwca 1942 roku w ośrodku treningowym dla SS-Aufseherinnen (nadzorczyń). Miała wtedy 18 lat i była jedną z młodszych kobiet, ubiegających się o stanowisko strażniczki SS.

W SS Irma Grese się odnalazła. Podstawowe szkolenie ( procedury, zachowanie wobec więźniów, obsługa broni, traktowanie psów ) przeszła pomyślnie i od tego momentu stała się panią życia i śmierci setek kobiet – więźniarek Ravensbrück. Już w służbowym uniformie z trupią czaską, bronią ostrą i kijem do bicia zaczęła „specjalizować się” w kopaniu do nieprzytomności leżących więźniarek wysokimi, podkutymi butami.

Po zakończeniu stażu w Ravensbrück, na początku 1943 roku, Irma Grese złozyła nieoczekiwaną wizytę w rodzinnym domu w Wrechen. Ojciec z zadowoleniem przyjął wieści o karierze córki. Sielankę rodzinną przerwał jednak przykry zgrzyt – brat Irmy odnalazł w jej prywatnych rzeczach obozowy pistolet. Po awanturze zakończonej bójką Irma już na dobre opuściła rodzinny – wybrała Ravensbrück.

W marcu 1943 roku dobrowolnie przekraczyła kolejną granicę piekła i podejmując służbę w największym hitlerowskim obozie zagłady – Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau. Początkowo pracowała jako operator telefonu w biurze wartowni w Birkenau. Następnie przejęła nadzór nad karną kompanią, tzw. Strafkommando. Była najmłodszą nadzorczynią w Auschwitz i z entuzjazmem przyjmowała nowe obowiązki. W niedługim czasie została doceniona i na przełomie 1943 i 1944 roku otrzymała promocję na funkcję SS-Oberaufseherin.

Od maja do grudnia 1944 roku Grese jako starsza nadzorczyni SS, pracowała w części Birkenau, nazwanej „obozem C”. Na niewielkiej powierzchni stłoczono tam około 20 tysięcy polskich Żydówek, a od maja 1944 roku Żydów węgierskich. Dopuszczała się tam niewiarygodnych okrucieństw. Jak zeznawali świadkowie asystowala naczelnemu lekarzowi Auschwitz, Josefowi Mengele nazywanemu „Aniołem Śmierci” w selekcjach.

Po pełnych bestialstwa dniach odreagowywała napięcie na nocnych libacjach i orgiach z esesmanami. Była biseksualna – więźniarki w zeznaniach przypisują jej kontakty seksualne zarówno z kobietami – więźniarkami, więźniami jak i oficerami SS. Stanisława Rachwałtowa – więźniarka Auschwitz tak ją opisuje w zeznaniach. „Grese Irma, lat około 22, wzrost około 163 cm. zbudowana proporcjonalnie, ładnie. Jasna blondynka o dużej urodzie, oczy duże, niebieskie, brwi ciemne, ładnie zarysowane w łuk, rzęsy ciemne, długie, cera bardzo ładna, jasna o ładnym rumieńcu, nos proporcjonalny, usta proporcjonalne, pełne, czerwone, zęby śliczne, drobne, białe; piękna ładnie osadzona szyja. Głos miała miły, niski, nogi śliczne, stopy drobne. Była lesbijka. Do mężczyzn SS-manów odnosiła się wprost wrogo, mówiąc, ze zna dobrze ten element. Natomiast wśród więźniarek miała sympatie, gustowała w młodych, ładnych dziewczętach, specjalnie Polkach.”

Nieograniczona władza zaczęła jej mącić w głowie. W jednej z obozowych pracowni, zamawiła dla siebie celofanowy pejcz, który był lekki i z wyglądu przypominał szkło. Jednak uderzenie takim pejczem było dość bolesne – mocno splecione włókna celofanu, sprawiały, że ta z pozoru niewinnie wyglądająca broń, w jej ręku stanowi dodatkowe narzędzie tortur. Zaprojektowała tez dla siebie własny mundur, który krojem zbliżony był do oficjalnych mundurów nadzorczyń. Zwęziła dwuczęściowy komplet: żakiet i spódnicę, dopasowując do swojej sylwetki, dzięki czemu stał się on bardziej elegancki i uwypuklający jej kształty. Uniform był w odcieniu błękitu, co podkreślało barwę jej oczu.

Jak pisałem prowadziła bujne życie erotyczne – sypiała między innymi z późniejszym komendantem Birkenau Josefem Kramerem i Josefem Mengele. Największy romans przeżyła z oficerem SS Franzem Hatzingerem, kierownikiem urzędu budowlanego w Auschwitz. To właśnie on – o czternaście lat starszy, żonaty i dzieciaty – uważany był w obozie za jej wielką miłość. Jednak mimo rozładowywania napięcia seksualnego wciąż perwersyjnie maltretowała ludzi. Więźniowie w zeznaniach wspominają, że Irma Grese czerpała nieukrywaną satysfakcję ze swoich bestialskich praktyk – maltretując i mordując ludzi wpadała w stan euforii graniczący z osiągnięciem orgazmu.

Na początku 1945 roku Grese została przeniesiona do obozu Auschwitz I a w połowie stycznia tego roku ewakuowana z transportem więźniarek do Ravensbrück. W marcu trafiła do Bergen-Belsen – kolejnego i chyba najtragiczniejszego piekła na ziemi. Tym razem podążała za kochankiem Franzem Hatzingerem. W Bergen-Belsen znowu awansowała na SS-Arbeitsdienstführerin a przez jakiś czas nawet na SS-Rapportführerin. Im gorsze piekło tym szybsze awanse – w Bergen-Belsen, tuż przed wyzwoleniem umierało dziennie około 1000 więźniów. Dziesiątki tysięcy konały tygodniami w męczarniach na skutek chorób zakaźnych, głodu i pragnienia. Na kilka dni przed wyzwoleniem obozu większość więźniów nie otrzymała żadnego wyżywienia – wygłodniali więźniowie dopuszczali się aktów kanibalizmu.

W pierwszych dniach kwietnia 1945 roku II Armia brytyjska pod dowództwem marszałka Montgomery’ego wyzwaliła obóz i aresztowała esesmańską załogę. Irmy Grese nie znalazła się jednak wśród zatrzymanych. W tym czasie eskortowała transport więźniarek przepędzanych jeszcze dalej na zachód. W trakcie marszu spotykała swoją uciekającą przed Rosjanami rodzinę. Podobno ojciec próbował namówić ją by zrezygnowała ze służby, zrzuciła mundur SS i dołączyła do rodziny. Jednak już 17 kwietnia Irma Grese wraciła jakby nigdy nic do Bergen-Belsen. Przypuszczano, że chciała spotkać się z kochankiem Franzem Hatzingerem – nie wiedziała, że jej wybranek kilka tygodni wcześniej zmarł na tyfus szalejący w obozie. Wkrótce jedna z ocalałych Żydówek – Gitla Dunkelmann – poinformowała brytyjskich oficerów, że widziała Irmę Grese na terenie obozu. Esesmanka została rozpoznana i aresztowana.

Pod koniec kwietnia 1945 roku Irmę Grese, wraz z innymi członkami załogi SS osadzono w tymczasowym areszcie. Tam angielski korespondent wojenny zadał jej oczywiste pytanie – „Dlaczego robiłaś te wszystkie okropne rzeczy?”. Odpowiedziała spokojnie – ”To było nasze zadanie, by oczyścić Niemcy z wrogich elementów i zapewnić przyszłość naszemu narodowi.

Na początku września 1945 roku, Irmę Grese wraz z pozostałymi oskarżonymi przewieziono do Lüneburga. Po dwumiesięcznym procesie skazano ją na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano 13 grudnia 1945 roku, około godziny dziewiątej rano. Irma Grese była najmłodszą kobietą skazaną na karę śmierci w procesach zbrodniarzy hitlerowskich.

Miejsce pochówku Irmy Grese jest wciąż odwiedzane przez neonazistowskie grupy i czczone jako sanktuarium “Królowej SS”.

Gisella Perl, żydowska więźniarka Auschwitz tak podsumowała „Piękną Bestię” -„Była jedną z najpiękniejszych kobiet, jaką kiedykolwiek widziałam. Jej ciało było idealne, anielska twarz, oczy niebieskie i wesołe, najbardziej niewinne oczy, jakie można sobie wyobrazić. I to właśnie Irma Grese była najbardziej zdeprawowana, okrutna i wymyślna w swoim okrucieństwie ze wszystkich, jakie spotkałam.”

Tekst na podstawie Wikipedii, blogu „Schnell! Wichtige Fakten über SS-Aufseherin Irma Grese” oraz opracowania Magdaleny Rybak „Młoda królowa SS”. Poniżej linki do źródeł.

http://www.schnell.blog.pl/

http://www.pracowniaslowa.pl/artykuly/KrolowaSS.pdf

Jako ilustracja filmowa „Historia Irmy Grese”

http://www.youtube.com/watch?v=jtTL4M0Ve3Y

knebel

P7240847

Po meczu Niemcy – Anglia internauta na jednym z politycznych blogów napisał jednozdaniową recenzję: „Niemcy potrafią skutecznie pracować, ale i potrafią skutecznie strzelać gole”. Rozespany, bo było późno w nocy odpisałem żartem: „Ale tylko Niemcy w grupie. Ich grupowość mobilizuje – pojedynczo, oderwani od grupy wykazują cechy normalnych, wyluzowanych ludzi. Tyle, że długo bez grupy nie mogą. Przytłacza ich bowiem ciężar odpowiedzialności za samych siebie.” Ku memu zdziwieniu krótki komentarz stał się obiektem połajanek i uwag. Zarzucono mi, że jak domorosły antropolog społeczny stereotypowo traktuję narodowości. Czemu nie piszę podobnych opinii o Skandynawach, Włochach, Grekach, Francuzach i co najważniejsze Polakach – pytano. Do tych połajanek dawano również sugestię, że Polacy w grupie za granicą zachowują się jeszcze bardziej (od Niemców?) nieznośnie i kretyńsko. To zastanawiające, bo nie napisałem przecież, że grupowy styl życia Niemców nadaje im idiotyczny charakter. Oczywiście mam gdzieś te opinie, bo jestem pewny swego – piszę co zauważam a ideologia nie mąci mego spojrzenia. Zresztą Niemcy z którymi przeszedłem szmat drogi, a to przecież wiąże, w chwilach szczerości opowiadali mi o przemożnym wpływie grupy na ich życie. Moja niemiecka przyjaciółka, która pewnego wieczora słodko się ze mną upiła winem wytrzeźwiała w kilka sekund widząc dyscyplinujące miny członków nieoczekiwanie spotkanej niemieckiej grupy.

Uwagi, które kierowali blogowicze pod moim adresem wynikają z tak zwanej poprawności politycznej, która nakazuje dostosowywać język do pryncypiów i wymogów określonych światopoglądów. Poprawność polityczna jest de facto kneblem nakładanym na wypowiedź. To nieformalna, ale dość skutecznie egzekwowana polityczna cenzura uniemożliwiająca dialog. Problemem Polski jest to, iż poprawności politycznych jest kilka co zmusza do piszącego do męczącego slalomu między narzuconymi normami pisania.

Jedna, prawicowa poprawność każe widzieć np. w kandydacie na Prezydenta RP tego, „który realizuje testament swego brata poległego bohaterską śmiercią pod Smoleńskiem”. No i jak prowadzić normalną dyskusję polityczną z człowiekiem, który taki pogląd nosi w sercu? Rozwalenie tego zdania na czynniki pierwsze byłoby chuligaństwem emocjonalnym równym wyśmianiu popłakującego, trawionego Alzheimerem kombatanta. Zdanie to knebluje odpowiedź jak widok człowieka pogrążonego w depresyjnej żałobie.

Inną poprawnością jest poprawność klerykalna dotycząca głównie seksualności. Klerykalna metaforyka wymaga nieomal studiów językowych. Przyśnić się mogą po nocach owe „pieczary miłości” w których zachodzi (oczywiście między małżonkami) wzajemne „dawanie życia”. Z moich doświadczeń – prowadziłem takie polemiki – wynika, że dyskusja jest niemożliwa, gdy jeden mówi o „zapłodnieniu” a drugi o „poczęciu” – jeden o „zygocie” a drugi o „poczętym” albo „darze życia”. Niby jeden język a porozumieć się nie można.

Równie jadowita jest liberalno – lewicowa poprawność polityczna. W głowę zachodzę czemu moi sympatyczni kumple homoseksualiści mogą do siebie mówić czule „cześć stary pedale”, a ja muszę o nich pisać „geje”. Oni – czując obłudę poprawności politycznej – nazywają się „pedałami” a ja muszę nazywać ich „gejami”, bo mi cenzorzy poprawności politycznej wmawiać będą homofobię. Choć przecież na każdym kroku deklaruję, że obojętne jest mi z kim i w jaki sposób ludzie osiągają satysfakcję seksualną – byle by tylko sposoby jej osiągania miały dobrowolny charakter.

Podobnie jest z opisem zachowań czy grup narodowych. Opis nie powinien wyrażać stereotypu. No ale co zrobić, gdy ludzie akurat zachowują się stereotypowo. Trzymając się Niemców – pierwszej podróży do Hiszpanii przywiozłem taki obraz – „ …Niemcy to najliczniejsza i zarazem najbardziej majętna narodowa grupa pielgrzymkową w drodze do Santiago. Hiszpanie za nimi nie przepadali, bo drażniło ich okazywane bez żenady niemieckie poczucie wyższości. Pieniądz jednak nie śmierdział, więc serwowali usługi w przybytkach dostosowanych do niemieckich gustów. W tym barze wdzięczące się pątniczki obsługiwał młody kelner z bezczelnym uśmiechem żigolaka. Z południową nonszalancją serwował piwo kokietując zwiędłe Niemki i naciągając na następne browary. Ogródek piwny zaaranżowano rustykalnie: stare wozy, koła, donice, ławy z surowego drzewa i pracowicie poukładane murki kamienne. Wśród starych, bezużytecznych klamotów błyszczały nowością krzesła i plastikowe stoliki. Wszędzie higiena i czystość – aż dziw brał, że leżący w cieniu kundel nie był odlany z gipsu, podobnie jak roje much łażących po jego sierści. Obserwując tę germańską enklawę na kompletnym zadupiu Kastylii myślał, że Niemcy go zadziwiają. Z sentymentem wspominał czas wspólnej drogi z Kati i Berlińczykiem, do których potrafił się zbliżyć. Niemcy pojedynczo byli sympatyczni i mili – konie można było z nimi kraść. Jednak w grupie zamykali się i upodabniali do siebie. Gdy byli razem znikał ich indywidualizm. Stawali się bytem zbiorowym wytwarzającym wokół siebie wyczuwalne, mimo pozorów układności, granice. Niemcy dobrze wiedzieli, że nie są lubiani i chyba tak naprawdę im na tym nie zależało. Po prostu w grupie czuli się silni i bezpieczni a to im całkowicie wystarczało do szczęścia. Nie można im było zarzucić arogancji, można natomiast z czystym sumieniem zarzucić im poczucie wyższości, którym emanowali na zewnątrz. No cóż, ale na tym opierało się chyba ich dobre samopoczucie….”

Jeszcze trudniej pisać poprawnie o głębszych, kulturowych odmiennościach. W tym przypadku knebel poprawności jeszcze bardziej ogranicza swobodę wypowiedzi. Szczery opis w moim przypadku odpowiada stereotypowi – nic na to nie poradzę. Oto obserwacja z Pampeluny – również sprzed kilku lat dotycząca tym razem Marokańczyków.

…Na rogach ulic – w grupach omijanych łukiem przez przechodniów – Marokańczycy. Kobiety w galabijach i chustach a faceci w adidasach, dresach z lampasami – wszyscy z komórkami w dłoniach. Odrębne, oddzielone od tłumu niewidzialną kurtyną, klany rodzinne, klany wiejskie, struktury społeczne pustynnej Afryki przeniesione sztucznie w rejwach wielkiego miasta. Bieda, która od południa przeniknęła przez granice Unii, jakże była podobna w zachowaniu i ubiorze do biedy wędrującej ze wschodu. To ostatni szczebel łańcucha troficznego miasta – zbieracze śmieci, pomywacze ulic, sprzątacze barów i dilerzy marihuany. Ludzie potrzebni do brudnej roboty, ale izolowani. Ludzie zamknięci w swoim świecie, języku, religii i tym samym niezdolni do asymilacji. Byli tu obcy i chcieli takimi pozostać, tęskniąc w głębi duszy do rodzinnych, ulepionych z wyschniętej gliny, wiosek. Patrzył w ich uważne i podejrzliwe oczy, czując barierę nie do przekroczenia. Widział w ich oczach inny świat i cywilizację. To historia setek lat konfliktów, wojen i zbrodni tkwiąca głęboko w sercach – to bolesne rany, o których przypominały obronne mury cytadeli, krwawe obrazy w kościołach, legenda Jakuba ścinającego Maurom głowy i spalone wagony pociągów na stacji Atocha. On, Polak zagubiony i samotny w hiszpańsko-baskijskim tłumie też omijał łukiem tych wystających na rogach ulic ludzi. Patrzył na nich nieufnie jakby czekał na trzask otwieranego w kieszeni sprężynowego noża. Czy tę nieufność miał w sobie? Może po prostu poddał się nieufności unoszącej się nad ulicami. A może po prostu już nikomu nie ufał?…”

Jak więc zachowywać się wobec poprawności politycznej? Chyba trzeba ją pieprzyć i pisać po swojemu.

Na zdjęciu cienista, platanowa aleja.

upał

P6040037

Za oknem upał, czyli z hiszpańska calor. Temperatura dziś wynosi 23 stopnie, ale w najbliższych dniach ma wzrosnąć do 33 stopni. Za mną marsze w skwarze czterdziestostostopniowym i bolesne odwodnienie, więc sporo mam doświadczeń do przekazania. W czerwcu ubiegłego roku tak opisywałem calor. „ … Trzecia (?) noc zawalona. „calor” to teraz najpopularniejsze słowo. Chłopi na polach mówią mi Hola! a potem patrząc w niebo wzdychają „calor”. Na ulicach „calor”, w schronisku „calor”. Śpię w sali wraz z rowerzystami. Im też ten upał dokucza. Przewalają się na łóżkach jak wywalone na brzeg morski białe wieloryby. Ale chociaż śpią chrapiąc i posapując. Ja leżę lepki od potu i oka nie mogę zmrużyć. Co jakiś czas bulgot, to ktoś się budzi i popija ze stojącej pod ręką plastikowej butelki. Potem rozespany wlecze się do łazienki, by wysikać te resztki, których nie wypocił. Do towarzystwa mamy dwie kobiety – silne i twarde Hiszpanki. Myślałem, żeby do nich dołączyć od rana, ale wstały o 4.30 i w ciemnościach ruszyły w drogę. Ja zasnąłem tuż po ich wyjściu a wstałem o 7.30. Na dworze ciemnawo, niebo zasnuły ciemne deszczowe chmury.

W końcu deszcz. Idę szczęśliwy i moknę. Plecak zabezpieczyłem, ale sam nie chcę peleryny. Chcę moknąć a potem schnąć, gdy przestaje padać. Deszcz spływa po twarzy, rękach, ciążą wilgotne spodnie. Ale w końcu nie grzeje choć duszno i parno….”.

Jak się ratować w upał? Przede wszystkim wychładzać ciało i pić. W marszu, czyli w warunkach wysiłku fizycznego moja norma wynosiła litr wody na 10 kilometrów czyli półtorej godziny. Wody oczywiście zimnej, więc uzupełnianej po drodze, albo zamrażanej z wieczora. Wodę uzupełniałem bez problemów i gratis w barach. Oczywiście zamawiałem też kawę lub piwo. Bar pozwala też się wychłodzić. Jeśli nie ma baru, to woda z pompy wiejskiej – na pompie zwykle jest informacja czy woda nadaje się do picia. Przy pompie też można się schładzać czyli oblewać zimną wodą. Idealne do tego celu są również fontanny, deszczownie na polach i kanały irygacyjne. Trzeba korzystać z okazji i pławić się tam gdzie tylko można. Sjestę czyli czas najdotkliwszego upału najlepiej przesiedzieć w barze. Tam też można się stymulować, bo upał człowieka psychicznie rozkłada, więc potrzeba delikatnych bodźców do aktywności. Nie ma co ukrywać, że najlepszy jest alkohol. Kieliszek wina lub szklanka piwa cuci zlasowany od upału mózg i daje odrobinę energii. Piwo hiszpańskie jest lekkie i podawane w szklankach. W kraju podobny efekt daje małe, jasne czeskie. Na Estramadurze sprawdzała mi się w upały wódka. Duży kieliszek (na zdjęciu) wypełnia się w trzech czwartych lodem i zalewa to czystą – około 70 gram. Lód topniejąc rozcieńcza wódkę a wszystko to razem nieźle ożywia i co ważne nie działa napotnie. Oczywiście stymulować należy się ostrożnie, bo Hiszpanie mimo, że piją dużo nie upijają się i nie mają tolerancji dla pijanych.

W marszu w upał stymulacja też jest niezbędna, bo to cholerny wysiłek. Polecam przede wszystkim owoce – pomarańcze, nektaryny, soczyste śliwki. Wzmacniają też energetyczne batoniki i cukierki, choć za nimi nie przepadam. Niezłe efekty daje też skręt z dobrej marokańskiej czy hiszpańskiej marihuany, ale też umiarkowanie – np. jeden skręt na trzy osoby.

Co jeść w upał? Oczywiście chłodnik czyli gazpacho – hiszpańską zupę wywodzącą się z Andaluzji. Nie wymaga ona gotowania i jest podawana na zimno – jeśli nie ma czasu na jej schłodzenie, można dorzucić kostki lodu. Gaspacho składa się zazwyczaj z surowych warzyw, octu i oliwy z dodatkiem rozmoczonego, białego chleba. Niegdyś składniki gazpacho krojone były ręcznie, obecnie zazwyczaj do ich rozdrobnienia używa się miksera. Do zupy często podaje się, umieszczone w osobnych miseczkach dodatki np. okruchy chleba, drobno pokrojone warzywa, jajka, szynkę, oliwki czy orzechy, które można według uznania samemu dorzucać do zupy. Polecam świeżego ogórka i młody czosnek.

Nie jest pewne skąd pochodzi nazwa tej zupy. Przyjmuje się, że może się ona wywodzić z łaciny – od słowa caspo, czyli „drobne kawałeczki”, lub z arabskiego słowa, oznaczającego rozmoczony chleb. Nie wiadomo również w jaki sposób gazpacho dotarło do Andaluzji. Niektórzy uważają, że przybyło ono wraz z Maurami zaś inni, że pochodzi ono od Rzymian, którzy mieli zwyczaj jadać chleb namoczony w oliwie.

Jedną z popularniejszych odmian gazpacho jest odmiana andaluzyjska zwana gazpacho andaluz, oparta na pomidorach, najlepiej bardzo dojrzałych i miękkich, do których dodaje się zazwyczaj ocet, oliwę, czosnek, paprykę, zielony ogórek i chleb. Gazpacho występuje też w innych odmianach -

Salmorejo cordobes z prowincji Cordoba – oparte głównie na pomidorach, oprócz warzyw zawiera również szynkę i jajka, nie zawiera dodatku wody;

Gazpacho tostado – podawane na ciepło, zawiera dodatek pomarańczy lub soku pomarańczowego

Ajo blanco ze wschodniej Andaluzji – nie zawiera pomidorów, składa się między innymi z migdałów zmielonych z czosnkiem, oliwą i chlebem.

W warunkach polskich można z powodzeniem przygotować ten aromatyczny i pikantny chłodnik z pomidorów, papryki i ogórków. Oto podstawowy przepis.

Dwie kromki białego chleba namoczyć w wodzie. Z kilograma pomidorów odłożyć dwa a resztę sparzyć, obrać ze skórek i pokroić w ćwiartki. Dwa ogórki i po dwie czerwone i zielone papryki pokroić w kostkę. Odłożyć 1/3 pokrojonych ogórków, papryki i dokroić do tego pozostałe dwa pomidory. Pozostałą część rozdrobnić w mikserze wraz z obranymi pomidorami, czosnkiem (ze 3 ząbki), cebulą, rozmokniętym chlebem, wodą ( np. pół szklanki), oliwą (ze 3 łyżki), octem z białego wina (ze dwie łyżki) i łyżeczką pasty pomidorowej. Tak przygotowaną mieszankę doprawić mocno do smaku solą i pieprzem. Nalewać na miseczki i udekorować pozostałymi warzywami, młodym czosnkiem i ziołami. Schłodzić i podawać z grzankami, usmażonymi wcześniej patelni na rozgrzanej oliwie z oliwek. Do tego np. jajko na twardo pociachane w kosteczkę. Palce lizać w upalne dni!

Jako ilustracja filmowa hiszpański przepis na gaspacho.

http://www.youtube.com/watch?v=wH-iKs_b470&NR=1

dwie kobiety

dzi

W nowych Wysokich Obcasach (26 czerwca 2010 nr 25(578)) Aleksandra Lipczak przedstawia fascynujący portret dwóch kobiet wplątanych w burzliwą historię XX wieku.

Bohaterkami opowieści są Wanda Morbitzer i Hanka Klemensiewicz – przyjaciółki związane ze sobą od dzieciństwa i czasów szkolnych, córki zacnych krakowskich rodów. W latach dwudziestych ubiegłego wieku Hanka wyjechała do Paryża studiować botanikę i rolnictwo. Po ciężko odchorowanej grypie „hiszpance” lekarz zalecił jej rekonwalescencję na Riwierze. Poznała tam katalońskiego przedsiębiorcę Eduarda Rodona, w 1927 roku wzięła z nim ślub i przeprowadziła się do Barcelony. Wanda studiowała wówczas nauki polityczne na UJ i marzyła o karierze dyplomatycznej. W 1931 roku polski konsul honorowy w Barcelonie zrzekł się godności i jego obowiązki przejął mąż Hanki – Eduardo Rodon. Za radą żony zaproponował prowadzenie biura Wandzie.

Pierwszym z obowiązków nowej sekretarz konsulatu mieszczącego się przy ulicy Fontanella 10, tuż obok placu Katalońskiego było dokonanie spisu tzw kolonii polskiej. Większość Polaków mieszkających wówczas w Barcelonie to Żydzi uciekający przed antysemityzmem, poborem wojskowym oraz polskie Żydówki pracujące w burdelach dzielnicy Bario Chino – obecnie El Raval. Dziewczyny te pochodzące z warszawskiej biedoty albo galicyjskich sztetli stanowiły całkiem pokaźną grupę pracownic domów publicznych z których słynęła Barcelona – od czasu wystawy światowej w 1929 roku europejska stolica seks biznesu. Oczywiście obok pracy socjalnej z prostytutkami i gdańskimi marynarzami, którzy na skutek opilstwa spóźniali się na swoje statki konsulat prowadził też normalne działania integrujące barcelońską polonię i ułatwiające jej adaptację.

W 1934 roku Wanda bierze ślub z zamieszkałym w Barcelonie Anglikiem Harrym Vernonem Tozerem – z zawodu inżynierem a z zamiłowania lalkarzem. Są zgodnym małżeństwem prowadzącym otwarty dla przyjaciół i potrzebujących dom.

W czasie wojny domowej obie przyjaciółki czują się bezpiecznie. Status obcokrajowców i status konsulatu chronią je przed represjami. Ciężkie czasy nastają wraz z wybuchem II wojny światowej. Barcelona jest dogodnym miejscem do ucieczki z ogarniętego wojenną pożogą kontynentu, więc zalewa ją fala polskich uchodźców. Pojawia się między innymi syn Prezydenta Mościckiego z ciężarówką pełną perskich dywanów. Całe to towarzystwo chce jak najprędzej zwiać tam gdzie bezpiecznie, ale póki co konsulat, mimo braku funduszy, musi im zapewnić prowizoryczne lokum.

Po kapitulacji Francji rozpoczyna się przez Pireneje ewakuacja do Hiszpanii polskich żołnierzy – uciekinierów z obozów jenieckich – którzy chcą dostać się do Wielkiej Brytanii. Jednak rząd Franco – pozornie neutralny – związany jest cichym sojuszem z hitlerowcami, więc wyłapywani żołnierze trafiają do obozu koncentracyjnego w Miranda de Ebro. Konsulat mimo braku funduszy organizuje efektywną sieć pomocy tysiącom uchodźców, choć na skutek niemieckich nacisków jest na okrągło inwigilowany przez frankistowską policję polityczną. Na szczęści w 1941 roku obie przyjaciółki zaczynają otrzymywać regularną pomoc finansową od rządu londyńskiego. Pozwala to na stworzenie już profesjonalnej siatki przerzutowej i wywiadowczej – wynajęcie melin, zakup garderoby, wyżywienia, lekarstw i fałszywych dokumentów. Za ratujący życie adres „Ciotki”, bo taki pseudonim przyjęła Wanda, na czarnym rynku w Marsylii trzeba zapłacić 400 franków. Wanda jest już wtedy matką maleńkiej córeczki.

W 1942 roku konfident, syn słynnego polskiego pułkownika demaskuje podziemną sieć. Zaczynają się aresztowania i Wandę namierza hiszpańska policja. Konsul brytyjski wywozi ją do położonego pod Barceloną sanatorium przeciwgruźliczego, gdzie udając wariatkę dekuje się dziewięć miesięcy. W przeddzień swego zaocznego procesu ( skazano ją na 18 lat więzienia i deportację ) ucieka do Portugalii. Tam, w ośrodku dla polskich żołnierzy pod Lizboną, bez jakichkolwiek dokumentów i kontaktu z dzieckiem czeka na kapitulację Niemiec. Jej obowiązki w konsulacie przejmuje Hanka.

Tuż po zakończeniu wojny Wanda, znów konspiracyjnie wymyka się z Portugalii i przez Paryż wraca do Barcelony. Jej wyrok zostaje uchylony w dopiero 1947 roku, ale policja przestaje ją nękać. Po klęsce Hitlera rząd Franco zaczyna dbać o reputację i chcąc poprawić swój wizerunek na arenie międzynarodowej przyjmuje na swoje terytorium pokrzywdzonych przez wojnę. W kwietniu 1946 roku do Barcelony zawija statek z grupą 35 polskich dzieci z obozu przejściowego w Salzburgu. Później dołącza do nich kolejne kilkadziesiąt. To ofiary programu „Lebensborn”. Dzieciaki odebrane rodzicom lub osierocone były wcześniej poddawane germanizacji w ramach adopcji przez niemieckie rodziny. Po wojnie alianci odebrali je i za pomocą Czerwonego Krzyża starali się ustalić ich prawdziwe nazwiska i odszukać rodziny. Wanda jest już wtedy przedstawicielką PCK w Barcelonie i łącznikiem w sprawach dziecięcych między Madrytem i Londynem. Wobec tradycyjnego już problemu braku pieniędzy zostaje też ich opiekunką.

Sieroty spędziły w Barcelonie 10 lat. Aleksandra Gruzińska, dziś profesorka literatury i języka francuskiego na Uniwersytecie w Arizonie tak wspomina Wandę, która opiekowała się nią przez ten czas – „To była święta i świetna osoba. Była naszym dobrym duchem. (…) Mądrze kierowała naszymi losami. Mnie wysłała do szkoły handlowej, czego nie mogłam jej wybaczyć, bo kochałam literaturę, filozofię, historię … .To z jej biblioteki pochodziły moje najważniejsze lektury. Ale wiedziała, że musi nam zapewnić przyszłość.”

W nieuznającej PRL Hiszpanii konsulat działał jako reprezentacja Rządu RP na uchodźstwie. Wanda i Hanka przez wiele lat nie mogły nawet marzyć o wizytach w kraju, co znosiły ciężko, bo wiązało się to z rozłąką z rodzinami. Po nawiązaniu przez Franco kontaktów dyplomatycznych z PRL (1968 rok) konsulat został zamknięty. Nie oznaczało to jednak separacji przyjaciółek. Wanda zajęła się prowadzeniem zagranicznej korespondencji dla Rodaflor, wytwórni suchych kwiatów, która powstała z inicjatywy Hanki. Zmarła po ciężkiej chorobie w 1990 roku.

W grudniu 2008 roku na zaproszenie Konsulatu Generalnego już wolnej Polski i urzędu miasta Barcelona odbyło się spotkanie dwudziestoosobowej grupy „polskich dzieci” dorastających po wojnie w tym mieście. Stało się to za sprawą artykułu Jose Luisa Barberii, który wywołał prawdziwą lawinę. W ciągu pół roku nawiązano kontakt z dziećmi, wydano książkę i zorganizowano spotkanie. Wanda pośmiertnie otrzymała Złotą Odznakę PCK za opiekę nad dziećmi, którą odebrała jej córka.

Szczegóły tej pasjonującej historii oraz równie interesujące poboczne wątki w najnowszych Wysokich Obcasach – wkrótce w wersji elektronicznej.

dlaczego Hiszpania?

P7140741

W wielu komentarzach blogowych zakamuflowane jest bądź jasno stawiane pytanie dlaczego pisząc teksty o różnych sprawach porównuję zazwyczaj problemy polskie do hiszpańskich. Odpowiedź jest prosta – wybrałem taką tematykę blogu. Los tak chciał, że zacząłem pisać kartki w trakcie wędrówki przez Hiszpanie jak również korzystam z tekstów napisanych wcześniej – po swej pierwszej podróży. Hiszpania fascynowała mnie zresztą od lat. Wpływ na to miały hiszpańskie filmy. Pracę maturalną (swój pierwszy ważny tekst) pisałem na temat twórczości Luisa Bunuela i Carlosa Saury – wówczas reżyserów o marce światowej. Ich twórczość w znaczeniu politycznym, antyklerykalnym i obyczajowym pozwalała mi zrozumieć Polskę lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Na pewno też wpływa dziś na moje widzenie współczesności. Tak więc Hiszpania od lat była krajem moich marzeń co się zresztą sprawdziło, bo tam – wśród Hiszpanów – leczyłem sińce, podnosiłem zgięty kark i godziłem się ze światem, gdy poobijany i skulony uciekałem z kraju. Złego słowa na Hiszpanię nie mogę więc powiedzieć.

Ale wrócę do analogii między Hiszpanią a Polską, bo przecież do tego nawiązują moje teksty. Paweł Machcewicz i Tadeusz Miłkowski w „Historii Hiszpanii” (Zakład Narodowy imienia Ossolińskich – Wydawnictwo Wrocław 2009) też nie ukrywają swojej fascynacji tym krajem. Mało tego – snują podobnie jak ja historyczne analogie. Tak odpowiadają na pytanie dlaczego warto po polsku pisać historię tego kraju i porównywać losy tych oddalonych od siebie społeczności.

Polska, podobnie jak Hiszpania leżąca na kresach Europy, w XVI wieku stała się jedną z największych europejskich potęg. W tym czasie Hiszpania przeistoczyła się w pierwsze imperium światowe. W ciągu następnych wieków Polska i Hiszpania doznały bolesnego regresu – przeistoczyły się w zacofane, peryferyjne kraje Europy. Bardzo pouczająca dla współczesnych Polaków może być analiza przyczyn upadku ówczesnej, imperialnej Hiszpanii.

Hiszpanię dziewiętnastowieczna rewolucja przemysłowa objęła znacznie później i w mniejszym stopniu aniżeli w przypadku krajów przodujących w tej dziedzinie. Po drugiej stronie kontynentu znajdowały się kraje Europy Wschodniej, które stanęły wobec tych samych problemów – peryferyjności i zapóźnienia w stosunku do europejskiego centrum ekonomicznego, politycznego i kulturowego. Obserwowanie podobieństw i różnic w cywilizacyjnym zagrożeniu jakim było zacofanie staje się podstawowym problem, gdy snujemy analogie. Hiszpania w XIX wieku była państwem, które musiało uporać się z ostateczną degradacją z roli europejskiego mocarstwa do rangi peryferyjnego kraju, na którego los wpływ miały inne państwa. Los obszedł się z Hiszpanami łaskawiej niż z nami – utraciliśmy własne państwo. Ale świadomość zapóźnienia, słabość i peryferyjność była podstawowym wątkiem myślenia hiszpańskich elit. Prowadziło to do rozmaitych koncepcji unowocześniania kraju, pogoni za Europą jak również zamykania się w odrębności Hiszpanii, która ich zdaniem zamiast imitować inne narody powinna iść własną drogą. Podobne postawy i dylematy to jeden z głównych wątków sporu, który toczył się w Polsce i którego echa słyszymy współcześnie.

W XX wieku Hiszpania i Polska zostały poddane odgórnej modernizacji – w obu przypadkach sterowanej przez państwo. Z jednej strony był to prawicowo autorytarny – model pozostający jednak w ramach gospodarki rynkowej, a z drugiej model komunistyczny – demolujący reguły wolnego rynku. O ile w przypadku Hiszpanii modernizacja była udana i przybliżyła kraj do najwyżej rozwiniętych państw europejskich o tyle w przypadku Polski owa modernizacja zakończyła się spektakularną klęską. W latach trzydziestych ubiegłego wieku Polska i Hiszpania znajdowały się na zbliżonym poziomie rozwoju społeczno – gospodarczego. Dystans między krajami od lat pięćdziesiątych pogłębiał się – Polska pogrążała się w stagnacji a Hiszpania doznawała burzliwego wzrostu gospodarczego. W 1989 roku – gdy upadł u nas komunizm oba społeczeństwa dzieliła już dochodowa przepaść.

Innym wątkiem do snucia porównań jest sposób uwalniania się od autorytarnych reżimów. W obu przypadkach było to przejście ewolucyjne, pokojowe i wynegocjowane. Hiszpańska transformacja była na tyle atrakcyjna, że stanowiła inspirację dla solidarnościowych elit. Myślę oczywiście o elitach z 1989 roku a nie ich późniejszych, autorytarnych popłuczynach.

Oczywiście to tylko kilka tematów do dyskusji o podobieństwach Polski i Hiszpanii. W kartkach poruszam często tę tematykę – choćby sprawy katolickiego dziedzictwa obu krajów i politycznych kłopotów, które się z tym ciężarem wiążą czy konieczność decentralizacji władzy. Gdy piszę życzliwie o hiszpańskim stylu życia czy osiągnięciach nie chodzi mi o to by wpędzać Czytelników w kompleksy. Wydaje mi się, że porównania są zarówno ciekawe jak i pouczające. Zdaję sobie również sprawę, że na skutek głębokich kompleksów Polacy często z lekceważeniem traktują Hiszpanię porównując się raczej do Niemców, Brytyjczyków czy Amerykanów – zazdroszczą im, czasem nienawidzą a jednak tęsknią za tymi – niemożliwymi w naszym przypadku – sposobami życia. Tęsknią i oddają się „doganianiu” tych oddalonych od nas o lata świetlne cywilizacji. Polacy wciąż kogoś „doganiają” choć Niemcy, Brytyjczycy czy Amerykanie nikogo gonić nie musieli – po prostu normalnie, po swojemu żyli. Owo „dogonienie” jest niemożliwe tym bardziej, że w polskich realiach zamienia się w bezładną i kosztowną społecznie gonitwę – jeden burdel czyniący z życia udrękę.

Ale mimo tych wyraźnie akcentowanych opinii część naszego społeczeństwa Hiszpania pociąga. Dowodem na to jest spora i dobrze zakotwiczona w tym kraju emigracja czy choćby idea camino zyskująca wciąż nowych sympatyków. I nie chodzi w tym przypadku o możliwość dorobienia się, „dogonienia” co raczej perspektywę spokojnego, miłego i udanego życia. Jak mawiają Hiszpanie – „życie ma się tylko jedno i trzeba przeżyć je pięknie”. Niestety ta dewiza tu się raczej nie sprawdza – prawdziwa jest tylko w Hiszpanii. I o tym piszę snując analogie. Może tą mozolną drogą do moich rodaków dotrze ta oczywista życiowa maksyma, która mówi, że by żyć porządnie i z satysfakcją nie trzeba nikogo „doganiać” z wywieszonym jęzorem. Wystarczy tylko dobrze myśleć o ludziach, wykazać trochę realizmu, solidarności a przede wszystkim zrozumienia dla wspólnego celu – oczywiście jakiegoś sensownie, wspólnie i zgodnie wybranego.

Na zdjęciu hortensje pod ścianą hiszpańskiego domu.

Syn Gromu

P7240865

El camino o de Santiago czyli pielgrzymki do Santiago de Compostella miały we wczesnym średniowieczu podstawowe znaczenie dla utrzymania chrześcijańskiego charakteru Hiszpanii poprzez otwarcie jej na europejskie wpływy, oraz zapewnienie udziału europejskiego rycerstwa w rekonkwiście półwyspu w części opanowanego przez Arabów.

Znaczenie grobu św Jakuba, zwanego przez Chrystusa z racji popędliwości Synem Gromu wynikało z tego, że było to jedyne w zachodniej Europie miejsce spoczynku osoby z jego najbliższego otoczenia. Pierwsze informacje o pobycie św Jakuba w Hiszpanii pochodzą od Beata de Liebana (776). Domniemany grób został odkryty w 813 roku. Niedługo potem, za pomocą protekcji Karola Wielkiego papież Leon III uznał autentyczność relikwii. Karol Wielki został tez pierwszym właścicielem kości Jakuba. Według przekazów miejsce spoczynku Apostoła miała wskazać gwiazda i dlatego pierwszą zbudowaną tam kaplicę nazwano Miejscem Gwiazdy – Compostella (zhispanizowana nazwa łacińska). W 860 roku Ordono I pokonał nieopodal Clavijo oddziały muzułmańskie. Jak głosi legenda decydujące znaczenie dla zwycięstwa miało pojawienie się na polu bitwy św Jakuba na koniu i w rycerskiej zbroi. Od tego wydarzenia hasłem bojowym hiszpańskich chrześcijan stał się okrzyk Santiago y cierra Espana (Na świętego Jakuba! Zewrzyj szyki Hiszpanio)

Już na początku IX wieku wiadomości o cudach czynionych przez Jakuba były znane we Francji, pierwsi zaś pielgrzymi włoscy przybyli do Santiago w połowie tego samego wieku. Szlak pielgrzymkowy zorganizowano w 855 roku. Dwadzieścia lat później zbudowano w Santiago pierwszą bazylikę zniszczoną w 997 roku przez Almanzora. Najważniejsze szlaki pielgrzymkowe wiodły z Francji – Paryża, Vezelay i La Puy. Te trzy drogi spotykały się koło wąwozu Roncesvalles. Inne szlaki prowadziły przez Arles, Montpellier i Tuluzę do przejścia przez Pireneje w Somport. Istniał też kantabryjski szlak dla pielgrzymów brytyjskich rozpoczynający się w Irun. W XI wieku papieże postanowili zmienić kierunek pielgrzymkowy prowadzący przez Bizancjum do Jerozolimy na ziemie podległe kościołowi katolickiemu. Dlatego zmodernizowano szlak pielgrzymkowy do Santiago budując mosty, schroniska i szpitale. Ruta Jacobea (Szlak Jakubowy) ułatwił rozpowszechnianie się w Hiszpanii nowych prądów religijnych i artystycznych. Wzdłuż camino wznoszono zasiedlane przez imigrantów frankońskich miasta, które posiadały własne prawa.

W XII wieku powstał Codex Calixtinus, którego część była przewodnikiem a zarazem słowniczkiem dla pielgrzymów – pierwszym tego rodzaju dziełem od czasów rzymskich.

Tak to się wszystko burzliwie zaczęło. Burzliwy początek mitu wyczuwa się i dziś w atmosferze camino.

Dzisiaj więc kartka o poranku na szlaku (Logrono) i spotkaniu z Jakubem – takim jak go widziano w XIII wieku. Tekst powstał kilka lat temu – jeszcze trakcie okupacji Iraku przez nasze wojska ale już po wyprowadzeniu stamtad oddziałów hiszpańskich przez premiera Zapatero.

„ … Wczesny świt, za oknem szarówka. Znów gruźlicze kasłanie, szmer ściszonych głosów i błyski latarek w mroku. Ostrożnie zsunął się z łóżka. Zerknął na Berlinera. Niemiec twardo spał zwinięty w kłębek. Szkoda go budzić, zresztą po diabła mu kompan na kacu i ranne mitrężenie czasu. Ważne, by jak najszybciej wydostać się ze śmierdzącej stęchlizną i rozkasłanej sali. Więc po omacku wzuł wilgotne buty na nogi, plecak zarzucił na grzbiet i w drogę. Za bramą to co zwykle – pierwszy rzut oka na niebo, chmury i pytanie, które zadawał sobie każdego ranka: „czy będzie lało?” Wiatr energicznie przetaczał chmurzyska w kierunku Pirenejów, co nie zapowiadało uciążliwej mżawki. Na wieży katedry obudziły się bociany. Stały w gnieździe trzepocząc skrzydłami, jakby się przeciągały po dobrze przespanej nocy. Zbierały siły do lotu nad śpiącymi jeszcze ulicami miasta, na których – w śmietniczyskach – czekały smakołyki wzgardzone przez ludzi. Nie śpieszył się z wyjściem na pola. Miał chęć na kawę a bary po drodze pozamykane były jeszcze na głucho. Czekając na ich otwarcie łaził więc po ulicach i mijał nielicznych, zaspanych przechodniów, którzy skuleni w chłodnej wilgoci poranka, zawieszeni jeszcze między snem a jawą, chronili w sobie ciepło domu i pościeli. W końcu, w zaułku na uboczu, trafił na otwartą knajpę jak przystań dla zagubionych dusz. Za sennie było na rozmowy. Ludzie zajmowali się sobą: szeleściły gazety, brzęczało szkło filiżanek i kieliszków, w powietrzu snuły się smugi dymu z pierwszych porannych papierosów. Milczący barman odgrywał, do wtóru syczącego ekspresu do kawy i grającej dzwonkami kasy, swój wyuczony poranny spektakl – kawa, wódka, ciastko, kawa, wino, ciastko… Bilon wysypywany bez słowa na blat baru dźwięczał jak takty melodii. Wpatrzony w telewizor, sączył cafe solo z podwójną porcją cukru. Trwała niekończąca się relacja z niedalekiej wojny. Obraz nużący swą monotonią – codzienne zdjęcia trupów, krwawych resztek ludzkich noszonych na prześcieradłach przez rozkrzyczanych ludzi. Chłopcy w dresach i z nażelowanymi włosami krzyczeli do kamery grożąc trzymanymi w rękach kałasznikowami. Inni w mundurach i hełmach mierzyli do tłumu z karabinów snajperskich. Rozsadzone wraki samochodów i stosy gruzu na miejscach domów. Zmywana z ulic strumieniami wody gęsta od upału krew a może benzyna z roztrzaskanych baków. Nudna relacja, bez początku i końca, włączana i wyłączana w dowolnym momencie pilotem przez faceta zza baru. Po prostu jakiś dźwięk i obraz z tła, jak sącząca się z głośników wyciszona muzyka. Hiszpanów już na tej wojnie nie było, więc stracili dla niej zainteresowanie. Relacje były krwiste, bo wojskowa cenzura nie wycinała drastycznych obrazów okrucieństwa. Hiszpanie nie musieli się już uspokajać sami przed sobą milczeniem i niewiedzą. Dawno przestali być żandarmem nie swoich ziem. Mądrzy dawnym doświadczeniem pozostawiali innym, głupszym i gorliwszym, policyjne ekspedycje i sny o imperialnej potędze. Oderwał oczy od migoczącego ekranu i skinął na barmana dłonią – „Jeszcze jedna cafe solo z podwójnym cukrem przyjacielu”. Ekspres znów kusząco zasyczał i zniknął w kłębach pary. Nie chciało mu się iść, przeciągał tę chwilę jak potrafił.

Z centrum miasta szedł w kierunku rzeki Ebro. Po drodze pomnik Jakuba gromiącego Maurów. Święty wojownik na koniu był alegorią nieokiełznanej wolności i zwycięstwa indywidualizmu. Jego oszalały w walce ogier z wyeksponowanym ogromnym kutasem, pełen żądzy seksu i śmierci, symbolizował całą istotę iberyjskiej męskości. Był jak sakralne uzasadnienie przemocy i gwałtu. Śmierć, namiętność i wolność – Jakub był apostołem tych uczuć. To nie święty z sentymentalnych „Żywotów”, gnący kark i klęczący na obolałych kolanach z posypaną popiołem głową. Nie było w Jakubie posłuszeństwa i strachu, nie było w nim pokory niewolnika. To święty zbuntowany i rewolucyjny – święty śmierdzący krwią, potem i spermą. To Syn Gromu, jak mówił o nim Chrystus. Magia i wybuchowa siła była w jego świętości. Patrząc na pomnik pierwszy raz zwrócił uwagę na namiętności wyzwolone w Jakubie. Pomyślał, że święty wyzwalał je również w ludziach. Wyzwalał? Raczej sakralnie uzasadniał to co w ludziach zawsze było – podsycał i pozwalał płonąć ogniowi namiętności. Święty wojowników i tych co szukają samotnie. To nie był apostoł chłopów trzymanych w posłuszeństwie – poddanych totalitarnego państwa, trybików pordzewiałej społecznej maszyny. Patrzył na jego pomnik i podświadomie czegoś szukał. Patrzył i słuchał jakby chciał dosłyszeć ponad hałasem ulicy dźwięk dzwonków prowadzących go dotąd Drogą. …”

Część historyczna tekstu na podstawie Historii Hiszpanii Miłkowskiego i Machcewicza.

sposób myślenia

P9050254

W 2001 roku pracowałem w regionalnej administracji ciesząc się samodzielnym stanowiskiem z właściwie zerową odpowiedzialnością. Płacili byle jak, ale za osiem godzin pisania decyzji i nadzoru nad budżetowymi inwestycjami to i tak było dużo. Zresztą gdyby doliczyć do wypłaty tzw „trzynastki”, nagrody i bony na święta narodowo – kościelne to złego słowa na Mateczkę – Biurokrację – Ojczyznę nie można było powiedzieć.

Życie biurokraty jest nudne i właściwie sprowadza się do trwania. Jedyną rozrywką są romanse biurowe albo spektakularne uwolnienie emocji na na zalewanych litrami alkoholu imprezach integracyjnych. Poza tym nuda – 7.30 podpisanie listy, 15.30 stanie na pozycjach startowych do wyjścia. Jeszcze cebulowy zapach sałatek jarzynowych przynoszonych z domu do pracy w słoiku, gorzki smak ekscytującego papierosa wypalanego potajemnie w kiblu i monotonne brzęczenie radia ukrytego wśród stosów papierów.

Nie miałem źle, bo umiałem pisać. Mało tego, pisałem chętnie intuicyjnie chcąc wyzwolić się z kostycznego stylu i drylu językowego administracyjnych decyzji. Pisałem więc przemówienia na różne okazje. Na pliku komputerowym zebrałem tych rzewnych przemówień kilkadziesiąt. Do tej pory mam na kompie tekst – „Iruś i dzieciaczki – napisał kapitan Kozłowski pędzony na katyńską rzeź… „. Ponieważ świąt cmentarnych u nas nie brakuje fraza o kapitanie Kozłowskim żegnającym się z żoną Iruś i dzieciaczkami, którego wymyśliłem na poczekaniu kreśląc na kolanie przemówienie rozpoczynała też przemówienie o wyzwoleniu Oświęcimia, masakrze grudniowej w 1970 roku i wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Przemówienie było wygłaszane jak sobie przypominam przy różnych okolicznościach chyba czterokrotnie i za każdym razem nikt ze słuchających – chodziło o to samo grono – nie zorientował się iż rodzinny dramat kapitana Kozłowskiego już wcześniej przeżywał.

Moje zdolności do pisania na poczekaniu bzdetów zostały rychło docenione. Rząd katolika Krzaklewskiego i protestanta Buzka wślizgując się w tyłek kościołowi wymyślił politykę prorodzinną. Przypomnę, że chodziło o to, by ludzie zaczęli się rozmnażać czerpiąc inspirację do owego rozmnażania z polityki państwa. Administracja państwowa wtedy była jeszcze sensowna i daleko jej było do obecnego idiotyzmu więc twardo opierała się na ekonomicznych realiach. Jasne było, że system produkcji, wyzysk i powszechna bieda odstręcza ludzi od przypadkowego czy planowanego dziećmi seksu. Więc, by coś zrobić równocześnie nic nie robiąc, by wypełnić zlecone przez rząd zadanie zlecono mi napisanie raportu o położeniu socjalnym rodzin. Podchwyciłem ten pomysł z zadowoleniem ponieważ pozwalał na oderwanie się od codziennej, biurokratycznej nudy.

Pieniędzy na badania oczywiście nie było – budżet administracji pochłaniają głównie płace biurokratów, więc mając na uwadze swoje apanaże nawet o nie nie prosiłem. Zacząłem szukać źródeł. Niewiele mi pomogły uświęcone tradycją formularze Głównego Urzędu Statystycznego – tzw MPiPS 01(bezrobocie) i MPiPS 03(pomoc społeczna) – kreowane jako wskaźniki politycznego sukcesu. Zakres fałszerstw dokonywanych w tych dokumentach od góry do dołu zakłamuje obraz rzeczywistości. Ponieważ nikt się moją robotą nie interesował sięgnąłem głębiej – do badań instytucji międzynarodowych. Tu już inny obraz – czarny – społecznej kondycji. Ci, którzy pożyczają pieniądze starają się widzieć świat jakim jest.

Ale pesymistyczny obraz dotyczył Polski jako całości a miałem przecież przygotować opis życia rodzin w regionie. I wtedy jak z nieba spadła mi pierwsza edycja badań profesora Czapińskiego pt „Diagnoza Społeczna – Warunki i jakość życia Polaków”. Przerycie tego opasłego tekstu zawierającego setki tabel i wskaźników zajęło mi kilka miesięcy. Czytałem i trawiłem te wstrząsające dane – myślałem o nich po nocach. Cyfry zestawień przekładałem na codziennie widziane obrazy – na smród brudu, nędzę, biedę, choroby, prymityw i głupotę zachowań społecznych. Przez te kilka miesięcy układałem sobie w głowie na nowo obraz świata w którym żyję. Potem napisałem raport. Przyjęto go życzliwie – pewnie dlatego, że był gruby, więc nikomu nie chciało się go czytać.

Diagnozę profesora Czapińskiego przeczytał też Wiesław Walendziak – młody i ambitny polityk prawicowy, który został szefem sztabu wyborczego ówczesnego Premiera Buzka. Przeczytał i zrezygnował ze stanowiska, bo zdał sobie sprawę, że wyborów obiektywnie nie może wygrać w takiej sytuacji społecznej. Walendziak zrezygnował z ambicji politycznych – odszedł robić pieniądze w prywatnej korporacji.

Ja nie zrezygnowałem jeszcze wtedy z bezsensownej pracy – nie miałem jeszcze odwagi więc wybrałem półśrodek i urwałem się do Hiszpanii. Ale te kilka miesięcy odkrywania, wyłuskiwania Polski z tabel statystycznych tkwiło we mnie jak zadra. Wydłubałem ją spod obolałej skóry dopiero po powrocie. W Hiszpanii zrozumiałem w czym uczestniczę. Oczywiście wydłubałem pisząc, bo nic tak jak zdania nie pozwala racjonalizować emocji.

„ … Wioska jeszcze spała w niedzielne przedpołudnie. Szli przez nią radośnie, ciągnąc za sobą po bruku okute kije. Hałasem budzili mieszkańców i drzemiące w cieniu ścian kudłate psy. Mężczyźni, z którymi szedł, byli Baskami. Dwaj kumple świeżo na emeryturach, którzy pierwszy raz w życiu wybrali się do Santiago. Mówili mu, że raz w życiu trzeba przejść drogę. Nigdy by nie pomyślał, patrząc na ich czerstwe twarze i szczupłe sylwetki, że tyle już mają za sobą życia. Spytali o zawód. Zawstydził się i zamilkł. Co im odpowiedzieć? Czy ma odpowiedzieć tym Baskom, trzymanym twardo pod butem hiszpańskiego państwa, że jest urzędnikiem innego państwa? Że jest łańcuchowym psem państwa tresowanym do trzymania ludzi w posłuchu? Czy zrozumieją, że czuje się jak celnik opisany w Piśmie, który stracił wiarę w to co robi? A może nigdy tej wiary w sobie nie miał? Przecież był urzędnikiem w stanie rozkładu, podobnie jak w stanie rozkładu było państwo, od którego brał pieniądze za służbę. Wynajęli go do pisania analiz, mówiących co się z ludźmi dzieje – jak myślą i żyją, jak się godzą z losem, o czym marzą i co najważniejsze – jak będą głosować. Miał pisać bez przymiotników, sucho i lakonicznie. Miał pisać w oparciu o dane wynikające ze statystyk, w oparciu o krzyżyki w rubrykach ankiet i niezdarne zakreślenia podanych z góry odpowiedzi. Najczęściej pisał o odtrąconych, których rzesza rosła i mogła zagrozić systemowi rozsadzając go od środka, jak ciśnienie w kotle podgrzewanym bez końca. Wierzył w statystykę, więc pisał o życiu ludzkim studiując tabele. Pisał o strachu wyglądającym z matematycznych wskaźników – pisał o tym uczuciu pierwotnym, snującym się po ludzkich mieszkaniach, korytarzach biur, halach fabrycznych i ulicach miast. Pisał o niechęci z którą ludzie rankami otwierali oczy, o skurczonych żołądkach, drżących dłoniach i bezsennych nocach. Pisał o lękliwych mdłościach i ślepej wściekłości pozwalającej zabić obelgą, kamieniem albo pomówieniem. Wiedział o czym pisze, bo czuł co kryje się pod cyframi tabel i jaka tajemnica życia zaklęta jest w statystykach. Pisał przecież o sobie. Sam był odtrącony, czuł się przecież od lat jak uchodźca we własnym kraju. Był uchodźcą, był wykluczony – tylko sam jeszcze nie wiedział, czy stało się tak z konieczności, czy z własnego wyboru. Odtrącony, ale bezpieczny, bo ukryty za maską psa pilnującego państwowego porządku. Kto by się domyślał, patrząc w oczy psa jazgoczącego na łańcuchu, jakie myśli zwierzę w sobie kryje? Kto nad tym się zastanawiał omijając z daleka psa i jego obsraną zagrodę? Więc pisał analizy i sprawozdania o ciśnieniu rozsadzającym kocioł. Czekał samotnie na eksplozję wiedząc, że i tak nikt jego przepowiedni nie przeczyta – były po prostu zbyt smutne. A teraz szedł w pełnym słońcu i zastanawiał się co odpowiedzieć Baskom. Nic nie odpowiedział, zmilczał to pytanie. Nie nalegali. Widać zrozumieli, że miał powody, by na ten temat się nie rozgadywać….”

Na zdjęciu pobocze drogi w Pais Basco – oni przynajmniej wiedzą czego nie chcą.

ojczyzna? obczyzna?

P9100315

Zainspirowany historią miłości, o której wczoraj pisałem, nocą zaplanowałem tekst o tym jak po dramacie emocjonalnym pozbierać się do kupy i odzyskać apetyt na kolejne miłosne dramaty. Niestety, tekst dotyczyłby bolesnych wiwisekcji a więc byłby dołujący. Nie miałem więc jasności czy w tych trudnych czasach Szanowni Czytelnicy mają zdrowie, by zagłębiać się w tego typu tematykę. Mimo że zebrałem nocą materiał nie byłem do końca przekonany co do mego wyboru. Jak zwykle w takich sytuacjach los podpowiedział mi co zrobić.

Rankiem, w dopiero co kupionej Polityce (Nr 26 (2762) z 26 czerwca 2010) wypatrzyłem kolejny tekst poświęcony emigracji. Temat jest na czasie, bo kto z nas nie myśli czasem o podróżach, zmianie środowiska, emigracji, zostawieniu w pierony tutejszych bzdurnych problemów i rozpoczęcia wszystkiego na nowo. Tym razem w Polityce Justyna Sobolewska „rozmawia” ze Sławomirem Mrożkiem. Tytuł wywiadu brzmi „I tylko Mrożka brak”. Napisałem „rozmawia” w cudzysłowie, ponieważ tego wywiadu nigdy nie było. Sławomir Mrożek bardzo rzadko udziela wywiadów, więc Justyna Sobolewska złożyła wywiad jak puzzle z jego różnych wypowiedzi zawartych w książkach uzyskując doskonały efekt kompilacji. Oto fragmenty „wywiadu”.

Justyna Sobolewska: Wrócił pan, żeby znów wyjechać w 2008 roku do Nicei. Mieszkał pan we Włoszech, we Francji, w Niemczech, w Stanach. Swoje wyjazdy tłumaczył pan niemal obsesyjną potrzebą wolności.

Sławomir Mrożek: Jednym z moich sekretów, które dopiero dziś mogą pójść do archiwum, było poczucie obcości dręczące mnie w Polsce od dzieciństwa. Obcość, a więc nieprzystosowanie, więc strach. Że w pewnym okresie byłem uznawany za superpolskiego pisarza, takiego prawie do kotleta schabowego i Kościuszki to tylko sukces mojej mimikry, choć i nie tylko, bo było w tym także dręczące drążenie mojego koszmaru, zabiegi magiczne, zaklinanie. Byłbym obcy gdybym się urodził gdziekolwiek. Ale w Polsce szczególnie trudno jest być obcym.

Dlatego uciekłem z Krakowa, żeby nie być „nasz”, jedną z postaci jak wieża mariacka nasza. Swojskość, klawość, kolesiowatość, w tym wszystkim rozmywa się jakoś głupkowato wszystko, przede wszystkim odpowiedzialność osobista. Jaki nasz, co za nasz? – pytam. Czy ktoś przeżyje za mnie moje życie? Czy ktoś mi pomoże poradzić sobie ze sobą? Dlatego gdy swojsko ale obco, czuję sytuację czystszą psychologicznie i odpoczywam.

Justyna Sobolewska: Wielokrotnie sportretował pan Polaka za granicą, który nie wie, kim jest. Jan Błoński pisał, że nasza tożsamość jest bardziej zbiorowa niż jednostkowa i dlatego ten polak musi udawać heroicznego bohatera prześladowań. Dzisiaj żyjemy w innym świecie ale znowu nasze cierpienia wystawiamy na pokaz. Tak jak na pana rysunku, na którym jedna postać skacze po drugiej krzycząc: Ja cierpię!

Sławomir Mrożek: W opowiadaniu „Moniza Clavier” pojawia się postać (Polak), której jedynym argumentem jest to, że został pobity. Obchodzi towarzystwo, „O, o. Wybili, panie tu wybili, trzonowego też wybili, ja panie zaraz pokażę”. Otwiera okno, ta głowa w oknie się ukazuje, do wnętrza, palcem dziąsła podważa, „wybili, wybili” powtarza, nudzi. Tamci na fortepianie grają, dyskusję prowadzą, a on wiecznie „O, o, Wybili, tu wybili, o, o”.

Justyna Sobolewska: Bohater „Monizy” nie wie, kim jest, więc dla bezpieczeństwa podaje się za Rosjanina. Kieruje nim lęk. Czego Polacy pana zdaniem bali się i boją się nadal?

Sławomir Mrożek: Boją się niewątpliwie wszyscy razem i każdy z osobna, w różnych odcieniach i nasileniach, od niepewności do obawy, od strachu do paniki. I nie czują się dobrze. Od niezadowolenia do rozgoryczenia, stamtąd do nienawiści i amoku. Od rozdrażnienia do histerii. Jeżeli więc nie ma obiektywnego powodu, żeby aż tak się bać i tak źle czuć, to jakiś powód ku temu musi jednak być. Otóż Polacy boją się samych siebie i siebie nawzajem. I słusznie, że się boją, więc ja też się boję.

Cytowany wyżej fragment wypowiedzi Sławomira Mrożka przypomniał mi przygodę, którą przeżyłem we wrześniu ubiegłego roku w San Sebastian – w kraju Basków. Tak opisałem to zdarzenie na blogu:

…San Sebastian mnie odpręża, trudno być spiętym w tak ślicznym mieście. Znika gdzieś uczucie zagrożenia. W kolejce do informacji turystycznej słyszę rozmowę po polsku. To dwie pary – wyglądają na małżeństwa – nieco starsze ode mnie. Widać, że to dorobieni, odprężeni ludzie na wakacjach. Mówię – „Dzień dobry, miło usłyszeć polski …”. Nie zdążyłem dokończyć zdania, gdy mamrocząc „pardon, pardon …” uciekli. Po prostu wyrwali z kolejki i zwiali. Osłupiałem i w pierwszym momencie zrobiło mi się głupio. Co ja im zrobiłem, że uciekli po pierwszych słowach? Tak jakbym chciał wyrwać im portfele z kieszeni … . Może wyglądam jak upiór? No ale wyglądam normalnie – co prawda mokry od potu, ale opalony, ogolony. Ta dziwna neurotyczna reakcja nie daje mi spokoju. Idę deptakiem wzdłuż plaży i zamiast podziwiać secesyjne detale San Sebastian myślę o ludziach, którzy wystraszyli się swojego własnego języka. A może to jednak nie o język, ale o mnie idzie. Robię próbę – wybieram zacną kawiarenkę pełną starszych ludzi. Kładę pod ścianą plecak, kij i zamawiam piwo. Uśmiechy, „Hola, Hola!, „Buenos Dias”, ciu ciu ciu ciu. Kobieta zdejmuje torebkę z blatu stolika – mam gdzie usiąść. Nikt nie ucieka – mało tego, jest jak zwykle bardzo miło. Więc czemu ci ludzie uciekli z informacji turystycznej? Nie wiem.

Czasem czynię sobie wyrzuty, że krytycznie piszę o Polsce, Polakach i społeczeństwie, które tworzą. Powinienem będąc tu mieć te sprawy w dupie. No ale jak można pisać dobrze a nawet zmilczeć po takim incydencie jak dzisiejszy. To jest dopiero paranoja – uciekać na dźwięk swojego własnego języka. No ale tę alergię na własną mowę i ludzi mówiących po Polsku przecież przywieźli tu właśnie z Polski. Tam się tego nauczyli. Tam mówiąc po polsku czuli się zagrożeni przez mówiących po polsku. Język budzący strach – nic dodać, nic ująć….

Pamiętam, że podniósł mnie wtedy na duchu komentarz, który przysłała mi z Ameryki WandaTX. Wanda tak mi wyjaśniła tę sytuację:

Kartko, takie reakcje spotyka się wszędzie i po jakimś czasie przestaje nawet dziwić, choć zawsze jest nieprzyjemnie. I ciekawie, też się sobie przyglądam po takim incydencie – och, może moje dżinsy nie były dość markowe, och – torebka wytarta świadczy o braku zamożności, a może brak makijażu a może a może…i przestałam się odzywać, kiedy słyszę polski w sklepie.

Przyznam, że od przyjazdu do kraju, od wielu miesięcy też niewiele się odzywam – głównie piszę. W sklepach podobnie jak Wanda milczę. I czuję, że chyba niedługo ucieknę jak te dwie pary w San Sebastian na dźwięk polskiego języka.

Całość „wywiadu” ze Sławomirem Mrożkiem w najnowszej papierowej polityce, a wkrótce w wydaniu internetowym.

Na zdjęciu zamglona plaża w San Sebastian.

czekaj mnie

PB100058

Czekaj mnie, a wrócę zdrów

Tylko czekaj mnie

Gdy przekwitną kiście bzów

Gdy naprószy śnieg

Czekaj, gdy kominek zgasł

Żar w popiele znikł.

Czekaj, gdy nikogo z nas

Już nie czeka nikt,

Wokół plastikowo i sztucznie, więc dziś kartka przypominająca o prawdziwym życiu – wojnie, miłości i słynnym wierszu.

Konstantin Simonow napisał „Czekaj mnie” w trakcie klęski armii rosyjskiej na początku wojny – latem 1941 roku. Wiersz miał charakter osobisty i nie był przeznaczony do publikacji, ale poeta deklamował go żołnierzom na froncie i wkrótce „Czekaj mnie” zaczęło żyć niezależnym od woli poety życiem. Wiersz przedrukowały setki gazet, krążył w milionach odpisów wśród żołnierzy i cywilów, a wkrótce stał się tekstem przebojowej piosenki. Jego słowa przechowywano w kieszeniach jak talizman a refren wypisywano na czołgach i ciężarówkach, tatuowano sobie na rękach. To najsłynniejszy wiersz wojenny frontu wschodniego. W 1942 roku Simonow napisał scenariusz do filmu „Czekaj mnie” w którym główną rolę zagrała jego wielka miłość Walentina Sierowa – kobieta, dla której latem 1941 roku kuląc się pod ostrzałem w okopach zadedykował właśnie ten wiersz.

Czekaj, gdy po przejściu burz

Nie nadchodzi wieść,

Czekaj, gdy czekania już

Niepodobna znieść.

W przededniu wojny, w lipcu 1939 roku początkujący pisarz Konstantin Simonow wziął ślub z Żenią Łaskiną z którą studiował w instytucie literackim. Ich romans trwał wcześniej kilka miesięcy – Simonow był wtedy jeszcze żonaty z Natalią Tipot, również koleżanką ze studiów. Osiem miesięcy po ślubie Żeni i Konstantinowi urodził się syn Aleksiej. Wkrótce po jego narodzinach pisarz został korespondentem wojennym pisma „Bohaterska Armia Czerwona”, które wysłało go na front wojny rosyjsko – japońskiej. Simonow w trakcie bitwy pod Chałchyn – Goł po raz pierwszy widział przerażający obraz walki. Ponieważ cenzura wycinała dziennikarskie opisy postanowił prawdziwy obraz wojny oddawać w poezji.

W 1940 roku zakochał się w Walentynie Sierowej, aktorce i wschodzącej gwiazdce rosyjskiego filmu. By wtedy jeszcze człowiekiem nieśmiałym i kostycznym, więc jego zabiegi o względy aktorki były odrzucane. Kochał ją jednak mocno, więc postanowił zmiękczyć jej serce tym co najlepiej mu wychodziło – poezją.

Czekaj mnie, a wrócę zdrów

I nie pytaj gwiazd

I nie słuchaj trzeźwych słów

Że zapomnieć czas

Niech opłacze matka, syn,

Gdy zaginie słuch

Gorzkie wino w domu mym

Niech rozleje druh.

Walentina Sierowa była młoda i piękna, ale jej przeszłość kryła wstydliwą tajemnicę. Gdy miała 13 lat jej ojciec Wasylij Połowyk, inżynier budownictwa wodnego został aresztowany podczas czystki. Dwa lata po wyjściu na wolność, w 1935 roku aresztowano go ponownie i skazano na osiem lat łagru na Wyspach Sołowieckich. Matka Walentyny wiedząc, że historia ojca może jej uniemożliwić karierę starannie kryła przed nią historie rodzinne i wielokroktnie zmieniała nazwiska.

W 1935 roku Sierowa wstąpiła do Komsomołu i niebawem zwróciła na siebie uwagę Aleksandra Kosariewa – sekretarza generalnego tej organizacji. Została jego kochanką i dzięki protekcji rozpoczęła karierę artystyczną. Jednak Kosariew w ramach kolejnej stalinowskiej czystki został aresztowany i wkrótce rozstrzelany co zaciążyło na jej karierze. Tym bardziej, że kochanek w trakcie brutalnego śledztwa obciążył ją donosem. Od śmierci wybawiło ją małżeństwo, tym razem z lotnikiem Anatolijem Sierowem – człowiekiem z panteonu sowieckich bohaterów. Małżeństwo było udane. Sierow – bohater wojny domowej w Hiszpanii – był dobrze uplasowany w sowieckich elitach, więc świeżo poślubieni wiedli dekadencki żywot uczestnicząc w nocnych przyjęciach na Kremlu. W pierwszą rocznicę ślubu doszło jednak do tragedii – Sierow zginął w tajemniczym wypadku lotniczym. Cztery miesiące później Walentina urodziła syna. Jako żona bohatera miała zapewnioną opiekę władz i otwartą drogę do kariery filmowej.

Za mój cichy wieczny sen

Kielich pójdzie w krąg

Czekaj – i po kielich ten

Nie wyciągaj rąk.

Latem 1940 roku Simonow był już do szaleństwa zakochany w Sierowej. Wdowa jednak nie odwzajemniała jego uczuć. Trzymała na dystans pisarza – człowieka przecież żonatego i mającego syna w tym samym wieku co jej syn. Simonow nie należał zresztą do typu mężczyzn do których słabość miała Sierowa. Był natrętny, poważny i oschły – brakowało mu wdzięku i pewności siebie właściwej ludziom sukcesu – będącym na świeczniku. Podczas pierwszej próby sztuki napisanej dla Sierowej pt „Chłopiec z naszego miasta” pisarz spytał aktorkę co o sztuce myśli. Walentina bez ogródek odpowiedziała mu, że to „gówniana sztuka”. Pisarz jednak nie zniechęcał się zasypując ją prezentami i wierszami.

Czekaj mnie, a wrócę zdrów

Śmierci mej na złość.

Jak do prawdy pojąć im,

Że we krwawej mgle

Ty czekaniem cichym swym

Ocaliłaś mnie.

Simonow poszedł na wojnę z fotografią Walentiny Sierowej na sercu – w górnej kieszeni munduru. Miłość i walka go pochłonęły – wkrótce przestał pisać do żony i syna. Wojna dostarczył mu tematów i jego talent rozkwitł. Wiersz dla Sierowej „Czekaj mnie” – o kochankach rozdzielonych wojną rozsławił go na całą Rosję, zapewnił wpływy i fortunę. Walentyna nadal jednak odrzucała jego miłość. Swoje uczucia lokowała gdzie indziej. Najpierw wdała się w przelotny romans z synem Stalina, a potem na zabój zakochała się w przystojnym bohaterze wojennym generale Rokossowskim, którego poznała gdy leczył rany w moskiewskim szpitalu. Zazdrosna żona Rokossowskiego dowiedziawszy się o romansie wpłynęła na Stalina, by przerwał miłosną historię. Przywołany do porządku Rokossowski zakończył romans. Upokorzona zawodem miłosnym Sierowa zaczęła łaskawszym okiem patrzeć na Simonowa. Zresztą dzięki sławie i fortunie stawał się dla niej coraz bardziej atrakcyjniejny. Zawsze pociągali ją mężczyźni wpływowi i znani, którzy mogli ją chronić przed konsekwencjami „niewłaściwego” życiorysu. Dzięki wpływom Simonowa zaczęła dostawać główne role w filmach i sztukach. Zaczęła też z nim sypiać, ale wciąż twierdziła, że go nie kocha. Potrafiła być dla niego oschła i okrutna. Raz kazała mu nawet doręczyć list miłosny Rokossowskiemu.

Pobrali się dopiero w październiku 1943 roku. Żeniąc się z Walentiną Simonow wciąż był mężem Żeni Łaskiny, choć porzucił ją trzy lata wcześniej. Uroczystość ślubną zorganizowano w wielkim pośpiech i z udziałem tylko kilku gości – między innymi córki Stalina Swietłany i jego syna Wasilija. Zaraz po ślubie Simonow wyjechał na front. Z wyjątkiem dwóch krótkich spotkań na froncie Briańskim i pod Leningradem małżonkowie nie widzieli się do końca wojny. Potem też osobno żyli – w dwóch mieszkania, ale w tym samym moskiewskim domu. Walentyna zaczęła dużo pić, całe dnie bywała pijana. Wielokrotnie zdradzała męża – podobnie zresztą jak on ją. Mieli jedno dziecko, które urodziło się dopiero w 1950 roku.

Ot i sekret, ot i znak

Co w sekrecie tkwi

Że umiałaś czekać tak,

Jak nie czekał nikt.

Problemy małżeńskie związane były chyba z tym, że wojna odmieniła Simonowa. Awansowany w 1942 roku na podpułkownika zaczął zachowywać się z wdziękiem i swobodą. Lata wojenne były chyba najszczęśliwszym okresem w jego życiu – uformowały go. Dzięki wojnie nauczył się panować nad nerwami i udowodnił samemu sobie, że się nie boi. Zyskał też pewność siebie w kontaktach z kobietami. Miał wiele kochanek do których należała Marina Czeczniewa, as lotniczy i bohater związku sowieckiego. Według jednej z jego późniejszych kochanek Simonowa pociągały szczególnie kobiety w mundurach. Lubił uprawiać miłość na hitlerowskiej fladze, którą zdobył na froncie.

Na ilustracji dźwiękowej Konstanty Simonow deklamuje „Czekaj mnie”

http://w279.wrzuta.pl/audio/0vRtAMGqVQS/konstantin_simonow_-_czekaj_na_mnie_po_rosyjsku

Na ilustracjach filmowych Simonow na wieczorze autorskim oraz „Czekaj mnie” jako frontowy szlagier.

http://www.youtube.com/watch?v=Uq_SOPH8Zys

http://www.youtube.com/watch?v=q1uX_B_Ow7s

Tekst na podstawie książki „Szepty – życie w stalinowskiej Rosji” Orlando Figesa wydanej przez Wydawnictwo Magnum w 2009 roku w Warszawie.

oszczędzać na zapałkach, wydać na wódkę

P6180942

Chciałem dziś uniknąć tematu wyborczego, ponieważ to już nudne jest i Czytelnicy pewnie mają dość – na dokładkę często nawiązuję w tekstach do polityki. Mało tego – mam wrażenie iż nie dorastam do tej tematyki, bo mój tradycyjny, publicystyczny sposób pisania o naszej polityce wydaje się „ślizganiem się” po tej tematyce i chyba nie oddaje istoty zagadnienia. Niestety nie mam talentu Fiodora Dostojewskiego i nie potrafię zarówno wniknąć w mroki duszy polskiego wyborcy jak i opisać panującego w niej ponurego chaosu. Ale w jazgocie wyborczym zainteresował mnie jeden – pozornie marginalny – temat. Chodzi mi o mylne prognozy wyborcze zaprezentowane wczoraj w mediach. Już nocą zaskoczyła mnie rozpiętość prognozowanych wyników – od kilku do kilkunastu procent. Rano, po wstępnych obliczeniach komisji wyborczej blamaż prognostyczny ujawnił się już w całej, żenującej okazałości.

Jak sądzę błędy instytutów badania opinii społecznej dotyczyły niedoszacowania elektoratu tzw „zwykłych ludzi” głosujących na narodowo – socjalistyczną prawicę czyli pis. To zaskakujący błąd ponieważ od lat wiadomo, że część tego elektoratu nie ujawnia swych preferencji. Głosowanie na tę polityczną opcję nie jest przecież wyrazem poglądów politycznych, ale symptomem neurotycznego stanu psychicznego w związku z tym naturalne jest – nawet w anonimowym badaniu – okłamywanie ankieterów na kogo się głosuje lub odmowy odpowiedzi. Głosowanie na pis jest dla części jego wyborców związane z sytuacją lękową i stąd wywodzi się strach przed wyimaginowaną zemstą np. „układu”, „obcych”, „onych” z tytułu wyboru. Na zakłamanie tych ludzi wpływa też poczucie wstydu za wybór. W tym drugim przypadku działa mechanizm chroniący „zakazaną” intymną przyjemność. Po prostu ludzie nie ujawniają publicznie pewnych skłonności – np. przyjemności czerpanej z sycenia się pornografią czy wyrywania muszkom nóżek. To w kontekście wyborów nie zaskakuje, bo przecież akt wyborczy również może być źródłem tego typu doznań – np. słodyczy zemsty na „onych” czy wstydliwej rozkoszy oddania się charyzmatycznemu Prezesowi.

Z tłumaczeń szefów instytutów badawczych, które nocą wprowadziły w błąd publikę wynikało, że aż siedem procent respondentów odmówiło ankieterom odpowiedzi na pytania o dokonany wybór i to miało być główną przesłanką fałszująca prognozę. Na fiasko tych badań – jak wyczytałem – wpłynęła również ich forma. Przeprowadzono je mianowicie za pomocą sondy telefonicznej. W tym przypadku nie trzeba już zanurzać się w ciemnej topieli psychiki tzw „zwykłych ludzi”. Sądzę, że naturalną reakcją człowieka na natrętne telefony od instytucji, których nazwy nic mu nie mówią, jest chęć spławienia natrętów – sam kończę obcesowe, telefoniczne indagacje dość brutalnie i szybko. Trudno więc się dziwić, że wyniki badań przeprowadzonych w ten sposób były takie a nie inne.

Czy można było uniknąć blamażu? Oczywiście – wystarczyło pomyśleć i przyłożyć się do pracy a więc wystawić przed punktami wyborczymi kompetentnych ankieterów a przede wszystkim zwiększyć badaną próbę. Większa próba pozwoliłaby na minimalizację błędu. No ale to o czym piszę kosztuje a więc zmniejsza zyski show biznesu wyborczego. Tak więc – jak trafnie zauważyła M z którą rano rozmawiałem o wyborczej nocy – zaoszczędzono na zapałkach, by wydać na wódkę. Nic dodać, nic ująć – mieliśmy nocą szampańską zabawę a rano przykrego kaca. Mówiąc po męsku – pieniądze wydane na badania poszły się jebać. Pocieszające jest tylko to, że za prognostyczny blamaż zapłacą media uprawiające oszukańcze dziennikarstwo. Coś jest sprawiedliwego w tym, że trafił swój na swego. Nie pierwszy raz oszczędzano na zapałkach by wydać na wódkę. Przypomnę tylko oszczędności na samolotach i szkoleniu pilotów lub oszczędności na obiektach hydrotechnicznych czy banalnych melioracjach.

Wyborcza wpadka z prognozami wydaje mi się bardziej istotna aniżeli wynik samych wyborów. Jest to bowiem efekt kolejnej prowizorki, z którą mamy do czynienia w ostatnich miesiącach. Właściwie sekwencja blamaży, katastrof i plag, które dotykają w tym roku naszą pszenno-buraczaną krainę wydaje się nie mieć końca. To tak jakby Opatrzność postanowiła nam wreszcie wystawić rachunki za nasze ulubioną życiową i społeczną dewizę „jakoś tam będzie”. Ja w wierzę w Opatrzność, więc mam wrażenie, że jednak „nie będzie”.

Teraz kilka słów o wyborach. Napisałem o nich tekst 10 czerwca pt „Kartka przedwyborcza”. Niewiele się od tego czasu zmieniło, nie mam więc nic do dodania. A co z drugą turą? Gdybym wśród swoich licznych słabości i nałogów miał skłonność do hazardu obstawiałbym u bookmacherów jako zwycięzcę wyborów kandydata tych, którzy wstydzą się lub boją do niego przyznać – tych, którzy wpłynęli na prognostyczny blamaż. To wydaje się być logiczną konsekwencja ciągu wydarzeń o których pisałem wyżej i tego samego mechanizmu psychospołecznego. Mechanizmu, który każe oszczędzać na zapałkach, by wydać na wódkę.

Na zdjęciu napis na zrujnowanym, secesyjnym dworcu kolejowym w Szklarskiej Porębie – Dolnej.

LICZNIK ODWIEDZIN

  • Odwiedziło KARTKĘ

  • KATEGORIE

    PROMUJ NOTKĘ

  • KONKURS - BLOG ROKU

  • Brałem udział w konkursie 'BLOG ROKU' w kategorii 'Podróże i świat'

    Dziękuję za oddane głosy.
    Zagłosuj na mnie w następnym roku!
  • KATEGORIE

    ARCHIWUM

    LINKI

    Copyright © 2009 KARTKA Z PODRÓŻY by KARTKA