Kartka z podróży – ścieżki camino…
Dziś fragment tekstu do którego od dawna nie zaglądałem. Powstał chyba cztery lata temu a nazwałem go „Bałkany”. To romans a zarazem polityczny thriller osadzony w scenerii wsi zagubionej w lasach. A właściwie zapis osaczenia człowieka – jego lęków. Pisałem ten tekst intuicyjnie, właściwie bez żadnego planu, chcąc wywalić swoje obsesje. Pisałem po kilka stron dziennie (nocami) nigdy nie wiedząc co będzie dalej. Samo się pisało. Niestety, jak sobie przypominam, zapłaciłem za niego depresją. I to tak głęboką, że długo nie mogłem tego tekstu skończyć. Po prostu tak głęboko utożsamiłem się z bohaterem, że bałem się napisać epilog. Byłem przekonany, że jeśli go uśmiercę, a tylko to mogło być logicznym zakończeniem opowieści, to uśmiercę i siebie. Praca nad „Bałkanami” mnie wykończyła. Pamiętam, że długo nie mogłem się pozbierać. Właściwie otrząsnąłem się dopiero w Hiszpanii. Dziś jedna ze scen dotycząca nocnych lęków.
„ …Wracał do domu w ciemnościach zmagając się z przeszywającym wiatrem, który przyniosła ze sobą odwilż. Zamyślony nie zwrócił uwagi na nieznany samochód stojący na poboczu drogi. Nagle błysk, krótkie mrugnięcie reflektorów jak perskie oko puszczone w kierunku ciemnego lasu. Po chwili odpowiedź spod ściany niewidocznych drzew. Zalśniły z daleka światła drugiego, stojącego w mroku samochodu. To był tylko moment, krótka chwila po której droga znów zatonęła w ciemności. Ale ten krótki błysk był znakiem, że go znaleźli. Mrugnęli – byli, czekali… . Przywitali go. Kpiąco błyskając rzucili – „Cześć, Witaj, Jesteśmy… . Znaleźliśmy cię, wkrótce przyjdziemy nad ranem, kopami wywalimy ci drzwi.”
Nocą sen, wspomnienie Marii. Wróciła zima w skutym mrozem mieście. Za oknem ciemne ulice z których ludzi wygnało prawo stanu wojennego. Są sami w pokoju, drzwi bezpiecznie zasłania obdrapana szafa. Wąskie łóżka, między nimi stół pokryty okruchami chleba. Na ścianie mata ze słomy, żółta plecionka do której szpilkami przypięto wycięte z gazety zdjęcie czerwono zachodzącego słońca. Obok starannie spisany wiersz Poświatowskiej o chorobie i umieraniu. Marii jest zimno. Ramiona okrywa wystrzępionym kocem. On pragnie, szuka jej ciała. Jest niecierpliwy, pożąda, przedziera się dłońmi przez szorstki koc, swetry i warstwy koszulek. Odkrywa ją, pozbawia ciepła by dotykać i głaskać bladą, delikatną skórę. Maria poddaje się, drobne piersi unosi spokojny oddech. Pod ich skórą siatka cienkich, błękitnych żyłek. Pulsują łagodnie. Maria poddaje się – tak naprawdę nie chce, nie pożąda, nie kocha. Tę obojętność widzi zaklętą w jej nieobecnych oczach. Maria ulega znużona pieszczotami, które zamiast dawać przyjemność tak naprawdę bolą. Ale jest dla niego wyrozumiała jak matka dla swego niecierpliwego syna. Osuwa się, rozchyla i pozwala wejść w siebie. Jest sucha, więc wnika w nią ostrożnie, powoli by nie zranić, nie sprawić bólu. Nie chce jej skrzywdzić, stara się lecz wie, że chłodne dłonie, które błądzą po jego plecach szukają tylko wystrzępionego koca. Szukają okrycia. Szukają ciepła poza nim, poza jego rozgrzanym ciałem. To samotna egoistyczna miłość, to miłość do siebie. On kocha ją i myśli – czemu to tak długo trwa, tak długo, tak długo … . Chciałby już skończyć, przerwać tę udrękę, lecz nie może widząc jej oczy obojętnie wpatrzone w słomianą plecionkę. Czemu to tak długo trwa, tak długo, tak długo … Szamocze się, przyśpiesza, gwałci, poniża. Ale Maria jak Matka Boska wybacza, przytula jego głowę do piersi i dotyka machinalnie włosów, pozwala mu słuchać spokojnie bijącego serca. „Jakby się nic nie stało, jakby go usypiała” – myśli. Czemu to tak długo trwa, czemu się nie kończy – bezradnie kołacze mu się w głowie.
Zbudził go ten podły sen o seksie, który był litością. Podły sen o impotencji, którą ludzie zarażają się nawzajem. Myślał o śnie, miał go przed oczami. Ręce szukające koca, zamyślone oczy wpatrzone w pieprzoną słomiankę. Pierdolona miłość do oziębłej kobiety. Skaleczyła go przed laty, zraniła, zainfekowała swym chłodem. Związała go z sobą tą obojętnością. Kaleki, pobliźniony związek ludzi mających tylko podłe sekrety. Tętno wciąż mu łomotało. Oddychał powoli uspokajając oddech. A później długo leżał wpatrzony w szarówkę za oknem. Myślał o rozpieprzonych związkach – o kobietach, które zostawiał i kobietach, które od niego odeszły. Myślał o jałowej drodze do miłości. Zawsze kończyła się jak betonowy trakt w lesie. Kończyła się przepaścią na dnie której zalegała trująca od gówna bagno. Świat pogruchotanych i samotnych ludzi, świat barowych okazji i uczuć które wstydem napawały rankiem. To jak bolące zrosty i blizny na skórze, jak wstydliwe piętno impotencji.
Wstał i trzęsąc się z zimna wypatrywał przez okna samochodów stojących przy drodze. Wokół pusto, psy spały spokojnie. Może nocne mruganie świateł to tylko złudzenie pijanego mózgu – pocieszał się patrząc na las. Może to żarty romansujących nocami dzieciaków? Chciał w to wierzyć, więc wyglądał raz po raz na uśpioną drogę, lecz cierń lęku wbity pod sercem ciągle kłuł niepokojąco.”
Ostatnio sporo piszę o sobie dla siebie. To znaczy precyzyjnie biorąc piszę dla innych ludzi o sobie – w swoim interesie. Są to głównie rozmaite wersje mojego życiorysu zwane współcześnie CV. Owo Curriculum Vitae, tłumacząc z łaciny, to bieg czy przebieg mego życia. Właśnie wybranymi elementami, meandrami mego biegu życiowego – pisząc romantycznie – usiłuję zainteresować nieznanych mi ludzi, oferujących rozmaite prace za wynagrodzeniem. Ale nie ukrywam, że pisanie własnego życiorysu w niezliczonych wersjach jest również dla mnie ciekawe, bo skłania do osobistych wspomnień i wywołuje autorefleksje. Jest również interesujące z powodów warsztatowych. Oczywiście wprawa w pisaniu, tworzeniu rozmaitych historii, sylwetek bohaterów, prowadzenia logicznej narracji w tym zajęciu mi pomaga. Traktuję więc bieg swego życia jako dość luźny, niedbale zarchiwizowany, materiał roboczy z którego wykrawam, fastryguję, formuję sylwetkę faceta, który na przykład pragnie ofiarnie odśnieżać dachy (brak określenia w nowomowie), oszukiwać ludzi za pomocą telefonu (telemarketer), być artystą od kanapek (sandwich artist) albo polewać wódkę w barze (barista). Nie sprawia mi problemu literackie wcielanie się w te postacie nawet w suchej, lakonicznej formie CV, która przypomina mi haiku. Nie mam z tym kłopotu, bo znam specyfikę tych zajęć i psychologiczne profile ludzi je wykonujących. Ostatecznie odśnieżałem, mnie ktoś odśnieżał; oszukiwałem – również telefonicznie i mnie tym sposobem robiono w trąbę; wódkę polewałem i polaną za opłatą, piłem; zakąszałem zarówno własnoręcznie udziubanym jak i cudzych rąk jadłem. Tak więc mam pole do popisu w tych lakonicznie prowadzonych wprawkach wcieleniowych. No ale pisanie to nie tylko inspirujące pomysły i behawioralny opis – to również przykre wycinanie zbędnych fragmentów tekstu. Tym bardziej przykre, że pracując nad biegiem swego życia muszę wycinać fragmenty własnego życiorysu. Nagminnie muszę wycinać wykształcenie, bo wyższe (niestety podyplomowe też) odstręcza pracodawców od powierzania rozmaitych prostych prac na które poluję. Muszę też wycinać elementy praktyki zawodowej, bo mam kilkuletni epizod – wstydzę się go! – pracy dla reżimu w charakterze biurokraty. I wiem, że choć nikt tego otwarcie nie powie, to te kilka lat za biurkiem dyskwalifikuje mnie w zabiegach o proste zajęcia. Pamiętam, że gdy po odejściu z biurokracji życie zmusiło mnie do podjęcia pracy na budowie to zapłaciłem niezłe frycowe za wcześniej noszony „biały kołnierzyk”. Wiele betoniarek cementu musiałem „biegusiem” wyrobić, kilka butelek wódki postawić zanim mi to reżimowe zajęcie zapomniano. Niestety, po wycięciu z biografii dyskwalifikujących mnie epizodów związanych z wykształceniem i zawodem mam poważne luki w życiorysie, które z trudnością zaklajstrowuję enigmatycznymi wtrętami o podróżach, pisaniu czy pracach dorywczych. Obawiam się zresztą, że – szczególnie pisanie i podróże – czynią ze mnie w oczach potencjalnych pracodawców osobę nienormalną albo nawet podejrzaną. Zastanawiam się więc czy zamiast wypełniać luki biograficzne budzącym nieufność klajstrem nie powinienem po prostu swego biegu życia skrócić. Tym bardziej, że jestem za stary na pracę, bo wiek metrykalny mnie dyskwalifikuje w tym wyścigu. Dowodzą tego zarówno statystyki, analizy naukowe jak i moja praktyka życiowa. Co gorsza z wieku się nie wytłumaczę i nawet przy mej literackiej kreatywności nie zamienię go na atut. Cokolwiek bym nie napisał – że jestem silny, uparty, twardy, zdrowy jak koń, bez objawów sklerozy … – tym bardziej w kontekście moich 50+ będzie się to wydawało podejrzane. Im więcej się będę tłumaczył tym bardziej moje szanse na posadę będą maleć. Więc zastanawiam się, czy skoro już robię z siebie w kolejnych życiorysach analfabetę, który jak żuk pchający przed sobą kulkę wyschłego gówna mozolnie wypełnia sobie życie pracami prostymi, to może powinien się też odmłodzić. Gdybym sobie odjął lata studiów i nieszczęsny epizod z biurokracją to miałbym pod czterdziestkę. To niezły wiek – w każdym dający więcej szans na odśnieżanie dachów niż pięćdziesiątka z okładem. Im dłużej myślę o tym, by wyprostować sobie bieg życia drogą odmłodzenia, to tym bardziej mi się to wydaje opłacalne. I wiarygodne, bo jak na swoje lata nieźle się trzymam. A szpakowate skronie można po prostu podmalować. Albo ostrzyc się na łyso. No i zyskał bym dzięki temu literackiemu zabiegowi ekstra kilkanaście nowych lat na pisanie i podróże. Znikłby też problem z lukami w życiorysie, które obok metrykalnej starości – jak sądzę – leżą na przeszkodzie, by objąć posadę sandwich artista albo baristy – jak gość na zdjęciu tytułowym. Choć nie wiem czy on musiał snuć narrację na temat biegu swego życia by objąć posadę w czeskiej knajpie.
Od dwóch dni zerkam na przebieg tzw „afery ACTA”. Czynię to z zainteresowanie, ale bez ekscytacji, bo nie jest ona dla mnie czymś nowym, zaskakującym czy bulwersującym. Ta afera doskonale komponuje się z moją wizją polityki, społeczeństwa i ludzi – wizji z Kafki i Orwella. Erupcja „ACTA” była przewidywalna, nieuchronna … .Inaczej po prostu być nie mogło, „ACTA” musiały się zdarzyć.
Był czas, że sporo tekstów pisałem o zagrożeniu ze strony rządu dla wolności i praw ludzkich, bo miałem wewnętrzną potrzebę, by się mym niepokojem o zachowanie praw z Czytelnikami podzielić. Ale przyznam, że pisałem je z poczuciem rosnącego rozgoryczenia i niezrozumienia. Dotyczyło to zarówno tekstów literackich, o literaturze, jak również publicystyki politycznej. Moje obawy czy lęki były najczęściej bagatelizowane, albo nawet gniewnie odrzucane przez zwolenników kontroli państwowej czy korporacyjnej nad ludzkim życiem. To mnie nie dziwiło, bo Polska jest z natury autorytarna, a społeczeństwo ma mentalność niewolniczą. Tu trzymanie za ciasno „za mordę” ma długie tradycje, a ludzie się z chęcią i oddaniem tym praktykom – nie tylko państwowym – poddają. Tak więc moje teksty o inwigilacji, nadzorze elektronicznym, archiwizacji danych, podsłuchach, bezkarności aparatu przymusu, nadużyciach, ukrywaniu informacji … trafiały – jak myślę – najczęściej jak kulą w płot. Nie dość, że nie potrafiłem przekonać do mych tez Czytelników to narażałem się na przykrość wysłuchiwania opinii, że mam pierdolca na tym tle, jakąś manię prześladowczą … . Bo przecież mamy demokrację, wybieramy sobie władze, mamy media, które władzy patrzą na ręce… . „To nie komuna Kartek” – pisano. „Komuny już nie ma. Mamy inny system, żyjemy w wolnej Polsce, wszystko od nas zależy a ty mendzisz, straszysz ...”. Tak więc przestałem tymi problemami zamęczać łaknących optymizmu Czytelników. Odłożyłem tę tematykę „ad acta” – uznałem jako były biurokrata, że nie wymaga ona mojego dalszego rozpatrywania. Tym bardziej, że wiedziałem iż ta tematyka wróci bez mojego alarmistycznego pisania – wróci znienacka, sama z siebie, w pełnej krasie, w całej okazałości… . Wróci, bo taka jest logika rządu, którego tak naprawdę nic nie obchodzi poza pogłębianiem swojej władzy. Wiedziałem, że oni tego upragnionego „trzymania za mordę” nie odpuszczą. Wiedziałem też, że muszą w konspiracji szykować regulacje, które dotkną głównie internet i tam wywołają burzę, bo internauci są jedynym środowiskiem, któremu jeszcze na wolności zależy. Przecież reszta tego społeczeństwa, ta realna, w realu, bez gadania da się nawet zakolczykować elektronicznymi czipami z głupoty albo dla świętego spokoju. Tak więc postanowiłem nie pisać a spokojnie czekać, aż z hukiem wybuchnie kolejna afera. Jak sobie przypominam ostatni tekst na temat ograniczania praw obywatelskich opublikowałem przed wyborami, gdy partia rządząca cichaczem, korzystając z politycznego zamieszania, ograniczyła dostęp obywateli do informacji publicznej. Przestałem też zaglądać na strony jedynych organizacji, którym pełzająca totalitaryzacja życia w kraju leży na wątrobie. Myślę o „Fundacji Panoptykon” i „Fundacji Helsińskiej”.
Długo nie musiałem czekać, bo już po kilku miesiącach powyborczej sielanki afera „ACTA” zatrzęsła siecią. „ACTA” to rządowy standard – klasyczny knebel, tyle, że tym razem uzasadniany nie np. moralnie (pedofile) ale finansowo (prawa własności). Klasyczna jest również poufność z jaką rządy – w tym Polski – na życzenie korporacji – nad „ACTA” pracowały. Właściwie gdyby nie zagraniczne przecieki polscy internauci nie mieliby pojęcia co im rząd szykuje. Mało tego, w okresie gdy prowadzono tajne rozmowy o „ACTA” w kraju, dla zmyłki, „prowadzono społeczny dialog” ze środowiskiem internetowym na różnych spędach z udziałem urzędników. Dialog, jak się okazało, o niczym. I pewnie rozeszłoby się po kościach, gdyby znów z zagranicy polskim internautom nie dano sygnału do buntu. W aferze „ACTA” właściwie tylko skala determinacji i frustracji ludzi z sieci zaangażowanych w sprzeciw jest warta uwagi. Przyznam, że nie pamiętam, by od upadku PRL tak dobitnie i jednomyślnie wykrzyczano – jak w ostatnich dwóch dobach, w internecie, – że rząd jest wrogiem ludzkiej wolności. Zresztą nie tylko rządowi wykrzyczano to w twarz, ale i ośmieszono go wygaszając mu bez najmniejszego wysiłku orwellowskie, propagandowe strony. Przyznam, że zakres tej – uzasadnionej przecież – niechęci a nawet nienawiści do rządzących zainspirował mnie do napisania tego tekstu, choć cała akcja nic oczywiście nie dała. Rząd, jak przed momentem zapowiedziano, podpisze kolejną umowę kagańcową (ACTA) i dokręci śrubę. I to nie będzie koniec ograniczeń wolności w sieci. Myślę, że kneble, kolczatki, kagańce, pejcze i marchewki już w tej chwili potajemnie szykują. Oni nie zapomną bezradności, którą czuli gdy im wygaszano strony. Zresztą wiedzą, że bez pacyfikacji internetu nie mają pełni władzy. Dla monopolu swej władzy muszą podbić internet – zaprowadzić w nim, jak w każdej koloni swoje prawa. Tak jak to zrobili w ostatnich dwudziestu latach w realu.
Moim zdaniem walka z rządem o internet jest przegrana. Internet, tę jedyną jeszcze wolną, choć nierealną ziemię, przyciągającą wolnych ludzi czeka nieuchronna pacyfikacja – polityczna i finansowa. Co do intencji rządu nie powinniśmy mieć złudzeń. Taka jest jego polityczna logika. Jacek Żakowski w dzisiejsze internetowej GW, w ciekawym tekście – „ACTA ad acta.” zwraca z kolei uwagę na korporacyjną, finansową logikę „ACTA” -”ACTA wyrasta z tego samego groźnego procesu co kryzys. Ten proces, który genewskie Obserwatorium Finansów nazywa finansjalizacją, to postępująca zamiana relacji na transakcje. W przypadku ACTA chodzi o ugruntowanie w prawie międzynarodowym zamiany relacji twórcy i odbiorcy w transakcję dostawcy z nabywcą. Wedle logiki stosowanej w ACTA sensem twórczości przestaje być inspiracja, a staje się transakcja. Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza – mediaworkera, z naukowca – dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji. (… )” A po tych wywodach dotyczących ewidentnej degradacji cywilizacyjnej, której doświadczamy pisze z nadzieją – „Wiedząc wszystko, co obnażył kryzys, w dobrej wierze takiego prawa już zaakceptować nie można. I po larum podniesionym dzięki atakom na serwery władzy nie wierzę już, że rząd bez poważnej debaty i bez istotnych zastrzeżeń tę konwencję podpisze. Bo musiałby zrobić to w otwarcie złej wierze.”
Nadzieja matką głupich. Rząd zrobi to co wcześniej zapowiedział. Zrobi to czując na karku protesty i „wiedząc wszystko, co obnażył kryzys”. Zrobi to w „złej wierze”. Podjął, ogłosił już taką decyzję dlatego, że nie chodzi w tym wszystkim o jakąś „finansjalizację” tylko o czystą władzę rządu. Trzeba przyjąć do wiadomości, że mimo spektakularnych, pięknych buntów po prostu tracimy wolny internet. Mimo że pokazowo wygrywamy bitwy, przegrywamy wojnę o wolność. Jak w realu skąd tu uciekliśmy. Tylko, że z sieci już nie ma gdzie uciec.
Cees Nooteboom w „Drogach do Santiago” pisze – „Poczułem wielkie wzruszenie, gdy po raz pierwszy ujrzałem katalońskich zesłańców w Perpignan tańczących sardanę; wspólnota, która miała jeszcze jakąś formę, formę tańca, rozmowy, która wytworzyła się również w ruchomym kręgu, a dla mnie, gdy zamilkł dźwięk i obraz brzmiała jak rozwlekły i niezrozumiały wiersz. Sardana jest tańcem umiarkowanym, który tylko od czasu do czasu gwałtownie wybucha, a poza tym zawsze, dosłownie, jest trzymany w ryzach …” Nooteboom obserwował tancerzy sardany we Francji, bo w Hiszpanii ten taniec, symbol solidarności i jedności Katalończyków, był od 1939 roku zakazany przez reżim Franco. „La Sardana” prawdopodobnie wywodzi się z tańców antycznej Grecji. Historycy twierdzą, że taniec dotarł do Katalonii w okresie gdy Grecy utrzymywali kontakty pocztowe z północnymi wybrzeżami tego regionu – tysiące lat temu. Inni znów dowodzą, że Katalończycy nauczyli się tego tańca gdy okupowali w XV wieku Sardynie. Stąd wzięła się właśnie nazwa sardana. Ale bez względu na początki, źródła istotne jest, że taniec ten we współczesnej postaci stał się popularny w XIX wieku, w trakcie katalońskiego renesansu. Wtedy właśnie stał się symbolem jedności i solidarności narodowej.
Sardanę wykonuje się poważnie i z godnością. Tańczą ją kobiety i mężczyźni trzymając się na przemian za ręce. Taniec składa się z serii długich i krótkich kroków, których kolejność sygnalizuje przewodnik ściśnięciem dłoni przekazywanym dokoła. Tancerze sardana łączą dłonie z uniesionymi ramionami, tworząc w ten sposób kręgi. W miarę napływu chętnych kręgi się powiększają a gdy stają się zbyt duże tancerze formują nowe. Zgodnie z tradycją pary mogą dołączyć do kręgu w każdym miejscu, ale nie mogą się wcisnąć między osobę i jego partnera po prawej. Sardana jest tańcem demokratycznym – ludzie w każdym wieku i każdego statusu łączą swoje dłonie i pląsają jakby chcieli podkreślić, że różnice między nimi są nieważne, bo są przede wszystkim Katalończykami. Jak pisałem jest to wyjątkowo zdyscyplinowany taniec, odmienny od innych, pełnych ekspresji tańców hiszpańskich. Sardana wymaga dokładnych ruchów i wyczucia czasu, które sygnalizuje uściskiem dłoni lider każdego z kręgów. Z tego powodu nie poleca się turystom dołączania do kręgów, bo jeden zły ruch może wybić cały krąg z rytmu. Muzyka jest łagodna i raczej mało dynamiczna. Potrzeba jej bowiem tylko tyle, by tańczący mogli powoli i w skupieniu przebierać nogami w jej rytmie – nie ruszając się nieomal z miejsca. Do sardany przygrywają tzw „Cobla” czyli kapele składające się z dziesięciu instrumentów: podwójnego basu, tak zwanego „tamborí” (bardzo mały bębenek), piszczałki, oboju, fletu … . W Katalonii działa około stu trzydziestu „Cobla”. Większość z nich to amatorskie grupy. Sardana jest tanecznym symbolem katalońskich aspiracji politycznych i wolnościowych. Jej tancerzom poświęcono nawet pomniki – w Barcelonie, Lloret de Mar i Calelli. W Barcelonie, 23 czerwca, odbywa się również festiwal sardany – „Festiwal Focs de Sant Joan”. No ale nie trzeba szukać aż festiwalu, bo improwizowane tańce w katalońskich miastach odbywają się w soboty, niedziele – pod kościołami i wprost na ulicach.
Pod linkiem festiwal sardany
http://www.youtube.com/watch?v=pOEMycj_9so
Sardana wykonywana wprost na ulicy
http://www.youtube.com/watch?v=lJ68B89-asc&feature=related
Francuska piosenka o sardanie ilustrowana zdjęciami archiwalnymi
http://www.youtube.com/watch?v=ycEKXumaaL4&feature=related
Trzy dni temu dobry marsz na przełęcz Lipnicką nazywaną potocznie przełęczą Krowiarki.- od krowiarek, czyli pasterek, które do XIX wieku pasły na przełęczy krowy.
To właściwie moje pierwsze, samotne spotkanie z Beskidami, bo do tej pory „obwąchiwałem” jedynie te kopiaste góry. Za szybko wszystko biegło bym się mógł na nich skoncentrować i poczuć ich nastrój. Ruszyłem z rogatek Zawoi, wioski długiej i zabudowanej ściśle infrastrukturą dla turystów i narciarzy. Po prawej Babia Góra, której widoku mogłem się niestety tylko domyślać, bo zasłoniły ją ściśle mgły. Po lewej stok narciarski, wyciąg i parking z knajpą. Jednym słowem jak w Szklarskiej albo w Karpaczu. Ale już po kilkuset metrach koniec zony turystycznej – pustka, cisza, spokój … . Szedłem drogą, bo szlaki zasypane. Trasa na Podhale porządnie oczyszczona, ubita i co najważniejsze nie posypana solą, więc nie grzązłem w błocie. No i zero ruchu – ze cztery samochody mnie zaledwie minęły. Z Zawoi na przełęcz Lipnicką jest pięć kilometrów serpentynami drogi pod górę – to raczej spacer niż wyprawa. Piszą, że ten odcinek „odznacza się walorami krajobrazowymi”, ale tego też mogłem się tylko domyślać, bo las otulały mgły. Po drodze dwa parkingi, wejście do Parku Babiogórskiego, rozgałęzienia turystycznych szlaków, stosy zwleczonych z gór pni drzew po „zrywkach” … Ale na śniegu ani śladu ludzkiej stopy.
Satysfakcjonujący marsz, bez odpoczynków i marudzenia. W tę i z powrotem to dziesięć kilometrów. W drodze na przełęcz poty i sapanie w normie, bo nie mam nadwagi. Po godzinie dotarłem więc na miejsce. Myślę, że te pięć kilometrów na godzinę to niezły wynik jak na wędrówkę bez kija, po śniegu i pod górę. Na dokładkę bez wcześniejszej zaprawy, bo od dawna nie chodziłem. Zresztą po cholerę się śpieszyć.
Przełęcz oddzielająca masyw Babiej Góry od Pasma Polic położona jest na wysokości 1010 metrów. Wyznacza ona również granicę powiatów suskiego i nowotarskiego oraz gmin Zawoja i Jabłonka, o czym informują tablice. Przy zasypanym śniegiem parkingu zamknięty na trzy spusty punkt informacyjny Babiogórskiego Parku Narodowego. W prawo od przełęczy ubity nartami szlak do jakiegoś schroniska. Dalej pusta, okryta kopułą z obciążonych śniegiem gałęzi droga w dół. Pod koniec XIX wieku Austriacy planowali wybudować pod przełęczą tunel kolejowy. No ale później zamiast tunelu wybudowano szosę do Zubrzycy i Jabłonki. Był to jeden z odcinków tzw. „Szosy Karpackiej”. Trasa z Zubrzycy na przełęcz powstała tuż przed wojną. W 1938 roku przy jej budowie budowie pracował Karol Wojtyła, co upamiętnia usadowiony na parkingu rytualny, granitowy głaz tablicą – z 1997 roku.
Odpalam lufkę z machorką, zaciągam się głęboko, dławi w gardle. Smugi dymu powoli mieszają się z mgłą wiszącą w nieruchomym powietrzu. I cisza, której doznać można tylko w górach, bezruch osypanych grubo śniegiem świerków … . Pustki, pięknie, wolnościowo … . Aż chce się iść dalej, przed siebie, gdzie nogi poniosą … .
Dziś wiele wzruszeń, dobrych uczuć, w jedynym, prawdziwym kinie w mieście. Warto było człapać do niego po nocy w przemoczonych butach i oblepionej mokrym śniegiem kurtce. „Kobiety z szóstego piętra” Philippe Le Guay’a to obraz słodki i kruchy jak francuskie ciasteczko. Trudno zakwalifikować ten film do określonego gatunku. Reklamowany jest jako komedia, ale nie skłania do rechotu. Ten film po prostu rozczula i wywołuje ciepły uśmiech – nawet na mojej, zastygłej zwykle w sarkastycznym grymasie twarzy. Przyznam, że owo dobre, krzepiące wzruszenie, którego w ciemnościach kinowej sali doznałem kompletnie mnie, starego już przecież faceta, rozkleiło. Pisząc ten tekst wciąż czuję ciepło tego filmu. Takie inteligentne, wyrafinowane i dobrze zakotwiczone w psychologi rozczulacze potrafią potrafią robić tylko kochający życie Francuzi.
„Kobiety z szóstego pietra” to historia podstarzałego francuskiego burżuja, co gorsza spekulanta giełdowego, który odnajduje sens życia przełamując socjalne, czy jak się dawniej mówiło, klasowe bariery. Burżuj, na marginesie całkiem sympatyczny, najpierw zaczyna zauważać a potem zaprzyjaźnia się z hiszpańskim emigrantkami mieszkającymi w jego kamienicy. Problem polega na tym, że Hiszpanki są służącymi a więc należą do socjalnie i kulturowo odrębnego świata, którego wcześniej nie po prostu nie dostrzegał. Przekroczenie tej granicy i kontakt z prostymi, wewnętrznie szczęśliwymi – mimo osobistych problemów – kobietami z południa zmienia go, odblokowuje, wyzwala witalność, pozwala krytycznie przewartościować swoje życie i dokonać w nim fundamentalnych zmian. Tę historię, oczywiście całkowicie nieprawdopodobną, reżyser uwiarygodnia pięknie prowadzonym wątkiem miłosnym, „kryzysem wieku średniego” bohatera, emanującą z ekranu prawdą psychologiczną, życiową, obyczajową … a przede wszystkim umiejscowieniem akcji na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To cofnięcie w czasie, dystans pozwala uwierzyć w lekko, bulwarowo prowadzoną intrygę. W realiach współczesnych mogłaby to być co najwyżej farsa. Ten zabieg dodaje filmowi również atrakcyjności, bo Paryż lat sześćdziesiątych jest frapujący.
„Kobiety z szóstego piętra” to uwiarygodnione talentem reżysera, doskonałym scenariuszem i kapitalną grą aktorów marzenie o możliwości dokonania życiowej zmiany, osiągnięcia szczęścia, miłosnego spełnienia … . Ale to nie wszystko wyjaśnia. Jest w tym filmie jeszcze jeden sekret. Ta historia do nas przemawia, wzrusza, rozczula, ponieważ my po prostu chcemy w takie marzenia wierzyć. W głębi duszy kochamy je, choć zwykle o nich nie pamiętamy albo bronimy się przed nimi. Nosimy je więc w sercach pozamykane na skoble i kłódki, by nas nie rozmiękczały w obliczu realnej brutalności życia. No ale są w nas – bez względu na to jak bardzo chcemy, czy musimy być cyniczni, twardzi i brutalni. Najwyraźniej Philippe Le Guay znalazł kluczyk do kłódki od mego schowka z marzeniami, bo słodko wymiękłem na jego filmie i wcale mi z tego powodu nie jest wstyd. Nie tylko zresztą ja. To dziwne, ale ludzie wychodzący z ciemnej kinowej sali, mrużąc oczy od światła, tak jakoś nieśmiało, ciepło, bez słów uśmiechali się do siebie.
Gorąco polecam „Kobiety z szóstego pietra”. Osłodźcie sobie życie w tych podłych czasach delikatnym i kruchym francuskim ciasteczkiem. A co tam sobie słodyczy żałować…
Pod linkiem zwiastun filmu
http://www.youtube.com/watch?v=DkfaGOtGy38
Wiele kartek poświęciłem lękowi – zarówno w aspekcie psychologicznym, społecznym czy po prostu egzystencjalnym. Ale egzystencjalnego lęku współczesnego człowieka nie można porównać do lęków trapiących ludzi tysiąc lat temu. Strach przed niewytłumaczalnym światem był wówczas zdecydowanie większy. W 2009 roku, idąc przez Kantabrię i Asturię wyzwalającym – również od strachu – camino, nie zdawałem sobie sprawy, że przechodzę obok miejsca w którym sublimowały średniowieczne lęki. Prowadzi do niego mało znana odnoga szlaku zwana „camino Liebana”. To tam, w Picos Europa, przed ponad tysiącem lat, powstał bestseller o strachu, który wpłynął na życie religijne a więc i polityczne całego kontynentu. Myślę o inspirujących ówczesnych ludzi Komentarzach do „Apokalipsy świętego Jana” autorstwa Beatusa z Liebana.
Beatus żyjący najprawdopodobniej w latach 730–798 był benedyktynem z klasztoru świętego Marcina w Liebana – obecnie zwanego Santo Toribio. Klasztor zachował się. Można w nim obejrzeć sugestywne, pełne okrucieństwa, ekspresyjne ryciny ilustrujące Komentarze. Co ciekawe, zakonnik rycin nie widział, bo powstały po jego śmierci na niezliczonych kopiach dzieła. Beatus, inteligentny i dobrze wykształcony, dzięki swej elokwencji i oczytaniu miał wysoką renomę w kręgach władzy. Był opatem klasztoru, kapelanem królowej Osindy – żony Sila, króla Oviedo. Był też gorliwym obrońcą wiary. Komentarze do „Apokalipsy … .” pisane były w określonym celu. Za ich pomocą Beatus zwalczał herezje szerzącą się w świecie chrześcijańskim podzielonego między katolicyzm a islam półwyspu iberyjskiego. Właśnie w tamtym okresie, między „mieczem islamu a karolińskim murem”, w środowiskach tzw chrześcijan mozarabskich powstał religijny prąd zwany „adopcjonizmem”. Była to najkrócej mówiąc nauka mówiąca o tym, że Chrystus został przez Boga Ojca jedynie adoptowany, więc sam nie jest bogiem. Jasne było jak olbrzymie konsekwencje polityczne dla katolickiego świata niosła ta teza. Trudno się więc dziwić, że polemiczne z nią komentarze do „Apokalipsy …”, sugestywnie napisane i utrzymane w katastroficznym nastroju tamtych czasów, wkrótce trafiły do całej chrześcijańskiej Hiszpanii a potem do świata po drugiej stronie Pirenejów – nawet na dwór Karola Wielkiego.
Beatus wygrał tę bitwę. Odszczepieńcy zostali osądzeni, herezję zdławiono. Ale Komentarze do “Apokalipsy …” zaczęły żyć swym własnym życiem, bo ich profetyczny charakter współgrał z, jak pisałem, katastroficznym nastrojem ósmego wieku. Dzieło benedyktyna z Liebana powstało w czasie wojen z Saracenami, wewnętrznych konfliktów między władcami Hiszpanii, będącej raczej geograficzną krainą aniżeli państwem oraz cyklicznych klęsk głodu. Raul Glaber, zakonnik benedyktyńskiego opactwa w Cluny tak opisywał tamte czasy – „Niekończące się deszcze, zmieniające ziemię w wieczne błoto, do którego nie można wysiewać, należało się więc obawiać, że cały rod ludzki wymrze (…). W czasie zbiorów przeróżne chwasty i zdradziecki rajgras całkowicie zagłuszały pola (…). Jeśli można było kupić coś do jedzenia, niewiarygodnie podbijano ceny (…). Gdy ludzie zjedli już dzikie zwierzęta i ptaki, które udało się złapać, byli zmuszeni szukać do jedzenia różnego rodzaju padliny i innych rzeczy, zbyt okropnych by o nich mówić (…). Zrobiło się nawet tak strasznie, że głód zmuszał ludzi do jedzenia ludzkiego mięsa (…). Na podróżnych napadali ludzie silniejsi od nich, ich członki rąbano na kawałki, gotowano, jedzono (…). Wielu z tych, którzy znaleźli gdzieś schronienie zabijano w nocy i służyli za pokarm tym, którzy ich przyjęli (…). Inni zwabiali dzieci jajkiem albo owocem, mordowali i zjadali (…), a często wygrzebywano ciała z ziemi, by uciszyć głód (…). Tak przyzwyczajono się do jedzenia ludzkiego mięsa, że gotowano je i nawet zanoszono na targ, gdzie było sprzedawane jako baranina (…). Kogo na tym złapano trafiał na stos (…). Wielu wydobywało z gruntu pewien rodzaj ziemi podobny do gliny, mieszało go z odrobiną mąki, jaką mieli i robiono z tego chleb by nie umrzeć z głodu (…). Widywało się blade i wycieńczone twarze (…), wielu też miało rozciągniętą skórę z powodu rozdęcia (…). Ludzki głos stał się skrzekliwy i przypominał piski ptaków w śmiertelnym niebezpieczeństwie (…)„. Podłe lata … . Ludzką wyobraźnię zajmować zaczęły apokaliptyczne wizje bestii i potworów które czyhały już nie tylko gdzieś na krańcach świata czy w leśnej gęstwinie, lecz zaglądały przez okna zabudowań, usiłując przedostać się w krąg domowego ogniska. Zbierały siły i czekały na odgłosy trąb sądu ostatecznego, by wraz ze zbliżającym się końcem czasów wypełznąć z mroków, siejąc śmierć i zagładę. Krążące proroctwa zapowiadały bliski koniec świata i sąd ostateczny. Miało to rzekomo nastąpić w roku osiemsetnym. Całe to profetyczne napięcie ówczesnego świata można odnaleźć na kartach Komentarza do „Apokalipsy … „ i jego późniejszych kopii.
Obrazy tak ostro przywołane przez zakonnika z Liebany pobudzały wyobraźnię mieszkańców Europy jeszcze przez kilka wieków. Opuściły Hiszpanię jako słowa a wróciły wędrówką ludów – szlakiem pielgrzymki do Santiago de Compostella, gdzie kości Apostoła Jakuba dawały szansę uzyskania zbawienia – uwalniały od apokaliptycznego lęku. Ta wędrówka ludów zmieniła, zreformowała, zmodernizowała Europę i Hiszpanię. Wędrówka milionów ludzi szukających w tych tragicznych, apokaliptycznych wiekach nadziei była więc odpowiedzią na słowa inspirujące do pisania Beatusa – „I ujrzałem: oto trupio blady koń, a imię siedzącego na nim Śmierć i Otchłań mu towarzyszyła …” Tak więc lęk zwyciężono lękiem.
Pod linkiem sztychy do Komentarzy.
http://yama-bato.tumblr.com/post/2681186650/beatus-de-liebana-commentaire-de-lapocalyspe
http://www.encyclopedie-universelle.com/images/beatus-facundus-f186v-detail.jpg
Ostatnio sporo myślę o śmierci. Bardzo spokojnie do niej podchodzę. Chyba się z nią oswajam. A może myśli o śmierci przynoszą mi ulgę? Nie wiem.
Kilka lat temu odbyłem ważną rozmowę o śmierci. Było to na zimnej, potrzaskanej zimowymi sztormami, atlantyckiej plaży w Muros na której zakończyłem swoje pierwsze camino. Ta rozmowa czy może sen wydała mi się na tyle istotna, że odtworzyłem ją z zapisków w zakończeniu powieści „Droga do Santiago”. Jest to też jedna z niewielu scen do których wracam, gdy grzebię nocami w archiwach komputera. To ważny dla mnie zapis. Powiedziałbym, że najważniejszy.
„ … Nie liczył kroków, nie mierzył czasu, nie patrzył już na plan. Nie miał gdzie się spieszyć. Za ostatnią przystanią zatrzymał się przy roztrzaskanym przez sztorm, przysypanym piachem szkielecie łodzi. Zrzucił plecak i usiadł wtulony w deski burty. A potem skulony w atlantyckim wietrze, dłońmi schowanymi głęboko w rękawach swetra, szukał w sobie ciepła. Nadeszło znużenie. Odpłynął na granicę snu i jawy. W tej strefie dźwięki wokół zaczęły dzielić się na frakcje – oddzielnie plusk fal, pisk ptaków, szelest osypującego się wokoło piasku. Nagle przez skrzeczenie mew przebił się cichy odgłos dzwonków. Jakub przyszedł z oddali, jak zawsze boso i z rozwianymi połami długiego płaszcza. „Spotkałem cię jednak …”: pomyślał. A on, swoim zwyczajem, kucnął i muszlą wydłubaną z piachu zaczął rysować znaki. Chyba nie były ważne, bo pozwalał wodzie zmazywać to co narysował. Potem odgarnął z twarzy długie włosy i patrząc na niego z kpiną powiedział:
- Jednak doszedłeś. Doczołgałeś się do końca ziemi. A teraz leżysz w letargu, odrętwiały ze strachu, bo musisz wracać, ale ciągle nie wiesz dlaczego.
A on chwilę zbierał myśli a potem, jakby tłumacząc się, odpowiedział:
- Wiem co mnie tam spotka. Wiele zrozumiałem w drodze. Wiem, że nie będzie cudu i nic się nie zmieni. Wiem też, że tam musi być tylko gorzej. Tam znów będzie boleć, skowyczeć … . Więc wciąż nie rozumiem, dlaczego wracam, dlaczego mam znosić to bolesne, jałowe życie. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na te pytania. Dręczy mnie, że wracam wbrew sobie, że wracam dla innych.
A on wstał, roześmiał się i daleko odrzucił w wodę połamaną muszlę.
- Głupcze, to tylko twoja sprawa, a nie sprawa innych. Przecież nic nie musisz. Dobrze o tym wiesz, tylko boisz się powiedzieć to sobie. Zrozumiałeś wiele, oczyściłeś się z trujących lęków. Ale został jeszcze ten jeden lęk, ten ostatni strach, który w sobie nosisz; który chronisz w sobie leżąc tu samotny, skulony, zmarznięty. To strach przed śmiercią a równocześnie klucz do twojej wolności. Nie boisz się już ludzi ani samotności. Nie boisz się choroby i bólu. Nie boisz się odrzucenia, poniżenia, pogardy, niewoli, cudzej łaski … . Boisz się tylko śmierci. Ale, żeby być wolnym musisz bez lęku patrzeć jej w oczy.
Teraz rysował na piasku ryby. Rysował, zamazywał dłonią … . Zajął się sobą ukrywając znów twarz za strąkami włosów. Zawodził cicho, może śpiewał. W końcu wstał i rozprostował przygarbione plecy.
- Byłem z tobą w drodze, w burzy i upale, w tonących w błocie górach i na spieczonych słońcem polach. Teraz mówię do ciebie samotnego na zamglonej plaży. Mówię do ciebie, bo jestem samotny jak ty. Nie potrafię mówić do tłumów. Nie słucham ich modłów i próśb, nie słucham pieśni intonowanych przez tysiące gardeł. Ja mówię do tych, którzy szukają; mówię do tych, którzy są w drodze. Mówię do samotnych. Jestem Jakubem, który daje wolność od strachu przed śmiercią. Więc ci ją ofiarowuję. Idź dalej bez lęku. Idź i śmiej się śmierci w twarz. Idź i skończ swoją podróż. Wrócisz do domu by umrzeć. Wrócisz, by znaleźć w śmierci spokój. I to będzie twoje zbawienie. Więc idź i nie rozpaczaj, nie płacz, bo wkrótce dotkniesz tajemnicy, dotkniesz szczęścia. Idź szczęśliwy, że umrzesz. Wtedy dopiero skończy się twoja droga do Santiago. Pamiętaj, gdy się coś kończy, zaczyna się nowe.
Chwilę jeszcze stał a potem owinął się płaszczem i odszedł podzwaniając dzwoneczkami. A on patrzył w sennym letargu na malejącą w oddali postać, którą napływająca znad morza mgła otulała mlecznym obłokiem. Jeszcze tylko przez moment fale zacierały ślady jego stóp. Jakub zniknął jak sen, wizja rozgorączkowanego mózgu. Pozostał po nim tylko kontur ryby narysowanej na mokrym piasku. Chyba już wszystko się odbyło, rozmowa była skończona. Więc przyklęknął, ciasno zasznurował buty i brnąc w sypkim piachu wrócił do Muros. …”
Dziś chciałbym się podzielić fragmentem książki Cees’a Nootebooma „Drogi do Santiago”. Jest to zbiór esejów poświęconych Hiszpanii, które ukazały się w serii „Terra Incognita” wydawnictwa WAB. Nie będę uzasadniał dlaczego wybrałem na dziś właśnie ten fragment.
„ …Jest piątkowy wieczór w Jace (zaczynałem tam swoje pierwsze camino) i dzieje się tu coś, co później zobaczę również w Logrono, Burgos, Santiago; niepohamowany tłum młodzieży wychodzi na ulice; wydaje się jakby tam były setki kawiarń i ze wszystkich wysypywały się masy ludzi. Jest zimno, a jednak nikt nie został w domu – przyprawiające o zawrót głowy mrowie spermatozoidów. Muzyka disco odbija się od starych ścian, kontrast z panującą w ciągu dnia atmosferą nie może być większy. Czego oni szukają? W takim stopniu nie widać tego w Berlinie czy Amsterdamie, tej mieszaniny desperackiego śmiechu i bezgranicznej nudy; napływają ze wszystkich stron, wchodzą i wychodzą z kawiarni, zaczepiają się nawzajem spojrzeniami, szukają, werbują, piją krzyczą, formują wężyki, które znowu się rozpadają, zbijają w grupki, wyglądają na odurzonych własnymi wysokimi głosami. Kto zostaje w domu musi być szalony, kto teraz czyta gdzieś książkę zostaje przegnany lub wykluczony, trzeba być tu wśród ekstatycznych twarzy o błyszczących oczach, między dudnieniem muzyki, elektronicznym wyciem automatów do gry a wciąż powracającą niebieską łuną telewizora, którego nikt teraz nie ogląda. Ponad tymi wszystkimi głowami wisi mgiełka pragnień niespełnionych i nie do spełnienia, a równocześnie przeczucie rachunku, który komuś, kiedyś, w niezbyt odległej przyszłości zostanie przedłożony.
Przypominam sobie inną ekstazę, ekstazę tłumu w Madrycie, gdy socjaliści wygrali zdecydowaną przewagą, a kobiety śpiewały – „Felipe (Felipe Gonzalez, pierwszy socjalistyczny premier wolnej od Franco Hiszpanii), capulla queremos un hijo tuyo” – „Felipe, różany pączku, chcemy mieć z tobą syna”. To powinno nastąpić teraz; Hiszpania, która tak długo żyła w murach własnego domu, powinna zwrócić się w stronę Europy, przepędzić cienie przeszłości. Wszystko trzeba było nadrabiać i tak też się stało., z zapałem, który zaparł dech całemu krajowi, z tym samym uczuciem z jakim tłumy śpieszą na wielkie tegoroczne imprezy, odurzeniem, w którym wszystko się akceptuje: wzrastające ceny, ostentacyjny materializm, znikanie rzeczy, których później z trudem trzeba będzie szukać …”
17 sty
Dziś planowałem znów wieczór filmowy, bo w jedynym, prawdziwym kinie w mieście perełka – „Łagodna” mistrza Roberta Bressona. Nie oglądałem tej – już – klasyki kina współczesnego (1969). Moja znajomość twórczości Bressona sprowadza się do „Kieszonkowca” i „Procesu Joanny d’Arc” – filmów, które obejrzałem jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, więc je słabo pamiętam. Ale sporo o Bressonie czytałem, o jego stylu i reżyserskich metodach. Więc na zdrowy rozum dziś trafiła się gratka… . Ale już wczoraj coś się we mnie łamać, jakąś niechęć na myśl o tym tytule czułem. Trudno mi było jednak zdefiniować ten nieoczekiwany nastrój. Dopiero dziś rano, gdy brodziłem w mokrym śniegu za pracą, zrozumiałem skąd się wzięły moje rozterki. Po prostu chodziło o tematykę tego filmu będącego przeniesieniem do Paryża lat sześćdziesiątych ponurego opowiadania Fiodora Dostojewskiego pod tym samym tytułem. Przypomnę, że jest to historia kobiety, która z nędzy wychodzi za mąż za właściciela lombardu – człowieka skrytego, zamkniętego, twardego jak jego parszywa profesja. A potem nieszczęśliwa tkwi w toksycznym związku aż do samobójczego końca. Więc gdy rano pokulony z zimna ujrzałem wypasione reklamy bankowej lichwy, gdy wynajeci za grosze biedacy wciskali mi w dłonie ulotki lombardów, windykacji długów, jakieś głupawe propozycje uszczęśliwienia mnie kasą poczułem, że stary Fiodor do mnie przemawia a ja tego słuchać już nie chcę. To za dużo jak na moje siły. Skoro już muszę to w realnym życiu znosić, na to patrzeć, wdychać ten smród biedy i chciwości to oszczędzę sobie tego w lepszym świecie – w kinie!
Odkąd prowadzę blog ta parszywa dostojewszczyzna wracała do mnie w opisie rzeczywistości. W maju 2009 roku jeden z pierwszych tekstów zatytułowałem „Kryzys wypełza na mury”. Na kilka dni przed wyjazdem do Hiszpanii pisałem – „Nie wiem czemu na ściany musi wypełzać jak pleśń kryzys. Jego znakiem są mury oblepione reklamami lichwiarskich pożyczek, piramidek finansowych udających banki, banków udających piramidki, lombardów, sklepów z używanymi szmatami, salonów „… za cztery złote”. No i wiszące na ścianach szmato-plakaty rozpaczliwie obwieszczające recesję – ”Do wynajęcia”, „Na sprzedaż” …” W Hiszpanii też do tej tematyki wracałem, bo ją po prostu widziałem. Na Estramadurze notowałem – „Nie dają mi spokoju napisy„Se Vende” – „Na sprzedaż”. Wszystko na sprzedaż, nawet ludzka godność i marzenia.„ Potem to jeszcze gorzej wyglądało. Po powrocie do kraju to samo…. . Nie mam siły już nawet cytować tych tekstów. No i dziś rano, gdy w przemoczonych butach patrzyłem na szyldy lombardów mi się ulało – zrozumiałem, że mam dość problemów „Łagodnej”, jej męża skupującego za grosze ostatni dobytek biedaków i całej tej trującej tematyki chciwości, władzy nad człowiekiem, psychicznej przemocy i materialnego podporządkowania. Pieprzę to! Nie chcę! Dlatego w ostatnim momencie zrezygnowałem i nie wszedłem na salę kinową oglądać arcydzieło Roberta Bressona. I dlatego nie ma recenzji. Żona właściciela lombardu dziś się zbuntowała. Ale gdy zagrają „Kieszonkowca” to z chęcią o nim napiszę.
Pod linkiem fragment „Łagodnej”
http://www.youtube.com/watch?v=TlQMeqr6zrA
Z rana, na portalu Gazety Wyborczej, zaskoczył mnie niezwykłą jak na polskie dziennikarstwo szczerością tekst Marka Beylina „Gdy brakuje przyszłości, rozkwitają populizmy”. To znaczy zaskoczył mnie wstęp do wywodów Beylina zawarty we fragmencie tytułu – „Gdy brakuje przyszłości …”, bo dalej, w tak zwanym rozwinięciu autor, ciągnie nudne, zgrane i chyba już – w styczniu 2012 roku – do nikogo nie przemawiające wątki o logice rynków, powinnościach państwa, postawach obywatelskich, stawianiu tamy populizmom itp. Ale wracając do wstępu – przyznam, że od dawna nie czytałem tak oczywistego i prawdziwego przesłania – „…przyszłość wyparowała z polityki w Polsce i w całej Europie. Zajmujemy się wyłącznie tym, co może się zdarzyć za parę tygodni lub – co brzmi jak niesprawdzalne proroctwa – za parę miesięcy. Czy kryzys nas walnie, czy nas oszczędzi? Czy euro i Unia Europejska przetrwają, czy też rozsypią się, grzebiąc aspiracje i nadzieje Europejczyków, w tym Polaków, na zwykłe, przyzwoite życie? Te problemy zabijają myślenie o przyszłości. Żaden polityk nie ośmiela się dziś obiecywać spokoju, dostatku i rozwoju. Sformułowanie “będzie lepiej”, będące podstawową obietnicą demokracji, zniknęło ze słownika polityki. Bije to nie tylko w takie partie, jak Platforma, reprezentującą przede wszystkim bogacących się Polaków. Bije to w ogóle w europejską demokratyczną politykę. Bo istnieje ona tylko wtedy, gdy niesie jakąś obietnicę przyszłości. A z tym, na czym teraz skupiają się europejskie państwa, czyli z cięciami budżetów i wydatków, żadna obietnica przyszłości się nie wiąże. Obserwujemy więc dziś, obok kryzysu, obumieranie polityki. …” Tak więc Gazeta ustami Beylina w końcu otwarcie mówi o tym, co rodacy zdolni do intelektualnej refleksji od lat, od miesięcy czują – obumiera polityka „Platformy, reprezentującej przede wszystkim bogacących się Polaków”. Oczywiście to pewien polityczny skrót, bo chodzi o obumieranie polityki tej wygranej na przemianach i dzikim wyzysku części Polski, której interesów – również do bogacenia się za wszelką cenę – chroni państwo. By to proces owego obumierania uzasadnić czy zobrazować autor sięga do raportu unijnej instytucji „Eurofound” – Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy. Raport dotyczy tzw NEETS-ów, młodych, bezczynnych ludzi (not in employment, education or training), którzy nie pracują, nie uczą się ani w żaden sposób się nie doszkalają. Dodam, że nie z powodu lenistwa tylko dlatego, że wywalono ich za społeczny nawias. Jak zwykle w badaniach dotyczących poziomu zdziczenia stosunków społecznych (w tym przypadku wykluczenia), również w kategorii NEETS-ów nasz kraj utrzymuje wysoką lokatę na tle kontynentu. Zdaniem Beylina to właśnie depresja owych NEETS-ów i frustracja pracującej na tzw „umowach śmieciowych” młodzieży są podstawowym powodem „obumierania” polityki bogacącej się Polski. No ale katalog Beylina jest niepełny. Przecież NEETS-i są tylko drobną częścią (600 tysięcy)zbędnej Polski. W kraju żyjącym, jak pisze Beylin, perspektywą „paru tygodni lub – co brzmi jak niesprawdzalne proroctwa – paru miesięcy” niepotrzebni są starzy, dzieci, chorzy, wykluczeni, bezrobotni, bezdomni, pracujący za najniższe stawki w Europie, ci co w podróży, ci co na emigracji, ci którym się w życiu popieprzyło, ci którym się nie podoba… . Wiele milionów ludzi jest zbędnych, niepotrzebnych, pozbawionych nadziei. I co gorsza kosztownych zarówno w sensie utrzymania przy życiu jak i trzymania za gardło. A przecież kasy na utrzymanie i kontrolę coraz mniej, bo „żądania rynków” … . Więc te całe hufce niepotrzebnych ludzi, zdaniem Beylina, koczują wkurwione pod wysokimi murami „bogacącej się Polski” nad którą coraz smętniej zwisa sztandar PO, bo „polityka obumarła”. I czekają co dalej.
Beylin czuje, że twierdza padnie, więc pisze ze smutną rezygnacją o stłoczonych poza murami niepotrzebnych ludziach – „dorobimy się społeczeństw coraz bardziej wściekłych i wyzutych z postaw obywatelskich. Podatnych na demagogię i najgorsze iluzje. Właśnie przed tym trzeba bronić nasze społeczeństwa. Zwłaszcza w kryzysie. Tylko pokażcie mi polityka, który to pojmuje. W Polsce nikogo takiego nie widzę.”
Zabawne sformułowania – „Dorobimy się społeczeństw coraz bardziej wściekłych, wyzutych z praw obywatelskich ”, „Przed tym trzeba bronić nasze społeczeństwa”. Krokodyle łzy nad – „wyzutymi z praw”? A kto ich niby „wyzuł”? My się dorobimy „wściekłych”? My? Chyba wy się dorobicie? O czym tu zresztą pisać – już się „dorobiliście”. Nie dziwi mnie więc lęk Marka Beylina o przyszłość. Ale nie ma się co mazgaić, samobiczować, bo z tym można żyć. Milionom ludzi w tym kraju od lat „brakuje przyszłości”
http://www.youtube.com/watch?v=BaHhxRGYjFA
Znów wieczór w jedynym, prawdziwym kinie w mieście. Tym razem film o kryzysie. I to film z epicentrum kryzysu, bo z Grecji – pariasa współczesnej Europy. Właśnie informacjami z tego kraju straszą przecież od miesięcy media. A zarazem pokazując nędzny, grecki los gaszą w nas wzbierający lęk przed przyszłością. Mówią – „to w Grecji, daleko. Tu jest przecież inaczej … . Mamy przecież spokojne ulice … . ” Ale film „Attenberg” Athiny Rachel Tsangari jest właśnie o spokojnych ulicach miasteczka na jakimś greckim zadupiu. Jest o tym czego na nich jeszcze nie widać, ale co wisi już w powietrzu. To film o przeczuciu końca epoki, jej wypaleniu i nadchodzącej nieuchronnie zmianie. I o ludziach do których to przeczucie dociera. Czyli film o tym co i tu, w Polsce, w tym mieście, w stężałym, wilgotnym zimnie ulic wyczuwam – co widzę w ludzkich oczach. O czym piszę od dawna w notatkach ze swojej podróży.
Akcja „Attenbergu” dzieje się w czworokącie ludzi wycofanych, zdystansowanych z różnych powodów wobec rzeczywistości – ludzi co prawda osadzonych w postindustrialnej społeczności, lecz jednak odrębnych. Ludzi próbujących pojąć obcy, niezrozumiały, nawet odstręczający świat na swój sposób – szukających w nim elementarnych wartości. Główna bohaterka, Marina, dziewczyna zawieszona między Francją a Grecją, chcąc zrozumieć istotę relacji między ludźmi obserwuje je z perspektywy behawioralnej czyli czystego, pozbawionego psychologicznego kontekstu opisu. Ich niezrozumiałego sensu – nawet w tak intymnym wymiarze jak seksualność – usiłuje doszukać się w zachowaniach zwierząt, które obserwuje na dokumentalnych filmach Davida Attenborough’a. Dziewczyna opiekuje się umierającym ojcem, architektem, świadomym tego, że wraz z nim gaśnie, wypala się, w nicość obraca cała jego epoka. Z kolei przyjaciółka Mariny, Bella, przesypiająca się z facetami na prawo i lewo, by wciąż sprawdzać swą atrakcyjność, usiłuje jej seksualność uświadomić. W tle jest jeszcze mężczyzna ważny dla Mariny. Znów postać samotna i wycofana. No i bohaterem jest miasto, w którym historia się dzieje – bezosobowa, sterylna, opustoszała, „zona” końca postindustrialnej, europejskiej epoki. To nie Grecja z folderów biur podróży. Takie zalane deszczem, zimne miejsca są przecież wszędzie – również tu. Na naszych oczach powstają.
Wzajemne relacje bohaterów, podobnie jak Marina, obserwujemy z behawioralnej perspektywy. W tym filmie nie ma psychologizowania – jest tylko (aż!) opis zachowań. I właśnie w czystym opisie zachowań ludzkich ukryta jest cała jego siła. Przyjęta przez reżyserkę forma narracji, „zimne oko” nie oszczędzające bohaterów, nadaje mu walor niezwykłej prawdy. Równocześnie pozwala obserwować jak niezależnie od obcego dla nich świata, właśnie w tym dobrowolnym stanie „wycofania się”, wyobcowania, odrębności tworzyć się zaczynają między nimi autentyczne, piękne, naturalne relacje. Przyznam, że tak prawdziwej, intymnej i z wrażliwością opowiedzianej historii dawno już nie widziałem.
„Attenberg” opowiada o dekadenckim końcu naszej epoki, ale i nadziei. Film zwiastuje przełom, nadchodzącą zmianę. Jest opowieścią o konieczności powrotu do źródeł, do prawdy o człowieku i jego naturze. Bo przecież dalej nie ma już po co iść… . Gdzieś się pogubiliśmy. Na razie doświadczeni rozpadem dotychczasowego życia Grecy to rozumieją. A przecież i nas ta zmiana, egzystencjalne doświadczenie czeka. To jest nieuchronne. Snuje już nad ulicami, w zimnie wilgotnego powietrza … . Jak w tym greckim miasteczku.
Pod linkiem scena z filmu
http://www.youtube.com/watch?v=EzmgVN6M5E8&feature=related
Na portalu Polityki Piotr Stasiak w tekście „Pan od wirusów” kreśli sylwetkę Jewgienija Kaspersky’ego – światowej sławy twórcy oprogramowania antywirusowego. By wzmocnić wagę działalności, którą zajmuje się Kaspersky, na podstawie książki Richarda A. Clarke’a, byłego doradcy prezydentów USA do spraw bezpieczeństwa i terroryzmu, zatytułowanej „Cyber War”, Stasiak przedstawia wizję zagłady czekającą współczesny świat, gdy na skutek wirusowego ataku padnie internet i sieci komputerowe. Pisze – „Koniec cywilizacji może nastąpić w 15 minut. Najpierw zawieszą się systemy kontrolujące międzynarodowy obieg finansowy. Giełdy przestaną działać, a bankomaty wypłacać pieniądze. Oszaleją radary i sygnalizacja świetlna, przez co dojdzie do szeregu wypadków komunikacyjnych na drogach, kolei i w metrze. W ruchu lotniczym zapanuje chaos. Komórki zamilkną. Uszkodzenia w sektorze energetycznym będą dramatyczne i trudne do naprawienia – sieci przesyłu prądu zostaną przeciążone, a węzły w ciągu kilku minut ulegną spaleniu. Rurociągi i rafinerie eksplodują. Ostaną się zapewne elektrownie atomowe, ale trzeba będzie je czasowo wygaszać….”
Tekst komentuje internauta Wirus – „i w końcu będzie spokój! Nie będziemy spędzać setek godzin przed Fejsbukiem czy Allegro, aby coś tanio kupić. Przestana działać agencje ratingowe. Padnie cały ten chory system gospodarczy, w którym praca ludzka przestała mieć jakakolwiek wartość. Jedynym naszym zajęciem będzie szukanie żywności, aby przetrwać do następnego dnia.
Nie będzie trzeba słuchać ględzenia tych marnych politykierów.
Wyobraźcie sobie: dzień bez telewizji – bez TVN i Polshitu, TV-Trwam – bez radia, bez samochodu… czy może być lepiej?
No i stracę prace – bo jestem informatykiem… „
Całość tekstu Piotra Stasiaka pod linkiem
http://www.polityka.pl/rynek/ludzie/1522987,1,jewgienij-kasperski—hakerzy-mu-nie-straszni.read
11 sty
Tak się złożyło, że po kilku pracowitych miesiącach na Jurze życie znów mnie zmusiło, by się zakręcić za robotą. Tak więc studiuję tzw „oferty”, dmucham coraz energiczniej w te plewy by wypatrzeć jakieś uschłe ziarenko. Włóczę się też po mieście do którego los mnie nie tak dawno rzucił, staram się wyczuć jego klimat – szukam jakiejś okazji. Oczekiwania mam niewielkie, bo świadomy jestem tego, że moje umiejętności, talenty czy uzdolnienia są nikomu do niczego niepotrzebne – w każdym razie w formie konkretu, który wyraża zapłacona forsa. Tak więc z przekonaniem, że kto niewiele oczekuje i pilnie szuka ten znajdzie zwiedzam jakieś industrialne zony, zaułki oklejone reklamami lichwiarskich pożyczek, śmierdzące stężoną frustracją hole urzędów „od bezrobocia” czy portale pełne „ofert” pisanych w pretensjonalnej „nowomowie”. I czuję się trochę jak moi praprzodkowie, którzy aby nie zdechnąć z głodu wędrowali po mrocznych lasach, bagniskach … szukając jagódek, miodu czy na tyle gapowatego zajączka, by można go było kamieniem zamordować i zjeść. Czuję więc, że żyję w zgodzie z natura tego świata i to mi poprawia nastrój. No ale nie do końca … . Bo brak mi w tym szukaniu pracy inspiracji – tego co Hiszpanie nazywają „bonito”.
Nieoczekiwanie, czasie włóczęgi „za chlebem” po rozmiękłym od kryzysu i wiosennej pogody mieście, przypomniała mi się scena, którą podpatrzyłem w Hiszpanii. Działo się to w Kraju Basków – na drodze do Zarautz. Tak ten fragment trasy opisałem – „ … ostry marsz do Zarautz. Pięknie, droga wijąca się wzdłuż klifu, z boku ocean i słońce bijące prosto w oczy. Po kilku kilometrach obok asfaltu chodnik i wysepki widokowe. Chodnik przylepiony do klifu i asfaltowej drogi zaczyna się przed Getaria i ciągnie do Zarautz – to ponad 6 km. Nie wiem ile to musiało kosztować, ale w przeliczeniu na polskie pieniądze to niesamowita inwestycja. Chodnik ma ponad 2 metry szerokości a przed klifową przepaścią i falami Atlantyku chronią ludzi ciężkie, stalowe balustrady. Chodnik jest pełen ludzi – rowerzystów, pieszych, kobiet z wózkami, starców. Chodnik jest właściwie tylko po to by można było obcować z oceanem, więc ludzie to robią. Kobiety dają ssać piersi patrzącym na fale niemowlakom, faceci biegną i sapią wdychając oceaniczne powietrze, starcy siedzą na ławkach i patrzą na bladoniebieski horyzont. …„
Ale w tym opisie nie wspomniałem, że tuż przed Zarautz, gdy chodnik – deptak się kończył, napotkałem trzech emigrantów z Afryki, których najprawdopodobniej pomoc społeczna zmusiła do wyjścia ze slumsu i podjęcia pracy z widokiem na ocean. Ich zadaniem było malowanie stalowych balustrad oddzielających chodnik od klifu i drogi. Przyznam, że od czasów „komuny” nie widziałem tak zniechęconych i niechlujnie pracujących robotników. Tym facetom nie tylko kubły z farbą ciążyły, ale i pędzle trzymane w usmarowanych dłoniach. W opadających z tyłka spodniach, za dużych bluzach z kapturami, jaskrawych butach wyglądali jak nieudolni, sfrustrowani bohaterowie komedii filmowych, które w Hollywood kręci się dla kolorowych mniejszości. Ten nastrój duchowego zniechęcenia odbijał się niestety na stanie balustrady. Ponieważ nie chciało im się ścierać płatów starego, odstającego podkładu zalewali zadziory i pęcherze grubą warstwą olejnej farby. Farba ściekała więc paskudząc kamienne słupki, chodnik i jak ciemne gluty zastygała na stalowych rurach. Czynili barbarzyństwo, tym bardziej bulwersujące, bo dokonywane na tak pięknym, urokliwym miejscu. I gdy patrzyłem na ich niechlujstwo, zniechęcenie, frustrację, „odwalanie” roboty zrozumiałem, że oni po prostu uskrzydlającego piękna tej okolicy nie widza. Oni się z nią nie identyfikują. Przez przymus narzuconej im pracy nie dostrzegają oceanu, gór, klifu … . Światem tych chłopaków było pewnie obmalowane graffiti getto, stanie „na winklu” z kumplami i czekanie na kogoś potrzebującego pilnie kulki marokańskiego haszu – tam byli wolni. Ich unieszczęśliwiono pracą z widokiem na Atlantyk. I pomyślałem z nutą zazdrości, jaką frajdą byłoby dla mnie ta praca. Jak chętnie i starannie malowałbym te rury. Nie dla marnej pewnie kasy tylko dla doznawania piękna tego miejsca – tego co Hiszpanie nazywają „bonito”. Kilka kilometrów czyszczenia, malowania balustrad trwałoby pewnie od września aż do zimowych sztormów. Przez kilka miesięcy mógłbym patrzeć na Atlantyk i wpatrzonych w niego odprężonych ludzi, zwisać nad klifami, oddychać słonym wiatrem, uskakiwać przed strzępami fal, którymi wzburzony ocean zalewa deptak. Ile przyjemności, satysfakcji dałaby mi te balustrady … . I jeszcze by mi za to płacili! Na wino, kolację w barze by starczyło …. „Bonito!” czyli pięknie – jak mawiają Hiszpanie opowiadając o swej pracy. Piękno pracy … .
Na zdjęciu tytułowym widok z chodnika – deptaka prowadzącego do Zarautz.
Ps. Jestem dziś w dość niezręcznej sytuacji, bo publikuję tekst wbrew deklaracji o zaprzestaniu pisania zawartej w ostatniej kartce pt „Epilog”. Mówią bowiem, że facet nie powinien wycofywać się z podjętych postanowień. No ale z tego postanowienia po prostu muszę się wycofać. Jak zasugerowałem w „Epilogu” powodem tej decyzji było „wypalenie”, zmęczenie fizyczne, intelektualne, emocjonalne … . Pewne zamotanie psychiczne w którym się czasem grzęźnie. Stąd desperacka decyzja, by przestać pisać, jakoś się uwolnić od napięcia, ciśnienia … . No ale nie umiem. Przez ostatnie dni i tak pisałem – szukałem tematów, z perspektywy opisu patrzałem na świat i kleciłem w głowie teksty. I co raz bardziej czułem się jak na jakimś cholernym odwyku. Bezsensownym zresztą, bo przecież istotne jest rozwiązywanie problemów a nie likwidowanie formy ich wyrażania – w tym przypadku blogowej. Pomogli mi to zrozumieć Czytelnicy pisząc mądre, życiowe komentarze i osobiste listy. Bardzo za nie dziękuję. Choć pisze się dla siebie, to jednak niezwykłą satysfakcję daje możliwość podzielenia się myślami, emocjami z ludźmi. To dla mnie forma dobrej, krzepiącej duchowo a czasem nawet uzdrawiającej rozmowy. Głupotą jest ucieczka w milczenie.
No i odpocząłem, odespałem, odetchnąłem głęboko, przemyślałem … . Więc wracam.
Dziś epilog „Kartek z podróży” – ostatni tekst relacjonujący moją życiową włóczęgę. Za mną, za nami, 2667 stron codziennych notatek, refleksji, opisów, fragmentów wcześniej napisanych książek – „Drogi do Santiago”, „Bałkanów”, jakiś opowiadań… .
Ten etap twórczej, blogowej aktywności rozpocząłem pod koniec maja 2009 roku, gdy wychodziłem z kolejnego zakrętu życiowego. Miałem wtedy za sobą kilkaset stron tekstów pisanych do szuflady i za sprawą myśli zawartych w tych tekstach właściwie zrujnowane życie. A przed sobą podróż do Hiszpanii i głód podzielenia się moimi przeżyciami z Czytelnikami. Taką niesamowitą potrzebę sprawdzenia czy dobrze piszę, czy trafiam do ludzi – do ich serc. Czy jeszcze do czegoś się nadaję? I udało mi się to. Te pisane na chodnikach, w knajpach, barach, jakiś norach teksty przyciągnęły w tej samotnie odbywanej podróży do mnie ludzi. Choć szedłem sam czułem ich wsparcie. Więc doszedłem gdzie chciałem.
Codziennie pisane „Kartki …” pomogły mi też znieść polską depresję, której doświadczyłem po powrocie. Pisząc nihilistyczne, gorzkie, pozbawione złudzeń teksty, przetrwałem mimo porannych lęków i poczucia osaczenia wiele miesięcy. Znów miałem wsparcie, bo mnie czytaliście. Ale mam wątpliwości czy się rozumieliśmy. Czy to co piszę traktowaliście jako kreację czy opis zamotanego, realnego życia. Tym niemniej narzucony sobie rygor pisania kazał mi spać ile trzeba, jeść, myć się … . Dzięki „Kartkom …” wygrałem jeszcze trochę czasu.
Ale ta forma życia zaczęła się wyczerpywać. Teksty rzucane w abstrakcyjną przestrzeń internetu wracały do mnie w realnych wymiarach. I powstał problem kim ja właściwie jestem. Czy Kartką, narratorem budujących, hiszpańskich opowieści czy po prostu facetem – śmierdzącym piwem, potem, strachem, tak naprawdę włóczęgą w dziurawych butach … . Przyznam, że zagubiłem się w tym, straciłem dystans. Gdzieś pobłądziłem i nie pozostaje mi nic innego jak przestać pisać, bo ta droga prowadzi do nikąd.
To przeczucie, że powinienem zamilknąć towarzyszy mi od wielu miesięcy. Odkąd wiem, że tą „kartkową” wizją życia skrzywdziłem ludzi, popieprzyłem im życie. A nie powinienem, bo przecież odpowiadam tylko za swoje. Dwa dni temu, gdy skończyłem „Viva la Muerte” pomyślałem, że to dobry tytuł na epilog. No ale słaby jestem. Potrzeba było jeszcze dwóch dni, jednego filmu i przepitej nocy by tak naprawdę skończyć tę opowieść.
Przepraszam za złudzenia i za problemy, które moje „Kartki … „ wywołały.
Pozdrawiam od serca
6 sty
Halny nad ranem przywlókł znad gór cienką warstewkę śniegu. I jasność się stała, aż zapiekły od światła oczy po przebudzeniu. Potem też przyjemnie, przytulnie – dziubanie sałatki jarzynowej a w tle film o camino na który znad deski z marchewką i ziemniakami zerkałem. Później niestety gorzej, bo zima długo nie przetrwała i gdy wracałem na swoje śmieci od topiącej się mazi przemokły mi buty. W domu zimno, w piecu zgasło, więc krzątanina za draskami, noszenie węgla, rwanie tektury… . Na szczęście cug niezły, bo resztki halnego jeszcze świstały w kominie. Po kilkunastu minutach, po puszczeniu kilku smrodliwych dymków, piec na szczęście zaskoczył, zamruczał i już można było nad nim ogrzać wysmarowane sadzą ręce.
Gdy ciesząc się ciepłem, wprost ze słoika, wyżerałem ze smakiem udziubaną rankiem sałatkę przypomniał mi się poranny film o camino. Traf chciał, że była to relacja z trasy francuskiej, którą szedłem w 2004 roku. Dokument mnie zaskoczył, bo jakoś inaczej na nim szlak wyglądał aniżeli mam go w pamięci – we wspomnieniach sprzed ośmiu. I nie wiem czy intencje komercyjne twórców tak skrzywiły obraz miejsc w których niegdyś byłem czy rzeczywiście zaszły tam takie zmiany. Na pewno z powodu braku czasu, wiedzy i zmęczenia nie zauważałem większości zabytków, którym twórcy filmu poświęcili wiele miejsca. Na pewno nie byłem (już w połowie trasy) w tak dobrej formie jak odpowiadający na pytania dziennikarki pielgrzymi. Przyznam zresztą, że trochę raził mnie dość ostentacyjnie okazywany przez nich optymizm. To zresztą jakaś stała maniera filmów o camino. Myślę, że u jej źródeł leży komercyjność – dlatego twórcy filmu dokonali manipulacji wybierając wypowiedzi tylko infantylnie radosne. Trudno być bowiem radosnym gdy wysiadają, puchną stawy kolanowe a pęcherze zamieniają się w żywe mięso. Z czego tu się cieszyć? Podobnej manipulacji dokonano opisując infrastrukturę trasy – schroniska, knajpy, bary, sklepy … . Niestety droga francuska jest do bólu skomercjalizowana i altruizm, który deklarowali wywiadowani właściciele owych przybytków już osiem lat temu – gdy szedłem tamtędy – nie miał pokrycia w faktach. Owszem, na camino jest przyjaźnie, ale nie tak słodko. Gdy się człowiek nie zakręci wokół swoich spraw, gdy nie wymusi czasem, to pozostaje mu spanie w rowie. Ten dysonans między między prawdą czasu a prawdą ekranu uderzył mnie szczególnie przy opisie puebla Hontanas, w którym miałem okazję nocować. W filmie wieś przedstawiono jako oazę sielskości, pełną przytulnych schronisk, knajp i barów z uprzejmą, oddaną ludziom obsługą. Oczywiście podkreślono jej walory historyczno – architektoniczne. Długonoga Hiszpanka udająca pątniczkę moczyła nieśmiało nogi w źródełku, potem rozpytywała w tamtejszej knajpie o „menu del Perergrino” (uwaga – nie dajcie się na to menu nabrać!) i szczebiotała z odprężonymi pielgrzymami. Natomiast ja tę wieś pamiętam inaczej –
„Trudno było dojrzeć Hontanas w morzu zbóż. Wieś zbudowano w zapadlisku, z którego ledwie wystawał czubek wieży kościelnej. Płaskie jak stół pole kończyło się łagodnym uskokiem tworzącym ścianę niecki. Na jej dnie, jak jajo w gnieździe, ukryło się pueblo. (…) Trafił wprost na źródło, które biło tuż obok kościoła. Obudowane kamienną cembrowiną było rezerwuarem krystalicznej wody dla bydła i ludzi. Kiedyś musiało tętnić wokół niego życie. Tu budowano domy i spędzano z pastwisk stada bydła. Tu wieczorami spotykały się dziewczyny ze swymi chłopakami. Tu odprawiano wesela, chrzciny i pogrzeby. Teraz wieś sprawiała wrażenie bezludnej. Domy, mimo że wyremontowane, stały zamknięte na głucho. Przed schroniskiem kilku umęczonych upałem pielgrzymów zalegało na ławkach, korzystając z cienia. Hostel ponury z paskarskimi cenami, obok pusty bar. Zrezygnowany wykupił nocleg i obiad a potem powlókł się na drugi koniec wsi, gdzie na sypialnie zaadaptowano budynki gospodarcze. Nie było tak źle: obszerna noclegownia mieściła kilkadziesiąt piętrowych łóżek, o tej porze w większości jeszcze wolnych. Zerknął na leżących ludzi. Spali ciężkim snem, pochrapując na pryczach – poodkrywani i spoceni. Jedni skuleni w embrionalnych pozycjach, inni z rozrzuconymi rękami i nogami. W łazienkach tradycyjnie zimna woda. Nie przeszkadzało mu to – mył się do oporu, aż do dreszczy skóry i skurczu mięśni. Później posykując ugniatał i bił stwardniałe mięśnie pięściami, naciągając wygięte boleśnie stopy, by ból znikł i wróciła im elastyczność. Jeszcze tylko rozłożył na pryczy manele, by oznaczyć co swoje i utykając wrócił do knajpy na obiad. Nie był wart ceny, którą zapłacił. Ot, typowe stołówkowe żarcie przywiezione z daleka i odgrzewane byle jak, byle szybciej i taniej. Szkoda pieniędzy na podłą kolację w tym barze. Pozostało przetrwać do rana z pustym brzuchem i szukać następnego dnia gościnniejszego miejsca. (…) Centrum wioski starannie odnowiono. To miejscowość na szlaku, wiec roboty wykonano za unijne fundusze – przeznaczone na ochronę kultury i tradycji regionalnych. Za to z tyłu, w bocznych zaułkach, domy zapadały się w ziemię. Od lat niezamieszkane, zamieniły się w malownicze ruiny porośnięte kępami kłujących krzaków. Przedzierał się przez te zarośla w poszukiwaniu śladów przeszłości raniąc kolcami skórę i płosząc pieprzące się z przeraźliwym miauczeniem zdziczałe kociska. Kościół też świeżo odmalowany – podobnie jak fontanna pod jego murem. Na płaskiej dzwonnicy, w jednym z wykuszy, bociany uwiły gniazdo. Tego roku było puste; wyschnięte, zlepione bocianim gównem gałęzie smętnie wystawały na boki a dzwon nad nimi wisiał nieruchomo jak wahadło zepsutego zegara. Plac przykościelny również sprawiał wrażenie jakby czas stanął w miejscu. Pojemnik pełen wylewających się starych gazet, porwanych foliowych torebek i zakurzone ławki, ufundowane dawno temu, chyba jeszcze za czasów Franco, przez akcję katolicką. Wioska powoli umierała – już nikt nie przesiadywał na ławkach i nie odprawiał mszy. Przed laty mieszkańcy wyjechali do dużych miast, a ludzie idący do Santiago zatrzymywali się tu tylko na spartański nocleg. Popatrzył w górę, na otaczające Hontanas zbocza i usypiska. Jasne, zniszczone przez erozję skały, osypywały się w dół. Sprawiały wrażenie pustynnych plenerów ze starych westernów. Brak było tylko Clinta Estwooda idącego między domami w czarnym kapeluszu i długim do ziemi płaszczu. Do czego by strzelał? Chyba do automatów z Colą, które ktoś przedsiębiorczy wystawił na upał. Widok sugestywny jak z telewizyjnej reklamy – skwiercząca od żaru uliczka wymarłego puebla i zamknięte za szybami czerwonych lodówek, pokryte szronem puszki coli. Przełknął ślinę spieczonym gardłem i wygrzebał z kieszeni bilon. ...”
Przyznam, że nie wiem który obraz Hontanas jest prawdziwy – czy mój, czy twórców dokumentu o camino. Ale może rzeczywiście w tej zapyziałej wiosce coś się w ostatnich latach zmieniło? Tym niemniej moje trudne wspomnienia z owej „dziury w ziemi” wydają mi się atrakcyjniejsze aniżeli sielanka na którą zerkałem krojąc marchewkę na sałatkę. Chyba nie mieszczę się w docelowej grupie odbiorców do których ten film adresowano.
W kraju afera lekowa – zresztą kolejna, coroczna … . Afera, której praktycznego sensu nie rozumiem. Mam wrażenie, że jedynym aferalnym wymiarem tej historii, jest polityczne pogrywanie sobie na lękach egzystencjalnych tych najbardziej bezradnych, bezbronnych. Głównie na lęku przed śmiercią sprowadzoną przez media do komercyjnego wymiaru. Roztelepani nerwowo przekazem starzy, schorowani ludzie myślą – „Pójdę do apteki, braknie na leki i wywalą mnie za drzwi. A potem, bez tych leków zdechnę na chodniku jak kloszard, bezdomny … „ Ten lęk, podsycana neuroza przed samotną śmiercią w poniżeniu jest właściwie jedynym paliwem tzw „afery lekowej”. Całe polityczne przepychanki między lekarzami, aptekarzami, koncernami farmaceutycznymi i rządem w kontekście tego egzystencjalnego strachu przed śmiercią biedaków od której ratunkiem jest refundowana recepta nie mają znaczenia.
Pamiętam dalekie echa tego strachu. Pamiętam jak przed pierwszym camino spaliłem w ognisku trzymający mnie na powierzchni życia zapas antydepresantów. Ze dwie stówy w prochach – zresztą pełnopłatnych – spłonęły gasząc moją panikę przed życiem bez recepty. No ale przeżyłem bez nich jakoś te osiemset kilometrów do Santiago– odbiłem się. Przed drugim camino już byłem za mądry na takie efektowne gesty. Po prostu nie wykupiłem przepisanych mi recept na ciśnienie, cholesterol, migotanie jakiś cholernych przedsionków … . Gdzieś w trasie, chyba w Kastylii – na sześćsetnym kilometrze – sprawdziłem ciśnienie, bo w głowie mi buzowało i krew poszła z nosa tak potoczyście, że nie dało się jej zatamować papierowymi chusteczkami. Aparat pożyczył mi Hiszpan z którym piłem w barze. Pamiętam, że piersi miał pociachane sinymi bliznami po bajpasach. Pamiętam jak mi pokazywał te sznyty ze śmiechem rozpinając guziki koszuli. Szedł też z Sewilli, ale bardzo wolno. Umierał. To chyba była jego ostatnia Droga. Ale okazało się, że ciśnienie mam w normie – buzowanie było od nadmiaru wina. A przecież wcześniej musiałem pracować kilka dni miesięcznie na te „psu na budę” potrzebne leki. Zarabiałem na te gówna, cierpiałem niewolę, bo czułem podsycany strach przed podłą, samotną śmiercią.
Hiszpania i śmierć – Viva la Muerte. Ronald Fraser w książce „Krew Hiszpanii” cytuje wspomnienie z 1936 roku żołnierza Falangi z jego służby w Segowii- „ … Pewnego ranka kazano nam utworzyć kordon; przyglądający się tak napierali, że plutony egzekucyjne nie miały miejsca do dokonywania publicznych egzekucji. Musieliśmy trzymać ludzi na odległość co najmniej dwustu metrów i surowo nakazano nam pilnować, by w tłumie nie było dzieci. Pojmanych wyprowadzano z zajezdni. Wśród dwustu, tego pierwszego dnia, gdy miałem służbę, było kilku ze wsi położonej niedaleko mojej. Można sobie wyobrazić co czułem! Wszyscy, łącznie z kobietą, odmówili założenia opasek na oczy. Gdy padały strzały, kobieta tak jak paru innych, podniosła zaciśniętą pięść i zawołała „Niech żyje Republika!” Do końca tygodnia, w czasie którego miałem służbę, rozstrzeliwano co rano dwanaście osób. Były wśród nich jeszcze trzy kobiety. Gdy pluton egzekucyjny skierował broń, dwie z nich podniosły spódnice, zarzucając je na głowę i wszystko w ten sposób pokazując. Czy było to wyzwanie, wyraz rozpaczy? Nie wiem; ale to z powodu takich przedstawień ludzie przychodzili popatrzeć. A kiedy wracaliśmy do miasta, ulice były zupełnie puste, wszyscy gapie zniknęli w swoich domach. W mieście panowała cisza … „
Viva la Muerte! Niech żyje dumna śmierć, precz z podłą, zalęknioną śmiercią. Dzięki Hiszpanio za tę radę. Mam nadzieję od Boga, że sprostam gdy przyjdzie mi z nią zatańczyć, zarzucić spódnicę na głowę … . I tyle o tzw „aferze lekowej”.
Jedyne prawdziwe kino w mieście. Rozwalony wygodnie w miękkim, kinowym fotelu czekam na „The Limits Of Control” Jima Jarmuscha. Uczucia mam mieszane, bo wcześniejsze filmy tego reżysera nie zrobiły na mnie wrażenia. Ot, takie dziwactwa na pół gwizdka usiłujące banałowi codziennej egzystencji nadać jakiś głębszy, filozoficzny wymiar. Coś dla ludzi, którzy za cenę kinowego biletu, w ciemnej sali, chcą odetchnąć od reżimu rachunków za samochód, mieszkanie, od syfu pracy, problemów rodzinnych… . Taki bezpieczny, kinowy kompromis (bunt) zawarty gdzieś miedzy skrzeczącą rzeczywistością, a potrzebą ucieczki i metafizyki, która przecież wciąż w nas tkwi.
Ale „The Limits…” różni się od tego, co wcześniej widziałem. To film dojrzały, hipnotyczny a zarazem przejmująco prawdziwy. Zresztą myślę, że patrzyłem na niego trochę innymi oczami, niż skupieni widzowie seansu studyjnego. Jego akcja bowiem dzieje się w Hiszpanii i dotyka moich wędrownych czy podróżnych doświadczeń. Nocą, po projekcji i piwie z przyjaciółmi zastanawiałem się jak zakwalifikować ten film, do jakiego gatunku go przypisać. To tym trudniejsze, bo Jarmusch kpi z widza czy może raczej puszcza do niego „oczko”, pozornie niezbornie prowadząc wątek sensacyjny czy wciągając w wątki filozoficzno – artystyczne. No, ale gdy leżąc w łóżku błąkałem się po intelektualnych meandrach filmu, wracały do mnie jego przejmujące sekwencje – wyludnione terminale madryckiego dworca, puste pokoje futurystycznych hoteli, zimne wnętrza muzeów w których bohater szuka wskazówek, obrazów – owego „plano” dalszej drogi. Przecież to wszystko widziałem, odczuwałem … . Kto nie widział na andaluzyjskiej, zapyziałej stacji siedzącej w słońcu starej kobiety ubranej na czarno nie zrozumie filmu. Kto nie wędrował ciasnymi zaułkami Sewilli nie zrozumie Jarmuscha. Kto nie słyszał, nie widział, nie czuje flamenco nie zrozumie co naprawdę znaczy „Jeśli sądzisz, że jesteś ponad innymi ludźmi to idź na cmentarz. Tam świat przypomni ci jaki naprawdę jest. Prochem jesteś, w proch się obrócisz”. Kto nie widział Cyganki tańczącej „Śmierć”, nie zrozumie jedynego w tym filmie uśmiechu bohatera.
Mam wątpliwości czy ta droga przez hiszpański interior faceta „bez broni, bez seksu, bez komórki …” faceta, który ma „coś załatwić” może być zrozumiała dla dla zakotwiczonego we współczesnej rzeczywistości widza? W tym filmie nic przecież nie jest jasne. Jarmusch myląc intelektualne tropy odwołuje się raczej do naszej intuicji czy tłumionych potrzeb. Jarmusch kusi tą wędrówką – uwodzi ucieczką, wolnością, samotnością. W tym sensie jest to film toksyczny a może raczej niebezpieczny. Bo przecież to jest możliwe tylko za iluzję wykupioną w cenie biletu. No bo jak – „bez broni, bez seksu, bez komórki …”. Bez ubezpieczenia, pracy, meldunku, pieniędzy, z pustą torbą … ? Kto się odważy tego spróbować, doznać? Kto się odważy na „No Limits, No Control”?
Jarmusch nakręcił „The Limits of … „ za pieniądze amerykańskie, hiszpańskie i japońskie. Nakręcił go poza Ameryką. Nie dziwię się temu, bo tam, we współczesnych realiach ten film byłby po prostu śmieszny. W epizodach wystąpiły gwiazdy – Bill Murray, Tilda Swinton, Gael Garcia Bernal. Chwała im za to, że pewnie za niskie gaże zdecydowały się poświęcić swój cenny czas na ten artystyczny i głęboko prawdziwy, egzystencjalny projekt. To nobilitacja.
W jedynym, prawdziwym kinie w mieście 9 stycznia o godzinie 20 „Przez zieloną granicę” Karla Kachyni. Jak piszą w ulotce „banalna historia szpiegowska przemienia się w thriller rozgrywający się w atmosferze Hitchcocka czy Kubricka”. Proponuję zanurkować w te klimaty za jedną dychę.
Ps. Przepraszam za pewnie niezrozumiały tekst o „The Limits of … „ ale film ten w swej wieloznaczności mógłby być tematem seminarium uniwersyteckiego. Napisałem po prostu o tym, co przeżyłem w kinie – subiektywnie, jak radzą przewodnicy bohatera filmu.
Pod linkiem trailer filmu.
http://www.youtube.com/watch?v=d4QDaLIsXko
Pamiętam ile wesołości wzbudził dostępny w sieci film, na którym zwykle opanowany i dystyngowany król Hiszpanii Juan Carlos nie zdzierżył nie kończącego się bredzenia wenezuelskiego przywódcy Chugo Chavesa przerywając mu słowotok brutalnym – „Może być się w końcu zamknął!” Więcej cierpliwości wykazał były premier Zapatero, który studził sprzeczkę z wprawą zawodowego terapeuty. Rzecz ciekawa, bo królowi puściły nerwy nie na kuluarowym spotkaniu tylko na imprezie o najwyższej, dyplomatycznej randze. Czemu więc po prostu nie wyszedł trzaskając drzwiami? Cierpliwość hiszpańskich polityków wobec napuszonego aroganta trzęsącego Wenezuelą, bierze się z interesów politycznych, które ich kraj ma w Ameryce Łacińskiej. Właśnie te interesy każą im znosić humorki postmarksistowskich, operetkowych dyktatorów. Na czym to w praktyce polega?
Jak podał pod koniec ubiegłego roku militarny portal „Altair” stocznia Navantia w hiszpańskim Puerto Naval przekazała marynarce wojennej Wenezueli trzeci z czterech zamówionych okrętów patrolowych typu „Guaiqueri”. Jednostka, którą odebrał dowódca marynarki wojennej Wenezueli jest oceaniczną korwetą, których mini armada ma zapewnić ochronę interesów morskich tego kraju. Pierwszy „Guaiquerí” wszedł do służby w kwietniu ubiegłego roku. Zgodnie z przeznaczeniem, jednostki tego typu mają uzbrojenie zredukowane do uniwersalnego działa 76 mm „Oto Melara Compact” i przeciwlotniczego systemu artyleryjskiego 35 milimetrów „Oerlikon Contraves GDM 0008 Millenium”. W skład wyposażenia wchodzi również średni śmigłowiec i zespół ośmiorurowych wyrzutni najnowszych pocisków „MBDA MM-40 Exocet” oraz pionowe szybowe wyrzutnie rakiet „MBDA VL-MICA” Wyporność korwet wynosi 2450 ton, a długość 98,9 metrów. Załoga składa się z maksymalnie z 72 osób, w tym załogi i obsługi śmigłowca. Hiszpańska stocznia Navantia nie tylko samodzielnie buduje okręty wojenne dla reżimu Chavesa ale i współpracuje z tamtejszą stocznią koncernu DIANCA w Puerto Cabello. Efektem tej współpracy są zwodowane (w Hiszpanii i Wenezueli) dozorowce patrolowe do działań przybrzeżnych. Statki tego typu mają wyporność 1500 ton, długość kadłuba 79,9 metrów i prędkość maksymalną 22 węzły. Załoga liczy 34 osoby z możliwością przyjęcia na pokład dalszych 30. Okręty posiadają również pokłady lotnicze dla średnich śmigłowców. Na ich uzbrojenie, podobnie jak w przypadku korwet, składa się wieża uniwersalnego działa 76 milimetrów „Oto Melara Compact” i uniwersalny system artyleryjski 35 milimetrów „Oerlikon Contraves GDM 0008 Millenium”, wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych i pionowe szybowe wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych.
Wszystkie okręty o których wyżej – wraz z małymi kutrami patrolowymi również budowanymi w Hiszpanii – mają stanowić trzon sił morskich ochraniających wenezuelskie wybrzeże.
Nie znalazłem niestety informacji o wartości militarnych umów, które Hiszpanie zawarli z Chavesem. No ale na pewno warte były znoszenia jego fochów przez premiera i króla. Przecież ostatecznie Hiszpanie płacą im za to, by nie zdychały tamtejsze stocznie i związany z nimi przemysł zbrojeniowy – szczególnie w kryzysie.
Na poniższym filmie hiszpańskie okręty sprzedane Wenezueli.
Dziś degustacja kolejnych cudeniek lubelskiego browarnictwa. Od rana rozbudzenie łagodnym posmakiem jasnego, pełnego „Nałęczowskiego” – tradycyjnie warzonego. A później gorzkawa słodycz „Trybunalskiego miodowego A. D. 1950”. No i klasyczna w smaku „Perła Mocna A.D. 1846” wzmagająca perystaltykę jelit, a tym samym budząca apetyt na życie. Więc po „Perle Mocnej”, mimo mżącego deszczu, spacer po starówce lubelskiej. Przyznam, że jestem pod wrażeniem jej uroków. Moim zdaniem nastrój ten dzielnicy dorównuje klimatowi starówki wrocławskiej, którą do dziś uznawałem za najatrakcyjniejszą w kraju. Nie chodzi mi oczywiście o klasę zabytków, ale właśnie o refleksyjną a zarazem luzacką atmosferę starych, hiszpańskich miast po których miałem okazję się włóczyć. Kto miał przyjemność się włóczyć, ten wie o czym piszę.
Lubelska starówka – fundamenty starej fary
Nad lubelską starówką góruje zamek o mrocznej przeszłości. Jak wiadomo z historii przybytek ten na przemian bywał więzieniem, katownią i garnizonem. Zdziwiło mnie, że to bądź co bądź ponure gmaszysko odnowiono nadając jego fasadom pastelowe barwy. Również podświetlenia kolorowymi reflektorami zmiękczają okrutne brzemię jego przeszłości. Ale z drugiej strony nie dziwię się tej stylistycznej mistyfikacji, bo jaki charakter przyjaznemu ludziom Lublinowi nadawałby ponury gmach więzienia górujący nad dachami starówki? Jak można byłoby żyć w cieniu martyrologii? Ale jednak mimo kuszących, pastelowych barw nie zdecydowaliśmy się w sylwestrowe popołudnie na zwiedzanie zamku – to nie pora na obcowanie z upiorami przeszłości. Natomiast wdepnęliśmy do Katedry, drugiego charakterystycznego dla tego miasta monumentu postawionego przez jezuitów (zanim ich stąd nie wiadomo który raz wypędzono) na drugim końcu starówki. Barokową katedrę odświeżono „na bogato”. Jak zauważyłem w mroku – ocieka złotem. Co uderzające jest to złoto świeże, nie spatynowane zębem czasu, a więc przypominające trochę jasny błysk złotej jedynki w szczęce rosyjskiego oficera. Ten nastrój „złotej władzy”, trochę bizantyjskiej potęguje widok pokulonych, zbiedniałych wiernych klęczących na posadzkach. Natomiast w nawie bocznej trochę prawdziwej historii – kaplica akustyczna. Dziwne pomieszczenie którego konstrukcja przenosi szept na odległość kilkunastu metrów. Przyznam, że przenoszony w niezrozumiały sposób na tak dużą odległość szept sprawia magiczne wrażenie. Dalej katedralny skarbiec z ornatami, monstrancjami, pastorałami … . Wszystko oczywiście „bogoojczyźniane” więc znów na bogato, ale moją uwagę przykuły wydłubane ze srebrnych gniazd w ornatach kamienie szlachetne. Niestety nie ma opisów kto, kiedy, po co i za ile je wydłubał. A szkoda, bo to pewnie inspirujące do pisania historie.
Później już tylko spacer w labiryncie częściowo odnowionej starówki. I przyznam, że ten koktajl starego z nowym, pracowicie odnowionych fasad kamienic i deptaków z zapyziałymi jeszcze zaułkami zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Cholernie romantycznie tu jest. A zarazem naturalnie. Na dokładkę lubelskie stare miasto kipi życiem, ma kosmopolityczny sznyt. I jakiś urok cyganerii. To nie jest martwa rekonstrukcja, czy turystyczna zona jak starówki w Krakowie czy Warszawie. Twarze ludzi przyjazne, dzieci w nosidłach, psy machające ogonami … . W licznych knajpach komplety gości. Z radością zauważyłem czeską restaurację i knajpę hiszpańską. Ceny też umiarkowane, obsługa nie nachalna. W pubie „Sarmata”, gdzie podsumowywaliśmy spacer, „Żywiec” z beki sprzedawano za jedne 6,50 od kufla.! No i można palić! Fajne miejsce – polecam!
Czeska knajpa na lubelskiej starówce
Koniec 2011 mam niespodziewanie dobry – dzięki ciepłym, przyjaznym ludziom wokół i nowym okolicom, które poznaję. Przyznam, że nie spodziewałem się tak dobrego zakończenia roku po tegorocznych smutach. To jest pocieszające i budzące nadzieję. Tak więc, trzymając się tego nastroju chciałbym Wszystkim Czytelnikom życzyć wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Oby ten przyszły, który powitamy już za kilka godzin, był taki jak moja lubelska końcówka starego – na lekkim rauszu, w poczuciu optymizmu i apetytu na nowy dzień – mimo trudnych czasów. Obyśmy mieli okazję i chęci spotykać się na blogu, ale też w realu – np. na wiosennym zlocie. Tego Wam i sobie życzę! Szczęśliwego Nowego Roku!
Zdjęcia autorstwa Zośki
30 gru
Przyznam, że nocą, gdy na skutek degustacji rozmaitych odmian piwa „Perła” i mocniejszych specjałów tutejszego kunsztu gorzelniczego odpływały ode mnie resztki świadomości, pojęcia nie miałem iż rankiem znajdę się w „Krainie Lessowych Wąwozów”. Ba nie miałem pojęcia, że taka kraina w ogóle istnieje. No ale gdy rankiem ocuciłem się małym pilsem „Lubelskie 1881” poczułem silna wolę odkrywania wąwozów.
„Krainą Lessowych Wąwozów” nazwano teren na zachód od Lublina, którego sercem jest Wisła z licznymi rozlewiskami i dopływami, które przez miliony lat wyryły w żyznych lessach i madach owe tytułowe wąwozy. Niestety koniec grudnia nie sprzyja poznawaniu atrakcji przyrodniczych, bo tutejsze żyzne gleby obklejają buty jak pirenejska glina, więc wybraliśmy atrakcje industrialne czyli najsłynniejsze miasteczka tej krainy – Kazimierz Dolny i Nałęczów.
Kazimierz znany był mi głównie za sprawą Marii Kuncewiczowej – doskonałej, niestety zapomnianej pisarski polskiej. Kilkanaście lat temu jej powieść „Dwa księżyce” świetnie sfilmował Andrzej Barański. Te tradycje miejscowi najwyraźniej pielęgnują, bo na wjeździe do Kazimierza mimo otępiającego „zespołu dnia drugiego” zauważyłem zajazd przydrożny o nazwie „Dwa księżyce”. Zresztą niedaleko gospody „Siwy dym” … .
Kogut przed “Piekarnią Artystyczną” w Kazimierzu
Kazimierz robi dobre wrażenie, choć co oczywiste odbiega od tego, co widziałem na urokliwym filmie Barańskiego. Miasteczko jest starannie odrestaurowane, cieszą oczy wapienne fasady renesansowych budowli, sporo biało – błękitnych tablic informujących o wykorzystaniu unijnej kasy na restaurację zabytków, porządny bruk (na szczęście tzw kocie łby zamiast polbruku) i mimo odstręczającej pory roku sporo turystów. Niestety, jak to w naszej krainie bywa, czynnik ludzki nie nadąża za finansowym, więc na starcie Kazimierz Dolny łapie kilka minusów. W informacji turystycznej plany miasta płatne. Co prawda niezbyt kosztowne, ale dla zasady nie płacimy. To nie przyjęte na świecie, by kasę zostawiać w turystycznych informacjach – kasę zostawia się w miejscach, które wskazują darmowe plany. Potem sprzeczka z właścicielką galerii, która zakazuje fotografowania wystawionych na chodnik obrazów. To po cholerę je wystawiała! No i jak wszędzie w kraju gryzący po oczach dysonans estetyczny wywołany szpetnymi, agresywnymi reklamami i talerzami anten satelitarnych przyczepionych do dachów ze starych, omszałych gontów. Ale potem już lepiej. Ślizgając się na zmieszanych z liśćmi lessach wchodzimy na Górę Trzech Krzyży z widokiem na panoramę miasta i wysychającej Wisły. Potem w dół i włóczęga po zaułkach renesansowego miasteczka. W jednej z licznych gospód piwo jasne, pełne „Perła” stawia mnie na nogi. Po drodze urokliwy klasztor Franciszkanów niestety z martyrologicznymi tablicami, ale i pięknym widokiem na Wisłę. Potem „Piekarnia artystyczna” wabiąca wielkim kogutem wystawionym na chodnik. W środku bogaty wybór kogucich ciast będących symbolem tego miasta. Kupujemy za kilka złotych koguta klasycznego z ciasta pszennego i zawieszkę na choinkę z kolekcji „koronkowej” na pierniku. No i zostawiamy tę mieścinkę – maleńką, ściśniętą – ale słynną dzięki pisarzom, malarzom, filmowcom … – których jej nastrój od lat wabi.
Pijalnia wód w palmiarni uzdrowiskowej w Nałęczowie
Nałęczów to w zasadzie tylko park zdrojowy, secesyjne budowle uzdrowiska i przepiękne, nastrojowe wille. No i marka „Nałęczowianki” znanej chyba każdemu za sprawą nachalnych reklam telewizyjnych. Na szczęście klimat Nałęczowa odbiega od medialnych stereotypów. Park urokliwy, senny, wilgotny – właściwie rozległa łąka z kępami starodrzewia i stawem, w którym pluskają się stada rozkrzyczanych kaczek. To donośne, radosne kwakanie, kacze kłótnie i nawoływania, poprawiają nam nastrój nieco zważony pochmurnym dniem. Wokół stawu minigaleria dzieł kowali z pobliskiego Wojciechowa – żelazne kaczki, wielki stalowy rower, na którym do zdjęć pozują kuracjusze. I piękny, ogrodowy komplet żelaznych krzeseł i stołu. W centrum parku oranżeria z pijalnią wód. Za jedyne trzy złote można opić się do woli tutejszych wód mineralnych. Do wyboru trzy źródła – „Miłość”, „Barbara” i „Celiński”. Oczywiście zaczęliśmy od „Miłości” o posmaku łagodnym, stonowanym, odpowiadającym dojrzałym uczuciom. Potem „Celiński” o lekkim posmaku żelazistym i całkiem już żelazna „Barbara”. Jak wyczytałem wszystkie te wody pomagają głównie na rozmaite mrowienia członków. Ale w pawilonie pełnym fikusów i palm nie tylko mineralnymi wodami można się raczyć. Jest tam również firmowa pijalnia czekolady „E Wedel”oraz bufet z miodami pitnymi i piwami. Tak więc każdy, kto ma czas i pieniądze, by polegiwać sobie na kanapach pod palmami znajdzie dla siebie coś atrakcyjnego.
Komplet mebli ogrodowych – dzieło kowali z Wojciechowa
Półtorej godziny spaceru po parkowych alejkach i wody mineralne budzą w nas witalność – głodni jesteśmy. Więc w uzdrowiskowym markecie kupujemy pikantne bułki, wędlinę, kiszone ogórki i nasyceni, drogą wzdłuż Wisły, opuszczamy „Krainę Lessowych Wąwozów”. Wiem, że tu wrócimy. Może w czerwcu czy lipcu, gdy zakwitną w parku zdrojowym stuletnie lipy, kasztany, tulipanowce amerykańskie, katalpy… . I gdy zazielenią się wąwozy.
Żelazne kaczki nad parkowym stawem
Na zdjęciu tytułowym grudniowa panorama Kazimierza Dolnego z Góry Trzech Krzyży.
Zdjęcia autorstwa Zośki.
29 gru
Jakoś, mimo kilku miesięcy tegorocznej, ciężkiej pracy, nie służyła mi bożonarodzeniowa stabilizacja. Nosiło mnie w święta, chciałem połazić, wyrwać się z domowego więzienia, choć rozsądek podpowiadał, by w cieple pozbyć się resztek grypy. Noc poświąteczn trudna. Żołądek ciążył kamieniem – z boku na bok, kwadrans po kwadransie, pościel coraz bardziej uwierała. Zresztą tęsknota za Nią, pragnienie … . Ile można czekać? To bolesne. Więc po północy, nagła decyzja o przyśpieszeniu planów, bo nie było sensu trwać w tym doskwierającym letargu do rana. O drugiej w nocy jeszcze tylko sprawdzam blog, pocztę i godzina niespokojnego snu w przepoconej poscieli. A potem już w drogę.
O czwartej rano miasto ciemne, wymarłe, ale wiosennie ciepłe. Nad głową iskrzą gwiazdy. Po drodze nocny sklep – dycha doładowania telefonu, papierosy i puszka piwa by rozluźnić choć trochę spięty żołądek. Na dworcowych peronach pustki, więc w poczuciu anarchii wysączam piwo pod mocną fajkę. I nagle gwiazdy jakoś jaśniej błyszczą. Żołądek też się rozluźnia.
Od piątej otwierają poczekalnię W środku ciepło, przytulnie. Stosy bagaży ludzi, których dowiozły w góry nocne autobusy. Ktoś śpi, ktoś czuwa pilnując klamotów, ktoś gaworzy rozespany, pachnie rozlewana z termosów kawa. Z ulgą zrzucam plecak i na twardej ławce kimam czujnie pół godziny.
Autobus kołysząc się na resorach podpływa na peron jak karawela na falach. Kapitan w błękitnej koszuli dziarsko dyryguje – ci co mają bliżej wrzucają bagaże do luków po prawej stronie, ci co dalej po lewej. Mam dalej, więc troskliwie upycham plecak w kątku lewego luku. Jest o co dbać – pół plecaka to żarcie świąteczne, więc męczy mnie myśl, że gniecione walizkami jabłkowo – orzechowe ciasto zmieni się w miazgę i złączy w jedną maź z pieczoną karkówką i moimi gaciami. Jak zwykle trapi mnie też, że na którymś postoju, gdy będę spał, zwiną mi plecak – żarcie, majtki, skarpety, wysłużone koszulki … . Więc mimo, że to co cenne, czyli paszport, kasę, laptop, aparat fotograficzny i książkę troskliwie trzymam na ramieniu w zielonym, wojskowym worku, w ciemnościach szukam miejsca do siedzenia z widokiem na luk, na plecak. I znajduję okno z dobrą perspektywą przysłonięte śmierdzącą zasłonką z napisem „PKS Pszczyna”. Przede mną zakochani pracownicy korporacji wyjmują z bagaży poduszki. On w garniturze, ona w garsonce, cmok, cmok, migotanie wydłużonych rzęs … , słodkie buziaczki – ślimaczki, a potem główka w główkę jak dwa gołąbki zastygają nad filmem puszczanym z laptopa. Znad siedzeń widzę, że film nudny – komedia romantyczna. Więc czekam tylko tylko na szmer w uszach – ten znak, że to już przełęcz, że wyjeżdżam z kotliny. I znów sen na starej niemieckiej drodze, którą ostatnio załatali za unijne pieniądze. Ileż razy już tę drogę przespałem … .
Wrocław – już dobrze po siódmej. Budzą mnie hałasy miasta i nieznośne parcie na pęcherz osłabiony grypą. To pół litra piwa z karkonoskiego dworca domaga się wydalenia. „Dziesięć minut przerwy, będę czekał na peronie pierwszym” – oznajmia kapitan otwierając prawy luk dla tych co jechali bliżej. Gonitwa rozespanych myśli – oznaczę miejsce do siedzenia workiem z laptopem to mi go podpieprzą. Ukradną tym samym całe moje nowe życie. Już kiedyś tak sprytnie obrobił mnie kieszonkowy złodziej na wrocławskim dworcu. Nie oznaczę tym sprzętem z Bundeswehry miejsca to mi go zajmą na peronie pierwszym. Ale parcie pęcherza wygrywa, więc gnam po peronach z workiem, z laptopem, z ksiązką szukając kibla. W dłoni grzeję dwa pięćdziesiąt, bo przecież bez wyliczonej opłaty wkurwiona od rana babcia klozetowa do kibla mnie nie wpuści. Tak już bywało, bolało … .
Jakoś poszło, puściła, ulga jak orgazm w nasyconym chlorem powietrzu… – jeszcze tylko fajka w tej policyjnej strefie zakazu palenia. Między budami z kebabem znajduję ustronną wnękę, odpalam, zaciągam się głęboko … . Znów słodko się w głowie kręci. No ale wypatrzyli mnie chłopcy. Jeden z szesnaście lat ma, łysy, blady, napakowany… . I gdy nachylony się zbliża myśl – „strzeli cię z łebka, padniesz, zalejesz się krwią ze zmiażdżonego nosa”. A potem kop w twarz, drugi w pecherz, nery i z workiem ucieknie w pizdu … . Lecz chłopak jest łagodny, ugodowo nastawiony. „Wie pan, przyjechałem do Wrocławia za pracą, pracodawca mnie wykołował.” – tłumaczy. “Nie mam na powrót do domu. Jeśli mogę prosić …” Dwuzłotówką go spławiam. Na więcej za swą głupotę i bezradność nie zasługuje.
Na peronie pierwszym autobus oblężony. Stosy nart, desek, plecaków, walizek na kółkach, tłum ludzi … . Tłumaczenia nie mają sensu, więc przebijam się do drzwi łokciami. Nastroje jak z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ktoś mnie szarpie za kurtkę, migają emeryckie legitymacje, ktoś krzyczy – „Ja mam małe dzieci”. Ale w dupie to mam jak wtedy.
Moje miejsce z widokiem na lewy luk zajęte. Rozkokosiła się na nim jakaś emerytka. Sprawia wrażenie nieobecnej za barykadą toreb „Biedronki”. Dupę wypięła, sztucznym futrem się osłoniła. „Pani siedzi na moim miejscu, ja tylko pobiegłem sikać …” – mówię. A ona odpala zza ramienia – „Pan miejsca nie oznaczył, gazety nie było, książki …” Podnoszę głos – „ Gdybym worek zostawił to by mi gho zajebali”. Ta oczywista prawda dociera do niej więc uderza w prośby – „Bo wie pan, ja zajęłam miejsce a siostra za biletem stoi. Ja z siostrą muszę … „. I już wiem, że jestem przegrany w tej walce o miejsce, bo ona musi z siostrą siedzieć a nie z obcym facetem. Tylko z siostrą … . To jasne, bo ona z siostrą całe życie była. I w tym autobusie też z nią musi … . Jak to w rodzinie … .
Jest wolne miejsce ale z widokiem na prawy luk – tam nie mam bagaży. Facet z ryżą brodą, w czarnym wełnianym płaszczu na pozór śpi, lecz gdy pytam czy wolne to otwiera oczy i mruczy – „Jasne, siadaj. Co, one miejsce zajęły …?” A potem śmieje się diabolicznie i na dobre zasypia.
Opole, dziewiąta trzydzieści. Gość w czarnym płaszczu dusi się od chrapania. Ona chyba już wstała, więc dzwonię. „Będę wcześniej”. „Cieszę się ” – mówi rozespana i ciepło mi się robi na sercu. W końcu widzę, czuję pociagający sens tej podróży.
Gliwice, dziesiąta trzydzieści. Bagaże w lukach się pomieszały. Ludzie wyszarpują anarchicznie z trzewi autobusu swój dobytek. Zrezygnowany zerkam za plecakiem. Nie ma, nie widzę… . Kapitan też chyba nie widzi, bo gdy pytam o bagaż mówi – „Panie ja tu tylko trzymam klapy lukow, by im na łby nie spadły”.
Plecak znajduję w Katowicach. Przyciśnięty nartami, deskami, walizkami tkwił bezpiecznie w kącie lewego luku – tak jak go zostawiłem. Ciasto z jabłkami i orzechami nienaruszone. Boczek i karkówka też… . Dopycham do niego worek z laptopem i książką. Sznuruję, Paszport, kasa też też w kieszeni ciążą więc w poczuciu socjalnego bezpieczeństwa ruszam w dalszą drogę.
Szur, szur, noga za nogą za ludźmi z walizkami do kolejowego dworca. Błoto, wykopki, strzeliste dźwigi wskazują kierunek. Ostry dym „Mocnego” wyciska łzy z oczu. Zmęczony jestem, piwa się chce, więc zbaczam do knajpy – kantyny na „Żywca”. W gablotach mundury, kałachy wiszą u sufitu, z głośników lecą przeboje kołobrzeskich festiwali. Przytulnie, chce się posiedzieć, ale nie ma czasu. Za pół godziny, jak dobę temu wyczytałem w internecie, odjeżdża regionalny do Żywca.
Peron pierwszy, dwunasta trzydzieści. Peron „Regionalnych Kolei Śląskich”. Nie na Żywiec leci ten pociąg lecz na Zwardoń. Ale do Niej, jak mówi mi konduktor w granatowym mundurze, dojadę. Nie ma miejsc, tłok, więc pakuję się do towarowego wagonu. Znów narty, deski, plecaki, zakochani, całusy, smierdzi czosnkiem kiełbasa swojska …. . Dupa boli od siedzenia w kącie. Trzebinia, Czechowice – Dziedzice, Beskidy już widać na sinawym niebie. Więc dzwonię – „Dojeżdżam ...” I słyszę – „Już czekam”. A lokomotywa radośnie wyje na tych rozpieprzonych, śląskich rozjazdach
Wczorajszą kartkę „Gorzkie orędzie” pierwotnie chciałem zatytułować „Orędzia”. Miałem pomysł, by go poświęcić wystąpieniom dostojników Kościoła na „Pasterkach” i nabożeństwach w pierwszy dzień świąt. Nawet po przeczytaniu watykańskiego wystąpienia papieża Benedykta XVI zabrałem się do pracy, bo mi się jego słowa spodobały. Ale po lekturze w serwisie Katolickiej Agencji Informacyjnej skrótów niektórych wystąpień bożonarodzeniowych biskupów polskich mój zapał jakoś wyparował, ogarnęło mnie zniechęcenie i zrezygnowałem z tematu „Orędzi” na rzecz „gorzkiego orędzia”, które wygłosił król Juan Carlos do Hiszpanów. Niestety hermetyczny język polskiego kościoła, nasycenie „Pasterek” bieżącą tematyką polityczną (głównie walką polityczną), ta cała neurotyczna publicystyka „oblężonej twierdzy”, przewijające się w wystąpieniach wątki lękowe, straszenie słuchaczy odstręczyły mnie w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia od podejmowania tej tematyki. Nie chciałem w ten kościelny strach nurkować. Po prostu nie chciałem sobie psuć nastroju wgłębiając się w te toksyczne teksty. To dla mnie stresujące jak obcowanie z nerwicą. Nie tylko zresztą dla mnie – coraz więcej ludzi pisze i mówi, że ma dość takiej neurotycznej religijności.
Dlaczego język Kościoła, nawet w radosne Boże Narodzenie, jest tak nasycony lękiem, poczuciem osaczenia, zagrożenia … i jakie to niesie dla wiernych skutki tłumaczy w kontekście psychologicznym, wywiadzie zamieszczonym w Przeglądzie (nr 50/2011), doktor Andrzej Molenda – naukowiec z Zakładu Socjologii i Psychologii Religii Instytutu Religioznawstwa UJ oraz psychoterapeuta. Wywiad nosi tytuł „Strach przed Bogiem” a przeprowadził go Tomasz Borejza. Oto obszerne fragmenty rozmowy.
Tomasz Borejza – Zajmuje się pan – naukowo oraz jako terapeuta – czymś, co zostało nazwane nerwicą eklezjogenną. Dla wielu osób sama nazwa może być pewnym zaskoczeniem, nowością. Zacznijmy zatem od początku. Co to jest, czym się różni od „normalnej” nerwicy?
Doktor Andrzej Molenda – Jest to nerwica, w której bardzo ważną rolę odgrywa religijność danego człowieka, a charakter jego przekonań religijnych umacnia patologię. W każdej nerwicy – w ujęciu psychoanalitycznym – mamy do czynienia z konfliktem wewnątrzpsychicznym. W nerwicy eklezjogennej oprócz konfliktu intrapsychicznego mamy też do czynienia z religijnym, w który są wplecione obrazy powodujące lęki, napięcia i poczucie winy. Zwykle pojawia się także specyficzny obraz Boga, srogiego, karzącego.
- Jak się przejawia ta forma nerwicy? W książce poświęconej temu problemowi zwrócił pan uwagę na prace, w których podkreślano rolę kłopotów pojawiających się w życiu seksualnym. Często do tego dochodzi?
– Od tego się zaczęło. W ten sposób – w latach 50. ubiegłego wieku – rozpoznawał te nerwice niemiecki ginekolog i teolog Eberhard Schaetzing, który zwrócił uwagę, że wiele chrześcijańskich par ma w kontekście swojej religijności problemy ze współżyciem. Obarczył on kościelny dogmatyzm odpowiedzialnością za nerwice eklezjogenne. I rzeczywiście część z nich dotyczy seksualności. Podkreślano negatywną rolę niewłaściwej edukacji religijnej, w której duże znaczenie mają nieprawidłowości w teologii ciała. (…)Oczywiście, jak przytomnie zauważano, nie chodziło o to, że w całej nauce chrześcijańskiej wychowanie było wrogie ciału, jednak nie da się ukryć, że wiele osób wychowanych religijnie podejrzliwie patrzy na problemy cielesności.(…) Gdy jednak mówimy o objawach (nerwicy eklezjogennej), są one bardzo różne. Trzeba też zwrócić uwagę, że bywają ukryte. Niekiedy problemy przejawiają się bardzo spektakularnie, ale czasami ludzie cierpią, a nikt o tym nie wie. W wypadku nerwic eklezjogennych jest tak bardzo często. Jedną z manifestacji może być np. mnożenie praktyk religijnych. Chodzi o sytuacje, gdy zajmują one znaczną część dnia – dwie, trzy, cztery godziny.
- To forma natręctwa? Odczuwanie przymusu podejmowania różnych działań?
- Mnożenie praktyk przynosi ulgę w lęku. Przynajmniej na jakiś czas. Później do jego uśmierzenia potrzebne są kolejne. Spotykałem ludzi, którzy musieli się spowiadać dwa razy dziennie, a inne praktyki religijne zajmowały znaczną część dnia.
- Z całą pewnością wiele osób, zwłaszcza zaangażowanych we własną wiarę, nie zgodzi się ze stwierdzeniem, że częste bywanie w kościele wynika z problemów natury psychologicznej. Powiedzą raczej, że to objaw zdrowej religijności.
- Oczywiście nie zawsze w takim wypadku ten ktoś ma nerwicę. Mnożenie praktyk religijnych ponad pewną zdroworozsądkową miarę jest jednak objawem, który może na to wskazywać.
- Zaburzenia seksualne, natręctwa. Coś jeszcze?
- Manifestacją nerwicy eklezjogennej może być też ucieczka od religijności, a nawet wrogość wobec niej i Kościoła. Atakuje się to, co powoduje poczucie winy. Objawy bywają bardzo różne.
- Gdzie tkwi geneza takich problemów? Wspomniał pan o określonym obrazie Boga, który mają ludzie borykający się z tym rodzajem nerwicy.
- To bardzo częste. Bóg ludzi cierpiących z tego powodu jest srogi, karzący, skazujący na potępienie. Są dwa źródła takiego obrazu. Pierwsze to relacje z osobami znaczącymi z dzieciństwa…
- Bóg na obraz matki i ojca?
- Lub innych osób ważnych dla dziecka. Według Freuda Bóg jest projekcją ojca. Późniejsze badania pozwoliły odkryć, że dużą rolę w budowaniu tego obrazu odgrywa też matka. Psychika części osób tworzy obraz Boga, używając do tego obrazów obojga rodziców.
- To jeden powód. A drugi?
- To, co się słyszy na temat Boga od katechetów, w kościele. Także to, co przeczyta się w książkach. Edukacja religijna może potwierdzać obraz srogiego Stwórcy. Gdy ktoś już ma taki jego obraz i na jednym i drugim kazaniu uzyska potwierdzenie, to mamy kłopot. Niekiedy wiernym przekazuje się coś, co w literaturze nazwano robaczywą teologią. Chodzi o taki jej rodzaj, który kształtuje religijność opartą na lęku, m.in. przed piekłem i potępieniem.
- To bardzo wygodny i skuteczny instrument kontroli społecznej. A także narzędzie używane w wychowywaniu dzieci. Często spotyka się pan z efektami takiego wychowania?
- Tak. Częste są relacje ludzi wychowywanych w ten sposób. Osoby te słyszały, że „Bozia” patrzy i „Bozia” będzie karać. Używanie lęku przed Bogiem w wychowaniu dzieci jest niebezpieczne i dla ich zdrowia psychicznego, i dla ich późniejszej religijności. (…)
- A problem zapewne się nasila, gdy dochodzi do tego dojrzewanie, rozwijająca się seksualność? Teologia, która potępia cielesność, a jednocześnie straszy i prezentuje kary, może rodzić ogromne napięcia.
- Owszem. Pojawiają się silne mechanizmy tłumienia i brak akceptacji rodzących się instynktów. To powoduje poważne konflikty wewnętrzne.
- Schaetzing winą za nerwice eklezjogenne obarczył kościelny dogmatyzm. (…) Na „obcą” genezę katolickiej niechęci do seksu wskazywała m.in. także niemiecka profesor teologii Uta Ranke-Heinemann. Jednak to poziom rozmowy, który rzadko trafia „pod strzechy”. Ważniejsze jest to, co słyszy się z ambony, od proboszcza, wikarego…
- Też tak uważam. Spotkałem ludzi, którzy mieli problemy z cielesnością, choć nikt im wprost nie powiedział, że seksualność jest zła. Oni po prostu dochodzili do tego na zasadzie wyciągania wniosków. Zwracali np. uwagę na gloryfikowanie dziewictwa jako wyższej formy uczestnictwa w Kościele. Czasami wynika z tego deprecjonowanie cielesności, a niekiedy może to być jedna z motywacji wyboru stanu zakonnego lub kapłaństwa. Pójście w formę chrześcijaństwa, która jest postrzegana jako wyższa.
- To bardzo ciekawe. Od osób zajmujących się psychoterapią często można usłyszeć, że ludzie, którzy mają duże, wynikające z nerwicowości wymagania wobec siebie, uciekają do klasztorów, seminariów.
- Niektórzy podążają nie za własnymi pragnieniami, bo nie mają z nimi kontaktu, lecz realizują wyobrażone przez nich pragnienia Boga, czyli to, czego ich zdaniem Bóg od nich wymaga.
- Pojawia się błędne koło? Nerwica powoduje ucieczkę do seminarium, a później tacy księża przekazują ten osadzony w „robaczywej teologii” obraz?
- Może i tak być, bo przecież ksiądz przekazuje innym taki obraz Boga, jaki sam ma. I to w sposób mniej lub bardziej świadomy. A pamiętajmy, że 100-150 lat temu straszenie Bogiem było istotnym nurtem obecnym w Kościele.(…) Ludzie często stykają się z religijnością od strony lęku. Jeżeli zacznie się budować religijność małego dziecka na strachu, później może być trudno to zmienić. Nawet jeżeli u kogoś nie rozwinie się na tym tle nerwica, religijność staje się dla niego nie tyle radością, ile ciężarem. Moim zdaniem niewłaściwa edukacja religijna jest problemem numer jeden w Kościele. I to zarówno w stosunku do dzieci, jak i dorosłych. Wiele osób zaczyna poznawać Boga od strony nakazów i zakazów, sankcji za nieprzestrzeganie podanych norm oraz związanego z tym lęku. I wiele osób już przy tym zostaje, mając indywidualną religijność dramatycznie zredukowaną. (…)
- Myślę, że Kościół nie postrzega tego jako problemu. To raczej „atut marketingowy”. Przy różnych nurtach obecnych w Kościele każdy znajdzie miejsce dla siebie. Większa oferta oznacza więcej klientów.
- Według mnie nie chodzi tutaj o celowe działanie. Raczej o zwyczajną ludzką bylejakość, jak w wielu dziedzinach. Nikt nie weryfikuje kazań, nie upomina straszących Bogiem księży. Teraz jest tak, że zdrowa duchowość może być słyszana jedynie w nielicznych, dość ekskluzywnych grupach. Myślę tutaj o pewnych ruchach odnowy, których przedstawiciele są jakąś małą cząstką całego Kościoła katolickiego. Standard jest jednak inny. Jest nim budowanie na lęku.
- No właśnie. Pisał pan (…) sporo o religijności dojrzałej oraz niedojrzałej. Na czym polega to rozróżnienie?
- U podstaw niedojrzałej leży lęk. To jest religijność niewolnika, która polega na tym, że człowiek kieruje się lękiem. Jest nim zniewolony – kierują nim zakazy i nakazy, ale nie ma w tym radości. Dlatego nasze chrześcijaństwo – to mnie najbardziej dotyka – jest… smutne. Proszę spojrzeć, jak wprowadza się dzieci w religijność. Rób to, co mówimy, a dostaniesz nagrodę. Nie rób – spotka cię kara. To prymitywne i zniewalające.
- Jaka jest dojrzała religijność?
- Dojrzała jest budowana na pragnieniu człowieka kształtowanym w procesie poznawania Boga. Jej fundamentem jest pragnienie Boga, a nie lęk przed Bogiem. Jeżeli powodem bycia chrześcijaninem jest lęk przed karą Bożą, jest to nie tylko niedojrzałe, lecz także staje się początkiem ogromnych trudności w życiu.
- O których sporo już powiedzieliśmy. Pan prowadzi psychoterapię takich nerwic. (…) Gdy udaje się zmienić obraz Boga, dochodzi do wyleczenia?
- Zmiana zagrażającego obrazu Boga może mieć bardzo pozytywny wpływ na psychikę. Dojrzała, zdrowa religijność wywiera uzdrawiający wpływ na osobowość, może stymulować jej rozwój. To bardzo ciekawe i ciągle mało zbadane zagadnienie w psychologii religii. Obserwowałem wiele osób, którym zreformowana religijność pozwalała dochodzić do zdrowia psychicznego.
- Jeżeli z jednej strony obraz Boga przekazywany przez wielu księży może powodować negatywne skutki, o których mówiliśmy, a z drugiej „zreformowana” wizja ma tak pozytywny wpływ na wiernych, to można chyba powiedzieć, że przed Kościołem staje poważne zadanie. Czy jednak Kościół instytucjonalny jest w ogóle w stanie promować „dojrzałą religijność”, o której pan mówił?
- Zastanawiam się nad tym. Kształtowanie takiej duchowości to proces. Ludzi trzeba wyprowadzać z religijności niewolników. Sam jestem ciekaw, czego potrzeba w Kościele, by było to możliwe na dużą skalę. Moim zdaniem to jest dzisiaj największy problem Kościoła.
- A widzi pan, by ktoś chciał się nim zająć?
- Są takie miejsca w Kościele, gdzie dzieje się dużo dobrego i rozwija się zdrową duchowość. Zachęcam do szukania i znajdowania takich miejsc.”
Bóg to wolność i szczęście – tylko w tym sensie może nas pociągać. Więc ja również zachęcam do Jego samodzielnych poszukiwań i unikania neurotycznych pasterskich listów. Dlatego właśnie mój blog nazywa się „Kartka z podróży – ścieżki camino…”
Boże Narodzenie skłania duchownych i polityków do wygłaszania okolicznościowych orędzi. Dziś moją uwagę zwróciło orędzie, które skierował do Hiszpanów ich król Juan Carlos. Już od kilku lat król stara się z okazji kolejnych rocznic narodzin Jezusa wlać w serca udręczonych kryzysem rodaków odrobinę nadziei. W tym roku niestety przyszło mu się przed narodem tłumaczyć ze swych problemów rodzinnych a konkretnie z afery korupcyjnej w jaką wdał się jego zięć Inaki Urdangarina – książę Palmy de Mallorca. Przypomnę, że obecnie 43 – letni książę Palmy większość życia spędził w Barcelonie, gdzie studiował administrację. W wieku 18 lat został zawodowym graczem w piłkę ręczną w FC Barcelona. Grał tam do zakończenia kariery sportowej w 2000 roku. Brał udział w kolejnych Letnich Igrzyskach Olimpijskich – 1992, 1996 i 2000 jako kapitan drużyny. W kwietniu 2001 r. został członkiem Hiszpańskiego Komitetu Olimpijskiego. Infantkę hiszpańską Cristinę Burbon poznał podczas olimpiady w Atlancie w 1996 roku. Poślubił ją rok później. Afera królewskiego zięcia nazywana jest w Hiszpanii aferą „Instytutu Noos” od nazwy fundacji, którą osobiście kierował Urdangarina. Jak ujawniła prokuratura w Palma de Mallorca, latach 2004-2007, za pomocą fundacji książę przetransferował nielegalnie do swych prywatnych firm 6 milionów euro, które autonomiczny rząd Balearów przekazał „Instytutowi Noos” na organizację imprez sportowych i promocję turystyki. Na dokładkę pieniądze te były wydatkowane tylko „na papierze”. Śledczy mają faktury na fikcyjne przedsięwzięcia i biura oraz honoraria za pośrednictwo podpisane osobiście przez Urdangarina. Obok księcia podejrzanymi w aferze są były szef regionalnego rządu Jaume Matas oraz jego wspólnik w fundacji i prywatnych firmach Diego Torres. Na podstawie zgromadzonych akt media hiszpańskie uważają, że postawienie księcia w stan oskarżenia jest kwestią czasu.
Rodzina królewska pryncypialnie surowo zareagowała na aferę. Rzecznik dworu ogłosił, że do czasu wyjaśnienia sprawy książę Palmy de Mallorca zostanie odsunięty od wszelkich oficjalnych uroczystości oraz wystąpień króla i królowej, w których dotąd brał udział jako mąż księżniczki Cristiny. Marszałek dworu Rafael Spottorno dał do zrozumienia, że królewska para jest oburzona postępowaniem zięcia. Sam książę – malwersant zgodził się z decyzją dworu, przeprosił za szkody, jakie wyrządził wizerunkowi monarchii, ale oświadczył, że jest niewinny.
Król Juan Carlos uznał jednak, że to za mało i posypał głowę popiołem za grzechy zięcia w trakcie orędzia bożonarodzeniowego. Trudno zresztą mu się dziwić, że przepraszał za skandal Hiszpanów, bo jest to pierwsza, tak drastyczna afera korupcyjna w jaką uwikłana została rodzina królewska od śmierci Franco. To, jak pisze dla Gazety Wyborczej z Madrytu Maciej Stasiński, prawdziwa „hańba domowa” rujnująca prestiż rodziny. Na dokładkę hańba, która przytrafiła się w okresie kryzysu, frustracji, nieufności społecznej jedynej instytucji będącej ponad bieżącą polityką czyli monarchii. Tak więc król przez większość orędzia kajał się za malwersacje zięcia i zapewniał Hiszpanów, że tak nie może być, bo instytucje publicznego zaufania i publicznego grosza, muszą być nieskazitelnie prawe i sprawiedliwe. Juan Carlos mówił – „Nikt kto funkcje publiczne sprawuje, nie może być bezkarny. Na szczęście, żyjemy w państwie prawa i każdy naganny postępek musi zostać osądzony i ukarany zgodnie z prawem. Sprawiedliwość jest taka sama dla wszystkich.”
Bardzo szanuję króla Hiszpanii Juana Carlosa i współczuję mu szczerze bożonarodzeniowego poniżenia. Imponuje mi też jego cywilna odwaga i poczucie odpowiedzialności za rodzinę, urząd, kraj. Gorzkim orędziem po raz kolejny dowiódł swej klasy – swego poczucia „macho”. Co niektórzy znani nam z pierwszych stron gazet politycy uczyć się od niego powinni.
Księcia Palmy de Mallorca – Inaki Urdangarina, królewskiej córki Cristiny i ich czworga dzieci po raz pierwszy król i królowa nie zaprosili na wigilijną wieczerzę.
Pod linkiem film o aferze.
http://www.youtube.com/watch?v=8gdQyCV-0lg
Dziś Wigilia – kolejna Wigilia, którą mam przyjemność spędzać również z Przyjaciółmi na blogu. Z tej okazji składam wszystkim Czytelnikom najserdeczniejsze życzenia spokojnych, pełnych miłości świąt. I wiele nadziei na przyszłość, bo przecież jej pielęgnowanie, wzmacnianie jest ideą Świąt Bożego Narodzenia.
Na dzisiaj przygotowałem fragment jednej z tzw Ewangelii Dziecięcych odnoszących się między innymi do urodzin Jezusa. Fragment o narodzinach Chrystusa pochodzi z tzw „Protoewangelii Jakuba” – ponoć jego przyrodniego brata. Uczeni oceniają, że tekst napisano w drugiej połowie II wieku. Najstarszy zachowany rękopis grecki pochodzi z III wieku. Ze wschodu przywiózł go do Europy jezuita Wilhelm Postel. On też wydał tekst w przekładzie łacińskim w 1552 roku pod tytułem „Narodzenie Maryi. Apokalipsa Jakuba.”
Protoewangelia Jakuba powstała jako forma obrony postaci Jezusa. Przypomnę, że zarzucano wówczas chrześcijanom, iż był zrodzony z cudzołóstwa, z ubogiej prządki, pochodzącej z podłego rodu, a jego narodziny nastąpiły w ukryciu. Ale ten kontekst polemiczny moim zdaniem nie jest najistotniejszy. Ważne jest piękno opowieści i jej literackie walory. Przecież tak naprawdę tylko dzięki sugestywnej mocy tej historii obchodzimy Boże Narodzenie. By nie zakłócać świątecznego nastroju z tekstu wyłączyłem fragment mogący budzić kontrowersje obyczajowe.
„ … I wyszedł nakaz od cesarza Augusta, aby spisać wszystkich, którzy byli w Betlejem judzkim. I rzekł Józef: „Ja zapiszę moich synów. Cóż jednak uczynię z tą dzieweczką? Jak mam ją zapisać? Jako moją żonę? Wstydzę się. Może jako córkę? Wiedzą synowie Izraela, że nie jest moją córką. Oto godzina Pańska uczyni, jak zechce”.
I osiodłał osła, i posadził ją, i syn jego prowadził (osła), i Samuel postępował za nimi. I zbliżyli się do trzeciego kamienia milowego, i odwrócił się Józef, i ujrzał, że jest smutna, i rzekł: „Być może to, co jest w (jej łonie) sprawia jej ból”. I znowu odwrócił się Józef, i ujrzał, że śmieje się, i rzekł do niej: „Maryjo, cóż się z tobą dzieje: to widzę twoje oblicze roześmiane, to smutne”. I rzekła doń: „Ponieważ przed moimi oczami, Józefie, widzę dwa ludy: jeden płacze i lamentuje, drugi cieszy się i śmieje” I przeszli około połowy drogi, i rzekła do niego Maryja: „Józefie, zsadź mnie z osła, ponieważ to, co jest (w moim łonie) nęka mnie, by się narodzić”. I zsadził ją tam, i rzekł do niej: „Gdzież cię zaprowadzę i osłonię twój wstyd, bo miejsce jest pustynne?” I ujrzał tam jaskinię, i wprowadził ją, i zostawił przy niej swoich synów, i odszedł, aby szukać położnej pochodzenia żydowskiego w krainie Betlejem.
Ja Józef szedłem i nie zszedłem.
I podniosłem oczy na firmament, i zobaczyłem, że stanął, i (spojrzałem) w powietrze, i ujrzałem, że jest pełne zdumienia, i ptactwo niebios zakrzepło w locie.
I skierowałem oczy na ziemię, i ujrzałem misę leżącą i robotników spoczywających przy posiłku, i ręce ich były w misie. I ci, którzy gryźli (pokarm) nie gryźli go, i ci, którzy go nabierali, nie podnosili (rąk), i ci, którzy nieśli do ust, nie donieśli, ale wszyscy mieli oblicza wzniesione i patrzyli w górę.
I ujrzałem, jak pędzono owce, i stanęły owce, i podniósł pasterz rękę, aby je uderzyć, i zamarła ręka podniesiona do góry.
I zwróciłem oczy na prąd rzeki, i ujrzałem kozły, które przytknęły pyski do wody i nie piły.
I wszystko pobudzone nagle podjęło znowu swój bieg.
I ujrzałem kobietę zstępującą z góry, i rzekła do mnie: „Człowieku, dokąd idziesz?” I rzekłem: “Szukam położnej, (która byłaby) z Hebrajczyków”. I odpowiadając powiedziała do mnie: „Czy ty jesteś Izraelitą?” I rzekłem do niej: „Tak”. Ona wtedy powiedziała: „A kimże jest ta, która porodziła w jaskini?” I rzekłem: „Jest mi zaślubiona”. I rzekła do mnie: „Nie jest twoją żoną?” I rzekłem do niej: „To jest Maryja, która została wychowana w świątyni Pańskiej, i została mi wyznaczona losem jako żona, i nie jest moją żoną, ale owoc jej łona jest z Ducha Świętego”. I rzekła położna: „Jestże to prawdą?” I rzekł do niej Józef: „Wejdź i zobacz!”. I weszła z nim i stanęła wewnątrz jaskini. I była (tam) ciemna chmura, która ocieniła jaskinię. I rzekła położna: „Dziś dusza moja została wywyższona, bo moje oczy ujrzały dziś rzeczy przekraczające wszelkie pojęcia, ponieważ zbawienie narodziło się dla Izraela”. I natychmiast chmura poczęła znikać z jaskini, a w jaskini pojawiło się wielkie światło, że nie mogły go znieść. I wkrótce światło to poczęło znikać, aż ukazało się dziecię i zbliżyło się, i zaczęło ssać pierś swej matki. I położna wydała okrzyk i rzekła: „Jakże wielkim jest dla mnie dzień dzisiejszy, gdyż ujrzałam ten niezwykły cud”. (…) I oto gdy Józef przygotowywał się, aby się udać do Judei, uczynił się wielki zgiełk w Betlejem judzkim. Przybyli bowiem Magowie, którzy mówili: „Gdzie jest król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem gwiazdę jego na wschodzie i przeszliśmy oddać Mu pokłon”. Usłyszawszy to przeraził się Herod i posłał sługi do Magów, i wezwał także przedniejszych kapłanów, i wypytywał ich w pretorium, i mówił do nich: „Co napisane jest o Chrystusie? Gdzie się ma narodzić?” Mówią mu: „W Betlejem judzkim, tak bowiem jest napisane”. I odesłał ich. I pytał się Magów, mówiąc do nich: „Jaki znak ujrzeliście o narodzeniu Króla?” I rzekli Magowie: „Ujrzeliśmy ogromną gwiazdę, która tak błyszczała wśród wszystkich tych tu gwiazd, że ich nie było widać. I tak poznaliśmy, że narodził się Izraelowi król, i przyszliśmy oddać Mu pokłon”. Rzekł do nich Herod: „Idźcie i szukajcie, a jeśli znajdziecie, zawiadomcie mnie, abym i ja przyszedłszy oddał Mu pokłon” I odeszli Magowie. I oto gwiazda, którą ujrzeli na wschodzie prowadziła ich, aż weszli do groty, i zatrzymała się nad głową Dzieciątka. I Magowie, skoro je ujrzeli stojące wraz z matką swoją, Maryją, wyjęli dary ze swoich sakiew: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy polecenie od anioła, by nie szli do Judei, udali się inną drogą do swojej krainy…. .”
Za zdjęcie tytułowe pięknie dziękuję Zośce
23 gru
W Rzeczpospolitej dwa ciekawe artykuły na temat wstępnych wyników Narodowego Spisu Powszechnego – „Młodzi wyjechali, milion Polaków mniej” Bartosza Marczuka, Aleksandry Fandrejewskiej i „Tracimy ludzi i siłę w Europie” Bartosza Marczuka. Ponieważ chodzi o trudne, jak nie beznadziejne problemy o których niejednokrotnie pisałem pozwolę sobie wrócić na kanwie tych tekstów do tematyki demograficznej. Przypomnę, że niejednokrotnie w rozmaitych kontekstach społecznych i politycznych o niej pisałem. Przyznam, że z gorzką satysfakcją patrzę na demograficzne dane przedstawione przez Główny Urząd Statystyczny w podsumowaniu spisu. Niestety sprawdzają się czarne wizje przyszłości, którymi zadręczałem Szanownych Czytelników. Okazuje się, że w Polsce na stałe mieszka o 1,1 miliona osób mniej, niż podawano oficjalnie do tej pory. Polaków jest co prawda 38,3 miliona, ale faktycznie w kraju mieszka 37,2 miliona. Dane GUS, który oficjalnie potwierdził skalę emigracji to kolejna informacja z tegorocznej czarnej serii. Wiosną okazało się, że w 2010 roku zmalała liczba rodzących się dzieci. Później, że pierwszy raz od siedmiu lat odnotowaliśmy w 2011 r. ujemny przyrost naturalny. A teraz dochodzą jeszcze dane GUS o liczbie ludności. Znana demograf profesor Krystyna Iglicka z Centrum Stosunków Międzynarodowych komentuje te wyniki ze smutkiem – „Jest gorzej, niż myślałam”. Jak tłumaczy spodziewała się fali emigracji po 2004 roku ale zaskakuje ją jednak tempo, w jakim się ona dokonuje (dokonała). „To gigantyczne uchodźstwo, największy ubytek demograficzny po II wojnie światowej” – podkreśla Iglicka. W ślad za emigracją zmienia się struktura demograficzna społeczeństwa. Wzrasta grupa ludzi po 45 roku życia, bo emigrują głównie młodzi. Z danych GUS wyraźnie wynika też wynika, że zwiększa się grupa ludzi po sześćdziesiątce a coraz mniej jest dzieci i młodzieży. Mimo europejskiego kryzysu Polacy do kraju nie wracają. Zdaniem profesor Iglickiej związane jest to z kłopotami, które ich gnębią gdy chcą odnaleźć się w krajowej rzeczywistości. Mają wyższe oczekiwania płacowe, a za granicą większe poczucie bezpieczeństwa. Iglicka jest pesymistką. Uważa, że za dwa – trzy lata GUS ogłosi, iż w Polsce żyje 36,5 miliona osób. Stanie się tak, bo coraz więcej osób, które wyjechały, osiądzie za granicą na stałe. Zapłacimy za to w niedalekiej przyszłości zapaścią gospodarki, finansów publicznych, systemu emerytalnego, biznesu … . Będziemy też tracić naszą siłę w świecie i Unii Europejskiej.
Moim zdaniem nie ma możliwości zmiany tej tendencji demograficznej. Między bajki można włożyć wciąż powtarzane postulaty o prowadzeniu polityki pronatalistycznej, rozbudowie usług publicznych czy tworzeniu programów zachęcających emigrantów do powrotu. To polityczne iluzje dla naiwniaków. W tym kraju, żyjącym co najwyżej perspektywą miesiąca, nie ma i nie będzie woli politycznej do tego typu działań. A nawet gdyby zdarzył się cud i nasze władze dostąpiły łaski demograficznego objawienia to i tak nie będzie pieniędzy na tego typu działania. Tym bardziej, że ich efekty są odczuwane po wielu latach. Rządząca biurokracja nie ma nawet na tyle woli by lepiej urządzić naszą rzeczywistość drogą zmian organizacyjnych – bez wielkich nakładów finansowych. Jak na razie dostępność żłobków, przedszkoli, funkcjonowanie szkół czy stan służby zdrowia skutecznie zniechęcają do posiadania potomstwa. Do tego dochodzi codzienna, wilcza walka o pracę, zarobki i mieszkanie, rosnące podatki i składki. Nic więc dziwnego, że Polacy wyjeżdżają za granicę i tam decydują się na dzieci. Przypomnę, że na Wyspach Polki mają najwyższą (tuż po Pakistankach) tzw dynamikę rozrodczą.
Śpiewając okolicznościowo „Bóg się rodzi …” warto sobie więc w tym roku zadać pytanie – „A ludzie?”
Kostucha szaleje w tym miesiącu jakby miała gdzieś kolejną rocznicę urodzin Jezusa. Jej zimny oddech przebija się nie tylko przez radosne pienia katolickiego święta, ale nawet przez amok wigilijnej wariacji zakupowej – przez te natrętne, infantylne, popowe kolędy, pędzące w pizdu renifery i rechoczących debili reklamujących jakieś psu na budę potrzebne atrakcje. Tak jakby nam chciała Kostucha w tych dekadenckich, histerycznie – chichotliwych czasach przesilenia uświadomić sens życia – tę oczywistą, choć zapomniana prawdę, że w końcu umrzemy. Tak jakby chciała kosząc znienacka ludzi wbić się do naszej otumanionej wyobraźni z tą prawdą.
W tym dziwacznym, rozjaśnionym bladym słońcem, zwiastującym jakąś katastrofę grudniu, nie ma dnia by mi Kostucha o sobie nie przypominała. To albo takty żałobnego marsza, które co dzień słyszę za oknem gdy usypiam w cieple pod śpiworami. Albo niespodziewane bicie kościelnych dzwonów obwieszczających wsi, że znów ktoś odszedł i ktoś po nim płacze. Lub jęk syren z remizy zwiastujących kolejne trupy na krajowej drodze. I skuleni z zimna faceci w czarnych, żałobnych, strażackich mundurach, których po zmroku spotykam pod sklepem gdy wlewają w siebie łyk otuchy z pochowanych w kieszeniach butelek. Chwila przerwy, nieboszczyk w kościele a karawan jeszcze nie dojechał … . Czarne, żałobne mundury, błysk złotych trąb pochowanych za pazuchami, czerwone od zimna twarze … . Są jak szekspirowscy grabarze.
Nie było dnia w tym dziwacznym grudniu, by nie odchodził ktoś dla mnie ważny. By nie odchodzili ludzie, którzy jakoś wpłynęli na moje życie. Odeszła Villas i Evora. Odszedł komiczny dyktator Korei przypominający mi o PRL-u … . Umarł Hanuszkiewicz, Havel, dzisiaj Unger – „Brukselczyk”, na którego tekstach uczyłem się polityki. Nie ma dnia bez ważnej dla mnie śmierci. I nie wiem czy to jakiś znak czy po prostu tak jest gdy się dożyje w trudzie pięćdziesiątki. Wtedy Kostucha przecież kosi równo … . Ale inaczej jest gdy sięga tępą, wyszczerbiona kosą po młodych.
Rano wiadomość – pięciu żołnierzy zginęło w Afganistanie. Ten dramat bezsensownej śmierci młodych facetów, którzy dla pieniędzy, nie mając chyba nawet trzydziestki, uczestniczyli w przegranej wojnie właśnie mistyfikują macherzy od kształtowania zbiorowej, politycznej wyobraźni. Widzę jak w mediach usiłują nadać jej jakiś sens, patos … . Już kombinują gdzie zawiesić orła, powiewać flagą, przyczepić do upieczonego żywcem medal … . Do tego młodego mięsa … . Rzygać mi się chce gdy to czytam. Przecież ten wóz bojowy był jak zamknięta konserwa podgrzana w ogniu. Ten wybuch był strzałem w „rosyjskiej ruletce”. To straszna, bezsensowna śmierć, nawet gdy jej ryzyko podejmuje się dla pieniędzy. Szkoda tych chłopaków spod Żar, Żagania, Krosna Odrzańskiego … . Tyle jeszcze mogli przeżyć. Pamiętam, że gdy miałem trzydzieści lat to tak bardzo mi się chciało żyć. A potem tak wiele doznałem … . Tyle satysfakcji, miłości, spełnienia … . Szkoda ich bliskich – matek, żon, dziewczyn, dzieci. Będą nosić latami tych rozsadzonych, upieczonych żywcem mężczyzn w zapomnianym przez Boga kraju jak otorbione zadry zadry wbite za paznokciami. Przesyłany żołd na dom, opłaty, samochód, raty pożyczki, debety na koncie, jakieś bździny … nie wart był tego bólu. Pieniądze tego nie tłumaczą. Państwowa rencina też jest tego nie warta. To bez sensu … . Po co my to właściwie robimy, dlaczego się na taki świat zgadzamy?
Kosi kostucha równo w tym dziwacznym grudniu, kosi przy samej ziemi … . Na mój niuch ostrzega. Złowrogo przypomina, że się pogubiliśmy. Oszaleliśmy.
Na zdjęciu tytułowym Kostucha na krypcie ewangelickiej na Dolnym Śląsku.
Na filmie poniżej walka z Kostuchą – scena z filmu „Łowca jeleni” Michaela Cimino (1978)
Dziś koniec choinkowego sezonu. Oczywiście symboliczny koniec przy pieczonej świńskiej szynce i skrzynkach wódki, bo rozpędzona produkcja wygaszana będzie jeszcze przez kilka dni – do Sylwestra. No ale na razie hale zamieciono z polichlorkowych igiełek, rozstawiono stoły, kobiety pokroiły chleb, ogórki, podzieliły słoiki z musztardą … . A potem zasiedliśmy zmęczeni na chwiejnych, plastikowych krzesłach czekając na świniaka. Wizja pieczonej, zadniej szynki odgoniła od maszyn nawet tych, których wezwano telefonicznie do robienia pilnych zamówień. Trudno się temu dziwić – zmęczeni pracą, grypami, podwyżkami cen, akcyz, vat-ów, niepewnością socjalną ludzie tracą poczucie obowiązku. W ostatnich dniach coraz trudniej było ich zmuszać do pracy. To dziwne, ale tak jakby na pieniądzach w te ostatnie dni przestało im zależeć.
Tegoroczny sezon, moim zdaniem, należał do udanych co znalazło wyraz w wylewności finansowej właścicieli manufaktur (świniak!). Produkcja klepana na chłopskich maszynach od września została sprzedana. To paradoksalne, ale wpływ na dobry wynik sprzedaży miał głównie kryzys. Z jednej strony kurs złotego osiągnął poziom najniższy od dwóch i pół roku. Z drugiej strony wartość pracy osiągnęła chiński poziom przeliczalny na 1,5 ero za godzinę. To pozwoliło przetrwać choinkowej branży załamanie popytu krajowego. Tylko dzięki tej niskopłatnej dłubaninie, liczonej w słabej złotówce otworzyły się przed jurajską produkcją rynki rumuńskie, czeskie, słowackie, rosyjskie … . Tak więc polska tania praca i polski słaby pieniądz pozwoliły na finansowo sensowne zamknięcie sezonu. W tym roku nie liczyli się kupcy krajowi. Ekscytację – jak pisałem – wzbudzał „Rumun”, „Rusek”, „Słowak” płacący od ręki przepoconymi, wyciągniętymi gdzieś spod gaci banknotami euro. To co nie zostało po nocy wywiezione tirami – choinki, wieńce nagrobne, stroiki … – „schodziło” głównie w miejscowościach przygranicznych – Gubinie, Kudowie, Cieszynie … . Do Jeleniej Góry, Kudowy – Zdroju, jak piszą media, dziennie przyjeżdża nawet 50 – 60 czeskich autokarów. Czesi w tym roku, w porównaniu ze swoimi cenami, na codziennych zakupach u „Tygrysa Europy” zyskują jakieś 20 procent. W przypadku choinek czy innych gadgetów świątecznych to nie tylko zysk finansowy ale i estetyczny – podobnie ozdobionych szyszkami i brokatem bajerów, które pracowicie dziergają chłopki z Jury po prostu u nich nie ma, bo Słowaczki, Niemki, Czeszki wzgardliwie wdęły by usta na propozycje tak absorbującej pracy za tak nędzne pieniądze.
Czekając na świniaka zastanawiałem się czy te chichoczące w dłonie kobiety z zapuchniętymi od braku snu oczami, które nalewały mi wódkę, popitkę … zdają sobie sprawę, że pracują za darmo. No ale chyba o tym nie wiedzą, po przecież niejednokrotnie mówiły mi jaka to bieda jest na Słowacji. Nawet gdy nad ranem wypatrywały „Słowaka” i jego pieniędzy z pogardą mi mówiły o nędzy na Słowacji. To smutne, że do nich nie dociera iż ze Słowacji, Chin bieda przeszła tu. Że ta bieda liczona lichą wartością złotówki, jeszcze gorszą wartością pracy jest ich przeznaczeniem. Że taki jest ich los. Że to jedyna tego kraju szansa. Dziwne, psychiczne wyparcie … .
Prosiaka przywieźli. Odpakowany z jakiś plastikowych osłon paruje zapachem po hali – oborze. Ktoś beka po wódce, ktoś sięga po nóż. Tniemy go od kości, jemy. „No to polej” – słyszę. Leję w kilkanaście kieliszków . Pijemy bez toastu, bo nikomu się gadać nie chce. A potem żremy w milczeniu to tłuste mięso. “Za darmo” jest przecież.
18 gru
Dziś zmarł Vaclav Havel – pisarz, dramaturg, artysta, były dysydent poniewierany przez reżim a potem najwyższej rangi polityk wolnych już Czech. Przyznam, że klasa intelektualna Prezydenta Havla budziła moją zazdrość. Był ewenementem nie tylko na tle polskiej, przaśnej polityki ale i coraz bardziej „plastikowej” polityki światowej. Zerkając ponad grzbietami Karkonoszy na drugą stronę, tam gdzie bieg zaczyna Łaba, zazdrościłem Czechom tego, że dochrapali się tak dobrego, mądrego, rozważnego i wrażliwego Prezydenta. Szkoda Havla – to jeden z nielicznych światowych polityków przełomu XX i XXI wieku, który pozostawił po sobie – w moim przekonaniu – dobrą pamięć. Po prostu porządny człowiek.
W Gazecie Wyborczej z 17 listopada 2008 roku znalazłem rozmowę z Havlem zatytułowaną „Niby to ja, ale nie wiadomo, czy to ja”. Jest to zapis fragmentów dyskusji z Havlem, która odbyła się z okazji premiery jego sztuki „Odejścia” w reżyserii Izabelli Cywińskiej w Teatrze Ateneum. Rozmowę z dramaturgiem – w takiej roli Havel występował – moderował Remigiusz Grzela. Pozwoliłem sobie zapis spotkania zatytułować – „Jesteśmy otoczeni przez góry, wszystkie światowe zawieruchy przelecą ponad naszymi głowami …”, bo to chyba bardziej oddaje myśli, które chciał przekazać wtedy już bardzo schorowany były Prezydent Czech. To tekst bardzo nietypowy jak na wspomnienia ekspolityków z najwyższej półki. My, Polacy, do takich myśli nie jesteśmy przyzwyczajeni. Ale one bardzo mnie ujęły zarówno swą mądrością, dystansem do swego życia jak i skromnością. Tego co reprezentował Havel bardzo mi brak w życiu politycznym. Polecam wywiad!
Remigiusz Grzela: “Odejścia” powstały po 20 latach milczenia pana prezydenta jako pisarza. Jak pan zniósł tak długi okres bez pisania?
Vaclav Havel: Zamilkłem jako autor, ale nie znaczy to, że nie pisałem. Nigdy w życiu nie pisałem tyle, ile w czasie mojej prezydentury. Nie potrafiłbym przeczytać przemówienia, które napisał ktoś inny. Więc w każdy weekend pisałem przemówienia albo projekty oświadczeń, rozporządzeń, poleceń… Wiem, że to nietypowe, aby dramaturg wyskoczył na 13 lat do funkcji prezydenta, a potem wrócił do pisania. Dzisiaj wiem także, że nie jest to łatwe.
Panie prezydencie, po przeczytaniu pana autobiograficznej książki “Tylko krótko, proszę” mam wrażenie, że jednak nie miał pan miłosnego stosunku do swojej literatury prezydenckiej.
- Kiedyś mój już nie żyjący kolega Kurt Vonnegut powiedział, że pisarz to ten, który nienawidzi pisać. Bardzo często zmuszam się do pisania. Siadam i nie umiem zacząć. Ale jeśli już zacznę, to nawet zaczyna mnie to bawić. W okresie prezydenckim najgorsze w moim pisaniu było to, że nie mogłem go odłożyć, przesunąć na inny termin. Nie mogłem czekać na lepszy humor czy wenę twórczą.
W swojej książce “Tylko krótko, proszę” cytuje pan polecenia dla współpracowników. Brzmią miejscami jak literatura…
- Możliwe, że te polecenia, pierwotnie nieprzeznaczone do publikacji, traktowałem jako gatunek zastępczy. Pisałem je co tydzień i uzbierało się w sumie kilka tysięcy stron! Tylko mała część znalazła się w mojej książce. Z reguły to prezydent boi się, co napiszą o nim współpracownicy, kiedy skończy swój urząd. W tym przypadku było dokładnie odwrotnie. Oni bali się, co ja o nich napiszę.
Ciągle wypomina im pan opieszałość. Denerwuje się, że pan echtáeek jeszcze nie napełnił zapalniczki, że pani Ouškova chce więcej za pranie koszul, że w weekend, kiedy próbuje pan napisać ważne przemówienie, nikt nie chce przyjść i naprawić drukarkę. Czy te polecenia były rodzajem gry ze współpracownikami?
- Z jednej strony to były instrukcje, ale z drugiej był to właściwie mój dziennik. Po prostu potrzebowałem napisać o moich zmartwieniach. Kiedy mnie coś irytowało, to pisałem i przestawało mnie to denerwować.
Mówił pan Karelovi Hviž`ali, współautorowi tej książki, że sam się pan sobie nie podoba. Co się panu prezydentowi w sobie nie podoba?
- Sam sobie jako taki się nie podobam. Patrzę w lustro i bardzo się irytuję.
Pisał pan też o pracy nad sztuką “Odejścia”: “Aksamitna rewolucja zastała mnie w czasie, kiedy miałem do połowy napisaną sztukę”. Jak właściwie było z jej powstaniem?
- Pod koniec lat 80., z nieznanych dla mnie przyczyn, zaczęła mnie interesować sytuacja człowieka wysoko postawionego, który nagle traci swoją funkcję i wali się jego świat. Więc ten temat był we mnie wcześniej, zanim znalazłem się w polityce. Nie wiem, dlaczego mnie to wtedy interesowało. Może zainspirowała mnie sytuacja kilku przyjaciół, reformatorów komunistycznych z ‘68 roku, którzy na fali czystek zostali pozbawieni wszelkich funkcji i których świat się zawalił? A może miał na to wpływ państwa rodak Jan Kott, który pisał fantastyczne, bardzo inspirujące eseje o Szekspirze, a zwłaszcza o “Królu Learze”? Kiedy przyszła nasza rewolucja czy też rewolucja w cudzysłowie, odłożyłem rękopis sztuki. A może go wyrzuciłem? Myślałem, że ten temat, w nowej sytuacji, nie może mnie interesować. Jednak kiedy skończyłem urzędowanie na Hradzie, nagle rękopis cudownie się odnalazł. Okazało się, że uratowała go i przechowała moja sąsiadka, która pewnie znalazła go w koszu na śmieci. To był impuls. Ale nie wykorzystałem tego tekstu, tylko zacząłem pisać od początku.
Bohater sztuki, kanclerz Wilem Rieger, przestaje sprawować swój urząd i musi się wyprowadzić z należnej urzędowi rezydencji. W swojej sztuce używa pan populistycznych tekstów, frazesów, demagogii. Ale w pewnym momencie Rieger zaczyna mówić wielką literaturą. Skąd taki pomysł?
- “Król Lear” mówi o tym, że władca traci władzę, a jego pochlebcy przeradzają się w zdrajców. Jest o rozpadzie świata. Wkładając do sztuki cytaty z “Króla Leara” i “Wiśniowego sadu”, chciałem umiejscowić ten wątek w szerszym kontekście, ale też oddać hołd dwóm wybitnym dramatopisarzom – Szekspirowi i Czechowowi.
Kogo jeszcze znajdziemy w pana kanonie wielkiej literatury?
- We wczesnej młodości autorem, który wywarł na mnie największy wpływ i którego najbardziej lubiłem, był Franz Kafka. Ile razy go czytałem, tyle razy myślałem, że gdyby go nie było, to ja musiałbym to napisać. W późniejszych czasach wpłynął na mnie nurt tak zwanego teatru absurdu, czyli Beckett, Ionesco, Pinter, Genet.
Jest pan dramaturgiem, którego reżyserzy chyba nie do końca lubią. Poprzez precyzyjne didaskalia właściwie reżyseruje pan teksty na papierze. Zaznacza pan miejsca wejść na scenę, opisuje kostiumy, ba, nawet napisy na nich, np. “I love you” na czapce Riegera.
- Pierwszy powód: jestem pedantem. Drugi: przez 40 lat nie miałem bezpośrednio kontaktu z teatrem, nie mogłem być przy rodzeniu się sztuki na scenie. To chyba zmuszało mnie do reżyserowania na papierze. Trzeci powód: gatunek, który tworzę wymaga świadomości tego, kto jest na scenie, z której strony wejdzie, gdzie wyjdzie, itd. Mam wieloletnie doświadczenie z reżyserami i wiem, że jeśli reżyser stara się ożywić sztukę, to przeważnie staje się ona nudniejsza niż w oryginale.
Często się pan denerwuje na reżyserów?
- Jeśli nawet to się zdarza, to staram się szybko opanować, bo mam świadomość, że tekst dramatu jest tylko półproduktem i reżyser może z niego zrobić, co zechce. Gdyby mi to w jakiś zasadniczy sposób przeszkadzało, pisałbym powieści.
W tekście “Odejść” sugeruje pan aktorom, żeby grali źle. Wprowadza pan do akcji “Głos”, który ma ich rugać, przypominać, żeby nie starali się uczynić sztuki zabawniejszą. Czy ten Głos to pan?
- Jestem nieśmiałym człowiekiem. Dlatego pewnie zacząłem pisać sztuki teatralne, bo dają możliwość schowania się za postacie. Chyba nie potrafiłbym pisać o sobie otwarcie. Z drugiej strony mam chęć, żeby napisać coś od siebie albo o sobie. Dlatego w tej sztuce wybrałem kompromis: niby to ja, ale nie wiadomo, czy to ja.
Kim jest dzisiaj Ferdynand Waniek, inteligent, kultowy bohater pana wczesnych sztuk?
- Może jeszcze kiedyś napiszę coś z Ferdynandem Wańkiem w roli głównej i zastanowię się, w jakiej sytuacji mógłby się dzisiaj znaleźć. W każdym razie kreowałem Wańka jako lustro, w którym odbijają się wszystkie pozostałe postacie. Tak, głównymi bohaterami sztuk z Wańkiem byli pozostali.
Stworzony przez pana Ferdynand Waniek stał się też bohaterem sztuk innych autorów, pana kolegów dysydentów. Zaczął żyć swoim życiem, w innej, niż pana, stylistyce. Jak patrzył pan na swoją ukochaną postać, czasem używaną inaczej, niż pan by sobie tego życzył?
- Oczywiście bardzo się cieszyłem, że Waniek zainspirował moich kolegów dramatopisarzy, że zobaczyli w nim interesujący materiał. Nie przeszkadzało mi, że zaczął być inny, zależny od ich temperamentu i rękopisu.
W sztuce Pavla Kohouta “Atest” Ferdynand Waniek ma psa, którego musi zarejestrować. Pies należy do rasy “czeski cykor”. Czym się taka rasa charakteryzuje?
- Mój kolega Pavel Kohout miał psa i bardzo go lubił. Napisał o nim książkę “Gdzie jest zakopany pies?”. W rzeczywistości pies Pavla był jamnikiem. W czasach dysydenckich bezpieka, wiedząc, jak bardzo Kohout lubi psa, otruła go.
W 2005 roku pisał pan prezydent: “Znów czeska małość, zajmuj się samym sobą, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, pochyl się i przygarb. Jesteśmy otoczeni przez góry, wszystkie światowe zawieruchy przelecą ponad naszymi głowami, a my będziemy mogli dalej bawić się na swoim podwórku”.
- Mowa o pewnym stylu zachowania, który nie wynika z genetyki, ale jest ukształtowany przez warunki historyczne. Lubiłem ten fenomen krytycznie obserwować. Ale to, że taki archetyp zachowania istnieje, nie znaczy, że wszyscy Czesi tak się zachowują.
Ponieważ sam chciałem uniknąć pytań o politykę, poprosiłem dwoje wybitnych reporterów “Gazety”, aby sformułowali po jednym pytaniu do pana prezydenta. Pytanie Hanny Krall: “Czy pana obrona Milana Kundery wynikała z przekonania, że powinien pan być wielkoduszny, czy naprawdę z wielkoduszności”?
- Ta obrona nie wynikała ani z mojej wielkoduszności, ani z mojej gry na wielkoduszność. Wynikała z całkiem chłodnej refleksji na ten temat.
Pytanie Mariusza Szczygła: “W Polsce tropi się grzechy. W Czechach nie. U nas jest polowanie na agentów, w Czechach chyba mniej zaciekłości. Czy to wynika z wyrozumiałości, czy raczej z obojętności na wszystko? Czy to jest społeczeństwo obojętne, czy wielkoduszne?”
- Komunizm, który przeżyliśmy, był pierwszym komunizmem w historii, więc nasz postkomunizm też jest pierwszy w historii. Brak możliwości oparcia się na przykładach historycznych powoduje, że nie potrafimy sobie z przeszłością poradzić. Po prostu poruszamy się po omacku i nie możemy powiedzieć, że inny kraj postkomunistyczny był w lepszej sytuacji niż my. Być może w trochę lepszej sytuacji są Niemcy.
Na zdjęciu Czesi u źródeł Łaby – po ich stronie Karkonoszy.
„ … Gdy dym odgonił ból, gdy wróciła gorączka, skulił się przyciągając kolana do twarzy. Zapadł w letarg, stan pomiędzy nadchodzącym snem a odpływającą w dal, niedostrzegalnie znikającą rzeczywistością. Rozpływał się w cieple i zmysłowych obrazach, które przypływały do niego z daleka jak kolorowe ławice ryb. Usłyszał daleki szum fal, gorący i nasycony słońcem piasek przesypywał się między palcami. Cienkie strużki piasku jak w klepsydrze odmierzały upływające godziny. A czas płynął tak wolno. Wydobył się z siebie, wyślizgnął ze swej powłoki jak rozgorączkowany wąż z wylinki. Zostawił to co było niepotrzebne, zbędne. Uniósł się wysoko i spojrzał na leżące zmęczone, chude ciało. Kości rąk obciągnięte spieczoną, zbrązowiałą skórą. Drabina żeber, zapadnięty brzuch, poranione marszem stopy. Twarz zmęczona, skryta w posiwiałym, nie golonym od dawna zaroście. Tylko oczy gorejące, choć głęboko zapadnięte. Daleko zaszedłem – pomyślał. Daleko, czas zakończyć wędrówkę. Tu, na tym pustym brzegu, jest moje miejsce, tu je odnalazłem. Tu, gdzie z oddali słychać szum fal, który usypia i pozwala odejść bez bólu. Więc wrócił do swego ciała. Znów wśliznął się w siebie i patrzył na świat swoimi oczami. Znów czuł przesypujący się między palcami piasek. Zasypywany nim na rozgrzanej plaży, skulony czekał aż nadejdzie koniec. Ciepło tych ostatnich chwil rozlewało się słodko wraz z tętnieniem krwi, rozpływało w mózgu jak nasycona wodą kostka cukru. Przez melodię morza przebił się śmiech. Biegła śladem załamujących się na piasku fal, biegła rozpryskując stopami wodę. Zdyszana usiadła obok. Ze skudlonych włosów krople wody spływały na jej plecy. Krople na skórze, krople lśniące w słońcu. Zapragnął jej dotknąć. Przesunął dłonią po miękkiej, matowej skórze. Wilgotna. Posmakował językiem, poczuł smak soli. To pot zbierający się na linii włosów zamieniał się w krople i strumyki wsiąkające w poduszkę. Już nie słyszał fal tylko cichy szelest pościeli poruszanej czubkami palców. Wrócił do siebie, do ciemnego domu i zimy za oknem. Z wysiłkiem przetoczył ciało i znów zwinął w embrionalną pozycję. Jeszcze chwilę rozgrzewał dłońmi szorstkie kolana szukając ciepła i zaginionego obrazu zatopionego w słońcu morskiego brzegu. Był pewien, ufał, że wizja wróci. Miał czas, do świtu pozostało jeszcze kilka godzin. … .„
Za zdjęcie pięknie dziękuję Zośce
13 gru
Dziś dobry dzień, bo w lesie. Tylko warkot piły, kląskanie siekiery rozłupującej brzozowe „odziomki‘ i słodki zapach mokrego drewna. I też słodkie, coraz słodsze zmęczenie mięśni. Choć w lesie wiosna, chcąc nie chcąc myślałem o dzisiejszej rocznicy – o wprowadzeniu stanu wojennego w mroźnym grudniu 1981 roku. Przyznam, że mam problem z pisaniem o tej rocznicy, bo z roku na rok staje się ona dla mnie coraz bardziej odstręczająca, fałszywa, zakłamana … . Coraz gorzej reaguję na publikacje, filmy, materiały, które tej – przecież ważnej dla mnie daty – dotyczą. Jakaś taka zniechęcająca nuda połączona z mdłościami mnie ogarnia gdy czekam na kolejne, coroczne wydalenie idiotycznych wspomnień, analiz, podsumowań, które żrą się jak kwas z realiami życia mnie otaczającymi. Przyznam, że rzygać mi się chce gdy patrzę na polityków, jakieś tzw „autorytety moralne”, gdy z okazji 13 grudnia pogrążają się w ckliwych wspomnieniach. Z roku na rok coraz gorzej znoszę ten grudniowy spektakl hipokryzji i zakłamania odgrywany w tym coraz bardziej piekielnym kraju.
Ale mimo odstręczających, propagandowych szopek „stan wojenny” jako społeczna trauma dla mego pokolenia jest ważny, więc dziś szukałem mordując się z brzozowymi „odziomkami” jakiegoś niebanalnego, prawdziwego pomysłu na tekst z okazji kolejnej rocznicy. I nagle przypomniała mi się rozmowa, którą odbyłem kilka dni temu z moim współpracownikiem.
„Ty podobno piszesz … ?” – huknął mi Olbrzym nad głową gdy zmagałem się z polichlorkowym syfem. „Mówią, że piszesz … . A nie pomógł byś listu napisać … ?” Rozprostowałem plecy. Chłop z niego wielki, silny, z pozoru chamowaty, ale z dobrym sercem skrytym pod niedźwiedzią posturą i potokami bluzgów ukrywających kompleksy. Wiem o tym, bo kiedyś z pasją opowiadał mi o Bogu, który jego zdaniem umie nawet więcej niż lekarze. „Jasne” – odpowiedziałem. „Ale do kogo chcesz ten list napisać, do żony, matki, sądu, policji, prokuratury … ?” „Do właściciela … „ – wybąkał. „Właściwie nie tylko ja, ale jeszcze kilku chłopaków … . Tak żeśmy się zgadali, że napiszemy. Bo on powiedział, kurwa, że kryzys i stawki nam obciął o dwieście procent. Z dnia na dzień … . Zamiast sześćdziesiąt groszy od podeszwy będziemy dostawać dwadzieścia. Przecież wstawać się do roboty nie opłaca … „ – podsumował rozkładając ręce. „No i po chuj chcesz do niego pisać?” – spytałem cynicznie. „Przecież on dobrze wie co o tym myślisz … W jakiej cię to stawia życiowej sytuacji… .” „No coś trzeba zrobić, bieda …, nie ma za co żyć ?” – odparł. „A nie możesz po prostu iść i porozmawiać?” – spytałem. Ale gdy bezradnie opadły mu ramiona zrozumiałem, że po prostu się boi z nim, z właścicielem, ze swym panem rozmawiać. On i jego kumple, gdzieś na wódce, w nasyconych gniewem, rozgoryczeniem, frustracja poczuciem niesprawiedliwości rozmowach doszli do wniosku, że coś trzeba zrobić, ale lękając się rozmowy ze swym władcą egzystencjalnym postanowili wysłać mu urzędowe pismo. Kompletny idiotyzm. No ale jak odmówić prośbie sympatycznego współpracownika. „Jasne, napiszę … „ – mruknąłem. „Ale nie tu, bo kutas w pięć minut się dowie, że knujesz. I nie wpuszczą Cię jutro za bramę. Spotkamy się gdzieś dyskretnie, to mi spokojnie opowiesz o co chodzi”. „No, kurwa o co chodzi? O stawki chodzi … „ – skomentował W znad sąsiedniej maszyny. W ma charakter mimo trójki dzieci na utrzymaniu. Pracuje jak dziki, nie kapuje, nie pęka. W budzi szacunek, choć wciąż na niepokorności traci. „O stawki idzie, nie dość, że stały od trzech lat to teraz je zmniejszają. Ja bym nie pisał ino rzucił tę robotę w pizdu … ” – na myśl o rzucaniu w pizdu tej pańszczyzny rozmarzyły mu się oczy. Widać W nieraz robotę rzucał, bo jego zmizerowana ślubna z lekiem zerknęła na nas znad maszyny. „To ty chcesz związki zawodowe zakładać? „ – spytałem Olbrzyma. „Jakie związki?” – zmieszał się. „List tylko chcemy napisać … . Żeby stawki były większe, tak jka wcześniej … .” „No to musisz związek założyć” – poradziłem. „Bo inaczej cię za ten list wypierdolą z roboty. Ludzi musisz potajemnie zebrać, podpisy na listach wymusić, władze wybrać, zgłosić do centrali związkowej. A potem dać mu skład władz związku razem z listem o stawkach. Zresztą i tak was wywali z roboty ale wygracie przed sądem pracy i zapłaci za miesiące zwolnienia. Ale do tej tej pracy już nie wrócisz, mimo wyroku. Nie wpuści cię za bramę. Zresztą żadnej innej nie znajdziesz w okolicy. Nikt cię nie przyjmie do roboty bo listy piszesz. Ciężkie życie cię czeka … A tu żona robi w tej samej firmie, małe dziecko, dom w remoncie, kredyty … A wiesz co będzie po liście – komornik, licytacje, wszystko pójdzie się jebać … ” I powoli, zdanie po zdaniu, przedstawiałem mu konsekwencje listu. Tak właśnie, łagodnie i perswazyjnie wybijałem ten pomysł z otępiałej od lakieru i klejów do podeszew głowy. Bo lubię gościa. Bo wiem, że w tej swej sympatycznej dupowatości nie nadaje się na związkowca, wyrzutka, kontestatora… - szczególnie w tych ciężkich czasach. Zresztą w żadnych czasach. Podobnie jak jego kumple z tej postfeudalnej wsi postfeudalnej Polski. Kumple którzy juz pewnie o pomysle listu nadzorowi donieśli. A nadzór Panu.
Gdy już wyczułem, że Olbrzym nie już najmniejszej ochoty nadstawiać karku za stawki spytałem – „A po chuj ty właściwie wróciłeś z Niemiec – z roboty. Przecież dobrze płacili, nie musiałeś robić biegiem, miałeś przerwę na śniadanie … .” „No właśnie, po chuj wróciłeś … „ – W podniósł głos by przekrzyczeć maszynę „Tu nie praca ino niewola”. A jego żona trwożnie spojrzała na drzwi czy nikt nie podsłuchuje.
Olbrzym nie wrócił już do sprawy listu o stawkach. Problemu więc nie mam. Jestem z tego powodu zadowolony, bo jak napisałem lubię go i nie chciałbym moją pisaniną o stawkach za podeszwę przysparzać mu nieszczęść. Już i tak chłop ma zgryz po cholerę gnany …. (właściwie czym gnany?) wrócił do ojczyzny porozumień sierpniowych, wolnych związków zawodowych i stanu wojennego z dobrej roboty w Niemczech. Nie wiem zresztą czy mu się te narodowe mity kojarzą z tym co go boli – nową stawką, dwadzieścia groszy za podeszwę.
Za zdjęcie tytułowe pięknie dziękuję Zośce
Pomysł przygotowania flaczków urodził się w okolicach 11 listopada – Święta Niepodległości, miesiąc temu. Pamiętam, że bardzo mi wtedy zależało, by to o czym piszę, nabrało wobec Niej jakiegoś realnego wymiaru. Bym poza tymi robaczkami zdań coś konkretnego jej pokazał – jakąś pozapisarską umiejętnością się wykazał. Bym praktycznie uwiarygodnił swoje pisanie. Bym dowiódł, że to o czym piszę, czym ująłem, „wykazałem się” w “piszącym” życiu okazało się prawdziwe. I wtedy padło na kotlety mielone. Nie pamiętam kto z tą inicjatywą wyszedł – chyba oboje mieliśmy na mielone apetyt. Pamiętam,że siedzieliśmy wtedy w ciasnej kuchni ćmiąc fajki – nad kawą, sokiem, piwem opowiadając sobie rozmaite historie. Pachniały znad patelni opary rozgrzanego tłuszczu i wysmażonej cebuli, wyrobiłem już w misce mięso z jajami, bułą maczaną w mleku, cebulą i czosnkiem i przerzucając z ręki do reki patrzyłem jak się do nich lepią. „Nie powinny się lepić …” – gdzieś przez myśl mi przemknęło, bo mama kiedyś mówiła iż przed zmysłowym lepieniem mięsa na kotlety ręce trzeba umoczyć w zimnej wodzie. Wtedy się podobno mięso nie klei do dłoni … . Ale niepokojąca myśl uciekła gdy podałem Jej urobionego w dłoniach kotleta a Ona delikatnie ułożyła go rozgrzanym tłuszczu i zręcznie obracając widelcem opiekła go na złoto. Lecz gdy ich zapach zasnuł kuchnię a ja oblizując z mięsa palce patrzyłem jak je ze smakiem, jednak asekurancko spytałem – „chyba trzeba było je dłonie umyć zimną wodą, nie kleiły się tak, by foremniejsze by były … . „Są w sam raz …” – odpowiedziała spokojnie. „A o tej zimnej wodzie nie chciałam ci mówić …”.
Miłość to też przyjemność przyjemność wspólnego jedzenia, gotowania, rozmów przy stole, dogadzania sobie … . Więc gdy w harmonii i zgodzie zjedliśmy soczyste kotlety spytałem – „A co następnym razem? Na co masz apetyt” I wtedy zaskoczyła mnie flaczkami. „Tyle lat już flaków domowych nie jadłam. Nikt nie chce ich jeść. Tyle co ze słoika … Albo w knajpie .. Może byśmy sobie flaczki zrobili?” Podobnie jak Ona domowych flaczków nie jadłem przez całe lata żywiąc się na słoikach i knajpianym,wyszynku, ale podstawę przepisu przepisu miałem w pamięci. „ Nie ma sprawy, kup pół kilo rosołowej wołowiny, kilo flaków, dwa opakowania włoszczyzny i zrobię ...”
Miesiąc minął, urealniła się perspektywa spotkania i przypomniało mi się to marzenie kulinarne. „A kupiłaś …?” – spytałem kończąc list. „Tak, kupiłam wszystko …”
Flaczki wymagają dużego garnka. A przecież My jesteśmy pojedynczy. Jak mówią Hiszpanie „solo” przebijamy się przez ten świat. Sami śpimy, sami jemy, sami sobie odgrzewamy … . Więc życie nas nauczyło, by mieć tylko małe, poręczne garnki na swoje potrzeby. Ale w ramach tej Wspólnej, życiowej próby ruszamy do przyjaciół po duży garnek. Na szczęście ludzie z naszego pokolenia miękną na myśl o perspektywie romantycznej kolacji przy flaczkach. Sam się dziwię, że nie „sushi‘, wino „tinto” wywołuje w nich takie emocje ale właśnie romantyczne a zarazem swojskie flaczki we dwoje. Wracamy więc do domu z wielkim garnkiem „Philipiak” – jak dla klanowej rodziny. A tam znów problem bo połowa flaczków cielęca a połowa wołowa. Więc różny czas gotowania. Znów problem do Wspólnego przemyślenia … .
Skrobie marchewki, podaje mi je w dłoni.” A za słodkie te flaczki od marchewki nie będą ?” – pyta. „Chyba nie …” odpowiadam i umyte wrzucam do wołowego rosołu. A potem odcedzam odgotowane cielęce, wołowe ze spienionej wody… . I znów czuję się jak na egzaminie – „Czy dla niej te flaczki dobrze zrobię?” Ile czasu jeszcze będzie trwać to gotowanie? Długo, a przecież zmęczeni jesteśmy przez te odrębne tygodnie, spragnieni siebie…. .
Księżyc zza okna świeci, ziębi mnie w gołe stopy kuchenna posadzka. Nożem oddzielam wołowe od kości. Papieros tli się w kąciku ust. Potem ciach, ciach, mięso, marchewkę, pietruszkę, fuzle z pora … . Zapobiegliwy jestem w tym ciachaniu, bo nieraz głodu doznałem.
Druga w nocy, gar paruje zapachem flaków. „Kto to będzie jadł ? - myślę. No ale jemy – Ona ledwie próbuje, doprawia, kończy nasze wspólne dzieło a ja pożeram, Dokłada mi flaczki do miski wazówką. „Jedz …” – mówi. „Zmarniałeś ostatnio mi ostatnio, żebra ci wystają … ”. I czuję jej paznokcie na tych wystających żebrach.
Jak tu powiedzieć „kocham”. Jak wygrzebać się tego zapachu garnka, talerza, łóżka, pościeli, miłości … ? Czego się trzymać w tym oszalałym życiu gdy się przez Śląsk, przez te wymarłe kopalnie, hałdy, w rytm stuk, stuk kolei wiezie w plecaku ten słoik z flaczkami i prośbę – „Tylko zjedz, byleś mi nie zmarniał?”
„Obyś mi tylko nie zmarniała Kochanie. Na co masz apetyt, smak …? – na pewno Ci zrobię.
Tadeusz Miłkowski i Paweł Machcewicz w „Historii Hiszpanii” piszą, że biedna Europa chrześcijańska zaopatrywała się w Hiszpanii (IX wiek) w towary luksusowe, takie jak ubiory dla władców czy szkatułki z kości słoniowej przeznaczane na relikwiarze. Jedynym produktem jaki oferowała w zamian byli niewolnicy – głównie Słowianie. Hiszpania muzułmańska stanowiła największe centrum handlu niewolnikami w basenie Morza Śródziemnego. Głównym ich odbiorcą był arabski Bliski Wschód. Handlem tym zajmowali się tradycyjnie Żydzi. Ale część niewolników zostawała w Hiszpanii zajmując się rozmaitymi zajęciami. Tworzyli oni np. arabskie oddziały zbrojne i dzięki temu mieli silną pozycję polityczną umożliwiającą nawet dokonywanie zmian władzy. Właśnie słowiańscy dowódcy gwardii pałacowej składającej się niewolników, po śmierci al Hakama II, uważając, że następca tronu jest za młody (Hiszam II miał jedenaści lat) przeprowadzili spisek i dokonali zmiany kalifa. Arabowie nie dbali o czystość swej rasy. Hiszpania dzięki niewolnikom greckim, słowiańskim, armeńskim … stanowiła społeczność kosmopolityczną. Duża rolę w tej kosmopolityzacji odgrywał seks. W rodzinie Abbasydów matka jednego kalifa była niewolnicą berberyjską, drugiego niewolnicą perską. Greczynki urodziły dwóch kalifów, Greko – Abisynka następnego, innego Słowianka, jeszcze innych rodziły niewolnice armeńskie, tureckie … . Wśród zdobywców Hiszpanii było 10 procent, może 20 procent czystej krwi semickiej z Półwyspu Arabskiego. Potem, gdy Arcykatoliccy Królowie wypędzali Maurów z Hiszpanii historia się odwróciła. Wśród wypędzonych z kraju trzech milionów było 90 procent Hiszpanów, reszta Arabów. Haremy, konkubinaty, niewolnice, przyjemność seksu przyczyniła się do tego.
Rankiem, o piątej, wita mnie pierwszy śnieg na dogorywającym od suszy trawniku. Patrząc ze zdziwieniem na tę kilkumilimetrową warstwę ściętego przez mróz puchu myślałem o stokrotkach, którym robiłem fotki jeszcze kilka dni temu. Popieprzyło się coś stokrotkom. Wzięły grudzień za wiosnę i teraz dogorywają ściśnięte mroźnym gorsetem. Głupich szczęście nie lubi.
Przez ten śnieg, jeszcze śpiąc, z kąta pokoju wyciągam zimowe buty. Kupiłem je dwa lata temu, gdy w dziurawych wróciłem z Hiszpanii. Fajne buty, ciepłe, ponad kostkę … . Jak napisali na załączonej do sznurówek tekturce, ponoć wzmacniają stawy stóp, chronią palce metalowym zabezpieczeniem. Markowe buty … . Chyba przez zapowiedź markowości, dobrze mi w nich było, więc oszczędzałem je ostatnio, tym bardziej, że trasach sudeckich zaczęły się rozklejać. Gwarantowane, solidne podeszwy starły się na kamieniach a łączenia z jakiegoś gumowatego lepiszcza pękały i buty jak gąbka nabierały wody. Jeszcze w Sudetach, w szczelinki rozsadzające buty wsączałem reklamowane w telewizji kleje, ale niewiele to pomagało. Ale ku memu zdumieniu, tu – na Jurze – znalazłem szewca. Prawdziwego szewca, jak z Polskich Kronik Filmowych z lat siedemdziesiątych! Ciemna nora w suterenie, facet typu „zakapior”, ostry zapach starych butów i kleju, I fachman, ogorzały od gorzały, relikt przeszłości, bo przecież zawód szewca dawno obumarł, zrekonstruował mi buty za jedne dziesięć złotych. Przyznam, że mogłem kupić nowe, ale co na to poradzę, że lubię chodzić w starych. Lubię jak dżinsy rwą mi się na tyłku, buty rozpadają, podkoszulki rwą pod pachami … . Po prostu przywiązuję się do rzeczy czego nie można powiedzieć o ludziach … . Jednym słowem do dupy ze mnie obywatel. Przez upodobanie do starego, niechęć do nowego badziewia, nie dokładam się vat-em i akcyzami do powodzenia tego państwa. Olewam reżim, jego fiskalizm choćby było śmiertelnie mokro i zimno w nogi.
W ciepłych butach w pracy lżej – jakoś bardziej optymistycznie świat się widzi. Gdy w nogi ciepło to weselej, energiczniej się człowiek czuje … . I weselej nas wesołych widzą! Dziś zapowiane rozliczenie pracy za kawałek listopada – to newralgiczne w stosunkach pracodawca – pracobiorca momenty. Te rozliczenia noszę na przepoconych kartkach, w kieszeni podartych dżinsów jak świętość. Każda godzina, pół godziny jest odnotowana na tych karteluszkach – umowa jest, że nie liczymy tylko kwadransów. To oprócz łapania tematów do Kartek jest jedynym powodem dla którego znalazłem się na Jurze. Więc więc trudno się dziwić, że mając złoty dwadzieścia w kieszeni śledzę ciężarówki z Rosji, Słowacji, Rumunii …. bo one oznaczają gotówkę czyli wypłatę. Polska, jeśli chodzi o choinki z polichlorku i żłobki dla Jezuska jak widzę, jak mi mówią, w tym roku niestety popytowo zdechła.
Są ciężarówki! Wjeżdżają na plac! Otwieramy z hukiem stalowe, bramy, zapędzamy rozwścieczone psy do kojców…. . Rumiani Rumuni, pewni swego euro Rosjanie, nonszalanccy Słowacy … . I nagle zapominamy o tajemnych wyjściach z przerobionych na manufaktury stodół. Zapominamy o swym strachu, skundleniu… . Już nie chce się uciekać przed państwem, przed jego urzędnikami, gdy ekscytująco pachnie gotówka. Gorąco się robi! Nagle, we mnie starym, odżywa anarchia i poczucie liberalizmu. Nagle życie staje się niespodziewanie proste. Ktoś wrzuca, upycha w ciężarówkach towar …. . A gdy te rumuńskie, rosyjskie, słowackie „Many” boksując kołami wyjeżdżają z zaśnieżonego „pola” czekamy już tylko na forsę.
A potem szelest kieszeni w dresach z potrójnym paskiem. Poplute opuszki palców wprawnie oddzielają banknoty od siebie. I krótkie – „Przelicz …”. Liczę, zgadza się z moimi karteluszkami. Ale później, niespodziewanie, znów szmer spotniałych od ciepła jaj banknotów – wyciąganych zza gumki – recepturki. „ To premia panie Kartka za dobrą pracę… . Tylko niech się pan tym, nie chwali … . Kurwa, miłe to jest. Na pewno milsze niż te pożółkłe, obszczane przez myszy papiery, o nagrodach i premiach za pracę, które nie wiadomo po jaki chuj wożę ze sobą po świecie.
Premia mnie ucieszyła.Te kilka lepkich banknotów wysupłanych spod gumki pozwalają rządzić przez kilka dni we wsi kierującej się swymi zasadami- pić rozcieńczony promocyjnym soczkiem spirytus bez akcyzy, jarać bezakcyzowe skręty albo przez kilkanaście uspokajać się zielem. Brać wiejskie kobiety jak swoje … . Tyle, że mi się nie chce doznawać premiowej słodyczy.
Więc znów parówki cienkie, piwo „Tyskie” na wynos, sos „Wasabi” – ostry chrzanowy, czosnek, chleb mały, szproty w oleju, cytryna … . I część premii pękła. W chuj obróciło molj wysiłek państwo. Pozostała mi tylko kiełbasa śląska, którą popijając piwem na zaśnieżonym, czarno białym podwórku dzielę ze zdziczałym kotem. Jak mi mówią miał ciężkie życie. Jego wiekowa pani umarła, wnuczki zbankrutowały i uciekły przed komornikiem do Reichu. Osierocony, wychowany na puszkach z kocim jedzeniem, kot twardy był i przeżył – musiał dać sobie radę samotnie w życiu. W oczach obserwujących go ludzi, którzy w swych opowieściach nadają mu wymiar heroicznie – symboliczny jego uschły ogon na którym kiedyś zatrzasnęła się pułapka na szczury symbolizuje bolesne wyjście za matni tutejszej niemożności. Mówią – „Wyrwał się, stracił skórę, doznał bólu, przemocy …. . Kot jest więc dla tych ludzi symbolem witalności. Ogon ma uschły, ale daje sobie radę w życiu. „Tłusty jest” – jak mówi mi z radością sklepowa. Więc kupuję do szprotów w oleju jedną śląską w celofanowej tutce. A potem odgryzam kawałek i wypluwam kotu. Żre aż miło, w końcu pozuje do zdjęcia.
I tyle dzisiejszej opowieści. Ważne, że kot miał co żreć a mnie w nogi jest ciepło.
6 gru
Kilkanaście dni temu stary – nowy premier w swoim expose przedstawił plany starego – nowego gabinetu dotyczące porządkowania będących w tragicznym stanie finansów państwa. Dla mnie nie było to zaskoczeniem. Od wielu miesięcy oczekiwałem na wymuszenie przez wierzycieli elementarnego porządku finansowego w prowadzeniu budżetu RP. Zresztą wcześniej napisałem o burdelu finansowym i niefrasobliwości władz wiele tekstów. Sporo miejsca na blogu poświęciłem też sytuacji państw, które za te sprawy wzięły się już dawno – Hiszpanii, Portugalii, Włochom czy Grecji. Tak więc nieśmiałe i nieodpowiadające, moim zdaniem, tragizmowi sytuacji gospodarczej Polski zapowiedzi cięć wydatków socjalnych i zwiększenia fiskalizmu mnie nie zaskoczyły. Co dziwne, biorąc pod uwagę euforyczny nastrój optymizmu, którym emanowała zwycięska kampania wyborcza Premiera, jego gorzkie, katastroficzne słowa o wyrzeczeniach zawarte w expose tuż po wyborze, na społeczeństwie również nie wywarły najmniejszego wrażenia. A przecież historyczny okres między jesienną „Polską w Budowie” a tą samą, jesienną „Polską w ruinie” dzieli ledwie trzy tygodnie… . Po kilkunastu dniach od wystąpienia Premiera odniósł się do niego Lider opozycji i w oświadczeniu kontestacyjnie odrzucił, skromy, premierowski pakiecik budżetowych cięć. Pominął istnienie wierzycieli, którym zadłużona Polska musi dawać dupy, by pożyczać następne pieniądze na swą politykę i obwieścił, że rodacy nie zasługują na taki los. Co ciekawe wystąpienie lidera opozycji również nie wywołało najmniejszych społecznych emocji. Przyznam, że ta obojętność zarówno wobec bólu wyrzeczeń socjalnych jak i perspektywy ich uniknięcia mnie zdumiała. Postanowiłem więc sprawdzić jak Polacy widzą tę tematykę, w jakim stopniu ich ona przejmuje, jak ją rozumieją. W tym celu przeprowadziłem dwudniowy eksperyment psychologiczno polityczny pod nazwą „Narodowa Loteria Emerytalna”.
Czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia dlaczego akurat emerytalna? Otóż w pakiecie budżetowych reform Premiera poczesne miejsce zajmuje wydłużenie wieku emerytalnego – w przypadku kobiet i mężczyzn do 67 roku życia. Jest to sprawa bolesna szczególnie dla kobiet. O ile starzy faceci z tą swoją, delikatnie mówiąc „prostolinijnością” jakoś zniosą dwa lata dodatkowych robot („dwa lata jak dla brata”) to dla wrażliwszych kobiet siedem lat katorgi pracy ponad wyrok to jak dożywocie. Przecież każdy z nas wie czym jest praca albo brak pracy w tym kraju – każdy rok w takim stanie bije w naszym egzystencjalnym liczniku za dwa. W tym wieku włosy siwieją do kwadratu i biust do kwadratu opada. Warto więc w tym kontekście przypomnieć jak wydłużenie wieku emerytalnego uzasadniał Premier i Lider opozycji. Premier ubolewał, tłumaczył się dobrem Polski i obiecywał wyższe świadczenia dla tych, którzy emerytury się dochrapią. Ale nie użył słowa „doczekają” Lider opozycji również ubolewał, tłumaczył swą kontestację wierzycieli dobrem Polaków i zwracał uwagę, że żyją oni krócej (Polacy) aniżeli inne nacje Europy, które rodakom jako przykład emerytalnego poświęcenia dla budżetów swych państw stawiał Premier. No i nie wyjaśniał skąd może się wziąć świadczenie dla długowiecznych szczęśliwców. Moim zdaniem obaj panowie mieli rację, choć wyrażali ja dość zakłamany sposób. Istotnie Polacy krócej żyją niż inne nacje Europy – sami są zresztą sobie winni. Świadczą o tym Tabele Głównego Urzędu Statystycznego o umieralności. Dowodzą tego również badania socjologiczne dotyczące stylu życia, edukacji, relacji społecznych, poczucia szczęścia, diet, nałogów, egoizmu, rozumienia dobra wspólnego, polityki … . Można powiedzieć, że w świetle tych badań całokształt naszego życia sprzyja wczesnej, przedemerytalnej umieralności. Tak więc wydłużenie wieku emerytalnego oznacza radykalne zmniejszenie populacji korzystającej z budżetowo płatnego (oczywiście minimalnie) okresu odpoczynku od pracy przed śmiercią. Tym samym te kilka lat (dwa w przypadku mężczyzn i siedem w przypadku kobiet) jest zbawienne dla budżetu państwa, które tyko dzięki pożyczkom (emisja coraz wyżej oprocentowanych obligacji) może nam tę jesień życia finansować. Im mniej nas dożyje emerytur tym dla budżetu państwa lepiej – mówiąc brutalnie. Akurat bowiem w tym okresie życiowym większość z nas, eufemistycznie mówiąc, „z powodów naturalnych”, niezależnie od siebie rezygnuje ze świadczeń. Oczywiście w swym wywodzie pominąłem tych którzy składki odprowadzają na emerytów, bo jest ich niewielu (zapaść demograficzna) w tym większość bez zalegalizowanej pracy. Oni nie mają znaczenia. Pominąłem również wpływy państwa z trwającej od nieomal ćwierćwiecza sprzedaży jego składników, które miały stanowić „wiano” dla rentierów w trudnych czasach, bo dawno zostały politycznie przeżarte. Reasumując, przedłużenie wieku emerytalnego oznacza, że w przyszłości do świadczenia tego dochrapie się nieliczna grupa osobników genetycznie predestynowanych do długiego życia i nie zniszczonych fizycznie oraz intelektualnie tzw „polską pracą”. Tak należy rozumieć wyrażone w różnych intencjach wypowiedzi Premiera i Lidera opozycji.
Mój pomysł na badanie społeczne opierał się na w/w wniosku z analizy sytuacji społecznej z którego wynika, że w przyszłości z emerytury cieszyć się będzie „grupa osobników genetycznie predestynowanych do długiego życia”. Z tym, że nieznany, losowy, darwinowski, wybrany zestaw genów dający gwarancję długowieczności jest nie do przyjęcia w Polsce – dlatego więc postanowiłem zastąpić go równie przypadkowym „Losem Szczęścia” czy „Wolą Opatrzności”. Nie ukrywam, że brałem pod uwagę katolicko ukształtowaną strukturę osobowości badanych. By zracjonalizować i przybliżyć mym respondentom te dość abstrakcyjne terminy użyłem sformułowania charakterystycznego dla prymitywnej formy polskiego kapitalizmu z którą mamy do czynienia czyli „Loterią ...”. Za loteryjną, losową, przypadkową formą przyznania emerytury przemawiało to, że w świetle mych obserwacji podstawowym celem życia badanych było oczekiwanie na „last minut”, „rozmowy za darmo” czy „rewelacyjne wyprzedaże za zero procent”. Ten sam psychiczny mechanizm odniosłem do wizji perspektyw uzyskania emerytury. W kilkudziesięciu rozmowach, które odbyłem w ciągu dwóch ostatnich dni z pełną powagą przedstawiłem badanym nową koncepcję rozwiązania problemu emerytalnego – jakoby rozstrzygniętą między Premierem a Liderem opozycji. Jak tłumaczyłem „w toku nocnych rozmów ostatniej szansy” ci dwaj znani z telewizji faceci. (oparłem się na medialnym autorytecie) ustalili, że przywilej uzyskania świadczenia emerytalnego uprawnieni będą losować w „Narodowej Loterii Emerytalnej”. By przybliżyć ideę „Narodowej Loterii ...” do realiów naszego kraju zastosowałem standardowe mechanizmy obowiązujące w tego typu przedsięwzięciach. Zaznaczyłem, że do udziału w niej prawo będą mieć tylko ci, którzy wpłacą wadium w wysokości pierwszego, przewidywalnego świadczenia miesięcznego. I że wadium jest bezzwrotne bez względu na wynik losowania. Mechanizm losowania wyjaśniłem prostym przykładem. Mówiłem – „Jeśli w danym roku prawo do uprawnień emerytalnych uzyska np. osiemset tysięcy ludzi a budżet będzie stać na wypłacenie tylko czterdziestu tysiącom to szczęśliwców trzeba będzie wyłonić drogą transmitowanego przez telewizję losowania.” I muszę przyznać, że „haczyk chwycił”
Badanie przeprowadziłem w dniach 5 i 6 grudnia na grupie siedemdziesięciu sześciu osób w wieku przedemerytalnym. Wypowiedzi na potrzeby tekstu notowałem na karteluszkach (dokumentacja do wglądu zainteresowanych). Środowisko badanych – prowincja centralnej Polski. Silna więź lokalna, wartości konserwatywne, katolicyzm celebrowany. Styl życia klanowy, od wieków osiadły, silna pozycja mężczyzny (zarabia), kobieta kombinuje by jak najdłużej to czynił dla dobra dzieci i by nie musiała zarabiać. Wzajemne stosunki emocjonalne badanych najczęściej oschłe bądź wrogie na tle finansowym. Aspiracje socjalne badanych – duży dom w stylu „posiadłość kolonialna” z odrębnymi sypialnią dla każdego domownika, ogród z iglakami, tzw „oczko wodne”, samochód dla każdego domownika, telefon komórkowy dla każdego domownika, kino domowe by było przy czym zasypiać po pracy, kamerowy system ochrony. Wykształcenie – w przypadku starszych zawodowe, ogólne. W przypadku młodszych wyższe – wykonywane prace proste, bo innych tu nie ma. Aspiracje życiowe – sobotni grill, udane (dobrze wykalkulowane materialnie)małżeństwo w ramach doboru lokalnego, potem jak wyżej. Preferencje polityczne badanych – trudne do ustalenia. Ideał szczęścia – „mieć wszystko z bani”
Wyniki badań:
1. Wszystkich siedemdziesięciu sześciu respondentów uznało tryb losowego przyznawania emerytury za realny i sprawiedliwy. Nikt go nie zakwestionował ani nie uznał za sprzeczny z zapisami Ustawy Zasadniczej ani zasadami tworzenia systemów emerytalnych (sprzeczność między solidaryzmem społecznym będącym źródłem tych systemów a Wolą Opatrzności kierującą wyborem „Narodowej Loterii …. .)
2. W siedemdziesięciu sześciu przypadkach (wszyscy respondenci!) krytykowano nie tyle zasadę loteryjnego „wygrania” świadczenia co możliwość oszustw w przeprowadzaniu „Narodowej Loterii Emerytalnej”. Respondenci w emocjonalnych wystąpieniach deklarowali – „Załatwią swoim …”, „Za łapówy wszystko możliwe...”, „Dla rodzinki będzie …”, „Dla kuzynostwa ...”, „Wszystko fałszują, swoim załatwią, po krwi … „. Wznoszono okrzyki „Nepotyzm”, „Złodzieje …” „Korupcja … .” Na nic zdały się moje uspokajające wtręty, że „Narodową Loterię …” będzie transmitować na gorąco telewizja.
Wyniki badania wskazują, że istnieje możliwość niekonwencjonalnego (Opatrznościowego) zażegnania kryzysu państwa przez limitowaną, loteryjną zasadę wydatkowania środków publicznych. Ale warunkiem tego typu działań jest poprawa zaufania między władzą i obywatelem. To stanęło w tym przypadku między symbolicznym państwem a obywatelem. Tylko bowiem owo wzajemne zrozumienie, poczucie miłości, zaufania między rządzącymi a rządzonymi może być podstawą do tworzenia nowych inicjatyw typu „Narodowa Loteria Rentowa”, „Narodowa Loteria Śledcza”, „Narodowa Loteria Więzienna”, „Narodowa Loteria Komornicza” , „Narodowa Loteria Bankowa” czy „Narodowa Loteria na stanowisko kontystki od faktur w Starostwie Gołdap (1500 brutto)”
Mam nadzieję, że przeprowadzone przeze mnie badania i zreferowane wnioski przysłużą się wzajemnemu, politycznemu, ścieśnianiu się, obejmowaniu, wzajemnemu rozumieniu się, odczuwaniu, dogrywaniu się we wspólnym rytmie naszej wspólnoty – wspólnoty Polaków, którzy ani krwi, ani bólu, ani męki codziennej męki nie szczędzą by być po prostu sobą. By być nami a nie kimś innym.
Przepraszam, zapultałem się na koniec tego tekstu. Ale gdy to wszystko z siebie wylałem, po badaniach terenowych, to jakoś mi się płakać zachciało ze szczęścia. To mi się rzadko zdarza.