Kartka z podróży – ścieżki camino…
Slavonice, 2 kilometry od niemieckiej granicy. Nawet odbiłem zobaczyć jak tam jest, ale nic ciekawego. Stary bunkier z numerem 4027 wypisanym białą farbą i jakiś zrujnowany budynek z pordzewiałymi antenami – relikty „zimnej wojny”. Poza tym budki Wietnamczyków wymieniających walutę i sprzedających czeskie i niemieckie piwo. No i droga w głąb Niemiec, którą nie pójdę, bo jeszcze dziś idę na Czeskie Budziejowice. Slavonice to zarazem koniec Moraw. Trochę szkoda, bo polubiłem tę zatopioną w tradycjach, trochę konserwatywną krainę.
Ostatni dni ciężkie, bo jak tu mówią zima wróciła. W dzień cholerny wiatr przeszywający podkoszulki „na cebulkę” i dwa polary. No a w nocy spadki temperatury do kilku stopni. Po ostatniej relacji podgoniłem trochę drogi i zatrzymałem się na nocleg 7 kilometrów przed Morawskimi Budziejowicami. Noc fatalna, bo w zbożu i miałem wyrzuty sumienia, że chłopu ze dwa metry wygniotłem. Na dokładkę nad ranem obudził mnie tak dotkliwy chłód, że nie dało się wyleżeć. Wstałem więc o bladym świcie i ruszyłem do miasta. W Budziejowicach byłem po szóstej rano. Wszystko pozamykane, ulice zimno zacienione. Na szczęście kościół był otwarty. W środku cieplutko, garstka starych ludzi … . No i po medytacjach jakoś się odprężyłem, odtajałem. Pamiętam, że coś podobnego spotkało mnie w Pampelunie, gdy kompletnie wykończony (moje pierwsze camino) zszedłem po kilku dniach marszu w tonących w deszczu Pirenejach. Też nastrój średniowiecznego kościółka z ciepłymi nawiewami mi wtedy pomógł. Tak więc zebrałem się w sobie, znalazłem otwartą knajpę, ogoliłem, umyłem, napiłem kawy … . I postanowiłem zwolnić. I nie chodzi o jakieś odpoczynki jedno czy kilkudniowe tylko o zwolnienie tempa marszu. No bo po jaką cholerę mam tak gonić?
Z Budziejowic wyprowadziła mnie szykowna policjantka, która wpadła mi w oko i zaczepiłem ją o drogę. Fajna babka, taka rozłożyście, ciepło kobieca – grzywa czarnych włosów, kapelusik też czarny jak do woltyżerki, spodnie opięte na krągłej pupie no i srebrzyste kajdanki w gustownym etui wiszące przy pasku. Istna domina – uwielbiam takie klimaty. Jakoś się nie zrozumieliśmy, więc najpierw wyprowadziła mnie pod dworzec i mało brakowało by wsadziła do pociągu do Czeskich Budziejowic. Gdy udało mi się wyjaśnić, że jednak wolę „pieszkom” powędrowaliśmy na rogatki miasta i tam pokazała mi drogę. „To jest droga do Jemnic. Pójdziecie nią prosto” – powiedziała. „Idźcie prosto. Prosto, nie skręcajcie ani w lewo, ani w prawo. Rozumiecie, cały czas prosto i wtedy dojdziecie do celu”. Zrobiłem jak domina kazała.
Droga do Jemnic pusta, nudna, bo w remoncie. Ani śladu trąbiących samochodów, które jakoś urozmaicają czas. W południe późne śniadanie na osłoniętej od wiatru nasypem kolejowym łące – chleb z kminkiem, margaryną, leberką i cebula dla smaku. No i słodki sen w słońcu, bo przecież postanowiłem się nie śpieszyć.
Jemnice śliczne, odpicowane na wysoki połysk przy pomocy unijnej kasy. Zamek wysoko nad miastem, kremowa starówka. Na tablicy informacyjnej znalazłem zdjęcie starego kościoła pod wezwaniem Jakuba. No i znów poczułem potrzebę by posiedzieć chwilkę, wyciszyć się w renesansowym wnętrzu. Najpierw odwiedziłem fararza – dobra rozmowa przy mocnej kawie a wcześniej micha pysznego gulaszu. Zaprosił mnie na nabożeństwo wieczorne. Tym razem kościół pełen starych, młodych a nawet awanturujących się osesków. Msza niesamowita, bo oparta głównie na muzyce średniowiecznej, jakiś kantatach, które pięknie śpiewał tutejszy chór. Obok organów smyczki, flety … . Na dokładkę duszny dym z kadzielnic, który z rozmachem kołysali ministranci. A gdy zapadała cisza słychać było samoloty NATO krążące wysoko. Ich huk sprawiał wrażenie, że niebo się otwiera. Patrzyłem, słuchałem i miałem wrażenie, że uczestniczę w jakimś pierwotnym obrzędzie. Stary faraż, zgarbony, siedzacy, ledwie widoczny w dymie pod ołtarzem, kadzidła i muzyka wbijająca w twardą ławkę. Nawet dzieciaki ucichły. Potem krótkie, proste, uniwersalne kazanie – o śmierci. O tym, że jest ona wyzwoleniem a nie tragedią. „Śmierć to nie dół ponury, głęboki na dwa metry, w którym zasypią ziemią nasze ciała” – mówił fararz. „Śmierć to wyzwolenie, zbawienie od ziemskiej tułaczki. To wolność”. Przemówiło to do mnie, bo też tak uważam. Na koniec powiedział – „A teraz pomódlmy się się za pielgrzyma z Polski, który jest między nami i idzie do Hiszpanii – do grobu Jakuba. Nie Bóg da mu odwagę by dotarł do celu.” A gdy ludzie na mnie popatrzyli, potem pochylili się, pomruczeli modlitwę poczułem się mocniejszy.
Za Jemnicami znalazłem piękne miejsce na nocleg- pod myśliwską amboną. Niestety noc znów fatalna, bo najpierw użerałem się z jeleniem, który łaził dookoła, ryczał przejmująco, bo wpieprzyłem się w jego rewiry a potem z kretami ryjącymi pod śpiworem. Po północy dotkliwe zimno. Przykryłem się wszystkimi szmatami, które wywlokłem z plecaka, ale niewiele pomogło. I tak kuląc się trwałem w letargu do rana. Gdy w końcu wypełzłem z barłogu zobaczyłem trawy pokryte szronem. No i znów w drogę, żeby się rozruszać i trochę ogrzać marszem. Jak mi powiedziano w pierwszej wsi przy drodze tej nocy przymrozek ściął większość morawskich upraw.
Piszę ten tekst w slavskowskiej kawiarni artystycznej (hasło netu “smrt kommunismu”)w której miłe dziewczyny udostępniły mi internet. Pachnie żarciem, ludzie piją, gadają, smieją się … . Wokół przepiękna starówka z malowanymi jak obrazy kamienicami. Kolejna czekoladka w mojej skarbonce – bombonierce. No i pożegnanie z Morawami – dziwnym regionem w którym kilometry mojej wędrówki odmierzały przydrożne krzyże, kaplice, kościółki … . I równocześnie regionem ateistycznym – w polskim rozumieniu – bo przecież te przybytki sakralne świecą pustkami. W gablotach pod kościołami nie ma wyskrobanych zygot, kultu papieża, wsparcia dla mendowatych politycznych partii, polityki … W gablotach żółkną jeszcze obsrane przez muchy, stare plakaty z życzeniami na Wielkanoc dla wiernych. Długo nie mogłem tego pojąć. Ale w tej chwili już rozumiem, że na Morawach te przydrożne krzyże, pięknie odnowione kościoły nie są znakiem walczącej religii tylko tradycji. Jak morawskie wina, piwa, polewki na czosnku, zapach kiszonki snujący się po polach czy zwyczaj mówienia „dzień dobry” nieznajomym. Jak zwyczaj przyjmowania komunii z dzieckiem przy piersi. Religia na Morawach ma inny wymiar. To pewna idea wolna od polityki która swobodnie snuje się po zielonych polach. Gdy w przydrożnej knajpie powiedziałem bywalcom, że idę do Santiago – do grobu apostoła zapytali kim on był. Odpowiedziałem, że bratem Jezusa. „To ty wierzysz w Jezusa Chrystusa?” – spytali. „Nie wiem” – odpowiedziałem. „Szukam”. „Szukasz go jak brambory?” – parsknęli śmiechem. I mieli rację w tym swoim chłopskim, morawskim rozsądku. Przecież szukam tej idei jak ziemniaków. Gdy zauważam dorodne, choć bezużyteczne kłącze grzebię w ziemi z nadzieją, że znajdę skryte pod nią sycące bulwy. A potem upiekę je w ognisku, posolę i zjem by jeszcze trochę pożyć. Pożywić się, ogrzać … . To całe Morawy … . Krzyże, kaplice, kościoły … . Świat, który zatrzymał się na 1939 roku. Odnowiony, zrekonstruowany świat. Idea, która wraca w nieoczekiwany sposób. I siła, którą daje tradycja tego swiata.
Na zdjęciu tytułowym i pod tekstem klimaty morawskiej prowincji
Na ostatnim zdjęciu moja wczorajsza noclegownia
W ostatniej relacji pochwaliłem się na wyrost, że jestem już za Brnem. Jak się okazało ominięcie tego miasta nie było takie proste. Prowadzony przez Czechów dwa razy musiałem wspinać się „na kopce” i błądzić po jego peryferiach. W końcu, przed zmierzchem, z rozbitymi już kompletnie nogami znalazłem zaciszny kąt do spania między portem lotniczym, linią kolejową i dwiema drogami, którymi z rykiem przetaczały się tir-y. Mocne wrażenia akustyczne nie przeszkodziły mi jednak w kamiennym śnie. Nie przeszkodziły mi też zdziczałe króliki, które buszowały tuż obok na polu.
Rankiem marsz na Rajhrad. Ponieważ poobcierane stopy bolały, wlokłem się jak ślimak pokulony w zimnym wietrze. Po drodze czeskie, haszkowskie klimaty. Jakieś gospody, niesamowici bywalcy i rozmowy w stylu – „Pani Banaszkowa, ten człowiek idzie do Hiszpanii przez Kunice. Jak można iść przez Kunice? Tam przecież jest tylko jeden sklep. Do Hiszpanii trzeba iść przez Wiedeń … . Albo na Znojmo … . Ty musisz iść na Znojmo! Pamiętaj, na Znojmo” I jeszcze mówi, że Szwejka czytał … .” A pani Banaszkowa odsuwała tekturkę, którą siedząc w budce z piwem chroniła się przed zimnym wiatrem i patrzyła na mnie badawczo. A potem pisała na kartce, którędy do tej Hiszpanii się przez Czechy przebić. I tak się wlokłem w tych prowincjonalnych klimatach przez Kunice, Morawskie Branice, Syrovice, Bratcicice, Ivancicie i inne „…cice”, których nie jestem w stanie spamiętać.
W jednej z wsi jarmark – głównie z roślinami ogrodowymi w których uprawach Czesi się lubują. Ale też z piwem i maściami na marihuanie. Ku memu zdumieniu znalazłem polskie stoisko z wikliną. Miła rozmowa z dwoma sympatycznymi chłopakami spod Wadowic (pozdrawiam i dziękuję za list).
Po drodze, w Rajhradzie, piękne opactwo benedyktyńskie z kapitalnie odnowionym frontonem. Zapyziałe zaplecze, budynki klasztorne, folwarczne w tej chwili w remoncie, też urokliwe. Miałem ochotę zwiedzić muzeum morawskiego piśmiennictwa, które się w nim mieści, ale niestety było zamknięte. Na rogatkach miasta klasztor, kaplica i dom opieki prowadzony przez siostry z nieznanego mi zgromadzenia (białe szaty). Pod kaplicą zgadałem się z przeoryszą – młoda, atrakcyjną, energiczna babką z apaszką na szyi. Gdy zobaczyła muszlę załamała ręce i spytała- „Sam idziesz taki szmat drogi? A gdzie nocujesz, co jesz?”. Gdy odpowiedziałem, że śpię na polach i żywię się głównie morawską słoniną zaprosiła mnie na obiad i zaopatrzyła na drogę w kanapki, cukierki z witaminami i inne smakołyki. Dawno mi tak kobieta nie dogodziła – polewka z czosnkiem, brambory z tłustym gulaszem i salat. I ten śmiech wyluzowany … .
Do Moravskich Branic zakolami rzeki Jihlavy. Fajna ścieżka, którą mi polecił gość, którego spotkałem po drodze. Polecił mi też jako atrakcję kościół w którym w czasie wojen husyckich podobno spalono wielu mieszkańców Branic. Znalazłem kościół, ale niestety był zamknięty na głucho. Potem tylko szukanie sklepu z tytoniem, bo została mi tylko jedna lufka szklana. Niestety bez rezultatu. Przyjdzie kręcić skręty z „Historii Hiszpanii” Miłkowskiego, którą nie wiadomo po jaką cholerę wlokę w plecaku.
Noc w rowie pod lasem, bo wiatr przeszywał nawet śpiwór. Do towarzystwa bażanty buszujące w zbożu.
Elektrownia jądrowa Rouchovany. Zielone pola po horyzont i kopce złowieszczo dymiących pieców, rekatorów (?). Osiem ich naliczyłem. Nie ma tego obiektu na mapach. Trafiłem tam szukając noclegu na obrzeżach parku narodowego. I znalazłem w pięknym dębowym lesie. Miejsce sielskie nie licząc myszy z którymi musiałem się przez wieczór użerać. Na kolację pół bochenka chleba z kminkiem, pyszną margaryną i dorodną cebulą, którą znalazłem po drodze. Niestety po zmroku załamanie pogody. Z godzinę trwało zanim zorientowałem się, że to nie majowa burza tylko samoloty latające ponad chmurami. Znów przeprosiłem się z zimową kurtką, bo zimny wiatr przeszywał śpiwór. Ale w nogi, mimo spodni, zimno. Szukać w plecaku, w ciemnościach kaleson jednak nie miałem siły. Po północy zaczęło mżyć. Ręce mi opadły – rozpacz. Ale jakoś się pozbierałem (co mi zostało?), zwinąłem majdan i przeniosłem się pod wielkiego dęba osłaniającego choć trochę od wiatru. I pod tym dębem takie senne majaki do rana. Ale nawet przyjemne, bo słodki sen erotyczny z roześmianą przeoryszą od cukierków z Rajhradu. Znów mi pocukrzyła … .
Dziś minąłem elektrownię w Ruchovanach. Olbrzymi obiekt, półtorej godziny szedłem wzdłuż płotów. A potem skrzeczące na wietrze pajęczyny przewodów elektrycznych, jakieś tajemnicze budynki, stacje rozrządu prądu. I Hrotovice – zapyziałe miasteczko z którego – znów dzięki uprzejmości dziewczyn z gospody – piszę ten tekst. Ale na szczęście przestaje wiać i niebo błękitnieje. Wygląda więc na to, że zrobię jeszcze ze 20 kilometrów i zatrzymam się koło Morawskich Budziejowic. Morawskich a nie czeskich – jak mi tu zwracają na każdym kroku uwagę.
Dziękuję serdecznie za komentarze i listy. Przepraszam, że znów nie mogę odpowiedzieć. Dziękuję też za troskę, ale daję sobie radę. Wbrew pozorom życie w drodze jest dla prostrze i bezpieczniejsze niż życie w termitierze. W każdym razie dla mnie. Bez asekuracji, zabezpieczeń. Taka karma, taka natura.
Zapraszam na dalsze relacje.
Na zdjęciu tytułowym stoisko z jarmaku o którym pisałem. Niestety włóczęga sobie polizać z daleka może te pyszności. Starczyło w kieszeni na młodą kalarepkę.
Poniżej fronton Opactwa Benedyktynów
Powyżej elektrownia jądrowa w Ruchovanach
Powyżej przydrożna kapliczka poświęcona Morawianom poległym w czasie I Wojny Światowej
Powyżej szlak wzdłuż rzeki Jihlava – koło 12 kilometrów fantastycznego marszu.
Jak planowałem minąłem dziś Brno. Odbiłem na Ceskie Budejovice trochę poniżej miasta w ślicznej miejscowości Slavkow u Brna. Trochę żal, ale niestety nie stać mnie mnie na rozkoszowanie się urokami tej metropolii. Piszę z wiejskiej gospody w której szpetna dziewucha udostępniła mi grzecznościowo internet.
Ostatnie dni miałem ciężkie, ale satysfakcjonujące. Choć są też problemy. Tuż za Kromeriz chciałem zrobić fajną fotkę na blog, wspiąłem się na kamienny murek i niestety złamałem przy okazji ramkę od okularów. Noszę je teraz w plecaku. To mi trochę komplikuje życie, bo nie widzę nic na mapie. Tak więc rano spisuję trasę dużymi, drukowanymi literami na kartce no i potem, przy pomocy tej ściągi pytam o drogę. A piszę na kompie używając je jako monokla. Zgubiłem też usb z moim archiwum pisarskim. Lecz to już mniejszy problem, bo zdeponowałem archiwum u zaufanych w kraju. Buty też się rozpadają i drą skarpety na strzępy. Wywaliłem już dwie pary. Ponieważ noce bywają zimne i skarpety są mi potrzebne do grzania stóp postanowiłem chodzić w butach „na oklep”. Chwalić Boga na stopy, podobnie jak na żołądek, nie mogę narzekać, więc jakoś mi się idzie.
Od Kromeriz dzikie Morawy – jakieś cygańskie osiedla, przysiółki, miasteczka w których muchy zasypiają lecąc. Fajne klimaty jak z filmów Kusturicy. Tyle, że nabiłem od cholery kilometrów, bo nie chciałem iść poboczami ruchliwych dróg. Przedwczoraj piękna pogoda – trochę hiszpańska, bo słońce nieludzko grzało. Cała koszulka w białych zaciekach potu. Cholera wie ile przetoczyłem przez siebie litrów kranówy, którą tu nazywają „studenna wodu”. Wieczorem, ledwie trzymając się na nogach, wypatrzyłem piękne miejsce na nocleg na skraju soczystych łąk i dębowego lasu. O zmroku na łąkę wyszły sarny. Leżałem jak trusia, żeby ich nie spłoszyć. No i zasnąłem jak kamień w tym raju. Rankiem marsz w świetnym nastroju, bo mi depresje poranne jak ręką odjął minęły odkąd wydostałem się z kraju. Niestety koło południa pogoda się załamała i zaczęło lać. Do wieczora szedłem więc skokami – od „zastavki” do „zastavki” czyli porządnych, zadaszonych przystanków autobusowych, których tu jest mnóstwo. Niestety wieczorem na jakimś zadupiu ulewa mnie złapała i przemokłem do gołej skóry. Co gorsza się oziębiło, więc nastrój padł. Chłopi pokazali mi drogę do wsi z kościołem i podobno sensownym fararzem. Niestety tutejsi księża mają wiele wsi do ”obrobienia” (kryzys powołań). No i traf chciał, że księdza nie było, bo odprawiał gdzieś nabożeństwa majowe. Odczekałem więc do zmroku trzęsąc się z zimna pod plebanią i chcąc nie chcąc musiałem szukać jakiegoś suchego miejsca do spania. Znalazłem je pod rozłożystymi świerkami na starym cmentarzu. Przeprosiłem się z zimową kurtką, którą dotąd traktowałem jako podkład pod plecy, opatuliłem się śpiworem i zasnąłem jak kamień. Obudziło mnie słońce po piątej rano. I wiewiórki, które biegały po świerkach. Kurcze, byłem suchy, rozgrzany, wypoczęty!!! Ranki na Morawach są po prostu obezwładniające. Ptaki śpiewają, bez pachnie, ludzie mówią „dzień dobry”. Po prostu chce się żyć. Dziś, jak pisałem ostry marsz turystycznymi ścieżkami pod Brno. Umyłem się i ogoliłem dzięki uprzejmości dziewczyny ze stacji benzynowej. W Slavkowie popas pod kremowym zamkiem. Obok niewielka, ale stylowa bazylika pod wezwaniem Jakuba. Pod jej drzwiami wypatrzył mnie miejscowy fararz. Po kiju i muszli na plecaku poznał, że idę do Santiago. Bardzo miła rozmowa. Byłem trochę zażenowany, bo pokazowo pobłogosławił mnie w tłumie turystów. Mało – zaprosił na plebanię, ugościł i dał żarcie na Drogę. Jeden egzystencjalny problem mniej.
Jest piękny, słoneczny dzień. Przede mną droga do Mar Branice. Pewnie z trzydzieści kilometrów. Ale fajnie się idzie, bo chłodny wiatr. Wiatr prosto w twarz. I tak dzień za dniem płynie …. . Jak z wiatrem.
Na zdjęciu tytułowym morawska wioska o świcie. A pod tekstem Brno wita atrakcjami, na które niestety mnie nie stać.
Jeszcze raz przepraszam, że nie odpowiedziałem dotąd na listy i komentarze, ale nadając teksty korzystam z uprzejmości Morawian i nie chcę jej nadużywać. Ale bardzo dziękuję za nie.
Wczoraj ciężki, ale satysfakcjonujący dzień. W końcu ostry marsz długim, równym krokiem. W tym od Holesov do Krameriz 17 kilometrów asfaltem w huku samochodów. I stany odlotowe od upału i oparów benzyny. Więc kij na kark, dłonie uwieszone na nim jakbym krzyż dźwigał. Znów niebo mi śpiewało, więc też nuciłem jakieś strzępy wierszy, które się kluły w głowie.
Krameriz śliczne jak bombonierka – pięknie odnowione, stylowe. Usiadłem w miejskim parku, właściwie ogrodzie botanicznym, by się ochłodzić i od razu przyplątał się facet z psami pytając skąd i dokąd idę. Muszla na plecaku go ożywiła. Rozgadał się o camino, nawet sporo wiedział. Potem poradził bym spał w tym parku, bo w nim bezpiecznie i romantycznie gdy o 19 zamykają bramy. „A jak tu wejdę?” zapytałem. „Chodź, pokażę ci drogę” – odpowiedział i zaprowadził mnie nad rwącą Moravę, która płynie przez miasto. Zeszliśmy kamiennymi schodami w dół, na brzeg, gdzie było skryta krzakami dziura w ogrodzeniu. Nawet mnie to ucieszyło, bo to zawsze jakaś alternatywa, gdy nocleg na plebanii, u fararza, nie wypali. Spytałem więc nowego znajomego o księdza i plebanię. „A fara… , to tam gdzie te dwie gotyckie wieże na starówce. Masz rację, idź do fararza, on cię przenocuje. A jeśli nie to chociaż się umyjesz”.
Piszę „fararz” choć nie wiem czy to chodzi o księdza czy wikarego. Na plebaniach pisze „fararz”, „kaplan” – rozmaicie. No ale ludzie mówią „u fararza”, bo on rządzi kościelnym interesem i z nim się wszystko załatwia.
Na kościelnych schodach odczekałem na księdza dobre półtorej godziny. Babcie moherowe, które sprzątały w kościele twardo twierdziły, że gdzieś na wsi odprawia mszę i nie wiadomo kiedy wróci. W końcu, gdy się ściemniało, żołądek zaczął mi odmawiać posłuszeństwa. Podejrzewam, że to woda z jakiegoś podejrzanego źródełka mi zaszkodziła. Więc desperacko, z zaciśniętymi zębami wbiłem się na plebanię, by skorzystać z kibla. No i trafiłem akurat na fararza. Jak się okazało nieźle go babcie chroniły, bo wcześniej zwróciłem na niego uwagę siedząc na kościelnych schodach, bo postawny, dobrze ubrany (cywilnie) i ciekawy facet – zresztą bardzo sensowny. Nawet nie musiałem się gimnastykować językowo – popatrzył na muszlę, spytał skąd wystartowałem i co mi potrzeba. Więc odpowiedziałem, że nie mam siły już iść dalej, a noc się zbliża i nie chcę spać w parku na ławce, bo mnie zamkną albo okradną. Poza tym nie mam żadnych wymagań – mogę spać pod gołym niebem, na ziemi, byle za jakimś ogrodzeniem. No i dostałem klucze od apartamentu – sypialnia z łożem małżeńskim, kuchnia, elegancka łazienka a na dokładkę wejście do średniowiecznej piwnicy, bo plebania ma kilkaset lat. Ksiądz kazał mi się zamknąć od środka, bo bezdomni się tu nocami plączą a rano klucz wrzucić do skrzynki. Jak w Hiszpanii! I pomyśleć, że to tak niedaleko od kostycznej, rygorystycznej i nieufnej Polski.
W końcu się wykąpałem, doładowałem sprzęt i zjadłem porządną kolację. Z kolacją też cała historia. Chyba dwa dni temu szedłem 12 kilometrów piękną ścieżką rowerową między Roznovem a Valas Mezirici. To ścieżka ogólnokrajowa. Biegnie przez najbardziej malownicze miejsca Czech (ponad 600 kilometrów). No i przypomina autostradę, bo tłumy Czechów przemieszczają się nią na rowerach, hulajnogach, rolkach … . Nawet oseski ciągną za rowerami w maleńkich rykszach. Trudno się więc dziwić, że szlak obrasta w infrastrukturę gastronomiczną. Popas zrobiłem pod domem rodziny, która właśnie stawiała drewnianą budkę piwną. Ponieważ mieli problem z tzw zastrzałami pomogłem im je wstawiać. W ramach rozliczenia machnęliśmy po lufie śliwowicy pod morawską słoninę własnej roboty. Pyszna była, chwaliłem, więc dali mi na drogę kawałek. No i na kolację, w apartamencie fararza, nażarłem się kanapek ze słoniną. I opiłem herbatą ze słoniną, bo niestety sztućców nie było i musiałem mieszać ją tłustym scyzorykiem. Taką herbatę jak rosół chyba podają w Mongolii.
Do Brna dwa dni ostrego marszu. Ale nie wiem czy nie podzielę tego dystansu na trzy odcinki, by przejść przez miasto i nocować gdzieś w polu. To jednak większa swoboda, bo zależę tylko od siebie. Poza tym nie mogłem zasnąć w księżowskich pokojach. Ściany, sufit mnie jakoś dusiły. Brak mi było nieba, gwiazd nad głową. Chyba powoli dziczeję. A przecież nie mogę narzekać na fararzy. Co prawda pierwszy we Frydlandzie tak był zajęty na parafii zabawą z dziećmi w berka kucanego, że gdy zapytałem o pracę chyba nie zrozumiał o co chodzi i wepchnął mi do ręki dwie pajdy chleba grubo posmarowane masłem. Przyznam, że osłupiałem. Ale chyba po prostu rozpaczliwie wyglądałem. Za to drugi we Frenstacie okazał się świetnym facetem. Wiele ciekawych historii o Śląsku Cieszyńskim mi opowiedział. Ten z Kromeriz też w porządku, z ewangelicznym podejściem do ludzi. Równy gość – jak mówią dobry pasterz. Ale mimo wszystko lepiej polegać na sobie. Zresztą zobaczę co będzie dalej. Na razie coraz mniej polskiego słyszę na ulicach, a coraz więcej niemieckiego. Czas odświeżać sobie w głowie wspomnienia ze szkoły – najgorsze, że to głównie wspomnienia pał za nieuctwo językowe.
Chyba będzie przerwa w nadawaniu korespondencji, bo do Brna pola. Przepraszam, że nie odpowiadam na liczną korespondencję, ale limity internetowe. Jak to w drodze.
Upalny dzień. Słońce mnie obudziło o świcie, a właściwie mrówki, które po śpiworze wytyczały sobie nowe trasy. Gdy przetarłem oczy osłupiałem. Tyle piękna wokół. Leśna polanka na południowym zboczu góry otoczona młodymi świerkami, modrzewiami, dębami … . Zieleń tak wibrująca światłem, spokojem … . Gdzieś, w ciemnym lesie porykujące zwierzęta. Siedziałem w śpiworze jak niemowlak w pielusze i nie mogłem się napaść widokami. Nocą wylądowałem na tym zboczu góry – gdzieś między morawskim świętym Hostyniem a Frystakiem. Wcześnie popas w pięknej wiosce Rusava. Niestety, wymęczony marszem nie miałem już siły zdejmować plecaka, wyciągać aparatu, by zrobić zdjęcia kapitalnie odnowionych morawskich chałup. Szkoda … . Dziś po raz pierwszy boki mnie nocą nie rwały od spania na twardym. Ramiona też jakby dostosowały się do szelek ciężkiego plecaka. Chyba zaczynam się adaptować do nowych warunków.
Na śniadanie pyszna woda ze źródła w sanktuarium w Hostyniu i równie dobry chleb z kminkiem. I żółciutka cytrynka, którą wczoraj znalazłem porzuconą na szlaku. Oczom nie wierzyłem – leśna ścieżka a niej zdrowa, soczysta cytrynka. Pokroiłem ją scyzorykiem na plastry, na to cukier w kostkach, który wlokę z kraju … . Pycha! A na koniec skręt od którego zakręciło mi się w głowie. Potem już marsz w dół – z „kopca” – jak tu nazywają takie góry. Kilka kilometrów do wioski znośne. W gospodzie uzupełniam wodę, gadka szmatka z atrakcyjną bufetową … . I dalej w drogę … .
Piszę ten tekst w cukierni „Caffe Mauro” w Holesovie. Dziewczyna udostępniła mi tu internet. Nawet poczęstowała gałką jagodowych lodów. To jedna z wielu uprzejmości, które spotykają mnie po drodze. Właściwie cały czas trafiam na życzliwych ludzi. To nie jest żadna wylewność, nic na pokaz, nic wymuszonego … . To raczej zrozumienie, chęć rozmowy, dobra ciekawość. Taki prosty kontakt, który sprowadza się do pomocy – tłumaczenia drogi, jakiejś wymiany myśli, życzliwego gestu, wciśniętego w dłoń batonika, bo przecież cukru trzeba by iść … . Przedwczoraj chłopak zatrzymał się samochodem gdy odpoczywałem na poboczu drogi. Chciał mnie podwieźć, ale gdy wytłumaczyłem, że nie chcę, że tylko pieszo zagadaliśmy się na amen o sprawach osobistych. Poradził bym przeczytał w Piśmie RM 3:23, RM 6:23 i RM 10:9-11. Zapisał mi to na reklamowej kartce „Misto pro vylepni znamek”. Nie mam pojęcia co to znaczy, ale chyba ważne, bo jak mówił pomogły mu te fragmenty Pisma po śmierci przyjaciela.
Zaraz ruszam do Kromeriz. Tam albo nocleg na plebani albo „pod chmurką”. Sam nie wiem co lepsze. W każdym razie koniec gór. Najbliższe dni po płaskim.
Na fotkach stare Morawy i Morawy „sprzed rewolucji” (1989), bo tak nazywają tu okres komunizmu. Ciekawe, że nie chcą pozbywać się pomników „sprzed rewolucji” Może dlatego, że Morawska Partia Komunistyczna cieszy się od lat poparciem 15 procent elektoratu
Kilka dni temu siedziałem wieczorem nad tekstem politycznym. Ale po napisaniu kilku zdań na temat Czech i polityki oszczędności, które tamtejszy rząd wprowadza nagle zdałem sobie sprawę, że to pisanie jest bez znaczenia. Zapełnianie życia tekstami, wyczekiwanie na jakieś zmiany osobiste czy społeczne sensu nie ma. Takim facetom jak ja nic się bowiem tutaj nie trafia. To dla takich jak ja to jałowa ziemia. Ta myśl była tak jasna, że zrozumiałem iż najwyższy czas zrealizować to co mi się nocami śniło, co przeczuwałem i wokół czego krążyły moje myśli. Plecak zresztą stał już od kilku spakowany. Tyle tylko, że zanurzony w jakiś depresyjnych lękach częściej patrzyłem na jego mocne paski, kombinowałem jak je związać by na porządną linę starczyło, a nie myślałem o Drodze. I w ten wieczór, spędzony nad przerwanym nieoczekiwanie tekstem o Czechach, zdecydowałem, że rano ruszam.
Dzień ciężki, bo po zimie sił brak a plecak przeładowany. Ale cały mój majątek w nim jest – sprzęt do pisania, słowniki, stare gacie, porwane skarpety, buty na zmianę… . Kierunek wybrałem jasny – przez lasy, na wprost do granicy. Późnym wieczorem, nad wąską jeszcze Wisłą, łapie mnie deszcz. Pierwszą jego falę przesypiam w lesie schowany pod peleryną. Potem wałami nad spiętrzoną progami rzeką ruszam do Ustronia. Niestety kilka kilometrów przed miastem ulewa gęstnieje. Znajduję norę pod betonowym mostkiem. Całkiem przytulnie w tych pokrzywach, więc w mokrych łachach, opatulony śpiworem zasypiam. Mocny sen – od wielu miesięcy tak dobrze nie spałem.
Rankiem w Ustroniu, pod piękną nową fontanną, suszę łachy. Później łapię szlak na Czantorię. Jest gorąco, więc wybieram strome wejście w lesie. To Golgota. Zima mnie nauczyła znosić chłód i głód, nie mam nadwagi, ale z tym obciążonym plecakiem po prostu wymiękam. Na górę wpełzam jak wrak człowieka. Żłopię zimną wodę a potem znów śpię w popołudniowym słońcu. Wieczorem w czeskim schronisku pytam o pracę. Mówię, że idę na południe i potrzebuje dorobić, bo budżet mi się nie zamyka. To wybieg, bo przecież nie mam żadnego budżetu. Czech ma pracę, ale się boi. Mówi, że ciężkie czasy, z dołu z doliny, przychodzą ci od państwa, robią kontrole. Nie nalegam, pomagam mu przy rąbaniu drzewa i w zamian dostaję kolację. Duża, starczy na następny dzień. Potem schodzę w dolinę zawijasami krętej drogi. Łapie mnie burza. Nocuję w leśnym bunkrze. Znów dobra noc.
W czeskiej Bystrzycy śniadanie na ławce. Jest południe, msze w ewangelickim i katolickim kościele się kończą. Zaglądam do ewangelików zapytać o pracę. Miła dziewczyna odpowiada – „A może najpierw byś coś zjadł. Spróbuj … „ I podtyka mi pod nos tacę pełną ciasteczek. A potem prowadzi do świetlicy w której stoły uginają się od sałatek, soczków, ciast… . Zdziwiony pytam co to za święto. Okazuje się, że raz na miesiąc, w niedzielę po mszy robią sobie takie imprezy. Trafiło mi się. Najedzony, obezwładniony sympatią zapominam pytać o tę cholerną pracę Tylko – „Z Bogiem, z Bogiem ….” uściski ciepłych dłoni i dalej.
Znów przebijam się przez góry, znów wymiękam na podejściach. Schronisko „Ostre” – miły właściciel. Będzie miał pracę, ale za tydzień. Nie ma co czekać, za tydzień będę daleko. „Dasz sobie radę w górach” – pyta na pożegnanie. „Jasne” – odpowiadam. „Widzę, że sobie dasz radę” – zerka na zabłocony plecak. A potem tłumaczy jak zejść do myśliwskich ambon, bo znów burza nadchodzi. I znów „Z Bogiem, z Bogiem … ”
Ambona porządna, obita papą, z rozsuwanymi szklanymi oknami. Zasypiam wysoko nad ziemią nie słysząc szalejącej ulewy.
W mgłach, w mokrych butach, docieram do Moravki. Znów śniadanie na ławce a potem poboczem drogi do Frydek Mistek. Trochę mi Morawy hiszpańską Galicję przypominają – podobne mgły, urokliwy smród kiszonki i krowich placków. Podobnie soczyście.
Z Frydek Mistek odbijam do Frenstat. Mozolny marsz poboczem ruchliwej drogi. Wieczór się zbliża, wody już nie mam, więc zbaczam do winiarni. Dziewczyna się pyta – „Dokąd idziesz”. Mówię, że na południe. Dolewa mi do wody porządną lufę morawskiego wina. Znów „Z Bogiem, z Bogiem”. Idę poboczem, popijam, pyszne jest, dodaje mi siły.
We Frenstat nocleg na parafii. Stary fararz udostępnia mi łaźnię. W końcu się myję, golę jak człowiek, bo dotąd odświeżałem się w górskich potokach. Robię sobie legowisko z chodników. Potem przy kawie długo rozmawiamy o Śląsku, polityce, religii. W końcu pomaga mi ustalić dalszą trasę.
O ósmej pobudka, księżowska gospodyni przygotowała śniadanie – chleb, jajecznica, czarna kawa. I znów dyskusje o morawskich katolikach. No i jak zwykle – „Z Bogiem, z Bogiem…”. Pomódl się za mnie w Santiago” – mruczy podając mi dłoń.
„Dzień zwycięstwa” – również czeskie święto narodowe. Więc na drogach pusto. Znów cały dzień pięknego marszu aż pod Bistrice. Ale już nie tylko drogami, bo od Rożnowa 12 kilometrów przepiękną ścieżką rowerową wzdłuż rzeki. Potem odbijam na Hostyn – morawskie miejsce kultu. Poradził mi tam wstąpić stary fararz. Niestety gubię się, mylę szlaki. Ląduję przed 22 w jakiejś wiosce. Nie pozostaje nic innego jak przespać noc na łące. Najpierw pięknie, bo niebo gwiaździste, ale potem gorzej, bo mgły opadają. Łupie w kościach od wilgoci. Więc z pierwszymi ptakami zbieram manele i w drogę. Dziś za mną 22 kilometry. I drugie tyle przede mną.
Piszę z Hostynia. Jak myślałem jest tu darmowy internet. I jakaś święta woda, którą już napełniłem nią manierkę. Będzie potrzebna bo od cholery kilometrów na Kromeriz. A potem już Brno, Ceskie Budejovice i Munchen. … I dalej …. .
Tyle, w skrócie, wrażeń z ostatnich dni. Jest dobrze, w końcu po ludzku. Jest lepiej.
Na tytułowym zdjęciu Polska coraz dalej.
Poniżej widok na granicę ze schroniska “Ostre”
Morawy zamglone

Morawska tułaczka
Gdy przed rokiem pisałem tekst „Juventud sin Futuro” poświęcony intelektualnym inspiracjom do buntu młodego pokolenia w Europie miałem cichą nadzieję, że i tu coś się ruszy. Przypomnę, że bohaterami tego tekstu byli Hessel i Sampedro – profesorowie uniwersyteccy, którzy zainspirowali młodzież do krytyki i buntu. Sampedro to przesłanie przekazał młodym Hiszpanom w książce „Reacciona” (Zareaguj) a Hessel Francuzom w pracy „Indignez-vous!” (Oburzajcie się! Buntujcie się!) Sampedro pisał – „Ustrój potrzebuje głębokich przemian, które młodzi ludzie rozumieją i które potrafią przeprowadzić daleko lepiej niż starsi, bo ci ostatni ugrzęźli w przeszłości. (…) Chociaż ich przywódcy wciąż są u władzy, dzierżą ster i (…) nadal wydają anachroniczne rozkazy, to jednak młodzi ludzie siedzący u wioseł mogą zmienić kurs statku”. A Hessel nawoływał – „Oburzenie jest kluczem do zaangażowania”.
Niestety rok minął a mnie loty opadły, nadzieja na zmiany się ulotniła. Chyba dlatego wczoraj przecierając ze zdumienia oczy przeczytałem – „Wszyscy mają poczucie, ba-pewność, że jest źle, bardzo źle: z polonistyką, humanistyką, nauką, uniwersytetami, kondycją duchową społeczeństwa. I że będzie jeszcze gorzej. Wszystko toczy się po równi pochyłej, nawet najostrzejsze słowa nie są w stanie tego wyrazić. I co z tego wynika ? Nic, wielkie, piramidalne, obezwładniające NIC. (…) Spójrzmy prawdzie w oczy: w obecnej formie i w obecnej kondycji nie jesteśmy społeczeństwu do niczego potrzebni – sfrustrowani, wypaleni, bezwolni, zastraszeni, narzekający, niezdolni do solidarności – na pewno nie jesteśmy potrzebni. Wyobraźmy sobie, że sfrustrowany rzeźnik nie jest w stanie rozebrać tuszy wołu, a wypalony rolnik zaorze pół pola i nie posieje, a depresyjny dróżnik nie przestawi zwrotnicy.
Z wiosną idą chmury, z chmury piorun uderza – niech uderza! Zbliża się maj, pamiętajmy o paryskim maju 1968. Ogłaszam alarm dla uniwersyteckiej społeczności. Niech trwa!”
Słowa te wygłosiła profesor Ewa Nawrocka na konferencji popularnonaukowej „Wściekłość i oburzenie. Obrazy rewolty w kulturze współczesnej”. Konferencję zorganizowała Katedra Teorii Literatury i Krytyki Artystycznej, której pracownikiem jest Pani profesor oraz Koło Naukowe Polonistów Uniwersytetu Gdańskiego. Referat Ewy Nawrockiej nosił tytuł „Wszyscy jesteśmy przestępcami”. Trudno zresztą nazwać tę wypowiedź referatem, bo jego autorka tak ją określiła – „Moje wystąpienie to nie referat ponieważ jest wyrazem bólu. Nawet nie oburzenia, nawet nie wściekłości, ale właśnie bólu”.
Nagrane przez Gazetą Świętojańską wystąpienie, spopularyzowane później przez Gazetę Wyborczą od dwóch dni krąży po sieci wzbudzając rozliczne emocje. Wyborcza uznała, że jest to głos w burzliwej dyskusji o szkolnictwie wyższym. Ale moim zdaniem to jeden z odważniejszych intelektualnie i uczciwszych głosów o współczesnej Polsce, której uniwersytet jest tylko metaforą.
Jeszcze kilka słów na temat Pani profesor. Ewa Nawrocka pracuje Zakładzie Teorii Literatury Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego (od 1970 roku). Jest Wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Szekspirowskiego i członkiem Zarządu Fundacji im. Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Doktorat napisała pod kierunkiem prof. Marii Janion (Idee i obrazy mistycznej twórczości Juliusza Słowackiego). Habilitacja – „Osoba w podróży. Podróże Marii Dąbrowskiej”.
Zastanawiałem się czy wystąpienia Pani profesor Ewy Nawrockiej nie przepisać z nagrania. Ale ma ono tak osobisty charakter, że nie odważyłem się na to. Gorąco więc polecam zapis pod poniższym linkiem – to ważny tekst. I co najważniejsze budzący otuchę na zmiany. Może serca poruszy … .
http://www.youtube.com/watch?v=fG48wsvYCrE&feature=player_embedded
Zmory do mnie przychodzą nocami, nad ranem. Gniotą kolanami żebra, duszą … . Budzę się zalękniony. Potem nie mogę tego irracjonalnego strachu się pozbyć. Przewracam się z boku na bok męcząc się ze stężała kulką lęku w żołądku. Jaki ranek taki dzień, więc noszę ten strach w sobie, myślę o nim … . Chodzę wpatrzony w czubki butów, z obwisłą twarzą, przygarbiony, spięty jakby za chwilę ktoś miał mnie boleśnie zdzielić. Nie wiem skąd ten stan, jakieś przeczucie złego. Tyle czasu poświęciłem na walkę ze zmorami i nic z tego nie wyszło. Wracają łajdaczki nocami.
Dziś nieoczekiwana, ciepła rozmowa ze starszym mężczyzną, właściwie staruszkiem, który chodzi po okolicznych błoniach ze swym białym psem. Jakiś czas temu zaczął mi się kłaniać, co mnie ujęło, bo czuję się tu obcy. Więc kłanialiśmy się sobie wieczorami wylewnie. Mężczyzna to dobry, z powodu wieku już nieporadny, więc trochę zalękniony człowiek. Chyba dlatego jego pies jest przyjazny. Tak już jest, że psy upodabniają się do swoich właścicieli. Ten ma wyblakłe, łagodne jak jego pan oczy, którymi patrzy ciekawie, trochę z troską na mnie, dotykając zimnym, wilgotnym nosem moich dłoni. Mężczyzna powiedział mi, że gdy rano wychodzi na spacer pies biegnie na ścieżkę prowadzącą do kościoła, siada i podaje łapę idącym na mszę staruszkom.
Ostatni blisko mi do starych ludzi. Pokurczony, pokonany przez zmory mam dość agresji, nie mam już siły na walkę. Chyba potrzebuję przedśmiertnego spokoju, którym emanują pogodzeni już z życiem ludzie. Pamiętam, że w lutym, w mrozy, kuląc się z zimna biegłem czasem do niedalekiej knajpy na miskę gorącego kapuśniaku. To dziwna knajpa, też pełna staruszków, których leciwe kelnerki troskliwie odplątywały z paltotów, szalików i czapek. „PRL” ją nazywam. Kiedyś zapytałem jedną z nich czy tych ludzi przysyła do „PRL-u” tzw pomoc społeczna. Okazało się, że nie – to klimat wnętrza w którym czas się zatrzymał, zapach kapuśniaku wżarty w tynki, pokryte kurzem sztuczne kwiaty, zmatowiałe szyby wabią wiekowych bywalców. To ten nastrój każe im wlec się codziennie przez mróz na niepewnych nogach zlodowaciałymi ulicami. No i opiekuńcze kobiety podające im gorącą, tanią zupę. A gdy bezczelnie spytałem – „Skąd u Pani ta niespotykana dziś troska o klientów?” bez namysłu odpowiedziała – „Pół życia opiekowałam się w Wiedniu starymi Austriakami. Inaczej nie umiem. Do kraju wróciłam na starość. I ją wypełniam podawaniem zupy”.
Siedział przy stoliku obok zakutany w znoszoną kurtkę. Zza zaparowanych kapuśniakiem okularów patrzyłem jak powoli ściągnął wełniane rękawiczki i z kieszeni wyjął stary, skórzany portfel. A z niego kartkę, która drżącymi dłońmi porwał na drobniutkie strzępki. Miał chyba z dziewięćdziesiąt lat i załzawione oczy. Pomyślałem – „Podpalisz te strzępki listu, swoje zmory, w popielniczce?”. Nie podpalił. A za chwilę przybiegła ta z Wiednia, rozplatała mu szalik i szepnęła – „Panie Lolku, stolik się zwolnił, zapraszam na zupę. A potem zagramy sobie w loteryjkę” I odeszli trzymając się za ręce.
Kilka dni temu (nocy) obejrzałem polski film „Żołnierz zwycięstwa” w reżyserii Wandy Jakubowskiej. Film wszedł na ekrany w 1953 roku i jest uznawany za klasykę socrealizmu. To sfabularyzowana biografia generała Karola Świerczewskiego zwanego „Walterem”. Film jest oczywiście historycznie i ideologicznie zakłamany, ale mnie nie tyle aberracje polityki kulturalnej tamtych czasów interesowały, co raczej sprawy warsztatowe – sposób budowania narracji i atmosfery. Co ciekawe, mimo że spodziewałem się wielu uproszczeń wynikających z estetyki socrealizmu to jednak Jakubowska przejmująco prawdziwie oddała realia biedy (1905) w której żył młody Świerczewski. Generał urodził się w Warszawie, na Woli, w wielodzietnej rodzinie, którą utrzymywał ojciec – robotnik. Po ukończeniu zaledwie dwóch klas musiał iść do pracy. Trafił do zakładów Gerlacha w których pracował jako tokarz. Dzieciństwo miał więc chłodne i głodne. Jakubowska nie oszczędziła koszmarnych realiów robotniczej dzielnicy – zrujnowane, zatłoczone czynszówki, dzieci jedzące z jednej metalowej miski gotowane, nieobrane ziemniaki, błoto na nie utwardzonych ulicach … . Jednym słowem bieda z nędzą. Tak zresztą było, bo pamiętam z dzieciństwa podobne uliczki w miastach centralnej Polski, na które wylewano pomyje z domów bez kanalizacji, a wodę czerpano z nielicznych pomp stojących na chodnikach. Zresztą współczesna Polska też nie jest wolna od ekstremalnej biedy, a ziemniaki „w mundurkach” nie są tylko urozmaiceniem diety lepiej sytuowanych, ale również warunkiem przeżycia dla tych, którzy znaleźli się na dnie. Ale o ile bieda współcześnie jest traktowana jako coś wstydliwego, o tyle w ujęciu Jakubowskiej ma wymiar patetyczny. Cierpiący nędzę, głód bohaterowie filmu nie są zaszczuci, zgarbieni, otorbieni w sobie jak współcześni biedni na polskich ulicach. Nie ma w nich psychicznego wycofania, pogodzenia z się z sytuacją bez wyjścia. A dzieje się tak tylko dlatego, że oni są przeciwko swej biedzie zbuntowani. Tak w każdym razie ujęła to jakubowska. W jednej ze scen kobieta krojąc ćwiartkę chleba dla zgromadzonej przy stole licznej rodziny przerywa milczenie mówiąc – „Więcej chleba w domu nie ma”. Mąż jej na to odpowiada – „Jutro idę z delegacją do fabrykanta żądać podwyżki. Jak nie da będzie strajk”. Te trzy zdania w statycznej, ascetycznej scenie nadają biedzie patos. W innej dzieci brodzą w błocie szukając bryłek węgla, które spadają z jadących wozów. Przejeżdżająca dorożka ochlapuje błotem dzieciaka. Potem dopada go policjant i chwyta za kołnierz. Ale dzieciak wyrywa się, pyskuje. Z opresji wybawia go młody robotnik. Potem ukradkiem rozlepiają odezwy o strajku. Dzieciak dłońmi rozmazuje klej. Ale dłonie ma już czyste, niewinne – tak jakby przed chwilą nie szukał nimi w błocie odłamków węgla. Czyste dłonie dziecka przyklejające do muru białą odezwę z wybitymi słowami „Strajk, Rewolucja” znów nadają biedzie buntowniczy, patetyczny sens. Bieda w „Żołnierzu zwycięstwa” jest zawsze niesprawiedliwa. To odróżnia ją od biedy współczesnej, której w powszechnej opinii winni są sami biedni. Ten wymiar niesprawiedliwości osiąga Jakubowska przeciwstawiając biedę bogactwu. Z tym, że niezawiniona bieda jest w tej konfrontacji zawsze efektem chciwości. Robotnik mówi do fabrykanta – „Dłużej głodować i pracować jak niewolnicy nie będziemy”. Ten zaś odpowiada – „To oznaczało by dla mnie ruinę fabryki, a dla was utratę pracy, na mnie ciąży obowiązek myślenia o wszystkim.” Robotnik na to – „To było nasze ostatnie słowo.” I wychodzi. Fabrykant wzywa policję. A dalej już jest krwawa łaźnia rewolucji 1905 roku. Zdanie – „To było nasze ostatnie słowo” i przelana krew znów nadaje nędzy wymiar heroiczny.
Propaganda komunistyczna nadawała duże znaczenie biednemu dzieciństwu Świerczewskiego. W tym przypadku bieda, której doznawał w tak patetyczny sposób uzasadniała jego późniejsze życiowe wybory. Była szkołą jego politycznego radykalizmu.
A ja się zastanawiam patrząc na współczesną Polskę, ile w jej politycznej ekspresji jest prób nadania biedzie wymiaru heroicznego. Może właśnie to co nas śmieszy, drażni lub niepokoi na ulicach i ekranach telewizorów jest próbą prostowania karków przez biednych. Nadaniu ich socjalnemu położeniu wymiaru patetycznego. Tak jak widziała to Wanda Jakubowska.
21 kwi
Przez Europę przetacza się polityczna wiosna. Europa się czerwieni. Ale nie cała, jej odcienie w poszczególnych krajach są różne – mają swą lokalną specyfikę.
W Polsce nastrój podniosły, powstańczy, narodowy. Tu walczy się symbolami o wartości – prawdę, wolność, polskość, ojczyznę, dziedzictwo przodków… . Dziś w Warszawie demonstracja prawicowej opozycji przeciwko prawicowemu rządowi. Demonstrację kończącą dwa tygodnie ulicznych happeningów z okazji rocznicy katastrofy w Smoleńsku i pogrzebów smoleńskich tradycyjnie zainaugurowała Msza Święta pod intrygującym hasłem „Módlmy się o to by Telewizja Trwam dostała miejsce na multipleksie.” Obrzęd celebrował duszpasterz demonstrantów biskup drohiczyński Antoni Dydycz. W jej trakcie połączono się również telemostem z przebywającym na uchodźstwie opiekunem duchowym prawicowej opozycji ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Frekwencja co prawda nie dopisała, bo wiek i choroby zmusiły większość z zapowiadanej ciżby uczestników do pozostania w łóżkach. Ale po udzielonych błogosławieństwach dwadzieścia tysięcy najżwawszych wznosząc okrzyki „Polsko obudź się” ruszyło pod siedzibę prawicowego rządu. Tłum dodawał sobie otuchy śpiewając „Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki, Otaczał blaskiem potęgi i chwały… „ , „Marsz, marsz Dąbrowski z ziemi włoskiej do polskiej …” oraz ”Hen od Piasta, Kraka, Lecha, Długi łańcuch ludzkich istnień, Połączonych myślą prostą, Żeby Polska, żeby Polska!... ” Na czele pochodu szli przywódcy prawicowej opozycji, którzy wkrótce niesieni falą tłumów zamierzają przejąć władzę od prawicowego rządu. Przemówieniom nie było końca. Emocje rosły. Zgromadzeni na marszu parafianie skandowali łapiące za serce myśli swych przywódców. Niosło się tysięcznym echem po ulicach miasta – „Nie ma teraz wolności! Jest dzicz!”, „Przyjdzie lato, sierpień, przyjdzie zwycięstwo! Tak jak trzydzieści dwa lata temu“, „Idźmy razem!”, „Jesteśmy razem, to co było zapomnieliśmy. Chcemy działać razem. Razem. Wszyscy razem. Razem wygramy” Spazm wzruszenia chwytał zgromadzony za gardła, łzy stawały w oczach, płynęły po pobrużdżonych policzkach. I Bóg patrząc z wysoka jak walczą jego dzieci o Słowo na multipleksie też zapłakał. Zebrały się nad Warszawą ciemne burzowe chmury – tak jakby mrok nastał … .
W tym czasie w Pradze, stolicy naszych południowych sąsiadów, też trwała demonstracja. Ale nie o Słowo Boże na multipleksie tam szło, nie o wartości narodowe, ale o podatki za wysokie, wydatki państwowe za małe i o to, że prości ludzie dostają w dupę, wbijają zęby w ścianę, a majątki ich władz na tej krzywdzie rosną. Czesi w odróżnieniu od Polaków do swego państwa mają stosunek krytyczny. Nazywają swą ojczyznę „krajem karalucha” z powodu powszechnej korupcji władz i twierdzą, że są społeczeństwem „na skraju załamania nerwowego”. Chyba dlatego dziś w Pradze frekwencja nad wyraz dopisała. Na ulice wyległo sto dwadzieścia tysięcy ludzi. Tak wielkich zgromadzeń nie było w tym mieście od „aksamitnej rewolucji w 1989 roku. Demonstrację przeciwko prawicowemu rządowi i prezydentowi zorganizowała lewicowa opozycja (socjaliści, komuniści), związki zawodowe, organizacje emerytów, niepełnosprawnych, pacjentów, pracowników najemnych i studentów. Zamiast mszy świętej serwowano gulasz, strumieniami lało się piwo … . Zamiast pieśni narodowych grano na bębnach, wuwuzelach, piszczałkach, gwizdano gwizdkami … . Zamiast krzyży i tekturowych matek boskich nad tłumami wznosiły się baloniki i plakaty z prostym, dobitnym hasłem „Stop władzy”, które przekłada się na równie prosty postulat przedterminowych wyborów. „Ludzie nie są stadem głupich owiec”, „Politycy rozkradliście nam kraj, manipulacja jest codziennym narzędziem rządu wobec społeczeństwa”, „Jeśli rząd nie ustąpicie zorganizujemy strajk generalny po to aby odzyskać nasze państwo” – wołano.
Dwa kraje, dwie wiosny. Wiosna wiośnie nierówna. A którą wiosnę wolicie?
Pod linkiem Lidove Noviny i film z praskiej demonstracji.
W październiku ubiegłego roku ETA czyli Euskadi Ta Askatasuna (Baskonia i Wolność) definitywnie zakończyła swą zbrojną działalność. Tym samym dobiegł więc końca trwający ponad pół wieku okres terroru, którego celem było utworzenie Baskonii – państwa obejmującego tereny po obu stronach francusko – hiszpańskiej granicy. Od 1968 roku w atakach ETA zginęło ponad ośmiuset hiszpańskich wojskowych, członków Gwardii Cywilnej, polityków, sędziów i prokuratorów oraz przypadkowych ofiar. Po 2000 roku ETA była coraz bardziej osaczona i ataków dokonywała głównie z terytorium Francji. Represje dziesiątkowały jej grupy zbrojne, więc miejsce mężczyzn w jej szeregach przejmować zaczęły kobiety. Odbywało się to zgodnie z zasadą, że droga do przywództwa wiedzie przez udział w walce. To zaskakujący proces, bo ETA była kiedyś światem mężczyzn – ugrupowaniem o katolickich, konserwatywnych korzeniach. Przez lata dla kobiet rezerwowano rolę matek, rozpaczających na grobach synów – bojowników. Widziano w nich głównie strażniczki narodowej tradycji. Oczywiście „żołnierki” stanowiły zaplecze organizacji od samego początku jej istnienia, ale były zawsze na drugim planie. Dbały o kryjówki, przechowywały działaczy albo broń. Śledziły polityków i policjantów podczas mszy, siedząc skromnie w tylnych ławach kościołów. Jednak statystyki wskazują, że powoli przeszły na pierwszą linię walki. O ile w 2002 roku kobiety stanowiły zaledwie 12 procent grupy ponad siedmiuset więźniów ETA, to już w 2009 roku odsetek ten wynosił 25 procent. W ostatnim okresie, tuż przed samorozwiązaniem organizacji, proporcje się wyrównały.
Pierwszą kobietą, która weszła do grup bojowych była osławiona Idoia Lopez Riano, pseudonim La Tigresa (Tygrysica). To atrakcyjna, zielonooka zabójczyni, którą policja, dziennikarze i konfidenci przedstawiali jako potwora. Podobno krążyła po dyskotekach podrywając na jedną noc młodych policjantów, by kilka dni później, bez mrugnięcia okiem rozwalać ich kulami. Przystąpiła do ETA mając piętnaście lat. Działając w tzw komando Madryt uczestniczyła w zabójstwie trzech oficerów i w zamachu bombowym na konwój Gwardii Cywilnej (12 ofiar). Zatrzymano ją we Francji w 1994 roku i wydano władzom Hiszpanii. La Tigresa odbywa obecnie trzydziestoletni wyrok za dwadzieścia trzy morderstwa. Dziennikarzom uskarża się, że w porównaniu z mężczyznami kobiety w ETA musiały sprawdzać się w dwójnasób.
Inną słynną terrorystką była Olaia Castresana – nauczycielka z zawodu. Do bojówki przystąpiła mając dwadzieścia lat. W dni robocze opiekowała się dziećmi poniżej szóstego roku życia a w weekendy i podczas wakacji wysadzała w powietrze budynki i zabijała ludzi. W 2001 roku, w kurorcie Torrevieja, bomba wybuchła jej w rękach rozszarpując ją na strzępy. Castresana została nową „męczennicą” ruchu. ETA nazwała później jej imieniem jedno ze swoich komand.
Pierwszą kobietą która stanęła na czele grupy bojowej była legendarna Soledad Iparraguirre. Mając dwadzieścia lat poprzysięgła zemstę Hiszpanom po tym, gdy policjanci zabili jej chłopaka. Po licznych aktach terroru, ścigana przez służby specjalne, uciekła do Francji. Policja namierzyła ją w 2004 roku razem z narzeczonym – przywódcą ETA Mikelem Albisu. Mieszkali jakby nigdy nic w wiejskim domu wychowując ośmioletniego syna.
Ostatnie kierownictwo ETA liczyło sześć osób. Czterech mężczyzn wyłapano, ale dwójka kobiet – Iratxe Sorzabal i Izaskun Lesaka – nadal się ukrywa. Mająca koło czterdziestki Sorzabal jest od ponad dekady związana z ETA. W 1997 roku złapano ją we Francji, na fermie należącej do baskijskich separatystów z dwoma uzbrojonymi bojowcami. Odsiedziała dwa lata. Po powrocie do Hiszpanii w 1999 roku została nauczycielką języka euskera (baskijskiego) w Irun i rzeczniczką więzionych terrorystów. Wkrótce ją znów aresztowano, ale w 2001 roku zwolniono z braku dowodów. Ponownie uciekła do Francji i w niewiarygodny, brawurowy sposób wymykała się obławom. Pewnego razu gdy uciekała przed policją z szefem ETA Iurgi Mendinuetą, rozbiła samochód, który wcześniej ukradli. Zanim wymknęła się policji zdążyła zakopać laptop. Było w nim jej zdjęcie z małym dzieckiem. To jest jedyny ślad jej życia prywatnego. Najprawdopodobniej ukrywa się pod przybranym nazwiskiem we Francji zajmując się rodziną. Poszukiwana listami gończymi Izaskun Lesaka też ma około czterdziestki. Ona również ukrywa się we Francji po ucieczce w 2002 roku z Hiszpanii. Jak sądzą analitycy w ostatnim okresie działalności ETA była jedną z trzech osób sprawujących nad nią polityczną kontrolę i autorką komunikatów organizacji.
Samorozwiązanie ETA przełamało psychicznie wielu terrorystów – ich dotychczasowe życie straciło sens. Nawet najbardziej twarda Idoia Lopez Riano – La Tigresa, dotąd nieuznająca hiszpańskiego sądu, wyroku, nieprzejednana w oporze, potępiła terror i obiecała udział w materialnym zadośćuczynieniu ofiarom. Poprosiła też rodziny ofiar o wybaczenie. W nagrodę władze przeniosły ją wraz z narzeczonym, młodszym o dziesięć lat terrorystą Josebą Arizmendi Oiartzabalem do więzienia Nanclares de Oca w Kraju Basków. W więzieniu Idoia Lopez Riano skończyła dziennikarstwo oraz kursy ceramiki i malarstwa. Prace wystawiała w galeriach poza więzieniem. Maluje pięknie.
Pod linkiem Idoia Lopez Riano (La Tigresa) – trzeba przyznać, że niczego sobie … .
http://www.lasextanoticias.com/videos/ver/la_tigresa__reniega_de_eta/294361
19 kwi
Pod koniec tego roku, 21 grudnia, ma być koniec świata. Tak w każdym razie twierdzą ezoterycy, czyli ludzie, którzy uprzywilejowani są pewną magiczną wiedzą, wtajemniczeniem niedostępnym dla ogółu. Datę końca świata podobno przewidzieli Majowie w swoim kalendarzu. Ezoterycy twierdzą, że apokalipsę przetrwa tylko gmina Bugorach leżąca we francuskich Pirenejach. Tam bowiem mieści się magiczna góra Pic de Bugorach - ponoć podziurawiona labiryntem ukrytych korytarzy o magicznych właściwościach. Podobno Katarzy przed wiekami doznawali na niej wizji. W cieniu tej góry lubił też szukać inspiracji do pisania książek fantasta Jules Vernes. Trudno się więc dziwić, że licząca dwieście dusz gmina Bugorach przeżywa oblężenie tysięcy ezoteryków, którzy zjeżdżają tam by uchronić się przed końcem świata. Całe to towarzystwo zalega na ulicach kontemplując górę albo szuka wejścia do podziemnych tuneli. Jak ostrzegają francuskie władze amok w który popadają w Bugorach wyczekujący apokalipsy ludzie może skończyć się zbiorowymi samobójstwami. Tym bardziej, że góra jest stroma, niebezpieczna i śmiało można z niej na łeb skakać.
W Polsce też atmosfera końca świata, też narastający amok. Z tym, że nie kalendarz Majów jest dla tej dekadencji inspiracją, ale siermiężna polityka. No i Polacy nie muszą jeździć do Bugorach, kontemplować góry, bo katastroficzne wizje końca świata płyną do nich wprost z domowych telewizorów. Symbolem jego nieuchronnego upadku była przez długie tygodnie epopeja o „Matce Maleńkiej Madzi, Która …” Nie pisałbym o tej idiotycznej, nie wiadomo właściwie z jakiego powodu elektryzującej ten kraj historii, gdyby nie objawy masowej psychozy widzów, które wywoływały telewizyjne relacje. Jak wyczytałem, po kilkutygodniowym praniu mózgów, pewnego dnia rozpoczęto polowanie na „Matkę Maleńkiej Madzi, Która Akurat Opuściła Męża Rankiem”. Tysiące ludzi ją widziały w całym kraju – w autobusach, pociągach, na ulicach, skwerach, parkach … . Tysiące ludzi dzwoniły z donosami na policję blokując jej centrale telefoniczne. Co ciekawe „Matki Maleńkiej Madzi, Która ….” nikt nie poszukiwał, nie ścigał – była wolnym człowiekiem, który może wstać rano i iść gdzie chce. No ale dla denuncjatorów była symbolem zła – diabłem zwiastującym koniec świata, o czym skutecznie przekonały ich domowe telewizory.
Od dwóch tygodni nowym znakiem końca świata jest rocznica katastrofy smoleńskiej. Ze zdumieniem czytam jak po kolejnym, wielodniowym praniu mózgów ekspresyjnymi scenami z demonstracji nawet poważni ludzie (Mazowiecki, Giertych, Smolar ….) piszą o zbliżającym się zamachu stanu, perspektywie wojny domowej, krwawej ruchawki na naszych ulicach. Choć trzeba przyznać, że tę wizję nadchodzącego końca świata stworzono dużym nakładem sił i środków. Kamerzyści telewizyjni kręcili smętne demonstracje jak Siergiej Michajłowicz Eisenstein „Październik”. Tak samo rewolucyjnie. Faktycznie, z perspektywy widza to mogło wyglądać nie jak rocznica śmierci czy pogrzebu, ale jak rewolucja. Czternaście dni pogrzebowej rewolucji! W tym czasie o normalnym świecie można się było dowiedzieć co najwyżej ze specjalistycznych albo zagranicznych portali. Dwa tygodnie prania mózgu! A dziś czytam tego efekty – komentarze o politycznym końcu świata. O rewolucji, rokoszu, wojnie domowej, zamachu stanu … .
Jak to skomentować. Może lepiej oddać głos dziennikarzowi. Wojciech Jagielski, znany korespondent wojenny nie dawno pożegnał się po ponad dwudziestu latach pracy z redakcją Gazety Wyborczej. Tak uzasadnił ten krok w wywiadzie udzielonym Polityce – „ …Każda epoka była inna. Gdy zaczynałem pracę w latach 80., nie było wolnych mediów. W latach 90. pracowałem w mediach, które były bardzo wolne, może nawet momentami pozwalały sobie nazbyt wiele. Ale myśmy troszkę zmarnowali naszą szansę. Krzysztof Varga napisał w jednym z felietonów do „Dużego Formatu” coś, co wydało mi się dobrą, a jednocześnie przerażająco smutną diagnozą większości chorób nękających dzisiejsze media. Jego zdaniem przez ostatnie 20 lat mass media zajmowały się głównie masową produkcją masowej głupoty. I teraz mamy tego efekty. Sprzedawaliśmy głupotę na masową skalę i teraz mamy odbiorców wychowanych na tej głupocie.”
Jak sobie radzą z końcem świata inni? Problemem podobnym do katastrofy w Smoleński dla Norwegów jest proces Breivika. To podobna, utrzymana w nastroju dekadenckim, trauma społeczna. Ale różnica jest jedna. O ile Polacy poddają się biernie toksycznemu przekazowi, ulegają mu, to Norwedzy go unikają, bo wiedzą, że szkodzi. Nie chcą nasycać się nasycać atmosferą końca swego świata. W Norwegii gazety stoją przed kioskami na stojakach. Zauważono, że w pierwszych tygodniach po ataku Breivika przechodnie masowo odwracali je na drugą stronę. Nie chcieli już na to patrzeć. Może dlatego w dniu rozpoczęcia procesu zbrodniarz nie stał się bohaterem pierwszych stron gazet. Nie zdominował przekazu z Norwegii i świata. Jeden z dzienników wyszedł nawet w dwóch wersjach. W jednej Breivik był na pierwszej stronie, a w drugiej żadnych informacji o nim nie było. Na internetowym portalu tej gazety zastosowano klawisz, po którego kliknięciu włączała się wersja bez jakichkolwiek wiadomości o Breiviku.
Ta metoda jest dobra. Tak więc na pytanie – „Jak przeżyć koniec świata, gdy nam go wieszczą kalendarzem Majów, Pic(em) de Bugorach, rewolucją posmoleńską, zamachami stanu, wojnami domowymi, czy nieszczęsnymi kobietami jak wcielenia diabła?” odpowiadam prosto. Naciśnijmy, kliknijmy klawisz. Wyłączmy jak Norwedzy to gówno.
Pod linkiem film o Bugorach.
http://www.youtube.com/watch?v=3Xadvboi0kI
Komisja Europejska w dyplomatycznie elegancki sposób informuje, że ma zamiar zmusić kraje członkowskie do przekazywania właściwych danych statystycznych. W odróżnieniu od Komisji Europejskiej nie muszę się silić na wersal. W tym przypadku słowo „właściwe” oznacza „prawdziwe” czyli nie sfałszowane. Skąd ta nagła potrzeba obcowania Komisji z prawdą? Ano stąd, że integrująca się, konsolidująca swe gospodarki Europa pragnie mieć jasność co do swej kondycji gospodarczej. Tylko w ten sposób można budować jakiekolwiek plany. Tym bardziej, że źródłem jej dzisiejszych kłopotów jest między innymi wieloletnie fałszowanie statystyk przez Grecję, która w ten sposób zaniżała dane dotyczące poziomu swego deficytu budżetowego. Z fałszowaniem danych przez Grecję nie byłoby zresztą problemu, gdyby posiadała własną walutę, np. dawną drachmę. Bo wtedy oszukiwała by sama siebie i nikt by nad jej głupotą nie płakał. No ale przez to, że przyjęła wspólną walutę euro swymi idiotycznymi oszustwami naraziła na poważne kłopoty i straty kraje eurolandu. Tak więc pomny tej nauczki i nieufny wobec optymizmu informacji nadsyłanych przez stowarzyszone kraje do Eurostatu (Unijny Urząd Statystyczny) Algirdas Semeta – komisarz od podatków i unii celnej – zaproponował zmianę reguł pozyskiwania danych statystycznych. Mało tego, zalecił, by dyrektorów (prezesów) krajowych urzędów statystycznych powoływać na zasadach nie mających nic wspólnego z polityką. Czyli wyłączyć ich z nomenklatury władzy. W przyszłości w niezależny sposób mają oni decydować o pozyskiwaniu danych, przetwarzaniu i publikowaniu statystyk, jak również samodzielnie kierować podległymi sobie urzędami statystycznymi. Przeprowadzeniem unijnej reformy statystyki w krajach członkowskich zajmie się Komisja Europejska a nadzorował ją będzie Eurostat.
Gdy przeczytałem informację o unijnej potrzebie pozyskiwania prawdziwych danych od niezależnych politycznie urzędów statystycznych, przypomniał mi się tekst, który napisałem w lutym ubiegłego roku. Kartka nosząca tytuł „Kredyt zaufania” dotyczyła nieoczekiwanego odwołania przez Premiera Donalda Tuska profesora Józefa Oleńskiego – Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego. Samo odwołanie poprzedzone było klasyczną, podejrzaną, kilkudniową nagonką medialną w formie publikacji przecieków o nadużyciach, które jakoby wykryto w kierowanym przez Józefa Oleńskiego urzędzie. Te aferalne informacje były zaskakujące, bo prezes pełnił tę funkcję po raz drugi – prezesem GUS był już w latach 1992-1995 i się sprawdził na stanowisku. Jego notka biograficzna wskazywała na kompetencje i profesjonalizm. Statystyce poświęcił większość swego zawodowego życia. Od 1974 do 1991 roku pracował w „Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Statystyki” przy GUS. Był ekspertem IV i V programu ramowych „Information Society Technologies UE” oraz członkiem „Międzynarodowego Instytutu Statystyki”. Był także przewodniczącym „Komisji Statystycznej ONZ” i wiceprzewodniczącym „Konferencji Statystyków Europejskich”. Tak więc trudno sobie wyobrazić kogoś bardziej kompetentnego i sprawdzonego. Ale pamiętam, że z informacji, które wówczas publikowano wynikało, iż jedna cecha psychiczna mogła mu zaszkodzić w kierowaniu GUS-em. To było pryncypialne poczucie niezależności wobec polityków i organów państwa, które wykazywał prezes. Witold Gadomski w artykule „Nie ma żartów ze statystyką” zamieszczonym w Gazecie Wyborczej pisał tuż przed jego odwołaniem – „…Dla zwykłych obywateli GUS jest nudnym urzędem, który sporządza skomplikowane komunikaty o inflacji, bezrobociu, wzroście gospodarczym, wielkości produkcji. Ale rynki gospodarcze doskonale wiedzą, co komunikaty te oznaczają i szybko na nie reagują. Do GUS należeć będzie także ostatnie słowo w sprawie wielkości długu finansów publicznych. Z oficjalnego komunikatu urzędu dowiemy się, czy krytyczny poziom długu już został przekroczony, czy jeszcze nie. Dlatego bardzo ważne jest, by GUS cieszył się całkowitym zaufaniem i nie powstało wrażenie, że jest podatny na naciski polityków. Zmiana na stanowisku prezesa, przed ogłoszeniem wyników rzetelnego śledztwa w sprawie rzekomych lub prawdziwych nieprawidłowości zaufanie takie podkopie.”
Prezesa Oleńskiego wywalono z posady po kilku dniach nagonki i szybciutko powołano nowego. Po odwołaniu afera ucichła i mimo upływu czternastu miesięcy nie wyjaśniono formułowanych wobec niego zarzutów. Mimo kwerendy, którą zrobiłem w necie dalszego ciągu tej historii nie znalazłem. Po prostu wokół sprawy zapadło głuche milczenie. Tak jakby chciano o niej zapomnieć. Tak jakby chciano, by jej wspomnienie nie ciążyło na budujących wskaźnikach statystycznych, którymi od roku karmi nas do mdłości rządowa propaganda. I co gorsza karmi nimi Unię, która ma już chyba tego dość. Bo tak przecież należy rozumieć zalecenie komisarza Algirdasa Semety, by statystyką zajmowali się ludzie od rządu niezależni.
Pod linkiem całość tekstu „Kredyt zaufania” poświęconemu odwołaniu Prezesa GUS.
http://www.kartkazpodrozy.eu/?p=3350
Kilka dni temu, porządkując skrzynkę z narosłej pryzmy reklam, znalazłem króciutki list – „Cześć. Chcesz napisać do mnie
Co prawda na tej stronie internetowej rzadko bywam, zwykle poznaję ludzi na stronie internetowej ….” I link na stronę. List był podpisany ciekawym nickiem przypominającym kobiece postacie z dramatów Ibsena. Adres też wyglądał na realny. Mało, godzina wysłania listu nie pokrywała się z porą wysyłania mi przez Onet codziennych ofert zaznania szczęścia. Więc zamiast mechanicznie wywalić propozycję do kubła kliknąłem na link. A tam różowo jak w dziecięcych marzeniach. Różowe serce w rogu, różowe literki. I w utrzymana tonacji różu półnaga kobieta z pluszowym misiem przypominająca Statuę Wolności. Mimo różu tak samo chłodnie majestatyczna jak ten pomnik witający wymęczonych emigrantów u progu Ameryki – raju. A obok zdjęcia szukających seksualnego zaspokojenia kobiet, mężczyzn, solo, w parach, większych grupach, różnych konfiguracjach… . Pozornie radosnych, ale tak naprawdę pogrążonych w przejmującym trudzie osiągania tego co nieosiągalne – szczęścia. Prawdziwe syzyfowe prace … . W dolnym rogu okienko ze ścieżką dialogową na której można podglądać aktualne dyskusje. Można czytać bez zobowiązań, bo to strona oferuje. Albo jak piszą, poświntuszyć z innymi po zalogowaniu – co samo w sobie jest już przecież formą zobowiązania. A jeśli ma się ochotę na więcej to strona również bogaty katalog rozrywek. Wszystko to bardzo przejrzyście, zgodnie regułami marketingu zostało zaprojektowane. Można wędrować po tym różowym świecie seksualnych pragnień jak po galerii handlowej. Reklamy, oferty, hostessy, tacki, próbki towaru do posmakowania, różowy nastrój … .
No ale ja niestety w galeriach, wielkich sklepach zatopionych w sztucznym świetle, przy włączonych kamerach doznaję osaczenia. Czasem staję z rozklekotanym wózkiem na jakimś skrzyżowaniu handlowych alejek i patrząc na hałdy towarów myślę – „Po cholerę mi to wszystko?” Ta stymulowana muzyczką, kolorem, nastrojem wyczuwalna wokół krzątanina, bieganina, szukanie towaru, okazji wyzwala we mnie poczucie bolesnej samotności. Uciekać się stamtąd chce. Podobnie ukłuł mnie mnie w serce nastrój „różowej” galerii do której mnie zaproszono.
Przyjęło się mówić, że seks to radość – coś na kształt aspiryny po której łyknięciu mijają nam dreszcze. Ale to nieprawda. Seks to również smutek, samotność. Tych uczuć chyba najintensywniej się doznaje w seksualnych związkach. Dlatego poranieni, obolali ludzie szukają pociechy w wypreparowanych z kontekstu życia „galeriach”. Rozumiem tęsknotę za rajem, za radosnym seksem bez bolesnych zobowiązań. Ale to przecież iluzja. Szarej, ludzkiej samotności nie da się przecież przemalować na różowo. To nic nie zmieni.
16 kwietnia, pijany jak Mitrofan
Hiszpański król to prawdziwy macho – uwielbia korridę i polowania. Obie te pasje nie zjednują mu jednak coraz życzliwiej do zwierząt nastawionej opinii publicznej. Szczególnie polowania budzą silne emocje – zarówno u króla jak i miłośników zwierząt. Tym bardziej, że król jest już stary, leniwy i coraz bardziej nieopanowany w myśliwskich zapędach. Na dokładkę to kosztowna pasja a dwór jest opłacany przez coraz bardziej biedniejących podatników hiszpańskich. Tak więc wojaże myśliwskie Juana Carlosa Alfonso Víctora Maríi de Borbon y Borbon – Dos Sicilias budzą liczne kontrowersje.
W 2003 roku Juan Carlos odwiedził Polskę. Polował w Puszczy Boreckiej na Mazurach wraz z ówczesnym szefem dyplomacji Włodzimierzem Cimoszewiczem. Łowy rozpoczął od odstrzału bażantów. Ptaszyska były trzymane wcześnie w wolierze. Tuż przed polowaniem wypuszczono je na pole, poszczuto psami, więc z furkotem wzniosły się w powietrze. Król odstrzelił ich dwieście (po cholerę komu dwieście bażantów?). Ale pełni szczęścia dostąpił dopiero wieczorem, gdy powalił starego żubra. Podatników hiszpańskich żubr kosztował siedem tysięcy dolarów. Polskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami uznało polowanie i zgodę rządu na zabicie żubra za skandal.
Rok później odwiedził Rumunię. W tamtejszych Karpatach upolował dziewięć niedźwiedzi. Trudno się więc dziwić, że organizacje ekologiczne znów zadławiły się z wściekłości. Trudno też zarzucić demagogię ich stwierdzeniu, że „tylko Ceausescu robił podobne rzeczy. Żaden moralny myśliwy na tym świecie nie zabija więcej niż jednego niedźwiedzia”.
Ale krytyka nie zraziła króla – słabość do niedźwiedzi odezwała się w nim dwa lata później. W trakcie polowania na Syberii jednym strzałem ubił niedźwiedzia zwanego Mitrofanem. Nic nie byłoby w tym złego, gdyby prasa rosyjska nie ujawniła, że był Mitrofan był oswojony i na dokładkę kompletnie pijany mieszanką miodu i wódki. Po prostu rosyjscy organizatorzy polowania upili przywiezionego w klatce niedźwiedzia i wypuścili, by oszołomiony, chwiejnym chodem wyszedł wprost na linię strzału. Szef ochrony zasobów łowieckich w regionie Wołogdy na północy Rosji (tam polował Juan Carlos) uznał ubicie Mitrofana za morderstwo i porównał styl łowiecki króla do stylu Breżniewa, któremu przywiązywano narąbane gorzałą niedźwiedzie do drzew, by było łatwiej trafić.
Król poluje również w Afryce. Jego ulubionym miejscem, w którym spędza całe tygodnie, jest namibijska ekskluzywna, bardzo droga „farma myśliwska” Gutera Schwalma – zawodowego myśliwego. Obszar z ufnymi zwierzętami liczy aż siedemdziesiąt tysięcy hektarów. W tym roku jednak król rozpoczął sezon łowiecki w Botswanie ubijając tam dorodnego słonia. Pewnie mimo okolicznościowego zdjęcia, które dostało się do mediów nie byłoby afery. No ale jest kryzys, a opłata za odstrzał słonia w Botswanie wynosi dwadzieścia tysięcy euro. Do tego dochodzą koszty zorganizowania łowieckiej wyprawy. Jak skrupulatnie wyliczyła prasa w sumie jest to wydatek większy niż dwukrotna średnia płaca roczna w Hiszpanii. Płaca tych, którzy mają pracę, a przecież co drugi młody Hiszpan jej nie ma. Na domiar złego król włócząc się za zwierzem po buszu upadł i złamał sobie biodro. Wrócił więc prywatnym samolotem do Madrytu, gdzie wszczepiono mu protezę stawu biodrowego, co wraz z rehabilitacją podniosło koszt eskapady.
Swą myśliwską pasją Juan Carlos zaraził również wnuka – trzynastoletniego Felipe Juana Froilan. Chłopiec chcąc dorównać dziadkowi pilnie ćwiczył strzelectwo. No i w trakcie ćwiczeń przestrzelił sobie stopę. Niby nic w środowisku macho, ale jest problem prawny. W Hiszpanii bowiem dzieciom do lat czternastu nie wolno dawać broni do ręki. Tak więc zbiedniała Hiszpania zastanawia się kto zapłaci grożące za to sześć tysięcy euro grzywny. Czy Burboni z prywatnych zasobów czy znów podatnicy?
Pod linkiem pasja Juana Carlosa
http://www.youtube.com/watch?v=Z_oOr9EY7oQ&feature=related
W kartce z września 2010 roku pt „Demograficzne skutki pamięci historycznej” zwracałem uwagę na dużą zdolność migracyjną, mobilność społeczeństwa hiszpańskiego. To przyzwyczajenie do wędrówek (choćby idee camino czy konkwisty) przekłada się na otwarty stosunek – również politycznie – do imigrantów. Tak pisałem o tamtejszej polityce demograficznej – „ … Czy to źle czy dobrze? W krótkiej perspektywie nie najlepiej, bo kraj zmaga się z kryzysem gospodarczym a bezrobocie sięga 20 – stu procent. Tym samym emigranci czynią sytuację ekonomiczną i społeczną kraju jeszcze cięższą. Budżet musi ponosić koszty integracji a ich napływ wywołuje napięcia społeczne i polityczne. Współżycie z ludźmi odmiennymi cywilizacyjnie czy kulturowo jest trudne – wymaga okiełznania egoizmu. Ale warto to umieć robić, bo w dłuższej perspektywie napływ emigrantów jest życiodajną kroplówką dla starzejącego się społeczeństwa. Gdyby nie emigracja Hiszpania, podobnie jak prawie wszystkie kraje Europy borykałaby się z ujemnym przyrostem naturalnym co oznaczałoby klęskę demograficzną tego kraju za kilkanaście lat. …” Niestety w ciągu tych dwóch lat kryzys jak walec przejechał się po polityce demograficznej i sprowadził do parteru ambitne plany. Bańka migracyjna, która pęczniała przez ostatnie dziesięciolecie prosperity gospodarczej pękła pod jego ciężarem i zamieniła się w falę odpływu zabierającą ze sobą blisko pół miliona rodowitych Hiszpanów i rezydentów. Wyniki badań Narodowego Instytutu Statystycznego wykazały, że w 2011 roku po raz pierwszy od dziesięciu lat bilans migracyjny Hiszpanii jest ujemny. Warto się więc bliżej przyjrzeć tym wędrówkom ludów.
Podstawowym kierunkiem emigracji, jak w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku, jest Europa. Przemawia za tym bliskość domu (najdalej cztery godziny lotu). Ale tonący w kryzysie kontynent nie daje już możliwości finansowego odkucia się jak dawniej bywało. Stąd wiele rozczarowań. Norweskie gazety piszą o hiszpańskich emigrantach skuszonych wizją skandynawskiego dobrobytu – „Nigdy jeszcze nie mieliśmy w Norwegii tak dramatycznej sytuacji. Przypomina mi to Moskwę w czasach kryzysu pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy to Rosjanie z regionów wiejskich zaczęli migrować do miast w poszukiwaniu pracy, a potem bez grosza trafiali do schronisk. (…) Dawniej przyjeżdżali do nas przede wszystkim Polacy, a w pewnym momencie zaczęli przyjeżdżać Hiszpanie. Nie mają jedzenia ani pracy i oczekują od nas wsparcia. Owszem, mamy różne formy pomocy dla uchodźców politycznych, ale nie dla tych, którzy opuścili swój kraj z własnej woli”.
Nieco dalej geograficznie (dziewięć godzin lotu), ale kulturowo bliżej, mają Hiszpanie do Ameryki Łacińskiej. Ale też tej fali kryzysowej emigracji nie można porównywać do wędrówki za chlebem z lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Już nie trafiają tam statki wypełnione wygłodzonymi emigrantami z tekturowymi walizkami, lecz ludzie z wyższych uczelni poszukujący doświadczenia i przygody. Typowy profil hiszpańskiego emigranta w Ameryce Łacińskiej – około trzydziestki, wysoko wykwalifikowany, stanu wolnego. Dla takich ludzi Ameryka Łacińska z jej dynamicznie rozwijającymi się gospodarkami jest finansowym El Dorado. Emigrant – informatyk tak to opisuje – „W Hiszpanii traktuje się Amerykę Łacińską jak małe dziecko, które dopiero rośnie (…) Ale kiedy tu przyjedziesz, to zdajesz sobie sprawę, że ten dzieciak jest ogromny. Meksyk jest znacznie większym rynkiem niż Hiszpania dzięki dostępnym środkom, ropie naftowej, energii, wielkości kraju, swoim stu dziesięciu milionom mieszkańców… To jest monstrum. (…)Tutejszy świat pracy nie ma nic wspólnego z tym w Hiszpanii. Pracuje się ogromnie dużo, jest mniej urlopów. Ale te wysiłki są nagradzane. Kto dobrze pracuje, bardzo szybko robi postępy.” Konsulat Kolumbii w Madrycie odnotowuje bezprecedensowy wzrost wniosków o wizy pracownicze. W 2008 roku rozpatrywano przeciętnie czterdzieści pięć wniosków wizowych miesięcznie. W tym roku ich liczba wzrosła do siedemdziesięciu. Typowy klient konsulatu to Hiszpan „zirytowany sytuacją, który posiada kapitał i chce wyjechać, żeby inwestować”. Oczywiście konsulat wiz nie odmawia i „stwarza wiele możliwości inwestowania i pracy zarobkowej”. Kolumbia, która potrzebuje hiszpańskich inwestycji, ułatwia założenie przedsiębiorstw, nie wymagając już od nich zatrudniania minimalnej liczby kolumbijskich pracowników. Pieniądze, chęć awansu, latynoska kultura, imponujące krajobrazy, przyjmowanie Hiszpanów z otwartymi ramionami… Kto chciałby osiąść w Niemczech, skoro jest Ameryka Łacińska?
Nieporównywalnie gorsza jest sytuacja Latynosów, którzy skuszeni hiszpańskim otwarciem wyemigrowali do tego kraju. Ciężka zapaść gospodarcza zmusiła rząd do drakońskich cięć, a pomoc socjalna dla uchodźców w pierwszym rzędzie padała ich ofiarą. Symbolem tej grupy społecznej są kubańscy dysydenci, których rząd Zapatero i kościół katolicki wydobył z więzień Castro. W 2010 roku kilkuset uwolnionych Kubańczyków witały na lotnisku Barajas pod Madrytem rozentuzjazmowane tłumy. Teraz koczują na Puerta del Sol w Madrycie, bo rząd pozbawił ich socjalnych świadczeń i znaleźli się na bruku. Z rozgoryczeniem skarżą się więc dziennikarzom – „Myśmy przecież nie zamierzali tutaj przyjeżdżać. Przywieziono nas! Co z tego, że nie siedzimy już w więzieniach, skoro nie mamy z czego żyć. Gdybyśmy wiedzieli, że tak będzie, zostalibyśmy w ciupie i dalej walczyli. Przynajmniej mielibyśmy wsparcie rodzin, która na Kubie miały gdzie mieszkać.”
Wędrówki ludów dotknęły również sąsiednią Portugalię. Pierwsi ruszyli w drogę pracujący w podupadającej Hiszpanii. W ostatnich czterech latach około dwudziestu pięciu tysięcy Portugalczyków korzystających z hiszpańskich ubezpieczeń społecznych straciło pracę i wróciło do ojczyzny. Niewiele to pomogło tamtejszej sytuacji demograficznej, bo jak informuje Obserwatorium Migracji aż trzysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi wyjechało z tonącego w kryzysie kraju za chlebem. Bilans demograficzny ma więc Portugalia, podobnie jak Hiszpania ujemny. Kierunki migracji tradycyjne – Europa Zachodnia i Ameryka Łacińska. Co ciekawe powodzeniem się cieszy również szlak do Afryki – do dawnej portugalskiej kolonii czyli Angoli. Ten exodus przypomina to, co się działo w latach sześćdziesiątych minionego stulecia. Angola, która w 1975 roku, po długotrwałej wojnie, odzyskała niepodległość a później na całe lata utonęła w bratobójczych walkach, leży na południu Afryki – zaledwie o siedem godzin lotu od Lizbony. Ma terytorium dwunastokrotnie większe od Portugalii. Na dokładkę, po odzyskaniu pokoju Angola przeżywa niesamowity gospodarczy boom. Dzięki złożom diamentów i ropy osiąga średnio od 2003 roku trzynastoprocentowy wzrost PKB. Ma więc za co się odbudowywać. To raj dla władających językiem portugalskim specjalistów od budowy dróg i mostów, ekspertów w dziedzinie telekomunikacji, doradców finansowych, menedżerów, świeżo upieczonych absolwentów, bezrobotnych i poszukiwaczy przygód. Zarobki trzykrotnie przekraczają stawki lizbońskie. Portugalczykom udającym się do Angoli w 2003 roku wydano niewiele ponad sto wiz. Ale w ubiegłym roku ilość wiz przekroczyła już dwadzieścia pięć tysięcy. Szacuje się, że w Angoli mieszka i pracuje obecnie ponad sto tysięcy Portugalczyków. Podobno w Luandzie mawiają, że Portugalia stała się angolańską kolonią. Co coś w tym jest, bo ruch ludności odbywa się również w drugą stronę. Z tym, że o ile Portugalczyków do Angoli wygania kryzys to Angolańczyków do Portugalii pędzi dobrobyt. Dawni dowódcy marksistowskiej partyzantki, często z dyplomami uzyskanymi w ZSRR a obecnie milionerzy dorobieni na ropie i diamentach inwestują w portugalski przemysł artykułów luksusowych, wystawne samochody i hotele, sektor bankowy, media … . Już około dwudziestu pięciu tysięcy Angolańczyków osiadło w Portugalii i zajęło się prowadzeniem rozmaitych biznesów. W ostatnich dwóch latach kupili oni np. dużą ilość wielkich gospodarstw rolnych od Duoro do Algarve. To niezwykle opłacalne, bo wino i oliwa są produktami, które w Luandzie cieszą się niezwykłym popytem i osiągają zawrotne cenye. Zakup latyfundiów pozwala im na kontrolę całego obiegu tych produktów. To prostsze niż zakładanie własnych plantacji – tym bardziej, że najpierw trzeba by było rozminować ziemię w Angoli.
Pod linkiem – Angola zaprasza!!!
http://www.youtube.com/watch?v=UOCTehVwAsI&feature=related
Nocą dziwny, niepokojący sen. Śniłem, że jestem młody – cofnąłem się o dobre trzydzieści lat w czasie. Odnalazłem w imaginacji swych ówczesnych przyjaciół, bliskich. Ale realia snu – krajobraz, budynki, wnętrza – były współczesne. Śniłem o tym, że bardzo pragnąłem pisać. To pragnienie było silniejsze niż pożądanie, które nas ciągnie do ukochanej kobiety. To był dojmujący głód pisania. Byłem głodny, cierpiałem, ale równocześnie zdawałem sobie sprawę ze swych ograniczeń, braku umiejętności przelania na papier tego czuję. Choć uparcie pisałem, ćwiczyłem, to efekty tych prób wydawały mi się żałosne. Wstyd mi było za nie przed samym sobą. Jak nieudacznik życiowy pogardę dla siebie czułem. Darłem więc zapisane nocami kartki, miąłem je, wypalałem w piecu.
W obliczu tej klęski postanowiłem nauczyć się pisać od pisarza – terminować, podszkolić się trochę u mistrza. Traf chciał, że uznany za geniusza literat postanowił przyjąć do pracy pomocników. Pobiegłem więc na konkurs. Olbrzymi tłum chętnych otaczał jego pracownię. Przebiłem się przez ludzką masę kolanami, łokciami i wraz z kilkoma rówieśnikami jakimś cudem zostałem przyjęty. Nie pamiętam czym go ująłem. Nawet nie wiem co miałem robić i za jakie pieniądze. Nie interesowało mnie to zresztą. Chciałem tylko z nim być blisko – podglądać, podpatrywać jak pisze. Przykucnąć gdzieś w kącie, ukryć się i patrzeć jak spod jego dłoni wychodzą pięknie opowiedziane mądre, ciekawe historie. Jak prowadzi błyskotliwe dialogi, jak nasyca narrację rytmem … . Chciałem wykraść mu sekret pisania. Chciałem być nim.
Pracownia geniusza była zagracona. Polecił więc, by każdy z przyjętych przez niego pomocników znalazł sobie jakiś kąt i go umeblował. Moi współpracownicy, a byli wśród nich również bliscy, zaczęli więc wyrywać sobie szafy, biurka, krzesła … . Szarpać się ze sobą o te meble, przesuwać je hałaśliwie. I urządzać swe kąty po domowemu. Bałagan meblowania się przeciągał – na parapetach stanęły kwiatki w doniczkach, okna przysłoniły firanki, na ścianach zawisły rodzinne zdjęcia … . Ktoś się z kimś kłócił, ktoś się z kimś całował… . A ja stałem w tym burdelu i głucha wściekłość we mnie rosła. Bo przecież nie po to pokonałem tłum, by urządzać tu sobie namiastkę domu, ale by wykraść temu kostycznemu, drwiącemu facetowi jego dar pisania. W dupie miałem dom, przytulność, familijne klimaty … . Moim celem było to, by jak najlepiej pisać. Zacząłem się więc szarpać, bić z tymi ludźmi, krzyczeć, by w końcu usiedli w spokoju i dali mi podglądać, uczyć się jak on to robi. Ale nikt mnie nie słuchał. Oni w jakimś amoku, jak mrówki, urządzali sobie życie w tej pracowni. Więc tłukłem tych ludzi, kaleczyłem bliskich, krzywdziłem ich, zlizywałem z pięści ich krew. A on stał wysoko, na antresoli pracowni i śmiał się patrząc na to. Śmiał się drwiąco, pogardliwie patrząc jak się bezsilnie szamoczę.
Niepokojący sen, takie przychodzą nad ranem. Sen o bezsilnej samotności. O sensie życia. O celu, który sobie wyznaczamy. Sen po którym mocno bije serce i nie można już zasnąć do rana.
Energia nuklearna złowieszczo mi się kojarzy z katastrofami. Jeszcze pamiętam przełom maja i kwietnia 1986 roku, gdy awarii uległ reaktor w Czarnobylu. Piękna, sielankowa pogoda, matki z dziećmi w parkach i rosnąca niepewność czy po wiosennym niebie nie snuja się już radioaktywne chmury. I śmierdzący jodyną płyn lugola, który zaaplikowano milionom ludzi, by zapobiec wchłanianiu radioaktywnego izotopu jodu. A właściwie by uspokoić rosnącą panikę. Wtedy „rozeszło się po kościach”, ale obawa przed złowieszczym promieniowaniem pozostała.
Doświadczenie czarnobylskie wpłynęło chyba na to, że zapomnieliśmy, iż dwadzieścia lat wcześniej, 17 stycznia 1966 roku, podobne zdarzenie dotknęło Hiszpanię. I też „rozeszło się po kościach”, choć mogło skończyć się apokalipsą. Myślę o katastrofie lotniczej w efekcie której cztery bomby termojądrowe wraz z płonącymi strzępami samolotów nieoczekiwanie spadły z nieba na wybrzeże śródziemnomorskie – w najbliższej okolicy sennej, andaluzyjskiej mieściny Palomares. Bomby miały – bagatela – po 1,5 megatony TNT (równoważnik trotylowy mocy). Każda była siedemdziesiąt pięć razy silniejsza od bomby zrzuconej na Hiroszimę. Chyba palec Boży ustrzegł wtedy Hiszpanię i Europę od atomowego Armagedonu.
Najogólniej rzecz biorąc katastrofa nad Palomares była efektem napięcia politycznego między blokiem wschodnim a zachodnim – pokłosiem „zimnej wojny”. Militarnym wyrazem tego napięcia było utrzymywanie w ciągłym locie przez USA i jego sojuszników flotylli samolotów bombowych przenoszących na okrągło bomby jądrowe na pokładach. Bombowce, w pełnej gotowości bojowej krążyły więc od wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych ponad Atlantykiem, Gibraltarem, Morzem Śródziemnym aż nad Adriatyk, nad którym zawracały do Stanów. Dzięki tej taktyce samoloty były w każdym momencie gotowe do uderzenia na cele w bloku wschodnim i to niezależne od przewidywanych, sowieckich ataków na amerykańskie lotniska. Mankamentem tej taktyki była natomiast konieczność powietrznego tankowania bombowców pokonujących gigantyczne dystanse. Planiści wojskowi organizujący przyszły teatr wojenny uznali, że najlepszym obszarem do tankowań będzie niebo nad Palomares. I właśnie w styczniowy, pogodny dzień 1966 roku, dziesięć kilometrów nad pueblem, doszło do kolizji w powietrznym moście – do zderzenia olbrzymiej cysterny KC-135, zbudowanej na bazie Boeinga 367 z bombowcem B – 58 uzbrojonym w cztery termojądrowe bomby. Płonące samoloty i ładunki termonuklearne runęły na ziemię. Na szczęście zadziałały systemy wyzwalające spadochrony bomb. Jeden z ładunków jądrowych spadł wprost na pueblo. Od uderzenia w kamienistą ziemię pękł stalowy cylinder i ze środka wysypał się pluton. Dwie kolejne bomby spadły na wzgórza obok wsi. W jednej z nich eksplodował ładunek wybuchowy inicjujący eksplozję. Chwalić Boga, skończyło się tylko na rozerwaniu jej kadłuba. Czwartą bombę wraz ze spadochronem wiatr zniósł nad morze. Wydobyto ją po osiemdziesięciu pięciu dniach poszukiwań – przy pomocy łodzi podwodnych. Tereny Palomares po nalocie zostały radioaktywnie napromieniowane. Ponieważ afera nabrała międzynarodowego wydźwięku Amerykanie, w ramach naprawy szkód, wywieźli około tysiąc pięćset metrów skażonej ziemi. Pewnie zdrapali by więcej ale nie wiadomo było co z tym śmiercionośnym syfem zrobić. Tak więc pozostały teren o wielkości około czterdziestu hektarów – tuż za miejskim cmentarzem – otoczono ogrodzeniem i zakazano tam wstępu. Na terenie skażonej strefy, mimo upływu czterdziestu sześciu lat liczniki Geigera wciąż terkoczą. Hiszpanie szacują, że sprawę mogłoby zamknąć wywiezienie ponad sześciu tysięcy metrów radioaktywnej ziemi. No ale to obowiązek Amerykanów, którzy do rekultywacji terenu – mimo licznych wizyt i konsultacji – się nie kwapią. Mieszkańcy puebla są już tym zmęczeni. Od blisko półwiecza cierpią z powodu amerykańskich bomb termojądrowych, które spadły na okolicę z bezchmurnego nieba. Mają już dość polityków i składanych przez nich obietnic. Tym bardziej, że obietnice są nierealne w obliczu skażenia gruntu. Gdy w ubiegłym roku przyjechała do Palomares z wizytą rządowa delegacja amerykańska, by kolejny raz ocenić stopień skażenia strefy, poprosili ją tylko o jedno – żeby zamiast badać glebę, zabrała ją w końcu do siebie. Władze Andaluzji i rząd centralny zdają sobie sprawę, że Palomares jest społecznie i gospodarczo nastygmatyzowane – że czas się tam zatrzymał w styczniu 1966 roku. Są plany, by w mieścinie utworzyć muzeum, park tematyczny poświęcony dziejom technologii od ery brązu do ery atomowej. Coś podobnego do parku archeologicznego w Atapuerca, o którym wielokrotnie pisałem. Są do tego naukowe podstawy, bo okolica Palomares znajduje się w samym środku obszaru kultury El Agar, która była 4000 lat temu najnowocześniejszą cywilizacją miejską Europy. Ekspozycja w parku obejmowałaby więc okres zaczynający się od tej właśnie kultury, a kończący się na erze atomowej – na 17 stycznia feralnego roku. Są też na to unijne pieniądze. Sęk w tym, że przed przystąpieniem do jakiejkolwiek budowy należy teren odkazić, zdrapać ziemię i wywieźć gdzieś. Niestety nie ma gdzie, bo nikt jej za żadne pieniądze nie chce.
Pod linkiem film o katastrofie w Palomares.
http://www.youtube.com/watch?v=iRdIzCxGSWo&feature=related
Fiodor Dostojewski poznał Annę Grigoriewnę Snitkin w 1866 roku. Miał wówczas ponad czterdzieści lat a ona niespełna dwadzieścia – mogła być jego córką. Maria Isajewa, żona Dostojewskiego nie żyła już od dwóch lat. W tym czasie pisarz nerwowo szukał nowej partnerki. Niestety, z powodu jego fatalnej sytuacji finansowej (długi na skutek nałogowego hazardu) i ciężkiego charakteru, jego zaloty i oświadczyny były odrzucane. Dostojewski w tym okresie pracował nad „Graczem”. By zadowolić zatruwających mu życie wierzycieli sprzedał wydawcy jeszcze nie zakończoną książkę. Ponieważ terminy go goniły zatrudnił jako stenotypistkę właśnie Snitkinę, by dyktować powieść. Dziewczyna od lat była pod urokiem jego twórczości, po cichu się w nim podkochiwała. Nazywano ją nawet Nietoczka na cześć bohaterki wczesnej powieści Dostojewskiego o tym samym tytule. Po kilku miesiącach pracy zauroczyła go, oświadczył się, a ona z radością zgodziła się na małżeństwo. Pierwsze tygodnie po ślubie były dla niej koszmarem, bo rodzina Dostojewskiego jej dokuczała. Małżonkowie postanowili wyjechać więc za granicę. Anna Snitkina, która wkrótce zaszła w ciążę, by nie wyjść z wprawy miała zwyczaj codziennie ćwiczyć stenografię opisując dzień po dniu swe życie z Fiodorem. Dzięki tym notatkom zachowało się świadectwo ich codziennej egzystencji. A właściwie egzystencji zakochanej na zabój Snitkiny przy boku nałogowego gracza. Stanisław Cat Mackiewicz na podstawie tych zapisków odtworzył w „Dostojewskim” walkę bezwarunkowej, czystej miłości z koszmarnym uzależnieniem. To przejmująca lektura.
„ … 4 lipca 1867. Dostojewscy późnym wieczorem przyjechali do Badenu. 5 lipca Dostojewski wziął 15 napoleondorów od Ani, u której pieniądze były na przechowaniu, i poszedł na ruletę. Wrócił, powiedział, że przegrał wszystko. “Zostało jeszcze 50 napoleondorów – pisze Ania – mamy więc za co żyć.” Było postanowione, że Dostojewski chodzi na ruletę tylko raz na dzień. Ale tego pierwszego dnia Dostojewski zechciał wieczorem pokazać Ani dom gry, mieszczący się na stacji kolejowej, i przegrał znowu pięć napoleondorów. Zostało 45.
6 lipca Ania jest chora, Dostojewski początkowo ma zamiar zostać, aby ją pielęgnować. Idzie jednak na pół godzinki na ruletkę. Wraca dopiero o 11 w nocy, bardzo przygnębiony. “Biedny Fiedia – pisze Ania – bardzo mi go żal. Ledwo mogłam go uspokoić. Obawiam się ataku.” Zostało już tylko 25 napoleondorów.
7 lipca, niedziela. Dostojewski wziął 5 napoleondorów , przegrał, wrócił, oświadczył Ani, że nie jest jej wart. Ania prosiła go, aby w myśl przez siebie samego ustalonej reguły nie wracał tego dnia na ruletkę. Ale Dostojewski wziął dwa napoleondory i prosił, aby go nie uważała za łajdaka, który brzemiennej żonie zabiera ostatni kęs chleba. Zostało 18 napoleondorów, ale Dostojewski jeszcze trzy razy wraca po pieniądze do domu. Wieczorem było już tylko 12.
8 lipca Dostojewski przegrał 5 napoleondorów, potem je odegrał. Jest znowu 12.
9 lipca. Dostojewski przegrał 7 napoleondorów, zastawił obrączkę, wygrał 16, jest razem 21, sytuacja trochę lepsza.
10 lipca Dostojewski wygrał 46 napoleondorów. Razem z pieniędzmi u Ani mają 51. Tego dnia Dostojewski odwiedza Turgieniewa, z którym pokłócił się śmiertelnie.
11 lipca. Dostojewski kilkakrotnie wygrywa i przegrywa w ciągu dnia, ciągle odwiedzając Anię to z rozpaczy, to ze szczęścia. Dostojewscy to mają pieniądze, to są nędzarzami wśród obcego miasta, bez możliwości żadnej znikąd pomocy. Wieczorem mają znów 50 napoleondorów.
12 lipca. Podobna wściekła huśtawka przez cały dzień, ale wieczorem Ania ma jeszcze 44 napoleondory.
13 lipca. Dostojewski wygrał 61 napoleondorów. Razem mają 91. Ania namawia go na natychmiastowy wyjazd z Badenu.
15 lipca. Pieniądze kurczyły się po pięć lub dziesięć napoleondorów. Wreszcie zostało tylko 32. Potem Dostojewski wygrał 43.
15 lipca. Dostojewski nie wraca przez cały dzień, wieczorem oświadcza Ani, że przegrał wszystko. “Nic nie szkodzi” – mówi zrezygnowana Ania. Ale to tylko miły żart z jego strony. Dostojewski wygrał dużo. Mają teraz 166 napoleondorów, czyli 3 120 franków. Jest to kwota zapewniająca wówczas spokojne życie na rok. Ania błaga o wyjazd z Badenu.
17 lipca wieczorem Dostojewscy mają już tylko 20 napoleondorów.
18 lipca Dostojewski wziął u Ani 5 napoleondorów, potem wrócił jeszcze po 5, zostało się 10, potem wziął jeszcze 5, potem 1. Zostało 4. Obiad Dostojewscy zjedli smutni, jak pisze Ania. Po obiedzie Dostojewski wziął jeszcze 3 napoleondory. Został się tylko 1. Ania chodzi zdenerwowana po alei przed domem gry. Dostojewski pojawia się prosi o kolczyki i broszkę, aby je zastawić. “Było mi bardzo smutno – pisze Ania – bo przedmioty te miałam od niego.” “Z rozpaczą myślałam, że mieliśmy 160 napoleondorów i nie wyjechaliśmy.” Dostojewski do domu wrócił dopiero o 11 w nocy. Za kolczyki i broszkę otrzymał 6 napoleondorów, ale przegrał wszystko. Dostojewscy siedzieli objęci kilka godzin, Ania go pocieszała i dobrze im było razem. Zostało postanowione, że nazajutrz Dostojewski spróbuje szczęścia z ostatnim pozostałym u Ani napoleondorem.
19 lipca Ania odczuwa chorobliwe objawy wywołane swym stanem. Oddała Dostojewskiemu prócz napoleondora także wszystkie drobne ze swej portmonetki. Za obiady są już dłużni od trzech dni. Dostojewski założył po drodze swoją obrączkę, ale nie wziął ani jednej stawki. Przychodzi po koronkową chustę Ani i niesie ją do jakiegoś Weissmanna, aby ją zastawić. Ten mu oświadcza, że takich rzeczy nie przyjmuje, ale daje adres jakiejś pani Etienne. Dostojewski pędzi tam, ale nie zastaje jej w domu. Powiedziano mu, że może przyjść nazajutrz o 10 rano. Dostojewski wziął obrączkę Ani, aby pójść na ruletkę. Po jego wyjściu Ania zaczęła się modlić. Dostojewski wrócił wieczorem, odniósł dwie obrączki, opowiedział, że wygrał aż 180 franków, potem zostało mu tylko z tego 7 franków, potem znów wygrał 150 franków, potem znów przegrał wszystko i zostało mu tylko 3 franki, i z tych 3 franków doszedł do 180, i poszedł wykupywać obrączki. Niemiec, u którego je zastawił, powiedział mu: “Niech pan przestanie grać, pan przegra wszystko.”
20 lipca Ania płaci dług za mieszkanie, ale nie zdążyła oddać za obiady, bo Dostojewski już wrócił z ruletki i zabrał jej resztę, którą natychmiast przegrywa do ostatniego grosza. Wraca do domu i przegląda rzeczy, które można zastawić lub sprzedać. Bierze futerko Ani, niesie do kuśnierza, ale ten nie chce kupić. Dostojewski wraca po chustę koronkową i obiega z nią całe miasto, ale nikt nie chce jej przyjąć.
21 lipca. Dostojewski rano zastawia w końcu chustę u pani Etienne za 60 franków i biegnie na ruletę, gdzie momentalnie przegrywa wszystko. Ania płacze, ale tak, aby mąż nie widział. Dostojewski na ulicy spotyka Gonczarowa. Był to wówczas znakomity pisarz rosyjski, rywal Turgieniewa, autor Obłomowa i Obrywa, jedyny spośród wybitnych pisarzy rosyjskich piastujących wysoką rangę urzędniczą. Dziś czytać go nie jesteśmy w stanie. Dostojewski wyjaśnia Gonczarowowi, że mu potrzebne są pieniądze na utrzymanie żony – na kilka dni, dopóki z kraju nie nadejdzie przekaz, ponieważ zgrał się do nitki na ruletce. Gonczarow dał mu trzy napoleondory. Dostojewski popędził na ruletkę i było mu bardzo głupio, gdy spotkał tam Gonczarowa. Na szczęście teraz Dostojewski nic nie przegrał, a nawet wygrał, co prawda tylko 3 franki. Ania pisze do matki list z błaganiem o pieniądze.
22 lipca Dostojewski idzie na ruletę, przy tym stawiając pieniądze powtarza sobie w duchu : “To dla Ani na chleb, to dla niej na chleb” – i w ten sposób przegrywa całe trzy dukaty Gonczarowa, które mogły starczyć Ani na pełne utrzymanie na dobre dwa tygodnie. Wraca do domu i znów biega z futerkiem Ani po mieście.
23 lipca Dostojewski sprzedał futro Ani za 8 franków, zostawia jej dwa na obiad, ale przegrawszy 6, wraca i zabiera jej te dwa, i znowu je przegrywa. Ania liczy już grosze, które jej zostały. Na marki do listów z błaganiami o pieniądze wydała 28 krejcerów. Zostało jej kilka miedziaków.
24 lipca Dostojewski sprowadził do domu człowieka kupującego stare ubrania. Za dwie sukienki Ani Dostojewski chciał 50 franków. Przekupień wzruszył ramionami, Dostojewski go wygnał. Nie mając ani grosza na ruletę Dostojewski poszedł z żoną na spacer. Swoje zapiski o tym dniu Ania zakończa słowami: “Jakaż jestem szczęśliwa, jakiegoż dobrego i kochającego mam męża i jak ja go kocham.”
25 lipca Ania pisze błagający list do siostry o pieniądze. Dostojewski spaceruje z nią cały dzień.
26 lipca Dostojewskiemu udaje się zastawić u Weissmanna dwie sukienki Ani za 30 franków. Tego dnia Dostojewski nie gra.
27 lipca Dostojewski przegrywa 15 franków. Ania zapisuje: “Dziś jest równo pięć miesięcy od naszego ślubu.” Olbrzymi dokładny opis wspólnego spaceru zakończa się słowami: “On jest tak szczęśliwy, że będziemy mieli dziecko. Jaki on miły i dobry.”
Opuszczam kilka dni, w których Dostojewscy mieszkają bez pieniędzy, a Ania musi co dzień znosić impertynencje gospodyni domagającej się zwrotu długu. Cierpienia Ani trwają jeszcze długich dni 23.
2 sierpnia Ania otrzymuje od matki 172 franki, ale już 7 sierpnia, gdy Ania leży całkiem chora, Dostojewski sprzedaje swój frak, bo jest zgrany do nitki.
10 sierpnia Ania pisze: “Nadeszła nareszcie ta straszna sobota, gdy trzeba płacić rachunek, a my nie mamy grosza.” Dostojewski niesie resztę rzeczy do Weissmanna, ale zamiast, odnieść pieniądze do domu przegrywa je po drodze na ruletce. Ania mówi: “No, to już głupio.” Dostojewski robi jej za to awanturę. Wieczorem Ania pierze i krochmali własnoręcznie koszule Dostojewskiego, bo nie mają oczywiście pieniędzy na wykupienie bielizny od praczki.
13 sierpnia siostra Ani przysyła jej 156 florenów, Dostojewski przegrywa od razu część tej sumy i zdenerwowany, ma wieczorem atak epilepsji. 16 sierpnia Ania pisze: “Dziś był dzień nieszczęśliwy, Fiedia przegrał wszystko”, ale zapiski jej, jak zwykle, zakończają się serdecznościami pod adresem Fiedi. 18 sierpnia Dostojewski już dwa dni gniewa się na żonę za to, że ta rozpłakała się nad listem od matki, donoszącym, że nie ma pieniędzy na wykup zastawionych mebli Ani i że te meble przepadną. Dostojewski krzyczał: “Przeklęte meble!” 20 sierpnia Ania otrzymuje z domu jeszcze 150 rubli. W dniach następnych Dostojewski z tych pieniędzy wygrywa jakąś kwotę, potem znów przegrywa i znów wygrywa, i jeszcze raz przegrywa, i przegrywa nawet pieniądze, które mu daje Ania na wykup swoich sukienek. Przeprasza ją, a Ania 22 sierpnia z własnej inicjatywy zachęca go, aby poszedł na ruletę z 40 frankami, które Dostojewski przegrywa. Wreszcie 23 sierpnia cudem udaje się Ani namówić Dostojewskiego na wyjazd z Badenu, do ostatniej jednak chwili nie jest pewna, czy rzeczywiście wyjadą.
Dostojewscy przyjechali do Genewy z 18 frankami w kieszeni. Ale Ania jest wesoła, najgorsze jest już poza nią. Po pewnym czasie sama namawia Dostojewskiego, aby wyjechał do Aix les Bains na ruletkę. Wspaniałym jakimś instynktem odgadła metodę walki z demonem gry. Mówi mężowi: “Jedź, rozerwij się, przeznacz sobie pieniądze na przegranie, bo nie wygrasz na pewno.” Ania kilka razy powtarza ten eksperyment, a po raz ostatni w kwietniu 1871 roku, w czasie podróży powrotnej do Rosji. Ania namawia wtedy Dostojewskiego, aby pojechał na ruletkę do Wiesbadenu. Dostojewski jedzie, przegrywa 180 talarów i od tego czasu aż do śmierci nie był już w domu gry. …”
Smutne książki z dzieciństwa – przeczytałem je dzięki mojej Babce, nauczycielce wiejskiej spod Łodzi. Spędzałem tam co roku, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, samotne wakacje. Babcia władczy dystans trzymała wobec wsi, choć od końca lat dwudziestych tam mieszkała, pracowała i całe pokolenia chłopskich dzieci uczyła czytać i pisać. Przez ten wymuszany również na mnie dystans nie mogłem się z wiejskimi dzieciakami bawić, co skazywało mnie na czytanie całymi dniami książek z babcinej etażerki. Smutne to były książki – głównie pozytywistyczna klasyka. „Anielki”, „Antki”, „Katarynki”. „Kamizelki”, „Placówki”, „Latarniki”, „Nasze szkapy”. „Wspomnienia niebieskiego mundurka” z tym nieszczęsnym Zabacułem co w trumnie spał i w trumnie umarł … . No i „Siłaczka”, z która jak sądzę się moja Babcia w cichości ducha identyfikowała.
Pierwowzorem tytułowej „Siłaczki” była Faustyna Morzycka – nauczycielka, działaczka oświatowa, socjalistka, piękna i wrażliwa kobieta. Żeromski spotyka ją w 1890 roku. Faustyna ma wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat i najwyraźniej go fascynuje. Niby niewiele tych lat, ale są one mocne, sprzyjające dojrzewaniu, nasycone narodowo – rodzinnymi dramatami. Faustyna ma za sobą Syberię, gdzie trafił jej ojciec za udział w powstaniu. Po zawirowaniach rodzinnych jedenastoletnią dziewczynkę krewni ściągają do kraju. W pensji Henryki Czarnockiej uzyskuje patent nauczycielki i w majątku Paulinów, kupionym przez ojca, prowadzi konspiracyjną szkołę dla wiejskich dzieciaków. Tam właśnie poznaje ją Żeromski. Przejęty jej urokiem, idealizmem i oddaniem pozytywistycznej sprawie w swej noweli tytułową Siłaczkę uśmierca. Lecz Faustyna jakoś znosi „orkę na ugorze”. Co prawda za morderczo aktywny tryb życia i ciągły kontakt z nędzą płaci gruźlicą, ale kuracja we Włoszech, w Szwajcarii pomaga. Do kraju wraca w 1905 roku i w Nałęczowie otwiera szkołę. Wkrótce wybucha rewolucja.
Z postacią Morzyckiej zetknąłem się ponownie dziesięć lat później – w 1981 roku. Ale nie występowała już w roli Siłaczki. Miałem wtedy dwadzieścia lat, rewolucja pełzła po kraju, studiowałem na rozgorączkowanym politycznie uniwersytecie. Akurat na ekrany kin wszedł film Agnieszki Holland „Gorączka” według „Dziejów jednego pocisku” Struga. Ważny dla mnie film – dla mego politycznego dojrzewania. A w nim znów losy Kamy – terrorystki z miłości, które Holland oparła na historii Faustyny Morzyckiej. Oczywiście nie do końca, bo Kama na skutek załamania psychicznego jednak bomby nie rzuciła pod nogi gubernatora Skałona. Ale tym doświadczeniem z bombą roztrzaskała całe swoje życie – jak Faustyna, dawna Siłaczka.
W 1908 roku Morzycka ma czterdzieści cztery lata. Dobre lata – działalność oświatowa, kulturalna, wydawnicza, opublikowane wiersze, powieści… . To dojrzała, postawna, mądra kobieta – właścicielka dobrze prosperującej szkoły. Dojrzała, ale wciąż przepełniona idealizmem. Trafiają do niej zbiegli z Zamku Lubelskiego więźniowie, rewolucjoniści, bojowcy z PPS – ukrywa ich na strychu. Później, już w rękach carskiej „ochrany”, jeden okazuje się słaby i na torturach ją wydaje. Faustyna Morzycka trafia na Zamek. Zanim rodzina ją wykupi spędza tam czterdzieści ciężkich dni i nocy. Wychodzi zza krat zupełnie inna – przez te kilka tygodni idealistka, uduchowiona wiejska nauczycielka zamienia się w terrorystkę. Staje się twarda. Ale czy tak do końca?
Uciekając przed policją polityczną trafia do Krakowa. Tam, pod pseudonimem „Barbara” zgłasza się na kurs rzucania bomb organizowany przez PPS – Frakcję Rewolucyjną. Szkoli ją legendarny Mieczysław Mańkowski, kiedyś stolarz, ale od czasów „Proletariatu” na przemian katorżnik albo terrorysta. Faustyna pilnie studiuje pod jego okiem konstrukcje bomb, ćwiczeniami wzmacnia hart ducha i tężyznę fizyczną, chyba coś do niego czuje. Jakieś miłosne uczucia, jak myślę, bo przecież Faustyna po więzieniu, na wygnaniu, bez swej szkoły i dzieci musi być piekielnie samotna. Natomiast on nic nie czuje, przelana krew, terror, katorgia zabiły w nim uczucia. Dla niego jest tylko narzędziem.
Dziesiątego października 1909 roku Morzycka wraz Mańkowskim i dwójką współpracowników przeprowadzają w Warszawie zamach na prawą rękę gubernatora Skałona – generała Uthoffa. Morzycka z balkonu kamienicy rzuca bombą w jego samochód. Zamach jest nieudany – Uthoff uchodzi z życiem ale giną niewinni ludzie. Tak opisywano skutki eksplozji – „… Kłęby czarnego dymu. Ulicą popłynęła płonąca benzyna. Popłoch – masy zdezorientowanych, rannych, uciekających. Na bruku leżą bez przytomności klienci setek sklepów i magazynów przy ruchliwej Świętokrzyskiej – ktoś wyciąga z policzka odłamek szkła. W pobliżu, na Jasnej i Moniuszki, ogłuszeni przechodnie znajdują kryjówki w domach, które nie ucierpiały od wybuchu. Samochód płonie, strażak konny stratował trzynastoletniego Kazimierza Rajkowskiego. Karetki pogotowia. Pomocnik handlowy Teodor Muszyński został zabity odłamkiem baku. Robotnice z nocnej zmiany, które robiły sprawunki, mają twarze, ręce i uda pocięte szybami spadającymi z najwyższych pięter. Lekarze opatrzyli na miejscu trzynaście rannych osób. Uthoff na którym ugaszono płonącą odzież, nie słyszy na jedno ucho. Puste futryny okien jedenastu domów przy Świętokrzyskiej i Szkolnej, błyski w odłamkach szkła także w kamienicach od strony Marszałkowskiej … ”
Ten widok, bezmiar tragedii, którą spowodowała jest dla Morzyckiej szokiem. Pęka psychicznie jak Kama z filmu Holland. W pierwszym momencie chce się oddać w ręce policji. Trzeźwi ją pytanie Mańkowskiego – „A w śledztwie, na torturach nie wydasz?” Ucieka więc, bo ją kiedyś w ten sposób wydano. Nie chce wydać Mańkowskiego.
Przez kilka miesięcy ukrywa się na Ukrainie – w Charkowie, Kijowie, u dalekich krewnych. Jest załamana, pogrążona w depresji. Nie może sobie znaleźć miejsca. W końcu wraca do Krakowa. Ma czterdzieści osiem lat i życie zdruzgotane własnoręcznie rzuconą bombą. W nocy z 26 na 27 maja 1910 roku pisze pożegnalny list – „Pozwalam sobie na rozkosz nieprzeżywania już nikogo z ukochanych. Gdy mnie wyrzucono z miejsc najmilszych, oderwano od pracy najodpowiedniejszej, stało się to, czego ja sama nigdy się nie spodziewałam. Życie nadto ciąży”. Potem odmierza cyjanek potasu ze szklanego słoika. Zażywa. Samotnie umiera Faustyna, Siłacza, Kama. Ma czterdzieści sześć lat.
Smutne lektury z dzieciństwa, ciężkie brzemię zakurzonych książek z babcinej etażerki. Im starszy jestem tym częściej do mnie wracają. Wciąż im życie dopisuje dalszy ciąg. Wciąż je inaczej widzę. Chyba lepiej, pełniej rozumiem. To co mi, dziecku, podtykano pod nos „ku pokrzepieniu serc” wraca po pięćdziesięciu latach jako dowód bezsensu życiowej egzystencji.
Mamo, dziwny człowiek
stoi u drzwi naszego domu
Pierwszy raz go widzę,
a twarz ma jakby znajomą
Mówi, że nazywa się Jezus
I czy możemy mu dać jakiś grosz
Mówi, że wyprztykał się z cudów
I odwrócił się od niego los
Tak myślę, że to cudzoziemiec
Żyd albo Arab z urody…
Aha to mi przypomniało,
że chce też trochę wody
No co dać mu czego chce
Czy trzasnąć mu przed nosem drzwiami?
Dobra dam mu sześć pensów
Powiem, że tyle mamy
I że zapomniałem o wodzie
Właściwie to świństwo , no nie…
Ale słowo , on jest taki brudny
Skąd przyszedł cholera go wie
Mamo, on pyta o wodę…
- nie ma kubka – odpowiedziałem
W każdym razie dałem mu szóstkę
Jak się cieszył, żebyś wiedziała
Powiedział, że trzymają go przy życiu
Takie jak ta rzeczy małe…
Dał mi swój portret z autografem
I te trzy gwoździe zardzewiałe.
Roger McGough
Monidło to rodzaj realistycznego portretu namalowanego zazwyczaj na podstawie zdjęcia ślubnego. Charakterystyczną cechą czarno-białych monideł jest upiększenie przez retuszowanie ukrywające mankamenty fizyczne portretowanych i podkolorowywanie ust na czerwono a oczu na lazurowy błękit. Jakoś mi się monidło rozsławione filmem Kondratiuka przypomniało, gdy przeczytałem o zwolnieniu nadwornego fotografa premiera – pana Grzegorza Rogińskiego. Z góry zastrzegam, że nie traktuję pana Rogińskiego jako twórcę monideł. To wybitny profesjonalista, artysta o dużym dorobku – uhonorowany wieloma nagrodami. Raczej myślę o oczekiwaniach premiera, który przeżywa ciężkie chwile i najwyraźniej doszedł do wniosku, że czas na retusz, odświeżającą wizerunkowo zmianę emploi. A do tego niezbędny jest nowy fotograf, nowe spojrzenie. Coś w tym jest, bo wizerunek premiera w ostatnich miesiącach uderzał smutkiem, zniechęceniem, zmęczeniem, apatią … . Znikła zwykle intensywnie emanująca od niego energia i witalność, którą zastąpiła trudna do ukrycia nieporadność a nawet bezradność. Rogiński pracował z premierem od pierwszej kadencji i myślę, że po prostu wypaliło się twórcze iskrzenie niezbędne w pracy artysty z modelem. Jak się okazuje wzajemne relacje artystów i portretowanych polityków bywają szczególnie trudne. Ciekawie na ten temat mówi profesor Stanisław Wiśniewski – malarz, grafik, rzeźbiarz, kierownik Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie – w wywiadzie udzielonym Przeglądowi. Rozmowę pt „ Jak malować dygnitarzy” przeprowadził Paweł Dybicz
Paweł Dybicz – Panie profesorze, malarz portrecista czy rzeźbiarz postaci, a pan do nich należy, musi być też psychologiem. Wiedząc o tym, zgodziłby się pan namalować portret Jarosława Kaczyńskiego? Jakie jego cechy by pan wyeksponował?
profesor Stanisław Wiśniewski – Pomijając już sympatie i antypatie, nie bardzo widziałbym go jako obiekt mojego portretu. Czasami są takie twarze, które w sensie estetycznym inspirują do wypowiedzi plastycznej. Jarosław Kaczyński takiej twarzy nie ma. Z portretowanym muszę czuć jakąś więź, dostrzegać w nim coś interesującego. Na temat portretowania polityków można by napisać książkę, ale wniosek z jej lektury byłby jeden – to nie takie łatwe, jak wydaje się nawet wielu malarzom. Proszę zauważyć, że żaden z wielkich dygnitarzy, zwłaszcza ostatnich dziesięcioleci, nie ma dobrego portretu. Ani Stalin, ani Hitler, już nie mówiąc o Janie Pawle II, do którego malowania biorą się różni twórcy. To straszne, że powstało tak wiele okropnych obrazów przedstawiających Karola Wojtyłę. To samo można powiedzieć o tych jego koszmarnych posągach, stawianych niemal w każdej pipidówce. W tym jest pewna prawidłowość. Kiedy Tycjan malował papieża Pawła III, byli po imieniu, prowadzili długie rozmowy. A kto dziś uniósłby ciężar odpowiedzialności, mając za portretowanego najczęściej chłodnego, nic niemówiącego polityka? Kogo więc najlepiej malować? Innego malarza, bo on wprawdzie też zwykle milczy, lecz coś niecoś o obrazach wie, bo sam niejeden malował.
Paweł Dybicz – Ale niejeden polityk też niejedno zmalował. To którego z nich pan by sportretował?
profesor Stanisław Wiśniewski – Nie myślałem o tym, ale prawdopodobnie żadnego. Bo dla mnie obok wyrazistej twarzy musi być widoczna inteligencja. O znaczeniu tych dwóch elementów mówię moim studentkom (studentom też): niech sobie pani wyobrazi, że spotyka pani mężczyznę, który jest niezwykle przystojny i atrakcyjny, dopóki się nie odezwie. Z pustymi dziewczynami ślicznotkami też tak jest.
Paweł Dybicz – Wróćmy do polityków.
profesor Stanisław Wiśniewski – Kiedy Konrad Adenauer skończył 80 lat, postanowiono powiesić jego obraz w Bundestagu. Wtedy żył jeszcze Oskar Kokoschka, kiedyś artystyczne objawienie, i jemu powierzono zadanie uwiecznienia kanclerza, którego twarz nawet na fotografii wyglądała jak żołnierski but. Kiedy Adenauer przyszedł na odsłonięcie portretu i popatrzył, powiedział: Biblia Święta, strona taka a taka, wers taki a taki. Zastanawiano się, czy z kanclerzem nie dzieje się coś niedobrego, ale wysłano jakiegoś urzędnika po Biblię. Ten ją przyniósł i przeczytano: „Nie lękajcie się, to ja”. Twórców i polityków łączy coś wspólnego. Jedni i drudzy mają cechy przywódcze, łączy ich swoiste zniewalanie umysłów. Przecież gdy się czyta dzieła wybitnych pisarzy, to człowiek się z nimi zgadza. To nie jest forma zniewalania? Jeżeli jest jakiś charyzmatyczny przywódca polityczny, to on nie zniewala? ….”
No i sprawa jest jasna. Premier Donald Tusk po prostu przestał charyzmatycznie zniewalać swego fotografa. Czemu się zresztą nie dziwię. Więc czas na zmiany! To znaczy na retusz.
Pod linkiem fragment „Monidła” (1969) Janusza Kondratiuka
http://www.youtube.com/watch?v=oBeRJWFGdz4
5 kwi
Zdaję sobie sprawę, że Wielkanoc ma charakter radosny i jest okazją do wytchnienia od dość beznadziejnej szarzyzny życia. W domach gotowanie, zapachy, nastrój świątecznego odprężenia… . Zdaję też sobie sprawę, że życie nas nie rozpieszcza i chciałoby się uciec choć na chwilę od jego ponurych realiów. Tym niemniej muszę dziś poruszyć znów temat poważny, bo serce mi nie pozwala od niego odstąpić. W ostatnich miesiącach napisałem sporo tekstów społecznych – o pracy, jej braku, biedzie, trudnych warunkach życia … . Tematyka brała się z tego, że miałem okazję poznać ludzi uwikłanych w takie sytuacje, zobaczyć to na własne oczy, przeżyć i zrozumieć. Choć nie było lekko, doznałem od tych ludzi sporo życzliwości, solidarności i wsparcia. Również po publikacji kartek poświęconych tym trudnym sprawom znajdowałem w skrzynce listy od Czytelników, którzy nie mając śmiałości komentować na blogu pisali, że te pomijane przez media problemy – jakby wstydliwe – ich bolą i identyfikują się z moim punktem widzenia. Tak więc dziś muszę z powodu poczucia solidarności z tymi ludźmi wrócić do problematyki, którą poruszałem w lutym tj warunków pracy w przemyśle – podobno chlubie tego kraju. Tym bardziej, że sprawa jest smutnym uwieńczeniem wątków, które wtedy poruszałem w tekstach i dyskusji.
Od poniedziałku około czterystu robotników prowadzi strajk okupacyjny osób w Hucie Batory w Chorzowie. Produkcję wstrzymano na wszystkich trzech zmianach. Strajk jest „dziki” czyli bezprawny. Nie zorganizowały go związki zawodowe, bo krepowały je rygory dotyczące prowadzenia sporów zbiorowych. Jak tłumaczą się ich przedstawiciele, związki od wielu miesięcy domagały się rozpoczęcia rozmów, ale zarząd huty ignorował wszystkie organizacje działające w fabryce.
Powodem spontanicznie podjętego strajku są zwolnienia grupowe, których perfidia polega w tym przypadku na tym, że ich celem jest tylko redukcja pracowników zatrudnionych na stałych umowach o pracę. Ludzie ci, później, po kilkumiesięcznym „czyśćcu” na bezrobociu, rekrutowani są pod socjalnym przymusem przez agencje pracy tymczasowej i kierowani na stare stanowiska w Hucie. Z tym, że już na śmieciowych umowach – bez prawa do urlopu i pozwalających na zwalnianie od ręki. No i na nowych stawkach godzinowych wynoszących połowę poprzednich – około półtora euro, dwa euro na godzinę. Oznacza to, że ludzie pracując ciężej na poprzednio zajmowanych stanowiskach, w tych samych zakładach, dostają połowę dawnej wypłaty. To obecnie powszechna metoda obniżania tzw kosztów w przemysle – i nie tylko. W przypadku Huty Batory płaca robotnika spada przy pomocy tej sztuczki z około 2,5 tysiąca na rękę do 1 000 – 1 200 złotych na rękę. Przypomnę, że mówimy o pracy hutnika.
Z tego co pisze prasa śląska wynika, że w ubiegłym roku zarząd Huty Batory stosując tę metodę zwolnił ponad sto osób. W większości ludzie ci wrócili na stare stanowiska na nowych warunkach dyktowanych przez agencje zatrudnienia. W tym roku zwolnienia kolejnych robotników i zapowiedź wywalenia na bruk kolejnej setki wywołały strajk. Postulaty okupujących już czwarty dzień fabrykę mają charakter wyłącznie socjalny. Oczekują oni przywrócenia układu zbiorowego pracy, wstrzymania zwolnień, wypłaty z funduszu socjalnego pieniędzy na święta oraz ponownego zatrudnienia w hucie pracowników, których przejęły agencje pracy tymczasowej.
Ten strajk nie jest efektowny medialnie. To nie podniosłe strajki z ilustracji podręczników najnowszej historii tego kraju. To strajk biednej Polski – brama zamknięta na głucho, wywiady udzielane bez pokazywania twarzy i nazwisk, kobiety donoszące posiłki, jakaś msza, nocne wiece … . Trochę to przypomina „Germinal” Zoli. I napięcie, bo krążą pogłoski, że zostanie spacyfikowany przez „chłopaków” z wynajętej przez Zarząd agencji ochrony. Agencji spoza regionu, bo śląskie odmówiły przyjęcia tego zlecenia. Jest więc biednie, szaro, wrogo, samotnie, nieufnie … – jak na każdym „dzikim” strajku, bo przecież okupującym grozi lokaut. Ludzie za bramą są tego świadomi i stąd ta determinacja. Ale ma silne wsparcie lokalnej społeczności. Na Śląsku o tym strajku robi się głośno. Chyba tylko dlatego ci robotnicy przetrwali te cztery dni. I mam nadzieję, że w dobrowolnym więzieniu przetrwają również Wielkanoc.
Huta Batory należy w całości do giełdowej spółki Alchemia SA. W ubiegłym roku spółka wypracowała 118,4 miliona złotych zysku netto przy przychodach sięgających 1 miliard 155 milionów złotych. Dobrym okresem były dla niej trzy ostatnie miesiące ubiegłego roku. Największe obroty w eksporcie Alchemia odnotowała z kontrahentami niemieckimi (blisko 40 milionów złotych) i włoskimi (ponad dwadzieścia milionów złotych). Dynamicznie wzrosły obroty z rynkiem amerykańskim, gdzie spółka sprzedała rury o wartości siedmiu milionów złotych.
W wydanym po rozpoczęciu strajku oświadczeniu zarząd Huty stwierdził, że strajk jest nielegalny, naraża spółkę na straty finansowe i wizerunkowe. Myślę, że o stratach „wizerunkowych” nie ma już co mówić, bo wizerunek spółki jest jednoznaczny i nie pozostawia co do niej żadnych złudzeń ani wątpliwości.
Pod linkami filmy ze strajku w Hucie Batory.
http://www.youtube.com/watch?v=lxC0KoZAjv8
http://www.youtube.com/watch?v=AmxMlZOzZKo
Ps. W śląskich hutach koncernu ArcelorMittal zapowiedziano zwolnienia grupowe ponad tysiąca pracowników.
O życiu członków wspólnot chrześcijańskich, które powstawały po śmierci Jezusa niewiele wiadomo. Może dlatego nieliczne zapisy z Dziejów Apostolskich ówczesnych komunach religijnych tak inspirują ludzi o poglądach lewicowych. To ciekawe, że na płaszczyźnie pewnej utopii porozumiewać się (szukać porozumienia) potrafią zarówno żarliwie wierzący jak i żarliwi komuniści. I to wbrew nienawiści politycznej dzielącej instytucję kościoła i instytucje komunistyczne (państwa, partie).
Pierwotny komunizm chrześcijański – bo tak się ten nurt światopoglądowy nazywa – łączy ideę wspólnoty dóbr oraz wiarę chrześcijańską. Jest to odwołanie do tradycji tzw judeochrześcijan, czyli grup usiłujących przetrwać represje i krzewić wiarę po śmierci Jezusa. Dzieje Apostolskie wspominają o charakterze łączących ich więzi. Wspólnota oznaczała że „przebywali razem i wszystko mieli wspólne”. Potem napomyka się jeszcze o sprzedawaniu majątków i rozdzielaniu ich „według potrzeby” jak również o tym, że „żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał”. Pierwotny komunizm chrześcijański opiera się więc na założeniu, że członków wspólnot prywatnej własności się wyrzekli – czyli spełnili podstawowy cel komunizmu. Przemawiają za tym również listy na temat chrześcijan, które grecki filozof Arystides pisał do rzymskiego cesarza Hadriana – „Kochają się wszyscy, nigdy nie zawodzą gdy trzeba wspomóc wdowy, ratują sieroty przed tymi, którzy mogliby je skrzywdzić. Jeśli tylko coś mają, dają to człowiekowi, który nie ma nic. Jeśli tylko widzą obcego, zapraszają go do siebie do domu i są szczęśliwi, jakby był ich prawdziwym bratem. Nie uważają się oni za braci w zwykłym znaczeniu tego słowa, ale za braci duchowych, w Bogu.”. U schyłku I wieku chrześcijanie mieli karmić w Rzymie dwadzieścia tysięcy ubogich – i to mimo okrutnych prześladowań. Ta kontestacyjna antysystemowość, bunt przeciwko nieludzkim stosunkom społecznym zjednywała do ich poglądów masy zwolenników.
Trudno się więc dziwić, że ich historia inspirowała komunistycznych filozofów. Karol Marks w pracy „Walka klas we Francji w latach 1848-1850” przyrównuje młode chrześcijaństwo z pierwszych wieków do działalności socjalistów. Pisze „Prawie dokładnie tysiąc sześćset lat temu, także działała w Imperium rzymskim niebezpieczna partia wywrotowa. Partia ta podważała religię i fundamenty Państwa. Zaprzeczała jakoby wola cesarza miała być najwyższym prawem: była to partia bez ojczyzny, międzynarodowa, rozprzestrzeniała się na cały obszar Imperium, od Galii aż do Azji i przekraczała granice cesarstwa. Przez wiele lat prowadziła akcje wywrotową, podziemną, ale już od dłuższego czasu czuła się na tyle silna, aby wyjść na światło dzienne. Ta partia rewolucyjna, którą znano pod nazwą chrześcijan, miała też wielu zwolenników wśród wojskowych. Kiedy wysyłano ich na ceremonie rytualne składania ofiar pogańskiego Kościoła, aby dodać im blasku, wojskowi ci odważali się nawet na umieszczenie na swych kaskach własnych odznaczeń – krzyży – jako znaku protestu. Cesarz Dioklecjan wydał ustawę przeciwko socjalistom… czyli chrześcijanom. Zostały zamknięte ich siedziby, zabronione odznaczenia – krzyży, jak w Saksonii czerwone chusteczki”.
Antonio Gramsci, wybitny filozof marksistowski w swej napisanej w wiezieniu pracy „Partia Komunistyczna” zauważa – „Partia komunistyczna jest w obecnym okresie jedyną instytucją, którą można by słusznie zestawić ze wspólnotami religijnymi pierwotnego chrześcijaństwa. W istniejących obecnie warunkach można już w skali międzynarodowej przeprowadzić porównanie między bojownikami Państwa Bożego i bojownikami Państwa Człowieczego. Komunista nie ustępuje z pewnością w niczym chrześcijaninowi z katakumb.”
Współcześnie komunizm chrześcijański jest podstawą potępionej przez Watykan teologii wyzwolenia. Pozorną sprzeczność między ideami Marksa i Jezusa tak wyjaśnia teolog, brat Betto, nawiązując do rozmowy, którą odbył z torturującym go kilka lat wcześniej oficerem brazylijskiej policji
Oficer – Jak chrześcijanin może współpracować z komunistami?
Brat Betto – Dla mnie ludzie nie dzielą się na wierzących i ateistów, ale na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych. Na tych, którzy chcą, by trwało to niesprawiedliwe społeczeństwo, i tych, którzy chcą walki o sprawiedliwość.
Oficer – A czy zapomniałeś, że Marks uważał religię za opium dla ludu?
Brat Betto – To burżuazja zamieniła religię w opium dla ludu, nauczając o Bogu jako panu tylko Niebios, a sama zagarniając dla siebie Ziemi´.
A jezuita Jon Sabrino z Salwadoru dodaje – „A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: „Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was” (Ewangelia Mateusza 20:25-26). To odnosi się do wszelkiej władzy: kapitalistycznej, socjalistycznej, ekonomicznej, wojskowej, religijnej i kościelnej. Pokusa takiej złej władzy zagraża każdej ludzkiej jednostce, a Jezus dodałby do tego jeszcze pokus bogactw, honorów, jak też znieczulenie wobec ofiar.”
W Przeglądzie (13/2012) smutny artykuł Agaty Grabau „Upadek Państwowego Instytutu Wydawniczego”. O kłopotach wydawnictwa pisano od lat, ale nie zdawałem sobie sprawy, że są one aż tak poważne a jego kilkudziesięcioletni dorobek tak dalece zagrożony. PIW to zawsze była edytorska marka o najwyższych intelektualnie lotach. Książki wydawane przez tę oficynę kształtowały sposób myślenia całych pokoleń czytelników, nadawały ton najważniejszym dyskusjom publicznym. W okresie PRL świat, wolna myśl do nas docierała za pośrednictwem PIW-u. Wystarczy wspomnieć serię „ceramowską” (Rodowody Cywilizacji), serię „plus, minus, nieskończoność” (Biblioteka Myśli Współczesnej), Biografie Sławnych Ludzi, Współczesną Prozę Światową, Bibliotekę Klasyki Polskiej i Obcej z Hemingway’em, Błokiem, Joyc’em….. . A poza tym opracowania dzieł zebranych Bolesława Prusa i Henryka Sienkiewicza, na których bazowały niemal wszystkie późniejsze edycje; Dzieła zebrane Dostojewskiego i Conrada… . Opracowania krytyczne, dzieła literaturoznawcze największych specjalistów w tej dziedzinie, słowniki i leksykony … . Trudno jest nawet oszacować dorobek Państwowego Instytutu Wydawniczego. Jego intelektualny dorobek jest nie do ogarnięcia.
Problemy założonego w 1946 roku Wydawnictwa zaczęły się po transformacji. Dzięki nowo powstałym prywatnym wydawnictwom na rynku pojawiło się wiele, niedostępnych wcześniej, dobrych książek. Walka o obniżkę ich cen powodowała niechlujstwo edytorskie, bo wydawcy jak mogli tak cięli koszty bagatelizując jakość tłumaczeń, stronę redakcyjną i korektę. Na tym tle PIW wciąż wyróżniał się staranną, dopracowaną redakcją każdego wydawanego tomu. Trzymał poziom! Ale dzięki poziomowi nie mógł się odnaleźć w realiach rynkowych. O ile prywatni wydawcy zatrudniali po kilka – kilkanaście osób, to w PIW na początku lat dziewięćdziesiątych pracowało ich około dwustu w kilkunastu redakcjach – dziś zostało ich piętnastu. Tak więc Instytut szybko popadał w długi. W tym okresie zajmowałem się handlem książką i jeździłem po nowe tytuły do PIW-u. Na Foksal, bo wtedy jeszcze firmowej kamienicy nie wydzierżawiono, czuło się już taki dekadencki nastrój opuszczenia – jak w magnackim pałacu po rewolucji. Pracownicy ciasno poupychani po pokojach siedzieli jak na szpilkach czekając na wielkie bum. Trudno się temu dziwić, bo roboty nie było. To był okres gdy zachłyśnięte kapitalizmem społeczeństwo właśnie przestawało czytać w skali masowej. Ambitne, trudne tytuły ukazywały się więc rzadko i w małych nakładach. Na dokładkę, jak pisałem, były starannie wydane więc suma sumarum sporo kosztowały. Nie znajdywały więc nabywców, bo tradycyjni czytelnicy – inteligencja – przecież ubożeli. I koło się zamykało … . Gdy w 1997 roku zadłużony na miliny złotych PIW przeszedł pod kuratelę Ministerstwa Skarbu, jego pozycja stała się jeszcze słabsza. Kolejni dyrektorzy, z rozmaitych partyjnych rozdań, nie radzili sobie z prowadzenie Instytutu, który utrzymywał się głównie z wynajmu pomieszczeń. Pierwsze doniesienia o planach likwidacji PIW pojawiły się kilka lat temu. To było paradoksalne, bo w okresie ostatnich pięciu wydawnictwo zaczęło powoli stawać na nogi. Zahamowano narastanie długu, nawet osiągano minimalne zyski, firma zaczęła znów być obecna na najpoważniejszych targach książki, wydano wartościowe i szeroko komentowane pozycje. Niestety, w ubiegłym roku minister skarbu Aleksander Grad zapowiedział postawienie Instytutu w stan likwidacji. Oczywiście w środowisku jeszcze czytających i jeszcze pamiętających PIW się zagotowało. Na Targach Książki w Warszawie zbierano nawet podpisy pod petycją sprzeciwiającą się tej decyzji. Żeby było śmieszniej protest podpisał sam premier Donald Tusk, który się na nich pojawił i fotki z pisarzami sobie strzelał w ramach „sojuszu świata polityki z kulturą”. Ba, zapowiedział, iż likwidacja jest karygodna i że się pochyli nad tą sprawą. Do dziś się pochyla. Jak zwykle bez rezultatu. W ponurym nastroju nadchodzącego kataklizmu obchodzono sześćdziesiątą piątą rocznicę istnienia PIW. Chyba na osłodę dyrektor wydawnictwa odznaczony przez prezydenta Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za… „działalność wydawniczą”. Jesienne wybory do parlamentu, a głównie ich optymistyczna konwencja, odwlekły decyzję o likwidacji. Minister kultury mataczył, lipne dyskusje trwały. Nawet w sejmie odbyła się debata nad przyszłością PIW-u. Nawet mu obiecano pieniądze. Jednak zamiast decyzji o finansowym wsparciu w lutym nowy minister skarbu Mikołaj Budzanowski postawił wydawnictwo w stan likwidacji. Klamka więc zapadła, machina ruszyła … .
Co będzie z dorobkiem PIW-u, z dziesiątkami lat żmudnej pracy najlepszych fachowców, prawami do tłumaczeń, do opracowań edytorskich literatury klasycznej i współczesnej nie wiadomo. Podobno trwają jakieś prace mające na celu „wydzielenie” z majątku tych składników i przekazaniu ich gdzieś. Gdzie też nie wiadomo. To znaczy wiadomo – szlag je trafi.
Szkoda PIW-u.
2 kwi
Lubię noc. Lepiej, pewniej, bezpieczniej się nocą czuję niż w dzień. Dlatego chyba niecierpliwie wyczekuję przez całe dnie nocy. A potem tak nasycam się nimi – chciałbym czas zatrzymać. Odkąd pamiętam wolałem noce od dni. To był mój czas. Czas tylko dla mnie. I wtedy, gdy czytałem do rana, w tajemnicy przed rodzicami, w świetle latarni zza okna swoje pierwsze książki. I wtedy gdy gnany siłą i ciekawością młodości wędrowałem po nocnym świecie zadymionych barów, opustoszałych zaułków, drżących od huku muzyki klubów… . Gdy polowałem na nocne ćmy, by potem, rankiem, w zmiętej pościeli odwracać się od nich z niechęcią plecami. Bo był już dzień i urok nocy pryskał. Teraz już mi się nie chce włóczyć, polować w ciemnościach – stary jestem, obolały, znudzony … . Wszystko już przecież było, wszystko jest za mną, nic nie wróci. Ale wciąż lubię noc, wciąż na nią czekam jak na zbawienie. Wciąż mnie inspiruje, odpręża, leczy… . Gdy mrok opatula świat, gdy gasną światła w domach za oknem i zapada cisza, odżywam jak wampir. Uchylam wieko tej trumny lęków w której cisnę się przez całe dnie, wyłażę z niej na chwiejnych nogach i z chrzęstem zastałych kości rozprostowuję kark. A potem wspominam w tej swojej samotni nieliczne noce, gdy byłem z kimś blisko – gdy byłem szczęśliwy. Wspominam spokojne oddechy przytulonych do mnie kobiet, czułość ich ust. Ale też ostrą woń potu w hiszpańskich noclegowniach, cierpki smak resztek wódki z lepkiego kieliszka, wariackie solo saksofonu nad ranem … . Albo nocny, gorzki zapach ogniska, ciepło psiej sierści, migotanie gwiazd … . Z wiekiem coraz więcej tych nocnych wspomnień nocami do mnie przypływa. Coraz mniej w moim życiu dni, coraz więcej nocy.
1 kwi
1 kwietnia
Kilka dni temu, w radiu TOK FM – w sumie przez przypadek – wysłuchałem rozmowy Grzegorza Chlasty z reżyserką Moniką Strzępką i dramaturgiem Pawłem Demirskim. Nie jestem teatromanem, więc niewiele mogę na ich temat ich twórczości powiedzieć. Obiło mi się jedynie o uszy, że są utalentowani, nagradzani i krytycznie nastawieni do społecznej a więc i politycznej rzeczywistości. Dyskusja dotyczyła jakiegoś protestu środowiska teatralnego (też niewiele o tym wiem) i finansowania ambitnej sztuki. I pewnie o radiowej rozmowie bym po pięciu minutach zapomniał, gdyby nie polityczne emocje, które w jej trakcie dały o sobie znać. Były one bowiem na tyle silne, że się skończyło awanturą. Ostry politycznie klimat tego spotkania oddaje zapis finału audycji.
Chlasta – Ale czemu ktoś ma płacić podatki na to, żeby ktoś sobie eksperymentował na scenie? Jak chce eksperymentować w teatrze, to niech sobie znajdzie fundusze. Jest kapitalizm. Dlaczego mamy do czegoś dopłacać?
Demirski – Rozumiem, że redaktor atakuje z nudnych, neoliberalnych pozycji. W waszych okopach jest was mało, leży kilka trupów i jest wody po kolana. W konstytucji jest zapisane, że państwo prowadzi działalność kulturalną. Obywatele mają prawo dostępu do kultury, również wysokiej, a nie tego całego syfu, którym ludzie są znudzeni – telewizji czy polskich filmów.
Strzępka – Jeżeli upada kultura, to następna jest gospodarka. Nasze społeczeństwo będzie bandą kretynów kształconych na „Kac Wawa”. Bo do tego to zmierza. Wyhodowaliście takich ludzi, wy, „Gazeta Wyborcza”. To jest katastrofa.
Demirski – Nie rozmawiamy ze sobą. Mnie to wkurza. Redaktor zadaje pytania w stylu: „Naiwne, nic nie wiem”
Strzępka – Redaktor ogólnie wypowiada się głosem wyobrażonego vox populi, który jest dla vox populi obraźliwy. Nikt już tak nie myśli. Tak wypowiadają się tylko niektórzy redaktorzy z Agory… Już dosyć tego.
Chlasta – Może są ludzie, którym to jest zupełnie obojętne. Nie interesują się teatrem, sprawami publicznymi i żyją zupełnie innymi rzeczami.
Demirski – Jak jest większość, to jest i mniejszość. Są ludzie, którym zależy na kulturze wysokiej. Ludzie się uaktywniają. Były protesty, np. przeciw likwidacji szkół. Nie widzicie tego, nie słyszycie?
Strzępka – Nie, bo ze studia wsiada do swojego samochodu i ląduje na podziemnym parkingu swojego apartamentu. Jesteście odklejeni od rzeczywistości. To jest całkowita prawda.
Demirski – Zanika sfera publiczna. Protestów będzie coraz więcej. I będzie coraz lepiej. Likwidacja szkół, zamykanie stołówek w podstawówkach. To oburza wszystkich, ale ludzie do tej pory mieli poczucie, że nie mają instrumentów do walki ze złym obyczajem klasy panującej
Strzępka – Poziom życia publicznego w Polsce jest coraz gorszy. To, co robi klasa polityczna, na co pozwalają sobie urzędnicy, rodzi gniew. Ludzie mają dość. Nie może być tak, że my, obywatele, o coś się dopominamy od władzy. Przychodzimy, by władza coś nam, maluczkim, dała… (…) Ja się tak wkurwiłam, że aż osłabłam. Nawet kawy nie zaproponowali. Ja nie wytrzymam, chodźmy, Paweł. Ja nie wytrzymam tu. Takiego betonu… Ja nie mogę.
Dla ciekawych – sprawozdanie z dyskusji pod linkiem.
Nie będę ukrywał, awantura radiowa sprawiła mi dużo przyjemności. Słuchałem i się zaśmiewałem z konfuzji prowadzącego. Mało – ona podbudowała mnie psychicznie, bo od pewnego czasu miałem wątpliwości, czy moje teksty nie są zanadto polityczne. I nie myślę tu o publicystyce pracowicie klepanej na potrzeby blogu, ale o tych tekstach, którym staram się nadać walor literacki. Zresztą też – czasem – wklejam ich fragmenty blog. Oczywiście nie chodzi o polityczność w sensie dosłownym, medialnym, bieżącym, najbardziej popularnym, ale o kontekst polityczny – o tło tych opowieści. Nie potrafię bowiem swoich bohaterów, ich wzajemnych relacji, napięć z niego wyrwać. To byłoby zresztą absurdalne – zniekształcające, zubażające psychologicznie. To tak jakby wyrwać ich ze środowiska, z krajobrazu. Pamiętam, że gdy byłem na studiach, w 1981 roku, zajęcia z obowiązkowego wówczas marksizmu prowadziła atrakcyjna, bardzo pociągająca asystentka. Emanował od niej taki powściągliwy, ledwie sugerowany, ale silny erotyzm. Kiedyś nieźle mnie rozbawiła, bo zaproponowała dyskusję na temat „aspekty walki klasowej w zdradzie małżeńskiej”. Byłem wtedy cięty na marksizm między innymi z powodu jego wszechobecności. Wydawało mi się, że przynajmniej łóżko powinno być od niego wolne. Ale teraz, po latach, coraz bardziej przychylam się do poglądu, że nie można człowieka wyrwać ze społecznego czyli politycznego kontekstu. Czyli polityka, nasze społeczne położenie, uwikłania w jakimś stopniu określają nawet to co robimy w łóżku. Ucieczka w prywatność czy jakieś gówniane iluzje o których tak krytycznie mówili Strzępka i Demirski nie ma sensu, bo też są przecież polityką.
I tak po ponad trzydziestu latach, dzięki awanturze w radiu, uświadomiłem sobie, że wrócił do mnie marksizm, Wrócił i we mnie tkwi. Dlatego właśnie snuję te swoje historie w ostrym, dramatycznym politycznie kontekście. Nawet gdy dotyczy to intymnych relacji bohaterów.
Już kolejny miesiąc toniemy w jałowych, nudnych, zamulonych dyskusjach o tzw „reformie” systemu emerytalnego. Jak wskazują badania opinii publicznej trzydzieści procent obywateli nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Podejrzewam, że następnym trzydziestu procentom tylko się wydaje, że wiedzą. Reszta zapewne ma to w dupie. I to moim zdaniem najbardziej rozsądne podejście, bo po cholerę się zadręczać czarnymi wizjami przyszłości. Tym niemniej ludzie się burzą, narasta polityczna gorączka, której źródłem nie jest przecież przedłużenie wieku emerytalnego przewidywane za dwadzieścia lat, tylko raczej lękowe przeczucie, że coś jest nie tak – że system, w którym państwo od kilkudziesięciu lat gwarantowało poczucie egzystencjalnego, socjalnego bezpieczeństwa się kruszy, rozpada. To przeczucie, że tzw „państwo opiekuńcze” dożywa swych ostatnich dni. Więc ludzie pytają – „Co dalej, co z nami będzie?”
Wiele ostatnio się ukazało prognoz, wyliczeń, symulacji dotyczących warunków życia – nawet w perspektywie pół wieku. Śmiać mi się z nich chce, bo tak naprawdę nie ma podstaw do ich snucia. Jedynymi, „twardymi” wskaźnikami są tylko dane demograficzne, perspektywa rosnącego deficytu ZUS (właściwie już bankruta) i zadłużenia budżetu. Resztę można sobie co najwyżej wyobrażać. Ale o tym już niejednokrotnie pisałem – nie ma sensu do tych przemyśleń i prognoz wracać. Wpadło mi więc do głowy, że może lepiej cofnąć się do czasów, gdy system powszechnego zabezpieczenia socjalnego się tworzył. Może z tamtej perspektywy – początków państwa opiekuńczego – będzie lepiej widać w jaki zaułek bez wyjścia zabrnęliśmy.
Twórcą systemu zabezpieczeń społecznych w naszej części Europy był Otto von Bismarck. On to bowiem wprowadził pierwsze obowiązkowe ubezpieczenia na wypadek choroby (1883), od wypadków przy pracy (1884) oraz na skutek starości i inwalidztwa (1889). Klimat polityczny do wprowadzenia tych reform miał dobry, bo Niemcy pielęgnowały tradycję społecznych, solidarnościowych programów opieki nad ludźmi w niezawinionych kłopotach – np sytemów pruskich i saksońskich. Tamtejszej gospodarce doskwierał również odpływ emigrantów do Ameryki. Ubezpieczenia wiążące pracownika z pracodawcą, pod bacznym, „paternalistycznym” okiem państwa zyskały więc wsparcie warstw rządzących. Tym bardziej, że swymi reformami Bismarck wytrącał z ręki argumenty polityczne rosnącym w siłę socjalistom.
Pierwszym, socjalnym aktem prawnym była ustawa o ubezpieczeniach chorobowych. W Niemczech, w tym czasie działało około sześciu tysięcy, niewielkich, najczęściej robotniczych kas chorych gwarantujących swoim członkom niewielkie wypłaty na wypadek choroby albo kalectwa. Niezależnie od tego, opieką nad ludźmi niezdolnymi do pracy z powodów zdrowotnych, zajmowały się gminy. Każdy pracodawca, pod rygorem administracyjnym był zobowiązany do cotygodniowej wpłaty na ten cel. Ustawa Bismarcka pozwoliła na przejęcie przez kasy części tych pieniędzy. Już w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu reformy zmniejszyły się wydatki gmin na zasiłki dla biednych. Po dziesięciu latach, niezależnie od gmin, nadal prowadzących ubezpieczenia, istniało już ponad dwadzieścia dwa tysiące tysiące kas chorych – cechowych, fabrycznych, budowlanych, branżowych … . Stawka ubezpieczenia chorobowego oscylowała między trzema a czterema procentami płacy. Z tej kwoty dwie trzecie potrącano z zarobku a jedną trzecią wpłacał pracodawca. Minimum odszkodowania (osobista decyzja Bismarcka) gwarantowało bezpłatną opiekę lekarską, leki, bandaże i okulary. Po trzecim dniu choroby ubezpieczony otrzymywał od połowy przeciętnego dziennego zarobku do pełnego dziennego wynagrodzenia.
Przyznawaniem rent i odszkodowań za wypadki przy pracy zajmowały się prywatne stowarzyszenia zawodowe. Państwo gwarantowało przejęcie ich obowiązków na wypadek finansowych kłopotów. Ale nie zdarzyło się to ani razu do wybuchu wojny w 1914 roku. Asekuracją objęto 20 milionów osób. Ubezpieczeni po 13 tygodniach otrzymywali renty – niekiedy nawet równe pensji. Po śmierci pracownika wdowie przysługiwała piąta część renty, a dzieciom po piętnaście procent.
Bismarckowski system emerytalny obejmował wszystkich ubezpieczonych pracowników, którzy ukończyli siedemdziesiąt lat. Była to grupa niewielka, licząca około jednego procenta populacji, ponieważ średnia wieku w ówczesnych Niemczech wynosiła czterdzieści pięć lat. Emerytura była więc przewidziana tylko na opłacenie kosztów ponoszonych z powodu wiekowej niedołężności. System finansowano głównie składkami potrącanymi z pensji, ale jego finansowe zasilanie było silne, ponieważ pracownicy rozpoczynali aktywność zawodową w wieku kilkunastu lat. Bismarck na starcie chciał zasilić system podatkami (planował podwyższyć na ten cel akcyzę na tytoń) ale parlament pryncypialnie się na to nie zgodził. Dopiero później przeforsowano, że państwo do każdej renty czy emerytury dokładało pięćdziesiąt marek. Ustawa o zabezpieczeniu emerytalnym miała charakter przymusowy. Wysokość świadczenia (można było uzyskać abo rentę albo emeryturę) zależała od wysokości zarobków i składek. Koszty zabezpieczenia na starość ponosili solidarnie pracownicy i pracodawca przy symbolicznej partycypacji państwa.
Ten system zabezpieczeń społecznych opartych na solidarności miał konstrukcję klasycznej piramidy finansowej. Tylko od bieżących wpłat zależały bowiem wypłaty. Ale idea piramidy w tamtych realiach się sprawdzała. To był bowiem okres boomu demograficznego. Chłopi kuszeni zabezpieczeniem na starość porzucali karłowate gospodarstwa przenosząc do uprzemysłowionych miast model wielodzietnej rodziny. Liczba pracujących rosła w ekspresowym tempie z dziesięciolecia na dziesięciolecie. Zgodnie z ideą Bismarcka przekazywali oni na rzecz nielicznych starców znikomą część dochodów. Fundamenty systemu były więc silne.
Teraz sytuacja jest inna, bo piramidę zabezpieczeń socjalnych procesy demograficzne, społeczne i polityczne „postawiły na głowie”. To grozi katastrofą. Mało, ona jest nieuchronna. Nie widzę więc innego wyjścia jak tylko wrócić do tamtych czasów. Tylko czy powrót do źródeł jest możliwy?
Pod linkiem film o bohaterze dzisiejszej kartki
Wczoraj pobór mocy energii elektrycznej w Hiszpanii zmalał o siedemnaście procent. To był wynik strajku generalnego, czyli „huelga genaral”, ogłoszonego przez tamtejsze lewicowe związki zawodowe – Powszechny Związek Robotników (Union General de Trabajadores, UGT) i Komisje Robotnicze (Comisiones Obreras, CC.OO). To nie pierwszy strajk generalny w ich mającej już dobrze ponad sto lat historii. Tylko w wolnej, demokratycznej Hiszpanii organizowały strajki generalne w latach 1988, 1992, 1994 i 2002. Tym razem centrale ogłosiły protest przeciwko rządowej reformie prawa pracy, ograniczeniu wydatków i podwyżce podatków, które przeforsowuje prawicowy rząd. Według szacunków związkowych strajk poparło około siedemdziesięciu siedmiu procent pracujących. Ale te dane wydają się zawyżone, bo mimo zagwarantowanego prawa do strajku lęk przed utratą pracy jest jednak w Hiszpanii silny. Strajkującym groziły grzywny w wysokości nawet do 100 euro potrącane z wypłat, a tym, którzy są zatrudnieni na tzw „umowach śmieciowych” zwolnienie z dnia na dzień z pracy. Tym niemniej strajk, choć nie sparaliżował życia społecznego, odniósł zamierzony efekt polityczny, bo było go widać. W Madrycie kursowała tylko jedna trzecia autobusów i pociągów metra. W całym kraju na trasy wyjechało trzydzieści procent pociągów regionalnych i dwadzieścia procent pociągów krajowych. Odwołano większość lotów krajowych i europejskich utrzymując jednocześnie kursy długodystansowe. Linie lotnicze Iberia, Air Nostrum i Vueling odwołały około sześćdziesięciu procent lotów. Szpitale i przychodnie pracowały jak w dniu świątecznym, a kilka kanałów telewizyjnych przerwało nadawanie programu. Wstrzymano produkcję w hiszpańskich zakładach samochodowych General Motors, Renault i w stalowniach koncernów ArcelorMittal i Acerinox. Oczywiście strajkujący wyszli na ulice. Pikiety, demonstracje, wiece, płonące śmietniki, opony, witryny czynnych i nieczynnych sklepów zalepione nalepkami „nieczynne z powodu strajku”, wybite szyby, bójki z policją, którą rząd wysłał do ochrony swych budynków i mienia tych, którzy postanowili jednak pracować, wpłynęły na to, że piszący z Hiszpanii rodacy określali nastrój wczorajszego dnia jako delikatnie mówiąc „mało komfortowy”. Jak zwykle w przypadku strajków generalnych doszło do aktów przemocy, choć trzeba przyznać, że miała ona ograniczony zakres. Aresztowano zaledwie kilkuset ludzi, choć doszło do strzelaniny gumowymi kulami i pałowań. Trudno się temu dziwić, bo strajki generalne, czyli paraliżujące całość życia społecznego związanego z pracą – przecież socjalną podstawą egzystencji – zawsze niosą ze sobą stężoną frustrację. To wojna nerwów i jedna z ostatecznych metod walki politycznej, którą podejmują zdołowani socjalnie ludzie. Wojna szarpiąca boleśnie tkankę społeczną.
Strajki generalne mają długą historię. Głównym teoretykiem tej formy protestu był żyjący w drugiej połowie XIX wieku francuski anarchosyndykalista Fernand Pelloutier. To właśnie on wymyślił tzw „strukturę Pelloutiera” czyli branżowo terytorialny sposób organizacji związków zawodowych. Warto przypomnieć, że właśnie taką formę organizacji miała „Solidarność” w okresie przełomu 1980 i 1981 roku. Zresztą ma nadal. Struktura ta pozwala za pomocą akcji strajkowej jak najskuteczniej sparaliżować państwo. Oczywiście Pelloutier był wizjonerem i nie tyle upatrywał w strajku generalnym formy nacisku na władze, co raczej chciał państwo chroniące kapitał tym sposobem zniszczyć i na jego miejsce powołać „społeczeństwo producentów” czyli rodzaj stowarzyszenia, kooperatywy czy komuny wolnych robotników. Tak więc za pomocą „akcji bezpośredniej” czyli strajku chciał obalić system. Jak historia dowiodła jego wizje okazały się nierealne. Owszem, strajk generalny okazywał się się przydatnym narzędziem w obalaniu systemów – kapitalizmu czy komunizmu -, ale zawsze podstawą zmiany był terror albo negocjacje – ugoda.
Wspominając Pelloutiera warto wspomnieć również o jego polskim współpracowniku, zapomnianym dziś kompletnie, doktorze Józefie Zielińskim. Zieliński spotkał Pelloutiera na emigracji – w Paryżu. Trafił tam po represjach, które spotkały go, gdy studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Relegowano go z tej uczelni za udział w rozruchach antyrosyjskich – tzw „schodce apuchtinowskiej”. Przypomnę, że Apuchtin był kuratorem oświaty i wyjątkowo zajadłym i znienawidzonym rusyfikatorem znanym z powiedzenia, że dzięki jego rządom „matka Polka zawodzić będzie nad kołyską dziecka rosyjską piosenkę.” Zieliński na emigracji skończył studia i podjął praktykę w robotniczej dzielnicy Paryża. Tam właśnie, klepiąc biedę, bo najczęściej leczył nędzarzy bezpłatnie, poznał Pelloutiera i zaraził się ideami anarchistycznymi. Ale mimo deklarowanego internacjonalizmu utrzymywał jednak kontakty z krajem. Był zaprzyjaźniony z Żeromskim, Limanowskim, Warskim, Niemojewskim, Prusem i Abramowskim. Jego broszura „Strajk powszechny” inspirowała krajowe środowiska lewicowe. Po wybuchu pierwszej wojny opowiedział się za niepodległą Polską i po odzyskani przez nią wolności w 1920 roku wrócił z emigracji. Do śmierci pracował jako wysoki urzędnik Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej zajmując się głównie problemami higieny pracy.
Jak pisałem wizje Pelloutierra czy doktora Zielińskiego o wystrajkowaniu sobie szczęścia społecznego się nie spełniły. Wciąż, zarówno praca, jak i jej brak, są ludzkim jarzmem. Dlatego zrozpaczeni ludzie wciąż sięgają po to brutalne narzędzie polityczne jakim jest strajk generalny. Demokracja parlamentarna, w którą nie wierzyli anarchosyndykaliści, zresztą temu sprzyja, bo strajki, protesty, przemoc w taki czy inny sposób przekłada się na wyborcze nastroje. Czego doświadczamy w naszym kraju już – choć strajku generalnego jeszcze nie było. I miejmy nadzieję, że nie będzie.
Pod linkiem apel o udział w strajku generalnym andaluzyjskich związków zawodowych.
http://www.youtube.com/watch?v=fFG7dXEXXtI
A pod tym linkiem scena z filmu Agnieszki Holland „Gorączka” na temat kartki.
http://www.youtube.com/watch?v=NaHbrDMNRAw
28 mar
Na drzwiach sklepu plakat zachęcający do marszu w obronie „Radia Maryja”. Symbolika narodowa, jakaś kotwica, flaga poszarpana … . Obok słup ogłoszeniowy też obwieszony anonsami wędrujących po kraju polityków – od prawicy do lewicy. Zwołują wiece, marsze, protesty, zbierają podpisy na wnioskach referendalnych – wzmacniają wpływy i struktury. Czują już nosem wcześniejsze wybory. Walka polityczna przenosi się na prowincję, bo to ona decydować będzie w najbliższych miesiącach o nastrojach politycznych kraju. Bo tu się gorzej żyje, więc radykalizm nastrojów większy. Mam wrażenie, że wielkomiejski przekaz telewizyjny traci znaczenie, ludzie z prowincji coraz głośniej kwestionują przekazywane za jego pomocą treści. Coraz częściej słyszę – „Oni jak zwykle łżą”. Oni, czyli „ci” z pudła – „przekaziora” jak za moich młodych lat mawiano. Więc politycy preferują „akcje bezpośrednie”. Marsz w obronie „Radia Maryja” będzie kolejnym na tym końcu Polski. Chyba dwa tygodnie temu ludzie szli w intencji „Żołnierzy Wyklętych”. Nad szarym tłumem transparenty bogoojczyźniane, pieśni powstańcze, kolorowe przecinki kibolskich szalików … . A w pierwszym rządzie wyżarci liderzy opozycji.
Ale nie ma się co nabierać na plewy. Skąd to marcowe wzmożenie polityczne tłumaczą cenny na kartonikach za sklepową ladą. Rosną nieoczekiwanie szybko, rosną w oczach – przestaję je już kontrolować. Tak jak ceny paliw, gazu, prądu. Jak podatki, kontrybucje, świadczenia, opłaty … . Albo wskaźniki bezrobocia. Rosnąca, społeczna frustracja na tle socjalnym, po prostu szuka ujścia, form ekspresji – najczęściej swojskich symboli, narodowych mitów. Stąd te kotwice na plakatach, matki boskie na transparentach i „głodówki protestacyjne”. Tak jakby wyraz rosnącej, społecznej biedy musiał mieć narodową, symboliczną oprawę. Tak jakby ból gołej biedy zawstydzał. Ale mimo patriotycznej ekspresji powodów tej gorączki nie da się narodowo zmistyfikować. „Może mi pan pomoc odczytać cenę?” – pyta dziewczyna zza sklepowej lady podając mi z rozpieczętowanego „wagonu” paczkę kiepskich papierosów. „Jedenaście osiemdziesiąt” – mówię. „Znowu podrożały”. „Jak wszystko ...” – odpowiada obojętnie.
Odkąd pamiętam, zawsze w marcu, wraz z wiosną zaczynały się przesilenia polityczne. Odgrzebałem notatki z marca 2007 roku. Wtedy przesilenie miało inne tło, bo warunki życia były lepsze. Tak więc w moich notatkach jest najwięcej refleksji na temat państwowej przemocy. W odróżnieniu od tegorocznego marca, nie ma w nich poczucia socjalnej beznadziei, którą teraz wyczuwam, tylko jest atmosfera zagrożenia politycznego i bunt przeciwko ówczesnemu państwu. Sporo pisałem o aresztowaniach, o wleczeniu przed kamerami skutych nieszczęśników, o politycznych aferach, podsłuchach, jątrzeniu, poniżaniu ludzi. No i o głębokich podziałach między nimi – nawet sobie bliskimi. Zresztą trafnie ten amok odbierałem, bo miesiąc później – kwiecień 2007 – w trakcie aresztowania zginęła Pani Barbara Blida. Myślę, że wtedy właśnie rozpoczął się powolny upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego. Marcowa gorączka go zwiastowała.
Jak porównać marce z 2007 roku i 2012 roku? Jak porównać tak różne przesilenia? Wspólnym mianownikiem jest stosunek ludzi do władzy, który wyrażają badania opinii publicznej. Znalazłem badania CBOS z marca 2007 roku. Tegoroczne trzy dni temu podano do wiadomości. Tak wygląda to porównanie.
W marcu 2007 roku w świetle badania CBOS niezadowolonych z pracy premiera Kaczyńskiego było 61 procent badanych. W tym roku z pracy premiera Tuska niezadowolenie wyraża 57 procent ankietowanych. Pięć lat temu poparcie wobec polityki premiera Kaczyńskiego wyrażało 25 procent badanych. W najnowszym sondażu poparcie dla premiera Tuska wyraża 33 procent respondentów.
Siedem lat temu źle oceniało działalność rządu Kaczyńskiego 63 procent badanych. W tym roku aż 67 procent ankietowanych źle ocenia działalność rządu Tuska. W 2007 roku zwolennikami rządu było 25 procent badanych. W tym roku 31 procent.
Na zadane w 2007 roku pytanie, czy polityka rządu Kaczyńskiego stwarza szanse poprawy sytuacji gospodarczej w kraju 61 procent badanych odpowiedziało, że nie. W tym roku na to samo pytanie odpowiedzi odmownej udzieliło 65 procent badanych.
Niby różne marce, różne gorączki ale wskaźniki podobne. Różnice najczęściej na granicy statystycznego błędu.
Ps. Kolejne badanie CBOS – sprzed dwóch godzin. Tym razem dotyczy zaufania do Polityków. Tytuł z GW „Tusk pikuje w notowaniach zaufania. 8 punktów miesięcznie”. Tym razem zaufanie do Donalda Tuska wyraża 36 procent badanych. Jarosławowi Kaczyńskiemu ufa 32 procent. Natomiast brak zaufania do Jarosława Kaczyńskiego deklaruje 48 procent ankietowanych. W badaniu poziom nieufności do Donalda Tuska oszacowano na 44 procent.
Sobota, niedziela nad tekstem. Szperam w notatkach, blogowych zapiskach … . Usiłuję coś sklecić z tych ścinków. Szukam więc Rio Tera, Olleros de Tera, Embalse de Nuestra Seniora de Aguvanzal, Villar de Farfon, Rionegro del Puente … . I guzik, nic nie mogę konkretnego o tych miejscach znaleźć. Nic co mogłoby obudować historię nad którą siedzę. Są jakieś lakoniczne notki w hiszpańskiej wiki, trochę filmów na youtube, oferty nie istniejących apartamentów. Fotki pomników srogich seniorów (monumentos) i kościołów. No i moje kartki, które wyszukiwarka wyrzuca, po pstryknięciu funkcji – „pokaż polskie”. Wygląda na to, że jestem tutejszym odkrywcą górzystej granicy między Zamora a Kastylią Leon. To piękne! Granice – uwielbiam je. Całe moje życie to przekraczanie granic. Ale nieprawdziwe, bo przecież szedłem tam z Iną – moją niemiecką Przyjaciółką – blisko już byliśmy, a w tekście nie ma o niej ani słowa. A przecież razem wędrowaliśmy przełomem Rio Tera do Kastylii. Widocznie coś osobistego, intymnego się stało nad Rio Tera. Na tyle osobistego, że chciałem to ochronić pomijając ją całkowicie w opisie. To czego w nim nie ma staje się więc kanwą nowej opowieści. Te notatki stają się tylko tłem do tego co napiszę. Nie muszę szukać, mam gotowe, swoje. Po prostu to, czego wtedy nie wywaliłem z siebie muszę dziś odsłonić w tej scenerii – „Dzień pod znakiem wody. Idę w górę Rio Tera. Po tygodniach suszy i spalonej mesety po prostu obezwładnia mnie wszechobecna wilgoć. Z lewej rzeka, z prawej pola zraszane od rana przez deszczownie. Ciemnozielony, soczysty kolor kukurydzy na zmianę z krzewami ziemniaków. I topolowe lasy sadzone jak plantacje, równo pod rząd. Przepompownie tłoczą wodę wprost z rzeki do systemów nawadniających. Szmer wody, plusk strumyków – moje wypalone ciało wychwytuje te dźwięki nieoczekiwanie wyraźnie. Kurcze i wszędzie kumkają żaby.
Wyżej kanały nawadniające. Woda płynie szerokimi na 3 – 4 metry cementowymi korytami, które wkopane w wały przenoszą ją dziesiątkami kilometrów w dół – na pola. Co chwilę odgałęzienia, czasem niknące gdzieś pod ziemią a później pojawiające się nieoczekiwanie przy plantacjach np. kapusty. Przechodzę przez stalowe mostki, pstrykam zdjęcia śluz i nadziwić się nie mogę ile pieniędzy i pracy włożono w tak prosty a zarazem wydajny system nawodnień. Ani kawałek ziemi tu się nie marnuje, wszystko jest uprawiane.
Bar w Olleros de Tera. Głodny jestem, barman proponuje talerz sera z owczego mleka i chorizo własnej roboty. Pyszne i wraz z piwem zaledwie 3 euro.
Wzdłuż kanałów dochodzę do „Embalse de Nuestra Seniora de Aguvanzal”. Ostre podejście na wzgórza nad tamą. Po drodze rury o metrowej średnicy wywalają do kanałów nadwyżki wody ze zbiornika. Za tamą hektary ciemnoniebieskiej wody. Kilkaset metrów liczy ta zbudowana jeszcze za Franco tama. Ostrożnie podchodzę do balustrady i robię zdjęcia doliny.
Dalej marsz wzdłuż brzegów – piaszczyste zatoczki, woda czysta, co jakiś czas samochód i wylegujące się parki. Albo nimfy wodne zażywające kąpieli w samych majteczkach.
Ostatnie kilometry. Villar de Farfon, wioska tuż nad zalewem. Kilka zamieszkałych domów a reszta stoi opuszczona od 20 – 30 lat. Jakbym znalazł się w skansenie. Gdy mijałem ostatnie rozlewiska zalewu zauważyłem tuż pod powierzchnią wody kamienne murki. To pozostało z zalanych niegdyś pastwisk. A teraz wioska bezludna. Klimat jak z westernów – tylko Clinta Eastwooda brak. Pozapadane dachy, wypłukane przez deszcze mury, wypieczone na słońcu czarne drewno krokwi. Nie ma sklepu, baru, nie ma nic. Tylko stara kobieta nalewa mi do butelki wody. Kładę się na bruku pod średniowiecznym kościołem, grzeje plecy ciepłem kamieni. Siwy dym papierosa rozpływa się w błękicie nieba. Jeszcze tylko kilka kilometrów do Rionegro del Puente. To już nowa rzeka i nowe miasto na mojej drodze.
Schronisko fajne, kilku gówniarzy, ale są też rzeczy Amerykańca, Hose i jego przyjaciółki. Piorę łachy z trzech dni, potem kąpiel, golenie i do baru. Spotykam pod nim moją ekipę – są na niezłym fleku. Hose roześmiany, bo nic lepiej jak drink nie pomaga na bóle wszelakie. Przekrzykują się nawzajem: „Kartko! Jest internet, na ulicy pod biblioteką złapiesz sieć i wyślesz teksty do Polski!”. Jest sieć, łapię ją z chodnika, ale jakaś dziwaczna – komputer mnie przed nią ostrzega. Śmieszne ostrzeżenie, ale pytam barmanki o której otworzą bibliotekę. „Nie wiadomo”: odpowiada. „Bibliotekarce amputowali nogę”: pokazuje dłonią wysokość połowy łydki. A potem dodaje uspokajająco: „Ale z tego wszystkiego zapomniała odłączyć sieć, idź na chodnik wieczorem – wyślesz wiadomości”. „A jakie jest hasło” – pytam. „Nie wiem, chyba Antonio, bo tak się nazywał jej ukochany”.
Koniec sjesty się zbliża. Na termometrze przyczepionym do ściany baru 40 stopni. Upał po prostu zatyka. Pijemy z Markiem piwo z zamrożonych kufli, ścina się lodem tuż pod pianką. Mark ćwiczy hiszpański gadając o bzdetach z barmanką, ja poprawiam tekst. Niestety na razie nie udało się wysłać kartek przez słońce. Po prostu nie ma cienia i słońce odbija się w monitorze tak mocno, że nie widać tekstu. Może jednak wieczorem – jak radziła?
Już po osiemnastej – Mark mówi, że kościół otwierają i chce się pomodlić. Zebrało mu się na rozmowy z Bogiem, bo narąbany jest jak bąk. Podchodzimy pod drzwi – faktycznie otwarte. Z muru zwisają pordzewiałe łańcuchy. Pytam go po co tak wiszą, do czego były potrzebne. Odpowiada – ”Gdy jest fiesta wieszają na nich bukiety kwiatów”. Jego amerykańska naiwność mnie po prostu rozbraja. Przecież na tych drzwiach kościelnych, przed placem, wieszano ludzi a tłum patrzył i sycił wzrok ich męką. Idziemy do schroniska, zbieram swoje pranie a on zaczyna się szykować na mszę. Leje zimną wodę na łeb, bo podświadomość mu mówi, że przed Bogiem musi stanąć trzeźwy. Czekam cierpliwie. Znów przez plac, znów łyki upału. W kościele chłodno, Mark przysiada na ławce. Obchodzę kościół – to co Unia wyremontowała na zewnątrz w środku jest nienaruszone. Koszmar okrucieństwa zastygł na ołtarzu i nawach. Te rzeźby powalają cierpieniem. Podnieca mnie to jak niegdyś ludzi zgromadzonych na placu podniecał widok dręczonych skazańców. Pstrykam fotki już bez onieśmielenia. Rozświetlam błyskiem ukryte sekrety naw. Facet, który tu sprząta ma chyba ze sto lat. Stoi za mną i bezradnie patrzy jak obnażam jego skryty świat – nawet nie protestuje.
Coś potrzeba na kolację. Wyprzedaż, sklep ogołocony z towaru jak w Polsce, w latach 80 – tych. Wybieram paprykę i garść podgniłych czereśni. Z tyłu sklepu dom, rozgrzebany małżeński tapczan, ścienne zegary wybijają minuty. Dwoje starych jak świat ludzi ten biznes prowadzi. Kasy ich onieśmielają, długo trwa liczenie rachunku. Dwa euro z groszami, nie mam tyle drobnych. Daję dychę i problem, bo nie ma z czego wydać. Zaczyna się grzebanie w portfelach, jakieś zwitki, tutki z folii – w końcu po kwadransie wydają mi resztę. Życie tu powoli zanika.
Znów „Bar Palacio”. Mark nie wytrwał sam na drewnianej ławce. Ale trzeźwieje, zamówił trzy kawy i wodę do popicia. Jutro przecież przed nami kawał drogi….”
Kilka dni temu, w dyskusji nad tekstem poświęconym dramatycznym okolicznościom powstania pierwszej konstytucji hiszpańskiej Blogowiczka Baba pisząc o ptakach, które ma codziennie okazję obserwować, zauważyła, że im konstytucji nie potrzeba. Same wiedzą, bez Ustawy Zasadniczej, kiedy śpiewać, budować gniazda, wysiadywać jaja, wędrować …. . Zainspirowała mnie do przemyśleń trafność tego porównania. Ale czy naprawdę tak różnimy się od ptaków?
W 1983 roku, w najgorszym okresie stanu wojennego, przebywający na emigracji Jacek Kaczmarski napisał hymn mego pokolenia „Naszą klasę”. Do pierwszych czterech zwrotek tekstu w 1987 roku dopisał kolejne cztery. Piosenka jest sentymentalnym opisem losów ludzi po wprowadzeniu stanu wojennego, a zarazem opisem dezintegracji środowiska „ze szkolnej ławy”. Utwór jest życiowy, nawet łzę po wódce można uronić gdy się go słucha – mimo cynizmu, do którego lata borykania się z życiem nas przyuczyły. No bo czy może nas zdziwić„Wojtek w Szwecji w porno-klubie” który „pisze: dobrze mi tu płacą za to, co i tak wszak lubię”. Albo „Kaśka z Piotrkiem (…)w Kanadzie, bo tam mają perspektywy.” Lub „Staszek (który) w Stanach sobie radzi, Paweł (co) do Paryża przywykł,…” I „Magda (która) jest w Madrycie i wychodzi za Hiszpana. Mało to „Maćków (…) straciło życie, gdy chodzili po mieszkaniach?”. Opis tych smutnych, życiowych zakrętów, goryczy i samotności, dojrzewania, oddalania się ludzi od siebie Kaczmarski kończy kończy dość ponurą refleksją – „Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie, I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie, W dół, na boki, wzwyż, ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo, Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo… . Jedno i to samo drzewo… . „ Przesrane życie – chciałoby się powiedzieć – i kolejną setę wypić na smutki. Ale czy ludzki los naprawdę jest aż taki tragiczny? Czy my nie za wiele od życia wymagamy?
Dziś przeczytałem historię innej, „naszej klasy”. Ale ptasiej. Też klasy, która się rozpierzchła po świecie. I nieźle, zarówno tutaj, jak i w podróży, dostała po dupie. A jednak bohaterowie tej historii nie pękają.
Witold, Henryk i Hubal wracają do Polski. Właśnie lecą z Sudanu, gdzie w cieple spędzali zimę. Po drodze dołączył do nich Kolumb, który przed ruskimi mrozami zwiał aż do Zambii. Wracają choć mają problemy. Witoldowi wyburzają spokojną dzielnicę w której od kilku lat mieszkał. Będzie więc chyba bezdomny. Henryk też swoje tu przeżył – dramat rodzinny. Jedynie stary Hubal ma tu bliskich i bezpieczny dom. Ale i on nie jest szczęśliwy, bo jego syn Jerzy jesienią zaginął w Egipcie. – pod Assuanem. Nie wiadomo czy żyje, czy po prostu wybrał samotność.
Problemy też ma Władek, który jesienią, za późno, ruszył w podróż. Jak samotny włóczęga zmagał się więc z chłodem i głodem. Osłabiony, wynędzniały, w listopadzie – w Niemczech, pod Berlinem – miał wypadek. Na szczęście trafił na dobrych ludzi, troskliwie się nim zajęto, odkarmiono, przezimowano. Ale nie ma siły by samemu wracać do domu, więc pewnie go tu przywiozą. Natomiast podrośnięta Zośka zeszłego roku rozstała się z rodzicami i ruszyła w świat. No i niesie ją! Spodobało jej się na Krecie – tam zimowała – i na razie nie ma zamiaru wracać. Jeszcze nie wiadomo czy zostanie w Grecji czy może wybierze Hiszpanię. A może i ona wróci.
Ludzie i ptaki. Podobne historie …
Wędrówki bohaterów mej dzisiejszej kartki obserwować można pod linkiem projektu „Orlik, ptak jakich mało”. Tam też informacje o tych ptakach z charakterem
http://www.orlikgrubodzioby.org.pl/artykul/mapy-przelotow
A tu orlik w locie – tego zaniosło do Szwecji!
http://www.youtube.com/watch?v=5jTAnc6YDFM&feature=related
Dziś bardzo ważna wiadomość polityczna przemknęła przez media. Na II Kongresie Demograficznym odbywającym się w Warszawie z udziałem Prezydenta RP i innych państwowych notabli Prezes GUS poinformował o wstępnych wynikach Spisu Powszechnego z ubiegłego roku. I jak się okazało, w dziale „narodowość”, aż 809 tysięcy mieszkańców Górnego Śląska określiło się jako Ślązacy. W tym narodowość śląską jako jedyną podało 418 tysięcy a śląską jako drugą – obok polskiej, niemieckiej czy innej – 396 tysięcy ludzi. Dla porządku podam, że to się nie sumuje, bo 396 i 418 to 814 a nie 809 (sprawdziłem, bo media jak ogłupiałe – chyba z wrażenia – żonglowały danymi). No ale mniejsza z tym. Ważne, że jest to niesamowity i rodzący poważne konsekwencje polityczne sukces śląskich autonomistów. Narodowa mniejszość śląska, bo tak ją trzeba nazywać, stała się największą spośród grup mniejszościowych w skali kraju. Według wyników spisu następną pod względem liczebności jest mniejszość kaszubska (228 tysięcy), niemiecka (109 tysięcy), ukraińska (48 tysięcy), białoruska (47 tysięcy), romska (16 tysięcy), rosyjska (13 tysięcy), amerykańska (11 tysięcy) i łemkowska (10 tysięcy). Dodam, że w czasie poprzedniego spisu w 2002 roku, narodowość śląską w polskiej części Śląska zadeklarowało 173 153 osoby. To niesamowity skok społecznego poczucia identyfikacji ze Śląskiem, poczucia dumy ze ze swej śląskości! A zarazem wyraz narastającej nieufności i niechęci do centralistycznego (warszawskiego) modelu państwa polskiego. No i tęsknoty, by po swojemu urządzać swoją „małą ojczyznę”. Przy takim tempie identyfikacji ze Śląskiem można śmiało założyć, że za kilka lat w województwie górnośląskim liczącym dziś 5 milionów mieszkańców narodowa mniejszość śląska będzie grała pierwsze, polityczne skrzypce.
Tak więc moje rozważania o autonomii baskijskiej, galicyjskiej, katalońskiej, które prowadzę w hiszpańskich kartkach, będzie można śmiało przenieść na nasz grunt.
Wszystkim czytającym mnie Ślązaczkom, Ślązakom serdecznie gratuluję spisowych wyników. I życzę spełnienia politycznych marzeń czyli wywalczenia sobie prawa do życia po swojemu – na swoim Śląsku.
http://www.youtube.com/watch?v=uLmLGnrxYzE&feature=related
A fotka tytułowa z mojego – Dolnego Śląska
Wczoraj dowiedziałem się o hucznych obchodach uchwalenia hiszpańskiej konstytucji. Obchody były tym bardziej podniosłe, bo rocznica okrągła. Dwieście lat temu bowiem – 19 marca 1812 roku – Hiszpanie przyjęli swą pierwszą Ustawę Zasadniczą zwaną pieszczotliwie „La Pepa”. Co ciekawe, polskie „przekaziory” wspomniały o tej rocznicy tylko dlatego, że dotknęła naszych kompleksów. Otóż hiszpańskie media obszernie informowały, że ich Konstytucja była trzecią, przyjętą na świecie – po amerykańskiej i francuskiej. Oczywiście komentatorów dotknęło do żywego, iż w tej wyliczance zapomniano o naszej Konstytucji z 3 – go maja 1791 roku i temu głównie temu poświęcono teksty. No ale mniejsza z tymi kompleksami. Ważne, że o istotnej dla Hiszpanów rocznicy również tu wspomniano. Dziś więc kilka zdań o „La Pepie” i okolicznościach jej uchwalenia – bo były ciekawe i pouczające.
Reformatorska konstytucja hiszpańska miała wymiar z lekka dekadencki, bo była wynikiem upadku państwa podbitego przez napoleońską armię. W 1809 roku, w obleganym przez Francuzów Kadyksie, zwołano Kortezy czyli tamtejszy parlament. Ponieważ monarchia burbońska uległa faktycznemu rozkładowi, dotychczasowe państwo przestało istnieć, król abdykował a elity oddały się kolaboracji z okupantami Kortezy zwołała „junta” czyli samorzutnie powołany organ władzy. Życie społeczne nie znosi próżni więc takie „junty” powstawały oddolnie na terenie całego kraju. „Junta Suprema Central”, bo tak się owa konstytuanta z Kadyksu nazywała, składała się ze 150 przedstawicieli arystokracji, duchowieństwa, miast, uniwersytetów, wojska… . Deputowani podzieleni byli na trzy frakcje. Pierwszą byli liberałowie prący do zmiany ustroju – np. Diego Munoz Torrero, Agostin Arguelles … . Drugą stanowili umiarkowani reformatorzy dla których inspiracją był Monteskiusz – np. Gaspar Melchor de Jovellanos. Trzecią grupę stanowili konserwatywni obrońcy absolutyzmu, przeciwni jakimkolwiek zmianom. Frakcja pierwsza, liberalno – rewolucyjna zyskała przewagę w Kortezach i już na ich pierwszym posiedzeniu – w 1810 roku – ogłosiła dekret proklamujący zasadę suwerenności narodu. Było to rewolucyjne zerwanie z dotychczasową legitymizacją monarchii absolutnej. W ciągu następnych kilkunastu miesięcy przygotowano Ustawę Zasadniczą. Była to najdłuższa konstytucja w historii Hiszpanii – składała się z 10 rozdziałów i 348 artykułów. W świetle jej zapisów państwo stawało się monarchią parlamentarną opartą na podziale władzy – z dominującą pozycją parlamentu. Władza wykonawcza należeć miała do króla, a ustawodawcza do Kortezów. Z tym, że kompetencje monarchy ograniczono i poddano kontroli parlamentu. Monarcha miał co prawda prawo veta wobec uchwał Kortezów, ale tylko zawieszającego je na dwa lata. Król bez zgody parlamentu nie miał prawa opuścić Hiszpanii, zawierać międzynarodowych sojuszy, nakładać podatków ani nawet zawrzeć małżeństwa. Natomiast jego ministrowie mieli za swą działalność ponosić prawną odpowiedzialność.
Konstytucja gwarantowała wolność druku, znosząc cenzurę prewencyjną. Gwarantowała także nietykalność osobistą obywatelom. Bez pisemnej zgody sądu nie wolno ich było więzić. Wszyscy mieli być równi wobec prawa. Niezwykle odważnym jak na owe czasy posunięciem było wprowadzenie powszechnego prawa wyborczego obejmującego mężczyzn powyżej 25 roku życia. Ustawa zasadnicza zniosła inkwizycję, choć potwierdzała, że jedynym wyznaniem praktykowanym w Hiszpanii może być tylko katolicyzm. Postanowienia „La Pepy” uzupełniono licznymi, równie rewolucyjnymi dekretami. Zakładano zniesienie wewnętrznych ceł, systemu cechowego, uwolnienie chłopów, przejęcie dóbr kolaborantów, inkwizycji, jezuitów, klasztorów i domów zakonnych.
Postanowienia Konstytucji 1812 roku nigdy nie weszły w życie. Liberałowie, którzy ja uchwalali byli izolowaną społecznie grupą reformatorów. Nie tylko zresztą społecznie, ale i militarnie, bo cała historia działa się w odciętym od Hiszpanii, obleganym przez dwa i pół roku Kadyksie. Zresztą kraj zatopiony w okrutnej, partyzanckiej wojnie z okupantem (guerilla) nie był gotów na przyjecie tak śmiałego planu reform. Ale choć dzieło Kortezów, choć nie przyniosło żadnych praktycznych efektów, to jednak odegrało w dziejach Hiszpanii olbrzymią rolę. Stanowiło bowiem pewien symbol, punkt odniesienia i wytyczało drogę kilku pokoleniom zwolenników liberalnych reform. Właśnie stąd bierze się szacunek współczesnych Hiszpanów do ich „La Pepy”.
Pod linkiem piosenka na tematy konstytucyjne.
http://www.youtube.com/watch?v=4gQG_ee6tMo&feature=related
Na zdjęciu tytułowym resztki fortyfikacji i krzyż upamiętniający heroiczną obronę Salamanki przez wojskami napoleońskimi.
Kilka dni temu, w trakcie politycznej dyskusji, przykuł moją uwagę zwrot „dom ludu”. To określenie (folkhemmet) wiąże się ze szwedzkim państwem dobrobytu. Interesowałem się tym modelem społecznym jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy komunizm dogorywał i miałem nadzieję na zmiany. To właśnie szwedzcy socjaldemokraci, w dwudziestych latach ubiegłego wieku, postanowili darwinistyczne stosunki społeczne zastąpić harmonijną współpracą. Szwecja miała być „dobrym domem” dla wszystkich Szwedów. I tak się stało. Oczywiście „Szwecja – dom ludu” jest tylko pewną metaforą stosunków społecznych. Myślę, że u jej źródeł leżały instytucje domów ludowych czyli miejsc w których Szwedzi mogli się – poza rodzinnymi pieleszami i miejscem pracy – dogadywać między sobą. Bo przecież owo dogadywanie, które zastąpiło zdziczałą walkę społeczną, jest najważniejszym powodem szwedzkiego cudu. Albo na przykład mogli uczyć się w dobrze rozwiniętej sieci tzw „uniwersytetów ludowych”. W każdym razie instytucja „domu ludowego”, miejsca wspólnego, przyjaznego, stała się inspiracją polityczną do tworzenia szwedzkiego państwa dobrobytu.
Co kraj to obyczaj. W Hiszpanii odpowiednikiem „domów ludowych” są tzw „centra socjalno – kulturalne” (casa de la cultura) przypominające nieco nasze domy kultury – ale z naciskiem na funkcje socjalne. Ale jeszcze ciekawszymi przybytkami są tzw „socjal bary” które napotykałem na południu – w Andaluzji, Estremadurze i Kastylii. Mam do tych przybytków olbrzymi sentyment. Dlatego dziś wspomnienie o jednym z estremadurskich „domów ludu”. Nie ukrywam, że jest mi ich brak na tutejszej „nieludzkiej ziemi”.
„…Pueblo nazywa się Aldea del Cano. Zwykłe miasto na szlaku. Białe domy, kościół z bocianimi gniazdami. Zbudowano je na wzgórzu więc labirynt uliczek zniechęcająco pnie się coraz wyżej i wyżej. Sjesta wygoniła ludzi do domów, pozostały po nich tylko gacie schnące na sznurach rozwieszonych między kamieniczkami. Schronisko na szczęście jest na rogatkach. Oprócz niego trzy knajpy i zamknięta na głucho Casa de la Cultura. Leżę w swoim pokoju lepki od potu a zza kamiennej ściany dobiega surowe flamenco. Śpiewa mężczyzna, stary lecz o silnym jeszcze głosie. Tuż obok, w sąsiedniej norze zajął miejsce Francuz. Nie wiem jak się nazywa – wiem zaś, że poranił paznokieć dużego palca stopy i ma problem jak dalej iść, bo to na dłuższą metę boli. Jak można mu pomóc? – kołacze mi się po sennym łbie, choć o pomoc nie prosi. Chyba w żaden sposób. Zalałem mu palucha utlenioną wodą, ale to infekcja i musi się spokojnie zagoić. A Francuz nie chce czekać. Znów chrapliwy śpiew starca przebija się przez ścianę. W tle klaskanie dłoni i stłumione krzyki. Byłem tam przed godziną – przybytek ten nazwano„Bar Social” . Na Estremadurze sporo jest w pueblach takich socjalnych barów. Przypominają mi trochę krajowe bary mleczne, a ich działalność też dotowana jest przez państwo lub lokalne samorządy. Różnica jest jedna – o ile bary mleczne pozwalają najeść się ubogim o tyle bary socjalne organizują im szerzej życie. Szerzej? – przecież życie społeczne Hiszpanów odbywa się tylko w barach. Domy to sfera prywatności, tam za kratami i wysokimi płotami toczy się życie rodzinne w ostentacyjnie okazywanej izolacji. Domy to twierdze do których nie warto pukać. Praca – o niej niewiele wiem. Chyba jak w Polsce tylko leniwiej, wolniej i bez zbytniego zaangażowania. Coś dłubią na budowach, zza przeszklonych okien korporacji widać jak snują się wokół włączonych komputerów. A w urzędach papier na papier, kupka na kupkę i byle dotrwać do sjesty. Tu jest gorąco i od ludzi nie można za wiele wymagać. Tak więc życie społeczne Hiszpanów odbywa się głównie w barach. Zaś tych biednych, których w kraju nazywa się „klientami pomocy społecznej” odbywa się w barach socjalnych. Tam schodzą się robotnicy i bezrobotni, starcy i niepełnosprawni. Przychodzą tam dlatego, że są one tańsze – wódka, piwo, wino o dobre 25 procent. Do tego codzienne gazety i na okrągło włączony telewizor. Za ladą, w przywieszonych na ścianie przegródkach spięte gumkami talie kart i kości, by było przy czym przesiedzieć rozpalony dzień. No i barman (barmanka) gastronomiczny odpowiednik pracownika socjalnego. To on zagaja rozmowy, komentuje wydarzenia i rozstrzyga życiowe problemy klientów. Można więc śmiało powiedzieć, że „Bar Social” jest swoistą poradnią. Jest też pośredniakiem. Tam można złapać fuchę i zarobić na zaległe długi.
Przed godziną wypiłem tam szklankę wina z rozgadanymi facetami. Kłócili się o politykę bo dwóch było”popular” a dwóch „socialista”. Przed nimi dzbany, szklanki lepkie od wina. Pytają się skąd pochodzę, mówię „el Polacco”. „O Polonia!” – najwyraźniej są zadowoleni. „Przed tobą był Francuz, szukał klucza od schroniska”. Cholera, klucz mam przecież w kieszeni. „Nie śpiesz się, dla Francuza nie warto. Zresztą wszedł przez uchylone okno” – uspokajają. „Gorąco dziś” – mówię. „Zwyczajnie, jak to na Estremadurze. Chcesz wentylator” – wciskają mi go do ręki. „Oddasz jutro rano. Tylko pamiętaj – to dla ciebie. Nie dawaj go Francuzowi”. Co im ten Francuz zrobił? To chyba jakieś niewyrównane rachunki sprzed setek lat. Wymknąłem się z wentylatorem gdy byli już porządnie wcięci. Teraz leżę i słucham jak któryś z nich pięknie śpiewa. Który to może być? Popular czy socjalista? Wentylator z szumem mieli gorące powietrze. Francuz zwlókł się z łóżka i znów wyciska ropę spod rozognionego paznokcia. „Chcesz antybiotyk?”- pytam. „Nie dam sobie bez niego radę.” „Może scyzoryk?” – błyskam wysuniętym ostrzem. „Ładnie za ścianą śpiewa ten hombre” – zmienia bolesny temat. Tak, przyznaję mu rację. „Bar Social” czasem wyzwala w ludziach to co piękne.
Wieczorem, gdy chłodniej ławki wokół baru obsiadły kobiety z dziećmi. Też lubią tam zajrzeć, wypić kawę lub szklaneczkę piwa. Wtedy dzieci biegają po zadymionym wnętrzu, wspinają się na wysokie stołki i siadają na ladzie przysłuchując się rozmowom dorosłych. Albo jak zahipnotyzowane wpatrują się w migoczące światełka maszyn do gry w które mężczyźni wrzucają ostanie grosze z głębi pustych już kieszeni.
Odpoczywam na ławce pod socjalnym barem. Pod tyłkiem karton by było miękko. Przeciąg porusza zasłoną z cienkich, żelaznych łańcuszków. W barze znów ktoś zawodzi flamenco, rytmiczne klaskanie wielu dłoni niesie się po pustej ulicy. Już nie pustej. Z góry, od kościoła schodzi kulejąc Francuz. „Kupiłem wino do kolacji” – wyjmuje z plecaka butelkę. „Rano idziesz do Caceres?”. „Tak” – mruczę kiwając potakująco głową. „Nie wiem, czy dam radę …” – milczę, a on już rozumie, że nie będę na niego czekał. …”